Archiwum kategorii: GETBACK

ALERT: Pod rynkiem tyka bomba! Czy obligacje banków Czarneckiego wysadzą nas w powietrze?

  • Istnieje niebezpieczeństwo, że obligacje wyemitowane przez banki Leszka Czarneckiego zostaną osierocone;
  • W przypadku obligacji Idea Banku, realnie zagrożonego, dotyczy to obligacji o wartości ok. 500 milionów złotych;
  • Jeżeli Getin Bank nie zdoła pozyskać inwestora strategicznego, zagrożenie może dodatkowo objąć obligacje o wartości 1 900 milionów złotych;
  • Spowodowałoby to niewyobrażalne konsekwencje dla inwestorów, rynku obligacji, TFI, GPW, a także PPK, oraz głęboki kryzys zaufania do państwa i jego organów.

Być może tuż za rogiem czeka nas katastrofa. Jeżeli spełni się czarny scenariusz i banki Leszka Czarneckiego nie będą w stanie obsłużyć wyemitowanych obligacji, pogrąży to nie tylko ich obligatariuszy, lecz stopniowo, krok po kroku, cały rynek. Najpierw dotknięty zostanie obrót obligacjami, ucierpią fundusze obligacji, akcjonariusze i klienci banków, nie tylko notowanych na GPW (bo znowu wzrosną już wysokie obciążenia), obligatariusze i akcjonariusze innych spółek, fundusze inwestycyjne, OFE, Giełda Papierów Wartościowych. Kryzys rynku może wstrząsnąć państwem, przekreślić (przecież już nadwerężone kilkoma wydarzeniami) zaufanie do regulatora i nadzorcy, zagrozić Pracowniczym Planom Kapitałowym.

Media chyba nie widzą problemu. Serwisy informacyjne żyją głównie tematami dnia, ich wyobraźnia się sięga przyszłych dni i tygodni. Dlatego eksponują wieść, że Getin Noble Bank wszedł oto do indeksu WIG40, co może być przez laika poczytane za dobrą wiadomość. Martwią się także losem TFI, które zainwestowały spore środki w ZM Henryk Kania, co zaciążyło na wartości aktywów kilku funduszy obligacji. Piszą o „obligacyjnej odwilży”. Lecz istota sprawy tkwi gdzie indziej.

Po pierwsze, zagrożone obligacje podporządkowane Idea Banku znajdują się przede wszystkim w portfelach inwestorów detalicznych. Po drugie, są to często ci sami inwestorzy, którzy utopili swoje środki w papierach Getback SA. Na temat kryzysu tej spółki sporządziłem ogłoszony tutaj raport, wskazuję w nim rozlicznych winnych i współwinnych katastrofy, lecz do tego grona nie zaliczam indywidualnych obligatariuszy. Działali oni w dobrej wierze pokładanej w emitencie, jego inwestorze strategicznym, dystrybutorach papierów, nadzorze nad rynkiem i państwie. Misterny system ochrony interesów obligatariuszy zawiódł na całej linii. To nie powinno się zdarzyć. To nie może się powtórzyć!

Komisja Nadzoru Finansowego pozwalała na sprzedaż obligacji Idea Banku klientom detalicznym. Winę można zwalić na poprzedniego przewodniczącego (ciekawe, co się dzieje w jego sprawie?). Bankom Leszka Czarneckiego zaszkodziły i nadmierne apetyty na ryzyko, i chciwość ich kierownictwa, i koniunktura na rynku, i „afera 1 procenta”. Nawiasem: ów jeden procent zdecydowanie potaniał, co jednak nie jest dobrą wiadomością. Zaszkodziły też – jeszcze nieznane w pełni – konsekwencje zaangażowania Idei Banku w obligacje Getback.

Lecz obligatariusze nie ponoszą odpowiedzialności za sytuację banku. Nie są nimi naiwni inwestorzy w Złoto Kolchidy (Amber Gold). Gdyby doszło do ich pokrzywdzenia w procesie resolution, skutki byłyby fatalne. Inwestor oszukany, a wkrótce potem skrzywdzony, w papiery dłużne nie zainwestuje. Odczuje to boleśnie kilka branż. Najpierw będą to spółki żyjące z kapitału indywidualnych obligatariuszy: przemysłowe, windykacyjne, budowlane. Wkrótce do reszty odpłynie kapitał z funduszy inwestycyjnych, następnie z GPW. Gospodarka pozbawiona wsparcia, opuszczona przez dostawców kapitału, pogrąży się w kryzysie, co ugodzi w dobrostan pokoleń pozbawionych oszczędności i nadziei. 

Także obligacje Getin Noble Banku w lwiej części znajdują się w portfelach indywidualnych inwestorów. Jeżeli bank nie pozyska inwestora strategicznego (a kryzys Idea Banku sprzyja tej fatalnej możliwości), osierocone mogą zostać dodatkowo papiery o nominale 1 900 milionów zł. Bank już od dawna nie spełnia wymogów kapitałowych. Sytuacja obligatariuszy byłaby korzystniejsza, gdyby konieczna interwencja została podjęta wcześniej, gdy kapitały własne banku były wyższe. Ta okazja została stracona.

Oprocentowanie emitowanych przez inne banki obligacji podporządkowanych może wydatnie wzrosnąć w obliczu ucieleśnionego w nich ryzyka. Oznacza to groźbę podwyższenia kosztu pozyskania kapitału. Należący do dużego banku dom maklerski, z którego korzystam, wycofał się od czasu załamania papierów Getback SA, może na stałe, z oferowania wszelkich obligacji.

Zapowiadana możliwość nadejścia katastrofy w następstwie osierocenia obligacji banków Czarneckiego nie ma w sobie owej nuty dramatyzmu, jaka nadała ton kryzysowi Getback SA. Nie ma tu toczącego się wątku kryminalnego – gdyż „afera 1 procent” przecież się nie toczy. Nie ma tu missellingu, który w przypadku obligacji Getback definiowałem jako „oferowanie przez niewłaściwe podmioty, niewłaściwym nabywcom, w niewłaściwy sposób, niewłaściwych walorów”. Z tej strony był tu porządek. Grozy mógłby dodać sprawie powołany przez BFG „Zły Bank”, ale nie zdołał on jeszcze ujawnić swojego charakteru. Wszelako mam nadzieję, że Bankowy Fundusz Gwarancyjny i Komisja Nadzoru Finansowego pod nowymi kierownictwami zdołają jeszcze rozbroić minę, która tyka pod rynkiem. Czasu zostało niewiele!

Czytaj także:

2019.03.04 Getback i corporate governance. Raport Nartowskiego

 

 

RAPORT NARTOWSKIEGO o Getback SA: sprostowanie, wyjaśnienia, przygany

W poniedziałek 4 marca ogłosiłem tu materiał „Sprawa Getback S.A. (2018) w świetle corporate governance”. Zawiera on dwa wątki: studium przypadku oraz zalecenia, jakie kroki warto podejmować, by do takich przypadków nie doszło. Pora na krótki przegląd reakcji na mój raport.

Na wstępie SPROSTOWANIE. W rozdziale VIII – OBLIGACJE, w akapicie NADZÓR POD LUPĄ przywołałem wypowiedź prezesa Najwyższej Izby Kontroli z której wynikało, że NIK – sprawdzając, jak Komisja Nadzoru Finansowego kontrolowała zgodność działań podejmowanych przez banki w związku z obrotem obligacjami Getback SA – wykryła wiele nieprawidłowości w działaniach Komisji. Jacek Barszczewski, dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej KNF zwrócił mi uwagę na popełnioną w tym miejscu nieścisłość, a nawet wskazał źródło, z którego nieścisłość pochodzi. Otóż kontrola NIK, o której prezes Izby wypowiadał się w związku z wykryciem w pracach KNF licznych nieprawidłowości, dotyczyła innej sprawy. Natomiast związana z Getback SA kontrola NIK nie została jeszcze podsumowana raportem, więc na ogłoszenie dotyczących tej sprawy nieprawidłowości w pracach Komisji Nadzoru Finansowego jeszcze czekamy. Może opiszę je jeszcze, zanim zgaśnie i spółka, i zainteresowanie jej losami.

Przepraszam KNF za pomyłkę. Zarazem wyjaśniam zwłokę w ogłoszeniu sprostowania: przyjąłem, ze w tak obszernym tekście mogłem użyć wielu sformułowań budzących czyjeś wątpliwości lub sprzeciwy, więc dałem sobie 40 dni na pozbieranie ich i ogłoszenie wyjaśnień. Lecz nikt więcej sprostowań nie żądał.

WYJAŚNIENIA

Spotykam się często z pytaniami „CZY RAPORT BĘDZIE GDZIEŚ OGŁOSZONY?” Otóż został ogłoszony na stronie www.andrzejnartowski.pl, zajrzały do niego tysiące Czytelników, wielu ściągnęło plik, tekst jest i będzie dostępny dopóki prowadzę swój blog.

Otrzymuję także pytania, CZY OPISZĘ TEŻ INNE AFERY? Otóż może byłbym skłonny otworzyć Biuro Opisywania Szokujących Przypadków Rynkowych, acz dopiero pod kilkoma warunkami. Że polskim rynkiem kiedyś wstrząśnie podobna sprawa, do czego – mam nadzieję – nie dojdzie. Że otrzymam swobodny, nieskrępowany dostęp do tajemnic spółki, a jeżeli zajdzie potrzeba – także do tajemnic inwestora. I że zapłacą mi za moją pracę. Liczę niedrogo, ponieważ bez daleko idącej współpracy uczestników sprawy niczego nie zdołam dokonać.

HECNE TEORIE SPISKOWE. Pisząc raport na zlecenie Abris Capital Partners – przecież Abrisu nie oszczędzałem. W kilku reakcjach internautów na raport pojawiły się jednak sugestie, że kryję niecny spisek: otóż Getback SA miała na zlecenie funduszu wykupić złe portfele kredytowe z banków z udziałem Skarbu Państwa, oczyścić w ten sposób ich bilanse, po czym upaść pod ciężarem wykupionych długów. Ja także oglądałem kiedyś filmy o gangu Olsena, bawiły mnie wyrafinowane plany Egona i działania jego wspólników potykających się o własne nogi, oczywiście dostrzegałem także nieporadności funduszu, lecz przypomnę, że to właśnie Abris wiosną 2018 r. ratował Getback SA przed upadkiem. A później, zamiast zacierać ślady, z własnej inicjatywy udostępnił mi wszystkie informacje i materiały, o jakie się zwróciłem.

Zaczepiano mnie, czy zawsze (?) skrzętnie skrywam prawdziwe tło afer. To pytanie w stylu: „Czy pan nadal bija żonę”. Nie można odpowiedzieć ani przecząco, ani twierdząco. Więc czy wiem, że „Abris wszedł do Polski za równowartość kilkunastu paczek papierosów?”. Skądże miałbym to wiedzieć ja, niepalący? Więc nie wiem, lecz i nie wierzę.

Teorie spiskowe są dowodem nieprzebranej mądrości zbiorowej internautów. Wszak wiedzą oni, że „dr Kulczyk kupił klinikę w Wiedniu, by w niej dyskretnie zniknąć”. A nieszczęsny król Władysław III Warneńczyk dyskretnie żyje sobie na Maderze.

Temat budzący zainteresowanie: JAK DOPAŚĆ DELOITTE? Otrzymałem wiele próśb o wskazówki w tym przedmiocie. Informuję zainteresowanych, że pomocy prawnej im nie udzielę. Nie taka jest moja rola.

Inny temat budzący zainteresowanie: WHISTLEBLOWING. Czy mógłbym udostępnić tekst omówionego w raporcie Zawiadomienia sygnalisty? Nie, ponieważ ujawnienie tekstu może przyczynić się do ujawnienia tożsamości demaskatora/ów, czego nie chciałbym z uwagi na konieczność ochrony whistleblowera/ów przed ciekawością postronnych, w tym wszelkich organów ścigania. Szanujmy demaskatorów!

Pytają, CZY ZOSTANĘ POLSKIM JEFFREYEM ARCHEREM? Zwracano mi uwagę, że narracja raportu jest wartka, mógłbym na jego kanwie napisać powieść sensacyjno-kryminalną w stylu Archera. Nie napiszę jej, Archera nie poważam, zawsze dziwiłem się, że Ropuchowi (przezwisko nadali mu koledzy – jeżeli przyjąć, że ten typ miał w ogóle kolegów) tak niewiele zabrakło do objęcia urzędu premiera Wielkiej Brytanii, ale przestaję się dziwić pod wpływem obserwacji, co dzieje się tam obecnie.

A CO TERAZ DZIEJE SIĘ ZE SPÓŁKĄ I WOKÓŁ NIEJ? Tego już nie badam, czyli nie wiem. Z mojego raportu wynika, że wątek aferalno-kryminalny został zamknięty wraz z utworzeniem nowego zarządu z Przemysławem Dąbrowskim na czele. Nastał czas sprzątania. Niedawno ogłoszono, że Dąbrowski ustąpił z prezesury i został wiceprezesem, a z rady nadzorczej ustąpiła i weszła do zarządu Paulina Pietkiewicz z Abris CP (która de facto w radzie nie pracowała, była systematycznie delegowana do pracy w zarządzie). Rozdzwonił się telefon. Proszę przyjąć do wiadomości, że sprawy nie znam, decyzje mają zapewne charakter biznesowy, może spółka wkrótce coś ogłosi, niemniej proszę nie dopatrywać się w tym związku z moim raportem.

PRZYGANY

Raport nie narzucał jedynej słusznej prawdy. Sprawa od dawna żyła w mediach, każda redakcja głosi prawdę własną. Skorzystałem z przyjaznej relacji z PARKIETEM (od lat tam pisuję), by rozgłosić powstanie raportu. Nie oczekiwałem medialnego poruszenia, sprawa nie była już świeża, lecz nie spodziewałem się także tak skromnej reakcji mediów, niemal kompletnego braku zainteresowania.

Przypomnę także: raport dotyczył CORPORATE GOVERNANCE i zawierał zalecenie w tym przedmiocie, na które nie zwrócono należnej im uwagi. Ogromna większość kierowanej do mnie korespondencji dotyczyła nieprawidłowości w spółce i wokół niej, na rynku i w państwie, ale dyskusji na temat moich zaleceń w przedmiocie dobrych praktyk – nie podjęto. Szkoda. Lada chwila ktoś znowu zasypie rynek obligacjami. Lecz powiadał Benny Hill: „Że nikt się nie skarży – nie oznacza, że wszystkie spadochrony się otwierają”. Kiedy nie otworzy się kolejny, proszę mnie nie obwiniać. Ostrzegałem!

 

 

 

 

 

Między spółkami i audytorami potrzebne jest zaufanie, czy państwo?

  • Na rynkach, między spółkami i inwestorami a profesją audytorską powstaje przepaść braku zaufania;
  • W Wielkiej Brytanii przypadki Carilliona lub Patisserie Valerie uzasadniają reformę audytu, powiązania go z governance i sprawozdawczością;
  • W Polsce reforma nadzoru nad audytem nie zmierza ku rozwiązaniu problemów branży ani governance, lecz ku wzmocnieniu nadzoru państwa nad rynkiem;
  • Rzecz w tym, że państwo po rynku porusza się niezdarnie, a osławiony przypadek Getback S.A. wskazuje na jego rażącą nieskuteczność.

 

 

Mistrust, czyli zaprzeczenie zaufania, to słowo coraz częściej używane na rynku kapitałowym w przestrzeni między spółkami i ich inwestorami a profesją biegłych rewidentów. Weszło ono do języka codziennego w epoce upadku Enronu i jego audytora, Arthura Andersena, kiedy księgowe oszustwa rozpełzły się szeroko po korporacyjnej Ameryce. Wróciło na języki wraz z późniejszym o zaledwie kilka lat światowym kryzysem bankowym. Największą karierę robi teraz, kiedy wielkie firmy upadają nagle, często bez ostrzeżenia, że im cokolwiek zagraża. Doszło do tego, że i małe spółki są w stanie – ku zdumieniu inwestorów, zarządu, audytora – znienacka wpaść w korkociąg i stracić ogromne pieniądze. Nikt potem nie jest w stanie wytłumaczyć, ile wyniosły straty, gdzie się podziały pieniądze, kto odpowiada za skandal, oraz dlaczego audytor, znakomicie przecież opłacany, niczego nie dostrzegł, nikogo nie ostrzegł, niczego nie wyjaśnił.

Znakomitą ilustracją współczesnego stanu audytu jest opisywany tu kilkakroć przypadek Patisserie Valerie, brytyjskich sieci cukierni oferujących wyroby na wzór kontynentalnych. Spółka, notowana na AIM, wyceniana była na 450 milionów funtów. Nagle, 10 października 2018 r., wyszły na jaw jej kłopoty finansowe: idące w miliony funtów zadłużenie na dwóch utajnionych przed radą dyrektorów rachunkach bankowych, oraz zaległości podatkowe. Zrazu mówiono o wessanych przez Czarną Dziurę dziesięciu milionach, już dwa dni później inwestor wsparł spółkę dwudziestoma milionami, wkrótce zaczęto mówić już o czterdziestu milionach, a 15 marca b.r., po niespełna półrocznym śledztwie, nie wyjaśniono jeszcze, gdzie się pieniądze podziały, natomiast oszacowano, że zniknęły przynajmniej 94 miliony GBP.

Firma Grant Thornton badała spółkę przez lata, a później wydała durne oświadczenie: audytor nie jest od tego, żeby wykrywać oszustwa. Kiedy przyglądam się rynkowi brytyjskiemu, często nachodzi mnie myśl, że audytor oszustw nie wykrywa, bowiem popełnia je sam. Na czele czarnej listy brytyjskich firm audytorskich błyszczy KPMG, uwikłana w skandale po obu stronach Atlantyku. Obecnie sprawuje ona wobec Patisserie Valerie tzw. administrację (postępowanie restrukturyzacyjne).  Na początek zamknięto 71 lokali, 122 wystawiono na sprzedaż. Sprzedano siostrzane sieci Baker & Spice i Philpotts. Setki osób straciło pracę. Co stało się z pieniędzmi, wciąż nie wiadomo.

Bardziej dociekliwi okazali się dziennikarze usiłujący dociec, czy kiedykolwiek istniała Madame Valerie, po której cukiernie wzięły nazwę. Ustalono, że urodziła się 22 kwietnia 1900 r. w belgijskiej Ostendzie jako Esther van Gyseghem (po mężu Vermeirsch). W 1926 r. otwarła w Londynie, przy Old Compton Street, lokal oferujący kontynentalne słodkości. Jej imię i oba nazwiska brzmiały na Wyspach paskudnie, więc cukiernię nazwała Valerie. Jest to szczegół bez znaczenia z punktu widzenia corporate governance.

Znaczenie ma natomiast wielka reforma nadzoru nad brytyjską profesją audytorską. Ma ona na celu rekonstrukcję zaufania do branży audytorskiej i rynku. Ubiegłoroczny upadek konglomeratu Carillion zaowocował powołaniem komisji pod przewodnictwem Sir Johna Kingmana. Opracowane przez nią propozycje (raport Kingmana) przewidują zastąpienie obecnego nadzory profesji audytorskiej, Financial Reporting Council, przez nową instytucję: ARGA – Audit, Reporting and Governance Authority. Przyjęto słuszne założenie, że te trzy sfery rynku: audyt, sprawozdawczość i governance (porządek korporacyjny) przenikają się nawzajem, tworzą organiczną jedność. Raport Kingmana krytycznie ocenił obecną działalność Financial Reporting Council: jest to przeżytek z minionej epoki, rozpadająca się szopa, przy której z czasem klecono kolejne dobudówki, ale całość przecieka i trzeszczy, jest bez końca naprawiana, poprawiana, lecz stoi na słabych fundamentach. Na dobrą sprawę ten obrazowy opis można odnieść do całego Zjednoczonego (jeszcze) Królestwa. ARGA ma być sprawna, skuteczna i stanowcza. Zobaczymy.

Nieufność wobec biegłych rewidentów eksplodowała i w Polsce, pożywkę dał jej kryzys Getback S.A., która wpadła w korkociąg zaledwie kilka miesięcy po pierwotnej ofercie publicznej. Mnożą się głosy, że audytor spółki przegapił tykającą pod nią bombę. Na temat spółki sporządziłem raport, pierwsze na polskim rynku całościowe opracowanie sytuacji kryzysowej i płynących z niej wniosków. Biegli rewidenci nie zareagowali na moje opracowanie, natomiast agencja PR obsługująca Polską Izbę Biegłych Rewidentów dostrzegła, że gdzieś w tekście, na s. 31 z 61, wspomniałem w nawiasie, że projekt przekształcenia KNA w urząd nadzoru jest mocno dyskusyjny – i pragnie pociągnąć mnie za język.

Owszem, skrytykuję projekt, lecz lobbyści na tym nie zyskają. Otóż uważam, że projekt jest dyskusyjny, ponieważ nie zmierza ku poprawie praktyki audytu, lecz ku wzmocnieniu nadzoru nad audytem. Zamiast rozwiązać problemy, zamierza się wzmacniać państwo, tworzyć organ, budować struktury, procedury i fundusze. Zamiast skupiać działalność firm audytorskich na badaniu sprawozdań finansowych, dopuszcza się kontynuację stanu obecnego: wielkie grupy o niewielkiej przejrzystości (nazywam je Tłustą Czwórką) będą świadczyć mnogość różnych usług, wzbogacając dochody z badania (oby rzetelnego!) sprawozdań finansowych dochodami z kształtowania tych sprawozdań poprzez consulting, doradztwo podatkowe, doradztwo prawne, usługi atestacyjne – jutro wymyślą jeszcze coś nowego. Nie tędy droga ku poprawie governance, odnowie zaufania na rynku i do rynku. Swoją drogą, obecna Komisja Nadzoru Audytowego nie odegrała istotnej roli, jest organem ornamentacyjnym, nie będę jej żałował. Lecz skoro system, jak w Wielkiej Brytanii, przecieka i trzeszczy, należy go zastąpić czymś skutecznym. A państwo jest żałośnie nieskuteczne, co staram się dowieść raportem „Sprawa Getback S.A. (2018) w świetle corporate governance”.  

Czytaj także:

2019.03.04 Getback i corporate governance. Raport Nartowskiego

2019.02.23 Audytor w spółce, pieniądze w czarnej dziurze

2019.01.28 Kiedy audytor śpi, spółka upada znienacka

2018.11.10 Niech jedzą ciastka – afera Patisserie Valerie

 

 

 

 

 

 

Getback i corporate governance. Raport Nartowskiego

Szczycimy się dojrzałością polskiego rynku kapitałowego. Ale metrykalnej dojrzałości jeszcze nie towarzyszy dojrzała odpowiedzialność. Wprawdzie zdarza się na wszystkich rynkach, że spółki zapadają się pod parkiet, pieniądze inwestorów znikają w czarnych dziurach, lecz wtedy usiłowania ku wyjaśnieniu nagłych upadłości bywają podejmowane nie tylko przez organ państwa nadzorujący rynek, także przez innych jego uczestników. Takimi wydarzeniami zajmują się wszechstronnie specjalistyczne media, instytuty dyrektorów, stowarzyszenia inwestorów i emitentów, izby gospodarcze banków, domów maklerskich, funduszy emerytalnych, zarządzających aktywami, PE/VC, interesariusze. Oraz organa ścigania i sądy, sprawne i kompetentne.

Pieniądze nie powinny znikać w ciszy.

Kierując się tym przekonaniem przyjąłem  złożoną mi niespodziewanie przez Abris Capital Partners ofertę opracowania raportu o sprawie Getback SA z perspektywy corporate governance. Niespodziewanie, gdyż wcześniej wyrażałem krytyczne oceny zarządu spółki, jej rady nadzorczej, a także inwestora. Podjąłem zatem próbę sięgnięcia ku sednu sprawy, wyprowadzenia z niej wniosków na temat corporate governance w spółce i wokół niej. Tak powstał pierwszy raport traktujący o bulwersującej sprawie polskiego rynku.

Raport jest moim dziełem. Abris dołączył do niego bogate kalendarium (s. 62-63). Zapraszam do lektury: Raport Nartowskiego: Sprawa Getback S.A. (2018) w świetle corporate governance (PDF)

 

Whistleblowing: jak wynagradzać demaskatora?

* Poszanowanie anonimowości demaskatora jest najważniejszym, ale nie jedynym warunkiem skuteczności whistleblowingu;
* Możliwe, a nawet wskazane, jest także finansowe nagradzanie osób demaskujących nieprawidłowości
* W Polsce na przeszkodzie temu stoi zakłamana moralność, powszechne piętnowanie „kapusiów”, „donosicieli”, ostatnio nawet „zdrajców”;
* W Stanach Zjednoczonych toczy się żywa dyskusja nie o tym, czy nagradzać demaskatorów, a o dopuszczalnej wysokości nagród.

Whistleblowing na amerykańskim rynku kapitałowym jest obecnie regulowany przepisami Dodd-Frank Wall Street Reform and Consumer Protection Act. Sekcja 21F ustawy (Securities Whistleblowers Incentives and Protection) nakłada na Securities and Exchange Commission obowiązki związane z przyjmowaniem i procedowaniem zgłoszeń o nieprawidłowościach oraz nagradzaniem demaskatorów nieprawidłowości. Właściwa komórka SEC, Office of the Whistleblower, zatrudnia kilkunastu prawników i corocznie przedkłada Kongresowi sprawozdanie o realizacji Whistleblower Program. Pracy ma dużo, stąd skargi na jej opieszałość. Demaskatorzy, którzy bezpośrednio przyczynili się do wykrycia nieprawidłowości i nałożenia kar na ich sprawców (względnie także odzyskania utraconych środków) o wartości przynajmniej 1 miliona USD, mogą ubiegać się o nagrodę w przedziale od 10% do 30% kwot pozyskanych w następstwie postępowania.

Nagrody, przyznawane przez SEC demaskatorom od 2012 r., sięgają kilkudziesięciu milionów USD. Są one opodatkowane; skomplikowana procedura postępowania przed SEC, nakierowana nie tylko na wyjaśnienie sprawy, także na bezwzględne poszanowanie i ochronę anonimowości demaskatora, najczęściej wymaga wynajęcia przez zgłaszającego nieprawidłowości kancelarii prawnej, co podatkowo zmniejsza wartość nagrody o kilkadziesiąt procent orzeczonej kwoty. Nagradzanie demaskatorów nie budzi zastrzeżeń, skoro w wyniku podejmowanych przez nich działań odzyskano dla uczestników rynku (zwłaszcza akcjonariuszy) wielomilionowe kwoty.

W marcu 2018 r. dwie osoby otrzymały do podziału blisko 50 mln USD, a trzecia – ponad 33 mln USD za zdemaskowanie nieprawidłowości w Merrill Lynch. Wcześniej najwyższa z przyznanych dotychczas nagród wyniosła 30 mln USD (2014 r.), a kolejne pod względem wysokości – 22 mln, 20, 17 i 14 mln USD. Niekiedy nagrody były dzielone między kilkoro demaskatorów. Nagrody nie pochodzą z pieniędzy podatników, a z kar nakładanych na złoczyńców i/lub ich pracodawców.

Z końcem czerwca SEC wystąpiła z projektem zmiany zasad nagradzania demaskatorów. Dokument liczy 184 strony, a jego podstawowe założenie sprowadza się do ustanowienia górnego pułapu wypłacanych nagród (w sprawach, w których odzyskano ponad 100 mln USD) na pułapie 30 mln USD i upoważnienia Komisji do podnoszenia niższych nagród do kwoty 2 mln USD. Propozycje wywołały ożywioną dyskusję. Kwestionuje się możliwość ograniczenia wysokości nagród. Nie brak głosów oburzenia: Komisji zarzuca się, że rezygnuje ze ścigania nieprawidłowości w wielkich korporacjach i bankach, a zamierza się skupić na pośledniejszych oszustwach… Słychać głosy, że ograniczenie pułapu nagród może zniechęcić do współpracy z SEC i ujawnienia nieprawidłowości świadomego ich – wysoko opłacanego – menedżera, który nie znajdzie już pracy w bankach lub korporacjach. O tym, że propozycja jest kontrowersyjna, świadczy wynik głosowania w Komisji: 3 głosy za, 2 przeciw (Demokraci), a te ostatnie wzmocnione gniewną argumentacją.

Trudno zaprzeczyć, że tak rozumiany whistleblowing kreuje wartość nie tylko dla nadzoru nad rynkiem kapitałowym, także dla rynku i ogółu jego uczestników. Pieniądze, odzyskiwane dzięki demaskatorom, w znacznej części wracają do pokrzywdzonych. Demaskatorzy ponoszą ryzyko utraty pracy, albo pozycji zawodowej, ale mogą się ubiegać o nagrody, których wysokość zależy od ujawnionych nieprawidłowości oraz sumy odzyskanych środków.

W Polsce demaskatorzy nie znajdą zrozumienia. Nie otrzymują nagród. Potępia ich opinia. Demaskator jest „donosicielem”, „kapusiem”, „konfidentem”. Obecny rząd kształtuje w społeczeństwie odwrotny system wartości. Naruszanie norm konstytucyjnych staje się źródłem prawa, kłamstwo – prawdą, nikczemność – cnotą i tytułem do stanowisk, a ujawnianie przed światem nieprawidłowości i bezprawia bywa piętnowane jako „zdrada”. Gdyby nie klimat pogardy wobec demaskatorów dałoby się, być może, uniknąć przynajmniej części strat w kosztownych aferach SKOKów, Getback SA, SK Banku w Wołominie, Amber Gold – i podobnych. Oraz wykryć nieprawidłowości do tej pory jeszcze nie wykryte.

Dlatego warto promować korzyści płynące z whistleblowingu, zbudować procedury ujawniania nieprawidłowości, chronić anonimowość demaskatorów nieprawidłowości i motywować ich wynagrodzeniem zależnym od wysokości odzyskiwanych kwot. Związane z tym zadania lepiej byłoby powierzyć Komisji Nadzoru Finansowego, niż upolitycznionym służbom specjalnym. Nie przypuszczam jednak, by mój głos w obronie whistleblowingu zyskał szerokie poparcie. Lecz będę jeszcze na ten temat pisać.

Na temat Dodd-Frank Act czytaj także:
2018.05.11 Portfel prezesa w czasach populizmu
Na temat whistleblowingu czytaj także:
2018.07.02 Whistleblowing: szanuj demaskatora i jego anonimowość
oraz przywołane tam teksty

“Napychali sobie gęby złotem” (jeszcze o Carillion)

• Upadek sporej spółki zachwiał branżą. Podważył zaufanie do giełdy, menedżerów, profesji audytorskiej, do państwowego nadzoru nad rynkiem kapitałowym.
• Odnotowano szokujące straty poniesione przez pracowników, akcjonariuszy, społeczeństwo. Oraz porażająco wysokie zadłużenie.
• Sprawą zajęły się komisje parlamentarne. Odkryto zadziwiająco niskie standardy i agresywną rachunkowość. Skonstatowano lekkomyślność piastunów spółki, ich niepohamowaną pychę oraz chciwość.
• Ustalono, że audytor diagnozował niezagrożoną kontynuację działalności spółki, kiedy ta spiralą korkociągu zmierzała już ku katastrofie.

Wzmianka o komisjach parlamentarnych świadczy, że – wbrew wielu podobieństwom – nie chodzi o Getback, spółkę zbyt blisko związaną z grupą trzymającą władzę, by powołano komisję sejmową śledzącą szaleńczy lot prezesa i rady nadzorczej ponad kukułczym gniazdem. Przedmiotem rozważań jest Carillion, brytyjski konglomerat budowlany, ponadto zajmujący się m.in. żywieniem dzieci w 218 szkołach, dbałością o czystość w szpitalach (11.500 łóżek), prowadzeniem 50 więzień, utrzymywaniem 50.000 domów dla personelu wojskowego. Do katastrofy doszło w styczniu, boleśnie i niespodzianie (pisałem o tym w tym miejscu 3 marca). Wyparowały ogromne pieniądze: w chwili upadku zadłużenie firmy wyniosło 7 miliardów GBP. Stanęły inwestycje w kraju i za granicą, w tym objęte kontraktami rządowymi. Dziesiątki tysięcy zatrudnionych straciły pracę.

Rada dyrektorów starała się stworzyć wrażenie, że jest godną współczucia ofiarą rynkowej zawieruchy, nieprzewidzianych wypadków i zbiegów okoliczności. Wypłacano sobie sute premie. Utrata przez spółkę wypłacalności była dla jej piastunów niemiłym zaskoczeniem. „Napychali sobie gęby złotem” – obrazowo stwierdził jeden z członków Izby Gmin. Parlamentarzyści krytykowali zbutwiałą kulturę korporacyjną bankruta. Oraz rząd – za brak decyzyjności i odwagi stawienia czoła niedostatkom regulacji. Zanosi się na dyskwalifikację menedżerów- krętaczy, pozbawienie ich zdolności do pełnienia funkcji zarządczych i nadzorczych.

Upadek spółki najbardziej zaboli audytorów – pasożytujące na bankrucie firmy Tłustej Czwórki. „To haniebny przykład, jak nasz kapitalizm działa pod cieplutką kołderką audytorów grzęznących na każdym kroku w konflikcie interesów” – mówiono w badających przypadek komisjach Izby Gmin. KPMG niedbale „badała” finanse konglomeratu przez 19 lat, otrzymała 29 mln GBP. Audytorzy nie okazali profesjonalnego sceptycyzmu wobec osobliwej rachunkowości spółki. EY zgarnęła 10,8 mln GBP za 6 miesięcy „doradztwa” na drodze do katastrofy. Deloitte zarobiła 51,2 mln GBP za wsparcie audytu wewnętrznego, doradzając w sprawach kontroli finansów i zarządzania ryzykiem. PwC – jedyny potentat, który ustrzegł się konfliktu interesów, wykazał należytą staranność w wystawianiu faktur. Wyznaczony administratorem upadłego, wystawił je na 21,1 mln GPB, otrzymując 8,5 mln GBP od spółki, 6,5 mln GBP od rządu 6,1 mln GBP od systemów emerytalnych.

Audytorzy wywołali oburzenie komisji parlamentarnych. Zarzucono im pasożytnictwo, stawianie własnych profitów ponad losy spółek, które byli zobowiązani zbadać pod mikroskopem. Padły słowa o kabale czwórki wielkich audytorów, o ich współwinie za katastrofę, o potrzebie ich „złamania” (Big Four need to be broken up). Brytyjski rynek audytu określono jako klub dbający o własną wygodę i niezdolny do wykazywania niezbędnej niezależności. Skrytykowano Financial Reporting Council za poważne zaniedbania nadzoru nad profesją. Podniesiono, że spośród spółek z indeksu FTSE 100 tylko jedna nie jest audytowana przez Tłustą Czwórkę. Sprawę polecono uwadze brytyjskiego urzędu antymonopolowego – Competition & Market Authority. Stwierdzono, że kolejny przypadek na wzór katastrofy Carilliona może wydarzyć się ponownie – i to szybko; że brytyjski rynek jest zbyt cenny, by pozostawić go w rękach krętaczy; że zapewne tyka pod nim wiele takich bomb z opóźnionym zapłonem. Lecz za mocnymi słowami rzadko podążają mocne czyny…

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 11 czerwca 2016 r.
Czytaj także:
2018.03.03 Carillion: corporate governance na opak

Getback SA: ornamentariusz u steru, akcje nawet po 5 groszy, handel furgonetkami

• Zwołana w trybie nagłym rada nadzorcza odwołała prezesa ze skutkiem natychmiastowym, co rynek przyjął z zadowoleniem.
• Do czasowego pełnienia obowiązków odwołanego prezesa ogarniętego zmianami zarządu rada oddelegowała przewodniczącego, co rynek przyjął ze zrozumieniem.
• Przewodniczący oświadczył, że potrzebuje kilku tygodni na rozeznanie się w sytuacji spółki, co rynek przyjął z niesmakiem i kpiną.

Czy przewodniczący rady nadzorczej Getback SA mógł nie znać sytuacji w spółce? Wokół niej od tygodni kipi gniew inwestorów. Spółka ogłosiła dwie emisje akcji. Nie oznaczyła ceny, po której chce akcje sprzedać. Wyłączyła prawo poboru. Słała na rynek fałszywe raporty o inwestorach skłonnych ją wspomagać. Stanowczo podkreślała, że nie ogłosi raportu z wynikami za ubiegły rok przed zakończeniem – odbywanego na raty! – walnego zgromadzenia, które ma te emisje uchwalić.

Kto zajrzy do statutu spółki, ustali dwa ważne szczegóły. Pierwszy: wartość nominalna akcji Getback SA wynosi 5 groszy. W ofercie publicznej spółka sprzedała swoje walory 370 razy drożej, lecz nikt jej nie zabroni emitowania akcji znacznie taniej, nawet po 5 groszy. Drugi: kompetencje rady nadzorczej są tak rozbudowane, że zarząd musi uzyskać jej zgodę na większość czynności wykraczających poza strefę zwykłego zarządu. Przewodniczący rady Kenneth William Maynard jest – jak czytam na stronie spółki – wytrawnym menedżerem o bogatych doświadczeniach z wielu rynków. W radzie nadzorczej Getback SA pracował, bądź tylko zasiadał, od lutego 2017 r. W obliczu kryzysu w spółce, a zwłaszcza wokół niej, zapewne obserwował wydarzenia. Oddelegowanie do sprawowania, przez dwa miesiące, funkcji prezesa zarządu, prawdopodobnie go nie zaskoczyło. Zdecydował się, niestety, przyjąć pozę ornamentariusza, który o wielu rzeczach jeszcze nie wie. To bardzo zły znak dla rynku.

Istnieją dwojakie poglądy na rolę przewodniczącego rady nadzorczej w sytuacji kryzysowej. Jedna szkoła twierdzi, że przewodniczący, jak cała rada nadzorcza, wie o spółce niewiele, bo posiedzenia rady odbywają się cztery do sześciu razy w roku. Aktywny przewodniczący to w oczach tej szkoły taki, który śledzi pojawiające się w mediach informacje o spółce: może się czegoś z nich dowie? Dobry przewodniczący to już ktoś, komu nie mylą się nadzorowane spółki, gdy przewodniczy kilku radom. Dlatego na wielu rynkach, zdecydowanie bardziej dojrzałych od naszego, uciera się dobra praktyka, że pracować można w kilku radach (ale też bez przesady), ale przewodniczyć – tylko jednej.

Druga szkoła wychodzi z założenia, że przewodniczący rady nadzorczej nie tylko jest najważniejszym i najbardziej godnym w gronie jej członków, bowiem spoczywa też na nim szczególna odpowiedzialność za sytuację nadzorowanej spółki. Nie jest on wyłącznie od zadawania trudnych pytań, także od wynajdywania rozwiązań trudnych spraw. Kiedy w spółce, albo wokół niej, zaczyna dziać się źle, przewodniczący rady musi być jednym z pierwszych, którzy zdadzą sobie z tego sprawę. Powinien też liczyć się z tym, że przyjdzie mu z dnia na dzień, z godziny na godzinę, stanąć na czele spółki w czasowym zastępstwie prezesa, który stracił możliwość wykonywania swojej funkcji – najczęściej dlatego, że został odwołany.

Bardzo wyraziście pamiętam wrześniowy dzień sprzed lat. Zwołałem na 10:00 radę nadzorczą w mieście odległym o 250 kilometrów. Chciałem być na miejscu wcześniej z uwagi na ważne spotkanie poprzedzające obrady. Wyjechałem o 6:20, dotarłem tuż przed 9:00. Spotkanie nie przyniosło widoków na rozwiązanie trudnej sytuacji nadzorowanej spółki. O 10:00 otwarłem obrady rady; wiedzieliśmy już, że zarząd zapowiedział załodze znaczące podwyżki płac, ponieważ „dawno podwyżek nie było”. Spółki nie stać było na podwyżki, była silnie zagrożona upadłością, już nie regulowała płynnie wszystkich zobowiązań. Odwołaliśmy zarząd, który uparcie stal na stanowisku, że „pieniądze muszą się znaleźć”. Po kilkunastu godzinach obrad zdaliśmy sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia, jak natychmiastowe delegowanie przewodniczącego rady do czasowego wykonywania obowiązków prezesa. W ten sposób ja: prawnik, historyk, publicysta, zamieszkały w Krakowie, zatrudniony w Warszawie, zostałem tymczasowym prezesem rzeźni i przetwórni mięsnej w Łodzi. Zapłaciłem za to zdrowiem, ale nie reputacją.

Weteranom rad nadzorczych szczycącym się sztuką zadawania trudnych pytań zdradzę, że wtedy trudnych pytań nie miałem komu zadawać. I dodam, że mandat przewodniczącego rady nadzorczej zawiera w sobie gotowość do intensywnej posługi, nawet w postaci czasowego pełnienia obowiązków prezesa zarządu.

Wspomniałem o statucie Getback SA. Odbiorca przekazów medialnych mógł długo odnosić wrażenie, że jest to grzeczna spółka windykacyjna pod wodzą nadaktywnego medialnie prezesa. Kto wszakże zajrzał do statutu, zapewne zapamiętał, że przedmiot działalności obejmuje także działalność detektywistyczną (co może być pomocne nowemu prezesowi w rozpoznaniu sytuacji spółki). Oraz sprzedaż detaliczną prowadzoną przez domy sprzedaży wysyłkowej lub internet. Oraz sprzedaż hurtową i detaliczną samochodów osobowych i furgonetek. Oraz sprzedaż hurtową i detaliczną pozostałych pojazdów samochodowych z wyjątkiem motocykli. Prawnicy objaśniają, że do przedmiotu działalności spółki wpisują na wszelki wypadek różne pozycje PKD, ale poważna spółka nie ucieka ze swojej branży do handlu furgonetkami. Lecz mam pytanie: czy Getback SA na pewno jest /była poważną spółką?

Czytaj także:
2018.03.16 Getback, mroczne sekrety i okrągłe słowa

Getback, mroczne praktyki i okrągłe słowa

Dzisiaj, 19 marca 2018 r., dowiedziałem się, że spółka jednak zaprasza media na wspomniane tu walne zgromadzenie. To krok we właściwą stronę.

Spółka nie zamierza umożliwić przedstawicielom mediów obecności na walnych zgromadzeniach, mając w szczególności na uwadze konieczność zachowania poufności informacji poufnych, które mogą powstać w trakcie obrad walnego zgromadzenia”. Ten osobliwy cytat pochodzi z oświadczenia Getback SA o stosowaniu – a w tym przypadku braku stosowania – Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW. Spółka nie stosuje jednej z najważniejszych Dobrych praktyk i usiłuje zasłonić się pokrętnym argumentem poufności informacji poufnych. Nie jest to jedyna zasada Dobrych praktyk, której Getback nie stosuje; inne dotyczą transmisji walnego zgromadzenia lub rejestracji jego obrad udostępnianej na stronie internetowej spółki. Getback zasłania się przed rynkiem kurtyną, uchyla ją tylko wtedy, kiedy jest mu wygodnie. Jakież mroczne sekrety chce skrywać? Nie wpuszcza mediów na walne zgromadzenia, ale do mediów chodzi, chętnie udziela wywiady. W rozmowie transmitowanej w cyklu „Prosto z PARKIETU” prezes opowiada o zaufaniu, jakie spółka zbudowała na rynku w relacjach z dziennikarzami (!??). Zapewnia: „jesteśmy bardzo transparentni” (!???). Akurat.

Zwołane na 28 marca nadzwyczajne walne zgromadzenie ma głosować ważne uchwały. O podwyższeniu kapitału zakładowego z wyłączeniem prawa poboru. O upoważnieniu zarządu do podwyższenia kapitału zakładowego w ramach kapitału docelowego. O związanych z tym zmianach statutu. O przyjęciu regulaminu rady nadzorczej i regulaminu walnego zgromadzenia. Czy są to sprawy tak pilne, że nie można ich rozważyć na zwyczajnym walnym zgromadzeniu? To nadzwyczajne będzie, jak ciuciubabka, głosowało w ciemno, bez rozeznania w sytuacji spółki, wszak raport roczny zostanie ogłoszony dopiero 30 kwietnia. Nie chcę snuć przypuszczeń, że bez szybkiego zastrzyku gotówki spółka nie dotrwa maja.

W ubiegłym roku spółka przeprowadziła udaną emisję pierwotną. Od 3 641 inwestorów zebrała 370 mln zł; dzisiaj zapewne błogosławią oni redukcję zapisów o 50%. Zapowiadając ogromne rozwodnienie kapitału poprzez emisję dla dużych inwestorów z wyłączeniem prawa poboru dotychczasowych, przy nieokreślonej cenie akcji – spółka sprokurowała znaczną obniżkę kursu. Ponieważ cena emisyjna ma podążać za notowaniami, te efektownie spadają. Po ogłoszeniu przez Strefę Inwestorów wartościowej analizy sytuacji spółki, jej inwestycyjnych grzechów głównych; po serii pytań skierowanych do jej prezesa przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, kwestionujących uczciwość jego wypowiedzi – najbliższe walne zgromadzenie może mieć interesujący przebieg. Czy dowiem się o tym z mediów?

Od wielu lat prowadzę starania ku przekonaniu notowanych spółek, że przedstawiciele mediów powinni być dopuszczani na walne zgromadzenia. Takie są standardy cywilizowanych spółek, rozwiniętych rynków. Taki jest interes inwestorów i interesariuszy. Taki jest warunek poszanowania reputacji spółki. Społeczność rynku kapitałowego zawdzięcza mediom wiele. Wysyłając przedstawicieli na walne zgromadzenia media działają w interesie rynku i jego uczestników. Własnego interesu w tym nie mają. Łatwiej im opisywać bardziej ekscytujące afery o posmaku politycznym: szaloną reprywatyzację warszawskich nieruchomości, aferę spółki Srebrna, serię upadków Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, ekscentryczne wypowiedzi prezydenta i premiera o historii najnowszej, sute nagrody dla członków rządu, zarobki nominatów partii rządzącej na stanowiska gospodarcze i państwowe, karuzelę na tych stanowiskach.

Getback nie dopuszcza mediów na walne zgromadzenie, ale prezes w mediach lubi bywać. Mówi dużo, na okrągło, o sukcesach spółki oraz jej ambitnych zamierzeniach. Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych sugeruje, że mija się z prawdą. Uważam, że spółkom niechętnym dopuszczaniu przedstawicieli mediów na walne zgromadzenie media powinny okazywać większą powściągliwość. Piastunów takich spółek nie warto zapraszać na łamy. I same media, i Getback, i prezes Konrad Kąkolewski, lepiej wyszliby na tym, gdyby padło mniej okrągłych słów i niespełnionych obietnic.

Czytaj także:

2018.02.08 Nowe media to Piąty Stan rynku. Nieokiełznany

oraz przytoczone tam teksty