Archiwum kategorii: Facecje

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA 2018

Jak co roku w noc wigilijną, zwierzęta zebrały się w stajence, by przemawiać ludzkimi głosami. Podsłuchałem je radiowym uchem, ale nie nagrałem, bo prywatnych spotkań nagrywać nie przystoi.

Pierwszy odezwał się NIEDŹWIEDŹ. Zachowywał się, jakby przewodniczenie zgromadzeniu przypadało mu z urzędu.

Przybył widocznie z Podlasia, bo na wstępie wyrecytował programowe hasło tamtejszego mędrka: „Niczego nie będzie”. Oświadczył, że mijający rok bezsprzecznie należał do niego. Udało mu się to, co zaplanował. Na miotle nadleciała nad rynek wstrętna bessa, wypłoszyła optymistów, nastroje długo szorowały po dnie, a zmieni się tylko to, że dno niebawem odpadnie – obiecał.

W trakcie tej przemowy do zgromadzonych dołączył zziajany PIES POLICYJNY. Wyglądał na zmęczonego, więc uznano, że wypada zapytać go o samopoczucie. Pies poskarżył się, że ostatnio wszystko dzieje się na opak. Zatrudniono go w ważnej instytucji, by węszył nieprawidłowości na rynku. Lecz okazało się, że są one na miejscu. Trop prowadził naprzeciwko, ale – powiedział Pies Policyjny – trzymano go krótko na smyczy, mylono ślady, pryskano w nos silnie cuchnącym koncentratem patriotyzmu, rozlano przed nim intensywnie aromatyzowaną kałużę profesjonalizmu, postawiono zasłonę prawości. I jeszcze szczują go na pismaków, którzy ogłaszają informacje szkodzące aferzystom. Tu pies zawiesił głos, ale natychmiast dodał: Przepraszam, odszczekuję tych pismaków! Tam tak przezywają dziennikarzy.

Zapadło milczenie. BYK ociągał się z zabraniem głosu. Przemógł się wreszcie, widząc skupione na nim oczy zebranych. Osowiały, wychudzony, mówił zrazu cicho: W tych czasach panuje przekonanie, że moim naturalnym środowiskiem nie jest giełdowe klepisko, lecz arena rodeo. Transmisje ogląda po nocach Ebenezer Scrooge*. To się musi zmienić, stwierdził Byk. Ostrym tonem powiedział do Niedźwiedzia, że z jego dominacją trzeba skończyć. I chociaż Niedźwiedziowi sprzyja gajowy, on – Byk – jeszcze pokaże, co potrafi. Na koniec wystąpienia przyganił Jednorożcowi, że nie otrzymał odeń oczekiwanego wsparcia, od dawna nie widział na rynku żadnego Jednorożca i stracił już nadzieję, że kiedyś jakiegoś zobaczy.

JEDNOROŻEC dukał, że środowisko mu nie sprzyja, wszystko sprzysięga się przeciwko niemu, jednorożce potrzebują dobrego klimatu, wsparcia, ulg podatkowych, a tu wszyscy podejrzewają wszystkich o oszustwa, montują pliki kontrolne, odwracają VAT. I Kota ogonem odwracają. New Clepisco, które miało być dla jednorożców trampoliną w przyszłość, wcale nie wygląda atrakcyjnie, a Byk, po którym wszyscy spodziewali się tak wiele, okazał się skurczybykiem. Nie oczekujcie jednorożców, dodał, póki nie pojawi się Czarny Łabędź, który wywrze znaczny wpływ na swoje otoczenie, może na cały rynek, i odmieni rzeczywistość. Czas zawierzyć rynek Czarnemu Łabędziowi!

CZARNY ŁĄBĘDŹ zręcznie ripostował, że w jego naturze leży pojawianie się niezmiernie rzadko, przy tym niespodziewanie, więc on nie zdradzi szczegółów, ale podziela pogląd Byka, iż potrzebna jest zasadnicza zmiana. Przyszły rok powinien przynieść rozstrzygnięcia… Tu przerwał i potoczył po zebranych tajemniczą minę.

Stały mieszkaniec stajenki, OSIOŁEK, uchodził w tym towarzystwie za frajera. Ciężko tyrał, by finansować wszystko, co dzieje się na rynku. Kiedy słuchał wystąpień koleżeństwa, wezbrała w nim złość. Krzyknął: Kończy mi się siano! W żłoby nie dano mi owsa! Stajenny zapowiada dalsze ograniczenia obroku! Nas, osiołków, ma się za przygłupów, wyzywa od leszczy, ale my nie jesteśmy skazani na to klepisko, jest w świecie kilka ciekawszych. Wielu z nas przytroczyło sobie skrzydła, poleciało w świat, ogląda inne klepiska i decyduje się na nich pracować. Tam jest mnóstwo innowacji, za to mniej regulacji. Świat podziwia osiołki za upór, jeżeli większość z nas uprze się zgodnie, odfruniemy tam, gdzie więcej siana. A bez nas stanie się to, co zapowiada Niedźwiedź: dno odpadnie, niczego nie będzie.

Na zakończenie, zgodnie ze zwyczajem, przemówiła HIENA. Od lat podbierała ona zwierzętom 19 procent tego, co złowiły. I co roku czyniła mgliste nadzieje, że przecież kiedyś, może już niebawem, zrezygnuje z poboru daniny albo obniży jej stopę. Wprawdzie nikt jej nie wierzył, ale zapowiedzi brzmiały słodko. Tym razem jednak Hiena niczego nie obiecała. Przeciwnie: skarżyła się na niskie wpływy z daniny, winiła za to Niedźwiedzia i Byka, niby nie wygłaszała pogróżek, ale dała do zrozumienia, że skoro ona z klepiska nie ciągnie dochodów, jakich oczekiwała  – likwidacja daniny staje się coraz mniej prawdopodobna.

Kiedy Hiena opuściła zgromadzenie w towarzystwie ochroniarzy, dwunastu Szakali, ktoś zreflektował się: Nie ma KRÓLIKA! Gdzie jest Królik?                                                               – Królik przedwczoraj wpadł do dziury budżetowej – powiedział, nie kryjąc żalu, Pies Policyjny.                                                                                                                                             – Żadna sprawa! Wyciągnę go za uszy! – zadeklarował Niedźwiedź.                                         – Nic z tego, Niedźwiedziu – odparł Pies Policyjny. – Dziura jest bardzo głęboka. Królik już trzeci dzień leci w dół.                                                                                                                                                                     * Ebenezer Scrooge samotny, samolubny i bezduszny staruch, bohater powieści Karola Dickensa „Opowieść Wigilijna” (1843), który w noc wigilijną przemienił się i sporządniał, ale takie rzeczy dzieją się tylko w literackich fantazjach.

Tekst ogłoszony 22 grudnia 2018 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet

 

 

Alternatywy cztery, czyli rozważania o celach inwestycyjnych 2019

  • OSTRZEŻENIE PUBLICZNE: tekst został wprawdzie zamieszczony w kategorii FACECJE, lecz nie wszystko jest w nim śmieszne
  • W 2018 większość inwestorów giełdowych nie miała powodów do radości; czy 2019 okaże się lepszy?
  • Jestem rozczarowany notowaniami na warszawskiej giełdzie, rozgoryczony stanem moich inwestycji;
  • Skorzystam z wolnego czasu w Boże Narodzenie, by przemyśleć swoje inwestycje.

Sytuacje, gdy nie wiadomo co robić, a zrobić coś należy, emitenci nazywają „przeglądem opcji strategicznych”. Ja rozważam cztery cele inwestycyjne, acz do żadnego z nich nie jestem w pełni przekonany.

ALTERNATYWA PIERWSZA: KAPLICE. W moim ulubionym programie telewizyjnym „Ucieczka na wieś” (Escape to the country) mieszczuchy zmęczone życiem w brytyjskich aglomeracjach szukają odpowiednich rezydencji na wsi. Często otrzymują propozycje kupna zdesakralizowanej świątyni lub kaplicy przerobionej na wygodne mieszkanie. Kaplice urzekają przestrzenią, świetnymi rozwiązaniami pomieszczeń, wygodami, udogodnieniami. Zanim Duch Święty opuścił budowlę, natchnął architekta do stworzenia arcydzieła. Jestem urzeczony zwłaszcza kaplicami Metodystów, często z ogródkiem i garażem, wystawianymi na sprzedaż po atrakcyjnej cenie. Mógłbym w Polsce kupować kaplice, zatrudniać mistrzów architektury wnętrz, sprzedawać je z zyskiem. Rzecz w tym, że w Polsce obiektów sakralnych nie ubywa, a przybywa i przybywa. Nasz Narodowy Czempion „dóbr martwej ręki” nie sprzedaje, lecz inwestuje w nowe z wydatną pomocą publiczną. A Metodystów mamy niewielu.

ALTERNATYWA DRUGA: CMENTARZE. Syn moich londyńskich przyjaciół ma świetną posadę. Pracuje w międzynarodowym funduszu private equity i odpowiada za inwestycje w liczne francuskie cmentarze. Co tydzień lata do Francji, dogląda interesu, zajada się frykasami miejscowej kuchni (moim zdaniem to one napędzają cmentarny interes). Brytyjskich cmentarzy nikt nie kupuje, są nadzwyczaj skromne, nawet wielki Winston Churchill z dumnego rodu diuków Marlborough leży w Bladon w dojmująco skromnym grobie. W Polsce cmentarze to targowiska próżności, zarabia się na nich wyśmienicie. Niestety, należą do Narodowego Czempiona, bądź są własnością komunalną. Czempion, jak wspomniałem, nie uczestnicy w obrocie (przynajmniej po stronie sprzedaży), a żadna miejscowość nie zadłużyła się jeszcze tak bardzo, by komornik cmentarz zajął i wystawił do sprzedaży. Dźwięczy mi zresztą w uszach powiedzenie Rodneya Dangerfielda: „Mam takiego pecha w interesach, że gdybym kupił cmentarz, ludzie przestaliby umierać”. Pomyślałem, że z takim nazwiskiem pecha w interesach trzeba mieć. Wszystkowiedząca Wikipedia wyjaśnia, że Dangerfield to właścicie Jacob Cohen (1921-2004), amerykański stand-upowiec. Nie wiem, kto to taki: stan-upowiec. Chyba jakiś powstaniec… A gdyby ludzie przestali umierać, interesy robiono by z nimi, nie nimi.

ALTERNATYWA TRZECIA: WIĘZIENIA. Klawo byłoby mieć prywatne więzienie! Mam nawet krótką listę osób, które chciałbym w nim ugościć. W Polsce jest duży, niezaspokojony, popyt na miejsca w więzieniach. Warunki pobytu osadzonych są koszmarne. Prywatne więzienia przyniosą inwestorom spory dochód, rozładują tłok, przyczynią się do poprawy warunków pobytu osadzonych i pensjonariuszy aresztów wydobywczych. W moim więzieniu jednemu z dożywociem pozwoliłbym trzymać w celi kota. Niestety, panuje przekonanie o wyższości własności państwowej nad prywatną (rzecznicy takich poglądów mieliby u mnie przestronny pawilon), więc nacjonalizuje się wszystko, od banku po kolejki linowe. Licencji na więzienie i tak bym nie otrzymał, ponieważ gdyby były wydawane, właściwy w tej sprawie minister siedziałby u mnie pod celą. Lecz klimat inwestycyjny zdecydowanie się psuje. W Vancouver aktywiści naciskają na Canada Pension Plan, by wycofał się z inwestowania w amerykańskie ośrodki przymusowego pobytu nielegalnych migrantów. California State Teachers’ Retirement System (CalSTR), jeden z największych funduszy emerytalnych, dbały o etykę, już wycofuje środki ze spółek prowadzące prywatne więzienia, a to z uwagi na prawa człowieka, temat szczególnie wrażliwy w czasach Donalda Trumpa.

ALTERNATYWA CZWARTA: PRODUKCJA BRONI PALNEJ. Nie mam konsumenckiego pociągu do broni. Ale ministrowie sprawiedliwości mają. Jeden ma właśnie proces za nielegalne wejście w posiadanie broni. Inni chciał Polaków uszczęśliwić powszechnym dostępem do broni. W Stanach Zjednoczonych, gdzie prawo do posiadania broni stoi wyżej niż prawo do życia i masakry bywają powszechne, zarabiają na tym wszyscy: producenci broni, kaplice i kościoły (msze żałobne), cmentarze i więzienia. Zarządzający funduszami zdecydowanie brzydzą się finansowaniem produkcji broni palnej i handlu nią, ale produkcja i handel nie mają trudności z dostępem do kapitału. W Polsce produkcją broni zajmuje się Państwowa Grupa Zbrojna (albo coś o podobnej nazwie), która ledwo dycha, co dowodzi, że jest to w naszych warunkach mocno wątpliwy interes.

Na rok 2019 muszę obmyślić inne plany inwestycyjne.

 

“Zasadniczo nie wnoszę pretensji”

Obrzydliwie seksistowskie powiedzenie: „Przekłady są jak kobiety – im brzydsze, tym wierniejsze” zawiera sporo prawdy. Mając wybór pomiędzy przekładem niewiernym albo brzydkim staję na stanowisku, że lepiej w ogóle unikać przekładania fachowych terminów jeżeli są one należycie rozumianych przez wszystkich, którzy się nimi posługują. Dlatego swobodnie używam terminu corporate governance w mowie i w piśmie, a przez kilka lat byłem także wydawcą i redaktorem kwartalnika PID „Przegląd Corporate Governance”. Wychodzę z założenia, że kto tego terminu nie zna, lub nie rozumie, nie potrzebuje go znać i rozumieć. Uważam, że jest to termin nie obcojęzyczny, a globalny, stosowany przez specjalistów nie tylko w krajach języka angielskiego.

Próby wypracowania odpowiedniego przekładu corporate governance na język polski nie zostały uwieńczone powodzeniem. Najbliższe pojęcia governance jest wprawdzie słowo władztwo, lecz nie udało się go zaszczepić. Prof. Czesław Mesjasz misternie wywiódł, że jeszcze bliższe znaczeniowo byłoby słowo władanie, lecz i ono nie przyjęło się. Sam przez lata lansowałem termin porządek korporacyjny, ale nie odniosłem powodzenia, natomiast szybko rozpowszechnił się termin ład korporacyjny. Porządek, dowodziłem, to kategoria organizacyjna, o to akurat chodzi, ład to kategoria estetyczna, stosowna raczej w konkursie piękności. Jak u Kopernika i Greshama gorszy pieniądz wyparł z obiegu lepszy, tak tutaj termin lepszy przegrał z gorszym. Na koniec wątpliwości rozstrzygnął legislator: w języku prawnym (tym, którym pisane są obowiązujące akty normatywne) przyjęto ów nieszczęsny ład korporacyjny. Próbowałem żartem skrzyżować władztwo (władanie) z ładem, wyszedł z tego wład korporacyjny, ale nikt się nie śmiał. Miczurin skrzyżował kota z węglem, wyszedł mu miał węglowy, znajomy ojca śmiał się z tego kawału, dostał 2 lata.

Nie koniec na tym. Po pierwsze, oprócz czterech wspomnianych powyżej przekładów corporate governance na narodowe narzecze Polaków pojawiły się jeszcze dwa inne, stopniujące zamęt pod niebiosa. Jedno to nadzór właścicielski, drugie to nadzór korporacyjny. Trudno dociec, czym mają się różnić, raz bywają używane zamiennie, innym razem przeciwstawnie. Czytam opasłą monografię pod tytułem „Nadzór korporacyjny” i dowiaduję się z niej, że w istocie traktuje ona o czymś innym, o nadzorze właścicielskim. A ja tych pojęć nie odróżniam, próby ich unaukowienia przypominają mi dyskusje w czasach słusznie minionych o różnicach między kierowniczą a przewodnią rolą partii. Masło maślane.

Opowiadał Jan Krzysztof Bielecki: „Kiedyś napisałem z profesorem Wilkinsem z uniwersytetu Sheffield rozprawę o corporate governance w Polsce. Nie było jeszcze polskiej terminologii, więc na użytek omówienia sprawy w Gazecie Bankowej użyłem określenia „nadzór właścicielski”. Wszyscy okropnie na mnie krzyczeli, ze nie o to chodzi, ale sami nie wiedzieli, jak to nazwać. Dzisiaj – wszyscy mówią o corporate governance” (w wywiadzie dla tygodnika Gazeta Bankowa 9 VIII 2004 r.).

Poniżej odsyłam do archiwalnego tekstu „Lost in translation”, w którym przytoczyłem historyjkę o Turku śpiewającym utwory Moniuszki. Teksty najpierw przełożono na turecki, następnie z tureckiego na polski, nikt w słowach „Zasadniczo nie wnoszę pretensji” nie rozpoznał frazy Jontka „Nie mam żalu do nikogo”. Otóż podobnie bywa, kiedy te dyskursy o nadzorze korporacyjnym lub właścicielskim, o ładzie lub porządku, o władztwie lub władaniu, przychodzi tłumaczyć na języki obce. Przeto odsyłam także do omówienia składanki prac naukowych i naukawych, gdzie ich streszczenia ogłoszono po angielsku, więc nasze terminy zostały w większości przełożone jako corporate governance, z wyjątkiem dla corporate supervision.

Więcej kłopotów nastręcza rada nadzorcza przekładana jako the board, supervisory board, board of governors, względnie board of directors (pod tę ostatnią nazwę często podszywa się zarząd), a także spółka (company) w różnych okolicznościach przekładana jako enterprise, corporation, co-operation, firm, economic entity… Nie wszystko należy przekładać. Lucjan Rydel przetłumaczył na niemiecki, bodaj na powitanie cesarza w Krakowie, tekst przyśpiewki „Podkóweczki dajcie ognia”. Leon Skorupka przetłumaczył na francuski, także nie wiedzieć po co, „Alboż my to jacy tacy, jacy tacy, chłopcy krakowiacy”. Ktoś się trudził, wychodziły z tego głupoty.

Wróciłem do kwestii „Czy przekładać termin corporate governance na język polski, a jeżeli tak – to dlaczego nie?” pod wpływem ciekawych komentarzy piór Krzysztofa Grabowskiego, Mariusza Kanickiego i Sylwii Pęczak (dziękuję!) do jednego z moich niedawnych wpisów. Zakończę dwoma powiedzonkami z wdziękiem. Igor Korcziłow tłumacz radzieckich genseków, jest autorem cennej obserwacji: „Tłumaczenie jest jak powietrze: nikt nie zwraca na nie uwagi, dopóki nie zostanie zepsute”. Natomiast włoska tłumaczka Serena Fabris wyznała: „Przekład jest jak łuskanie cebuli. Zrazu zdaje się, że podołasz, a kończysz we łzach”.

Czytaj także: 2010.11.30 Lost in translation
2008.09.01 Szósty stopień teorii

Od orleanistów do orlenistów

Twórczym wkładem naszych liderów związkowych do intelektualnej skarbnicy ludzkości jest idea dziedziczenia etatów w korporacjach wyróżniających się ponadprzeciętną wysokością średniej płacy. Uczeni próbują ustalić, czy owa niepospolita koncepcja została ukuta w kopalniach węgla kamiennego, czy w Orlenie lub KGHM. Dała ona asumpt masowym wystąpieniom pracowniczym na rzecz lepszego jutra i pojutrza. Miała Francja orleanistów, my mamy orlenistów.

Na pierwszy rzut oka myśl nie wydaje się nowa. Z ojca na syna przechodziło papiestwo, biskupstwa, korony i mitry, ordynacje, tytuły, przywileje. Sam pisałem w tym miejscu (16 listopada 2010 r.) o przypadku trzeciego markiza Bute, który będąc sześciomiesięcznym brzdącem odziedziczył stanowisko przewodniczącego rady dyrektorów Cardiff Savings Bank. Pełnił je 38 lat; raz nawet Jego Łaskawość udział w posiedzeniu wziąć raczył. Lecz dziedziczenie korony lub zaszczytu to coś innego, niż etatu. Od tego ostatniego warto odróżnić także dziedziczenie zawodu. Zawody, jak wiadomo, powszechnie dziedziczą lekarze, profesorowie uniwersyteccy, prawnicy. Jestem którymś tam prawnikiem w linii prostej, a w kancelarii adwokackiej mojego syna wiszą na ścianach zdobyte na Allegro paradne akty notarialne z kancelarii pradziadka. Wszelako dziedziczenie zawodu wymaga predyspozycji i pracy nad sobą, zdobycia wykształcenia, zaś dziedziczenie etatu jest prostsze: latorośl zostaje zatrudniona z automatu.

Zasad dziedziczenia etatów nie można jednak puścić na żywioł. Wskazana jest głęboka reforma prawa spadkowego. Dziedziczyć można, jak wiemy, z ustawy lub testamentu. Dziedziczenie ustawowe byłoby proste, gdyby etat przechodził z ojca na jedynego syna. Lecz co począć, gdy pretendujących do etatu synów jest kilku? Dzielić etat między uprawnionych, czy zgodnie z primogeniturą powierzyć go najstarszemu? Obciążyć dziedzica obowiązkiem spłaty pominiętych, czy darować sobie? A co z córkami, pasierbicami, potomkami in vitro? Czy bruzda wykryta przez księdza profesora z UJ przeszkadzałaby w zatrudnieniu? Wszak dziedziczone etaty byłyby wiekuiste. Zamkną kopalnię, bo nierentowna, albo zaleje ją woda, albo wyczerpane będą złoża, pozostaną natomiast etaty pracownicze i związkowe. Ciekawe, komu będą zgłaszane żądania podwyżek?

Bardziej skomplikowane będzie dziedziczenie testamentowe. Moi przodkowie po mieczu i kądzieli zwykli uposażać swoją ostatnią wolą także instytucje kościelne, parafie bądź zakony. W przypadku złożenia zapisu etatu na rzecz parafii należy ustalić, kto stawi się do pracy: wikary, czy może sam proboszcz dobrodziej, skuszony wysokim wynagrodzeniem. Ale sprawa zagmatwa się w przypadku zakonu – załóżmy, że żeńskiego – objętego rygorem klauzury: siostrzyczki nie mogą opuszczać murów klasztoru, miałybyż wynająć pracownika? Co w sytuacji, jeżeli pracownik powoła do spadku instytucję dobroczynną? Czy uchwalić lex Owsiak, ograniczające liczbę dziedziczonych etatów do jednego? Gdybyśmy omieszkali to uczynić, na poczciwego dyrygenta Wielkiej Orkiestry spaść mogłaby lawina zapisów. Jak rozplątać materię zachowku dla niezdolnej już do pracy wdowy? Jak postąpić, gdy etatem zostanie uposażone małoletnie dziecię: czy dać mu możliwość wydzierżawienia przypadającego mu etatu, czy na czas dojścia do pełnoletniości wygasić etat, a może i działalność zakładu pracy? I co począć, gdy powołany do spadku odrzuci go?

Wyobraźmy sobie kłopoty działu HR: oto do pracy zgłasza się spadkobierca, któremu w podziale spadku przypadło 2.463/48.579 części (słownie: dwa tysiące czterysta sześćdziesiąt trzy czterdziestoosśmiotysięcznychpięćsetsiedemdziesiątychdziewiątych). Czy podzielić etat na tyleż cząsteczek? Czy przeprowadzać komasację etatów, jak na wsi komasuje się grunty? Czy napuścić lekarza medycyny pracy, by w takich przypadkach na wszelki wypadek orzekał o niezdolności do pracy? Czy może samemu się zastrzelić?

Nawet po pomyślnym rozwiązaniu wspomnianych dylematów pozostaną trudne aspekty podatkowe. Miałbyż powołany do spadku płacić podatek od spadków i darowizn, skoro dochody z pracy zostaną objęte podatkiem od dochodów osobistych? Fiskus zapewne okaże apetyt na obie daniny, spadkobiercy pójdą do Strasbourga, prawnicy zarobią. W ten sposób z całego zamieszanie wyniknie jakiś pożytek.

Tekst ogłoszony 8 grudnia 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Dżenderyzacja prawa spółek

Urząd Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Traktowania tradycyjnie piastowany jest przez kobiety, ale jeszcze nie zaproponowano zmiany tej nazwy na Urząd Pełnomocniczki. Obecna Pełnomocnik, prof. Małgorzata Fuszara, wypowiedziała się dla Rzeczpospolitej: „Jeżeli używamy jedynie form męskoosobowych jako form poważnych, to jednocześnie to, co żeńskie, sytuujemy jako podrzędne. To budzi mój sprzeciw”. Wniosek: trzeba przepisać całe prawo, „bo powinno się na równi zwracać do kobiet i mężczyzn”.

I rzeczywiście: coś rodzaju męskiego usytuowało odpowiedniczkę rodzaju żeńskiego „o trzy poziomy niżej”. Napisałbym, że chodzi o byłego premiera i obecną premier, ale nie wiem, czy w kontekście równego traktowania nie powinienem określić jej mianem premiery. Wszak była już ministra Muszyna; szkoda tylko, że odmieniała swoje stanowisko, ale nazwiska już nie. Mija właśnie 51 lat od kiedy zajmuję się publicystyką. Doświadczenie podpowiada mi, że z polszczyzną można wszystko, to język plastyczny, inteligentny. Byle przekształcać go ostrożnie. I po dobroci. Powstrzymując premierów, premierki, ministrów, ministry i ministrantów od prób regulowania, jak mamy mówić, pisać, oraz myśleć.

Tendencja zmierzająca do urodzajowienia polszczyzny narodziła się w prasie kobiecej. Tam na łamach pojawiły się biznesmenki i menedżerki, czermenki (chairmanki) nawet, ale szefowa pisma podpisywała się jako redaktor naczelna, nie redaktorka. Zanim zaczniemy przepisywać prawo, warto przypomnieć, że sprawa nie jest prosta. Nie wystarczy zmienić końcówkę, by obok formy męskoosobowej pojawiła się tożsama znaczeniowo forma żeńska. Spikerka to nie tylko żeńska odmiana spikera, także pomieszczenie, zazwyczaj maleńkie, z którego spiker podawał godzinę i zapowiadał audycje (na szczęście nie ma już spikerów płci obojga, ani ich kabin). Więźniarka to nie tylko osadzona, także samochód służący do transportu więźniów. Sędzina to żona sędziego z przedwojennej powieści. Szoferka nie jest szoferem rodzaju żeńskiego, a kierownica – takąż kierowcą. Dyplomatka to nie dama pełniąca funkcje dyplomatyczne, a teczka na dokumenty i kanapki, także elegancki fason płaszcza. W żadnym zapewne języku nie ma żeńskiej formy ambasadora, chociaż wiele kobiet nosi ten zaszczytny tytuł. Amerykanie próbowali ukuć słowo ambassadress – zaprotestowała amb. Shirley Temple-Black: „ambassadress to raczej suknia, którą noszę”.

Pora przystąpić do przepisywania prawa spółek. Napotkamy na spore kłopoty. Ksh stanowi: „Zarząd składa się z jednego albo większej liczby członków”. Jak brzmiałby ten przepis po nowemu? „Zarząd składa z jednej /jednego albo większej liczby członkiń /członków”? Tak byłoby słusznie, ale głupio trochę. A może rodzaj żeński to nie członkini, a członka? Wtedy przepisany przepis głosiłby „Zarząd składa się z jednej /jednego albo większej liczby członek /członków?”. Też osobliwie…To samo z radą nadzorczą, która obecnie „składa się co najmniej z trzech, a w spółkach publicznych co najmniej z pięciu członków…” Najpierw należy użeńszczyć (czyli odmężnić) członkostwo, następnie zastąpić „trzech”, „pięciu” słowami „trojga”, „pięciorga”. Staram się propagować te formy swoim piórem, ale jestem osamotniony. Wytykają mi archaizmy, staroświeckość stylu. A przecież jestem bardziej dżenderowy niż oni.

Anglosasi nie mają tu problemu, bo członka /członek– bądź członkini – rady dyrektorów (board of directors) to dyrektor (director), termin bezpłciowy. U Francuzów to słowo ma nieco inne (wiadomo!) znaczenie, za to le directeur występuje obok la directrice (vive la petite difference!). W Polsce żeńszczyzna od dyrektora to dyrektorka, ale takiej formy używa bodaj tylko jedna osóbka. Z przewodniczącym rady nadzorczej kłopotu nie będzie, wszak na rynku spotykamy także przewodniczące. Anglosasi zastąpili terminy chairman /chairwoman neutralnym słowem chairperson. Dla nas trudnoodmienny okaże się za to sekretarz rady: nie sekretarka, więc jak? Sekreta? Sekretera?

Później już mamy z górki. Akcjonariusz – akcjonariuszka. Udziałowiec – udziałowiczka.
Uczestnik – uczestniczka (walnego zgromadzenia). Obligatariusz – obligatariuszka.
Biegły rewident – biegła rewidenta. Pełnomocnik – pełnomocnica. Zastawnik – zastawnica.
Polski Instytut Dyrektorów wprowadzi do nazwy także Dyrektorki, a hotel będący jego siedzibą zostanie Domem Chłopa i Baby. A kiedy już zabiorą nas do czubków, będziemy do pielęgniarza mówić „bracie”. Albowiem Równe Traktowanie to nie tylko zżeńszczanie męskich form, także zmęszczanie żeńskich.

Tekst ogłoszony 21 listopada 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Po byku

Ledwo opuściłem Warszawę, by „na prowincji” zażywać starości, wybuchła awantura. Parafianie zaprotestowali przeciwko pomysłowi postawienia na Placu Trzech Krzyży, nieopodal kościoła p.w. św. Aleksandra, figur byka i niedźwiedzia, symboli pobliskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Naszło mnie kilka zdziwień.

Nie zdziwił mnie pomysł GPW stawiania figur na placu, ponieważ po jej paru inicjatywach pod hasłem Kapitalna Warszawa, nic dziwić nie powinno. Można było się spodziewać, że innowacyjna GPW zechce przyćmić i palmę z pobliskiego ronda, i tęczę z Placu Zbawiciela. Natomiast nie spodziewałem się oporu społeczności parafialnej. Przyrównywanie przez nią giełdowego byczka Fernando do złotego cielca świadczy, że ktoś ma źle w głowie; niech poczyta biblię, to zmądrzeje. Oczekiwałbym raczej sprzeciwu Ministerstwa Gospodarki, zaniedbującego rynek kapitałowy. Może nie cały, ponieważ niedźwiedzia urzędnicy hołubią, tylko byk im nie w smak. Nie zdziwiłoby mnie zgorszenie parlamentarzystów, podążających przez plac ku Sejmowi, zwłaszcza tych z opozycji wobec rynku kapitałowego. Masakrując OFE, już skazali giełdowego byka na ubój rytualny.

Lepszym miejscem byłby Plac Powstańców Warszawy, gdzie mieszczą się siedziby NBP, Komisji Nadzoru Finansowego, Polskiego Instytutu Dyrektorów, UOKiK, Naczelnego i Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, wreszcie czekoladziarnia Wedla, która nie nagrywa rozmów gości. Ale figury byka i niedźwiedzia należałoby ustawić tyłem do KNF, jak Komisja i jej Urząd ustawiają się do rynku kapitałowego. Szkopuł w tym, że plac nosił kiedyś imię Napoleona i jest już na nim popiersie cesarza, który nie kojarzy się z bykiem czy niedźwiedziem, raczej z osłami („Osły i uczeni, do środka!”) zapędzonymi pod piramidami do wnętrza czworoboków.

Można byłoby rozważyć ustawienie figur byka i niedźwiedzia przy Świętokrzyskiej, na dziedzińcu Ministerstwa Finansów, lecz giełdowy byk jest tam uważany za skurczybyka, zaś resort zapewne wolałby wznieść pomnik podatku. Taki pomnik mają już w Paryżu, wszak Wieża Eiffla to nowojorski Empire State Building po zapłaceniu podatku.

A w Bukareszcie szef miejscowej giełdy został prezesem poczty. Ludzie, zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie!

Algorytm w radzie nadzorczej

Serwis internetowy Gazety Wyborczej przyniósł frapującą informację: „Zarejestrowana w Hongkongu spółka Deep Knowledge Ventures ogłosiła właśnie, że jedno z miejsc w radzie nadzorczej obejmuje algorytm”. Puszczam wodze fantazji: a gdyby doszło do tego w Polsce? Z ostrożności procesowej zmieniam dla niepoznaki nazwy zainteresowanych instytucji – nie ukrywając przecież, że wszelkie ewentualne skojarzenia do rzeczywistych bytów są w pełni zamierzone.

Jako pierwszy zabrał głos prezes Ligi Opozycyjnej: – To narodowa hańba, że algorytmy docierają do polskich rad nadzorczych z tak znacznym opóźnieniem. Jesteśmy za Azjatami, co jest konsekwencją obecnych fatalnych rządów – powiedział na wiecu w Kalembinie (Podkarpackie). Wtóruje mu szef Polskiej Partii Efemerycznej: – Piastując tekę ministra sprawiedliwości domagałem się, w ramach polityki otwarcia zawodów, dopuszczenia algorytmów do rad nadzorczych, a wobec wściekłego oporu Tuska musiałem ustąpić z rządu.

Instytut Dyrektorów i Dyrektorek z zadowoleniem powitał powoływanie algorytmów do rad nadzorczych. – W polskich realiach tylko algorytm spełnia kryteria niezależności członka rady nadzorczej – oświadczył prezes dodając, że Instytut prowadzi już Oficjalny Rejestr Algorytmów i Algorytmek Rekomendowanych do Rad Nadzorczych. Niemniej obradujący w
utajnionym miejscu Zjazd Kobiet zwraca w swoim Manifeście Równości uwagę, że algorytmy rozsiadają się w radach kosztem algorytmek, wobec czego Bruksela powinna ustanowić parytety dla algorytmek, albo przynajmniej kwoty określające minimalny procent miejsc przypadających im w radzie, oraz w ogóle wszędzie.

Arcybiskup metropolita Przasnysza zdecydowanie potępił algorytmy określając je mianem bezpłciowych fantomów propagowanych przez ruchy lewicowe, demoliberalne media, frywolnych zboczeńców i zdegenerowany do cna rząd. Najwyższy czas – powiedział hierarcha – by postawić tamę rozlewającej się po kraju fali bezwstydnego dżenderyzmu. W związku z tym Związek Biur Brokerskich kategorycznie zażądał obniżenia opłat giełdowych. Giełda Walorów Elektronicznych ujawniła, że ustanowi Kodeks Takich Sobie Praktyk Algorytmów, wprowadzi specjalny indeks spółek wyróżniających się udziałem algorytmów w komitetach rad nadzorczych, oraz zakwalifikuje spółki oporne względem algorytmów w radach nadzorczych do segmentu High Frequency Trading (co ostro skrytykował szef konkurencyjnej giełdy w jednym z krajów czarnomorskich).

Minister Spraw Fiskalnych wyjaśnił, że jego resort wymaga prowadzenia obrad rad nadzorczych w języku polskim i niebawem ustali terminy egzaminów językowych dla algorytmów. Zwrócił też uwagę, że jeżeli algorytm pełni funkcję niezależnego członka komitetu audytu, nie wolno mu posiadać akcji nadzorowanej spółki. Minister odmówił odpowiedzi, czym ów zakaz jest uzasadniony. Ministerstwo Pomyślności Gospodarczej ogłosiło, że rozważa inicjatywę ustawodawczą w sprawie dopuszczenia do rad nadzorczych spółek o znaczeniu strategicznym wyłącznie algorytmów produkcji polskiej. Minister Renacjonalizacji powiedział w wywiadzie dla Trujki: – Kiedy na rynku nastała moda na niezależnych członków rad nadzorczych, wymusiliśmy, że będą to nasi niezależni; tak samo wymusimy, że w radach zasiądą oswojone przez nas algorytmy. Natomiast Ministerstwo Bezpieczeństwa Wewnętrznego zapowiedziało, że procedura wydawania algorytmom certyfikatów dostępu do informacji niejawnych dozna opóźnienia. Rzecznik resortu ujawnił, że pierwotnie jego osoba była w posiadaniu wiedzy, jakoby algorytm był rytmiczną muzyką dla alg, atoli wychodzi na jaw, iż jest to nie do końca prawdą. W związku z tym Związek Biur Brokerskich ponownie zażądał obniżenia opłat giełdowych.

Komitet Nadregulacji Rynkowych zapowiada wydanie rekomendacji Q dotyczącej udziału algorytmów w organach zarządzających i nadzorujących podmiotów nadzorowanych. Wykluczone będą algorytmy cypryjskie, natomiast inne zagraniczne algorytmy będą musiały uzyskiwać zezwolenie na działalność w Polsce. Mec. Klaudia Mąka-Wrocławska przewiduje płynące z tego kłopoty Polski przed Trybunałem Luksemburskim. Prestiżowa firma konsultingowa z Tłustej Piątki, Crook&Cheat, ogłosiła, że akcjonariusze gotowi są płacić 21,4 % więcej za akcje spółek mających w radzie nadzorczej przynajmniej jeden algorytm, oraz 32,6 % więcej za akcje spółek mających w radzie nadzorczej wyłącznie algorytmy. W związku z tym Związek Biur Brokerskich zażądał obniżenia opłat giełdowych.

Funkcjonariusze Centralnego Urzędu Wspierania Cnót i Zwalczania Występków usiłowali zatrzymać pod zarzutem przyjęcia znacznych korzyści materialnych dwa algorytmy wygenerowane w Otrębusach, lecz podejrzanych nie zastali w spółce, a miejsc zamieszkania nie udało się jeszcze ustalić. W związku z tym Związek Biur Brokerskich stanowczo zażądał obniżenia opłat giełdowych.

Mógłbym ciągnąć wątek w nieskończoność. Na szczęście, taki scenariusz dla polskiego rynku to bajka. Z realu pochodzą tylko żądania obniżenia opłat giełdowych – tak fantazyjne, że też bajeczne.

Tekst ukazał się 7 czerwca 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

O psie, panu i złodzieju

Pies szczekał na złodzieja, całą noc się trudził;
Obili go nazajutrz, że pana obudził
.

Ignacy Krasicki, bp

Po pracowitym tygodniu nadrabiam przez weekend prasówkę. W kilku tytułach mocno wyeksponowano wydarzenie: Ministerstwo Finansów zrugało Komisję Nadzoru Finansowego jak burą sukę. „Niezwykle ostre w tonie pismo wiceministra finansów” przypomina, że nadzór nie może tworzyć prawa, a wydawane przezeń rekomendacje winny mieć oparcie w obowiązujących przepisach. Zastrzeżenia MinFin dotyczą działań KNF wobec rynku ubezpieczeniowego.

Może i racja. Po ogłoszeniu w styczniu przez KNF projektu zasad ładu korporacyjnego dla instytucji nadzorowanych też wystąpiłem do przewodniczącego Andrzeja Jakubiaka z dyskretną, acz wielce krytyczną oceną tego pomysłu, wzbogaconą spostrzeżeniami w stylu „KNF nie stoi ponad prawem”. Ale kiedy MinFin traktuje Komisję z buta w sprawie rynku ubezpieczeniowego, przecież weźmy pod uwagę, że PIES SZCZEKA NA ZŁODZIEJA.

Hrabia słup

Kazimierz Chłędowski (1843 – 1920), pisarz, publicysta, urzędnik, nawet epizodyczny minister ds. Galicji, autor ciekawych pamiętników z czasów lwowskich i wiedeńskich, opisywał obyczaj obsadzania w Galicji naczelnych stanowisk w przeróżnych instytucjach:
„Prezesem zawsze musiał być jakiś hrabia […], bo dotąd utrzymuje się w Polsce i w Austrii tradycja, że naczelnikiem każdej większej instytucji, każdego większego finansowego towarzystwa musi być hrabia lub książe, choćby ten hrabia i książe przez większą część swego życia tylko tańcował, tylko długi robił i myśl rozumna rzadko zabłądziła do jego głowy. ‘Publiczność potrzebuje nazwiska, potrzebuje firmy’ – tak zwykle mówią; ale publiczności na tej często bardzo sponiewieranej firmie daleko mniej zależy, aniżeli tym osobistościom, które kryjąc się za jakiegoś hrabiego i wodząc go za nos mogą swoją wolę przeprowadzić w danej instytucji, nie narażając swego nazwiska. I tak by tylko kilka wyliczyć przykładów: miał Kierzkowski swojego Wodzickiego albo Potockiego przez długie lata w instytucjach krakowskich, miał Marchwicki swojego Sapiehę, dyrektor Simon swego ks. Ponińskiego w filii Anglobanku we Lwowie, miał wreszcie słynny dziś jeszcze Rappaport swojego pana Ludwika Wodzickiego w Laenderbanku wiedeńskim. Każdy z tych panów robił, co mu się żywnie podobało, za swoim herbowym parawanem, a im większy bywał parawan, tym więcej musiał zasłaniać nadużyć”.