Archiwa kategorii: Wynagrodzenia

Jak wynagradzać za pracę w komitecie audytu?

Kwestię „Jak wynagradzać za pracę komitecie audytu?” poprzedza inna: „Jak wynagradzać za pracę w radzie nadzorczej?”. Otóż jednolitych zasad wynagradzania rad nadzorczych w Polsce nie ma i nie będzie, nawet wśród spółek notowanych na GPW. Akcjonariusze poszczególnych spółek wiążą z pracą rad nadzorczych różne oczekiwania. Jedni stawiają radzie wysokie i ambitne wymagania, inni uznają radę za niepotrzebny dodatek do spółki, a jej członków za ornamentariuszy. Niektóre spółki przyjęły, że z członkostwem rady nadzorczej nie wiąże się wynagrodzenie (nie piszę o wynagrodzeniu za pracę w radzie, ponieważ sądzę, że gdzie nie ma wynagrodzenia, nie ma też pracy, zazwyczaj bywa ona wtedy markowana). Niektóre przyznają członkom rady wynagrodzenie tylko symboliczne. Niektóre wynagradzają członków rady wyłącznie za udział w posiedzeniu. Niektóre przyznają członkom rady godziwe wynagrodzenia, ale wśród spółek notowanych na GPW takie są w mniejszości.

Zresztą statuty spółek różnie definiują zakres kompetencji rady nadzorczej. W niektórych spółkach uprawnienia rady ograniczone są do ustawowego minimum. W innych rada ma rozległe kompetencje, a katalog czynności, na które zarząd musi uzyskać uprzednią zgodę rady nadzorczej, liczy kilkadziesiąt pozycji. Wobec tego nie dziwią różnice dotyczące wysokości wynagrodzeń członków rady.

Fenomen komitetu audytu polega na tym, że jego podstawowe zadania określane są nie tyle przez statuty spółek, co przez ustawę. Ta o biegłych rewidentach z 2009 roku zawierała fatalną regulację komitetów audytu. Ta obecna, z 2017 roku, nie jest wprawdzie wolna od błędów, ale budzi znacznie mniej zastrzeżeń. Skoro, co do zasady, spółki notowane tworzą w radzie nadzorczej komitet audytu, a zasady działania i zakres odpowiedzialności członków komitetu są podobne, można zaryzykować twierdzenie, że zasady ich wynagradzania też powinny być podobne (zasady, nie kwoty!). Lecz wcale nie są.

Najbardziej wartościowe wskazówki w tej materii płyną z dokumentu „Dobre praktyki komitetów audytu w Polsce (2010)”, opracowanego przez ACCA z inicjatywy Polskiego Instytutu Dyrektorów. Rozdział „Zasady pracy i wynagradzania komitetu audytu” zawiera trzy istotne sugestie:
• „Wynagrodzenie członków komitetu audytu powinno odzwierciedlać ich kompetencje i zaangażowanie czasowe w realizację zadań powierzonych przez radę nadzorczą i nie powinno mieć charakteru warunkowego lub motywacyjnego (tj. uzależnionego od np. wyników finansowych spółki)” (zasada VI.4),
• „Nie ma przeszkód, by wynagrodzenie członków komitetu audytu przewyższało wynagrodzenie pozostałych członków rady nadzorczej (zasada VI.5),
• „Wynagrodzenie przewodniczącego komitetu audytu powinno co najmniej dorównywać wynagrodzeniu przewodniczącego rady nadzorczej” (tamże).

Dobre praktyki komitetów audytu w Polsce tym różnią się od Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW, że nie stoi za nimi autorytet Giełdy Papierów Wartościowych, nie są także poddane formule comply or explain (stosuj lub wyjaśnij). Jest to natomiast adresowany do rynku kapitałowego niewiążący głos ACCA i PID. Spółki nie są zobowiązane ani do stosowania tych Dobrych praktyk (decydują o tym same), ani do sprawozdawania na temat ich stosowania. Z biegiem czasu niektóre spółki przyjęły płynące z Dobrych praktyk komitetów audytu w Polsce założenia, iż skoro od członków komitetu audytu oczekuje się szczególnych kompetencji, skoro nakłada się na nich szczególna odpowiedzialność – należy ich szczególnie wynagradzać, nawet względem pozostałych członków rady nadzorczej. Oraz, iż przewodnictwa komitetu audytu nie powinien sprawować przewodniczący rady nadzorczej (czyli osoba zazwyczaj ściśle powiązana, formalnie lub nieformalnie, z największym akcjonariuszem). Natomiast nie znalazła szerszego uznania sugestia, by przewodniczący komitetu audytu otrzymywał wynagrodzenie co najmniej dorównujące wynagrodzeniu przewodniczącego rady nadzorczej. Co to, to już nie.

Niedawno Bank Zachodni WBK uchwalił, iż dodatkowe wynagrodzenia za pracę członków rady nadzorczej w komitecie audytu i komitecie ryzyka będą wyższe niż za pracę w innych komitetach rady (aczkolwiek przewodniczący komitetu audytu wynagradzany jest niżej niż przewodniczący rady nadzorczej). Na tle polskich realiów kwoty tych wynagrodzeń można określić jako umiarkowanie wysokie: oprócz miesięcznego wynagrodzenia z tytułu pracy w radzie nadzorczej przewodniczący komitetu audytu otrzymuje 12.000 zł za udział w posiedzeniu komitetu (względnie 3.000 eur, jeżeli zamieszkuje poza terytorium RP), a członek komitetu 8.400 zł, względnie 2.100 eur.

Na 16 października b.r. zwołane zostało nadzwyczajne walne zgromadzenie spółki Selena FM mające ustalić wysokość wynagrodzeń członków rady nadzorczej. Propozycja przewiduje wynagradzanie członków rady za udział w jej posiedzeniach, ponadto za każdy dzień posiedzenia komitetu audytu jego przewodniczący ma otrzymać 3.000 zł, a członek 2.500 zł.

Zrozumiałe, że duży bank płaci więcej niż niewielka spółka. Moje zastrzeżenia niezmiennie budzi praktyka opłacania członków rady nadzorczej i jej komitetów od posiedzenia. Na tych stanowiskach nie wysiaduje się wynagrodzenia tyłkiem. Praca rady nadzorczej i jej komitetów toczy się także, często przede wszystkim, poza formalnymi posiedzeniami. Znam praktykę zwoływania posiedzeń komitetów rady nadzorczej, w tym komitetu audytu, w dniach posiedzeń rady nadzorczej, ale godzinę wcześniej – żeby starczyło czasu na klepnięcie jakiegoś kwitu, bez merytorycznej dyskusji; tak pracują ornamentariusze. Godzinne „posiedzenie” jest fikcją. Im bardziej dojrzewa rynek, im bardziej dorastają rady nadzorcze, im bardziej wyspecjalizowany staje się komitet audytu – tym mniej sensowny jest obyczaj płacenia za posiedzenie. Pisuję o tym od kilkunastu lat, niejedno pióro mi już uschło. Ale mam jeszcze komputer.

Czytaj także:
2010.05.11 Posiedzenie nie jest wartością
2015.09.09 Rada nadzorcza wysiaduje
2013.05.23 Rada pracuje bez wysiadywania
2001.12.24 Rada wysiaduje

O co skarżyłbym Farmacol, gdybym był akcjonariuszem

Do zejścia z parkietu szykuje się Farmacol. Pożegnam tę spółkę bez żalu. Nie wniosła udziału w rozwój rynku. Nie miała corporate governance i nie starała się mieć. Wprawdzie udanie zainwestowała środki z pierwszej oferty publicznej, lecz nie dzieliła się z inwestorami zyskami z działalności, wszystko ciułała pod siebie, bez końca wzbogacając kapitał zapasowy. Nie dbała o należytą komunikację z rynkiem. Jest typową polską familiadą: rodzina panująca zachowuje większość głosów na walnym zgromadzeniu, sama sobą obsadza większość miejsc w radzie nadzorczej. Co najważniejsze: przez lata spółka działała, i nadal działa, w oparciu o statut będący jawną obrazą prawa. Z tej przyczyny nigdy nie powinna zostać dopuszczona do obrotu giełdowego.

Jest zrozumiałe, że założyciele spółki, osoby szczególnie dla niej zasłużone, pragną zachować niektóre przywileje nawet po jej upublicznieniu. Kodeks spółek handlowych dopuszcza przywileje przypisane do niektórych akcji oraz osobiste uprawnienia przyznane indywidualnie oznaczonym akcjonariuszom. Chociaż warunkiem korzystania z osobistych uprawnień jest udział w akcjonariacie spółki, przecież nie płyną one z tytułu posiadania akcji, ale z racji imiennego oznaczenia nosicieli tych uprawnień przez statut i opisania tamże charakteru tych uprawnień. Przysługują one indywidualnie oznaczonym podmiotom tak długo, póki są one akcjonariuszami spółki. Stosowny przepis Ksh brzmi jednoznacznie: „Statut może przyznać indywidualnie oznaczonemu akcjonariuszowi osobiste uprawnienia. W szczególności mogą one dotyczyć prawa powoływania lub odwoływania członków zarządu, rady nadzorczej lub prawa do otrzymywania oznaczonych świadczeń od spółki” (art. 354 § 1).

PRZYMIOTY NIEZBYWALNE I ZBYWALNE
Katalog przyznawanych przez statut osobistych uprawnień nie jest zamknięty, działa tu zasada swobody umów, zatem dopuszczone są wszelakie uprawnienia mieszczące się w ramach bezwzględnie obowiązujących norm prawa, natury spółki akcyjnej i dobrych obyczajów. Mamy tu do czynienia z oczywistym wyjątkiem od zasady jednakowego traktowania akcjonariuszy. W praktyce najczęściej treścią osobistych uprawnień jest niezbywalne prawo indywidualnie oznaczonego akcjonariusza do powoływania i /lub odwoływania członka /członków organu /organów spółki.

Na przykład statut Prokom Software zawierał postanowienie, że „przewodniczącego rady nadzorczej wyznacza Ryszard Krauze” (tak oznaczony akcjonariusz wyposażony był także w prawo powoływania jednego członka rady nadzorczej). Osobiście uprawniony wyznaczał na przewodniczącego rady nadzorczej sam siebie. Także w statucie Petrolinvestu akcjonariusz dysponujący prerogatywą powoływania i odwoływania wiceprezesa zarządu i jednego z członków rady nadzorczej został oznaczony jako „Ryszard Krauze”. Imię i nazwisko to – w odróżnieniu od akcji – przymioty niezbywalne. Nie mnie sądzić, czy przywołane postanowienia były korzystne dla wspomnianych spółek, ale przynajmniej były zgodne z prawem.

Natomiast statut Farmacol SA zawiera postanowienie, iż przewodniczącego rady nadzorczej wskazują spośród osób wybranych do rady akcjonariusze posiadający akcje serii „A”. Ci sami akcjonariusze określają wynagrodzenie przewodniczącego rady. Ponadto mają oni prawo odwołania każdego z członków rady nadzorczej wybranych przez walne zgromadzenie. Z kolei akcjonariusze posiadający akcje serii „C” wskazują spośród osób wybranych do rady nadzorczej jej wiceprzewodniczącego, a także określają jego wynagrodzenie.

BŁĘDY SPOD SZTANCY
Rzecz ciekawa: takie same rozwiązania zawierał statut konkurującej z Farmacolem spółki Prosper SA – z tą różnicą, ze przywilej wskazywania wiceprzewodniczącego rady przyznano akcjonariuszom posiadającym akcje serii „B”. Chodzi nie o to, że jakaś podrzędna kancelaria prawna obdarzyła różne spółki kleconym przez siebie statutem, lecz o to, że ów statut został sklecony źle, z podstawowymi błędami, a mimo to w przypadku Farmacolu (bo Prospera już nie ma) przetrwał kilkanaście lat. Otóż tytuł do osobistych uprawnień nie wynika z posiadania akcji danej serii, a z indywidualnego oznaczenia uprawnionego akcjonariusza w statucie.

Posiadacze akcji Farmacolu serii A i C nie zostali indywidualnie oznaczeni. Ze statutu nie wynika przecież, do kogo należą akcje serii A (65.000 akcji) i serii C (1.935.000 akcji): imienne, uprzywilejowane w ten sposób, że na każdą z tych akcji przypada pięć głosów na walnym zgromadzeniu. Akcje te są swobodnie zbywalne, tylko do końca roku 2001 ich zbycie wymagało zgody rady nadzorczej. Także do końca roku 2001 nie mogły one zostać zamienione na akcje na okaziciela, co spowodowałoby utratę ich uprzywilejowania. Brak indywidualnego oznaczenia jako osobiście uprawnionych nie daje posiadaczom serii A i C prawa do korzystania ze wspomnianych przywilejów.

Z PRYWATNYCH SZKATUŁ
Nawet gdyby uprawnieni akcjonariusze zostali w statucie prawidłowo oznaczeni imionami i nazwiskiem (względnie firmą) i dzięki temu mogli korzystać z przywileju wyznaczania przewodniczącego i wiceprzewodniczącego rady nadzorczej, i tak nie mieliby oni prawa do określenia wypłacanych ze środków spółki wynagrodzeń swoich nominatów. Mogliby określać te wynagrodzenia tylko wtedy, gdyby wypłacali je sami, z własnych środków, z prywatnych szkatuł. Żaden akcjonariusz, choćby największy, najbardziej zasłużony, nie ma prawa samodzielnie dysponować środkami spółki. Określanie wynagrodzenia poszczególnych członków rady nadzorczej należy wyłącznie do walnego zgromadzenia, które może dokonać tego w statucie lub w uchwale (art. art. 392 § 1 i 390 § 3 Ksh). Ponieważ wynagrodzenie ze środków spółki przysługuje członkom rady nadzorczej wyłącznie z woli walnego zgromadzenie – i tylko w wysokości określonej przez walne zgromadzenie – jest ono jawne dla akcjonariuszy.

Walne zgromadzenie Farmacol SA określiło wynagrodzenie członków rady nadzorczej na 500 zł za udział w posiedzeniu. Nie jestem zwolennikiem płacenia członkom rady nadzorczej za udział w posiedzeniu, ponieważ uczciwie pracująca rada nadzorcza wykonuje znaczną część swojej pracy poza posiedzeniami. Ustalenie wynagrodzenia członka rady nadzorczej na 500 złotych świadczy, że rada ma charakter ornamentacyjny, jest – bo musi być, ale nie ma ambicji sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności, a ponadto wykonania zadań należących do komitetu audytu, którego nie wyłoniła.

TAKŻE FISKUS MOŻE SIĘ UPOMNIEĆ
Wynagrodzenie członka rady nadzorczej Farmacol SA Jana Kowalewskiego wyniosło w 2015 roku 1.500 zł, Anny Olszewskiej 3.500 zł, Macieja Olszewskiego 3.500 zł. Rok wcześniej rada widocznie spotykała się częściej, skoro Jan Kowalewski otrzymał 6.000, zaś Anna i Maciej Olszewscy po 8.000 zł. Przewodniczący rady nadzorczej Andrzej Olszewski, którego wynagrodzenie określili akcjonariusze posiadający akcje serii A, w roku 2015 otrzymał 187.176 zł, a wiceprzewodnicząca Zyta Olszewska, której wynagrodzenie określają akcjonariusze posiadający akcje serii C, w roku 2015 otrzymała 159.154 zł. W roku 2014 wynagrodzenia te były wyższe: Andrzej Olszewski otrzymał 229.493 zł, a Zyta Olszewska 208.451 zł. Gdybym był akcjonariuszem Farmacolu, domagałbym się zwrotu spółce wszelkich kwot pobranych z niej przez Andrzeja i Zytę Olszewskich bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia. Z odsetkami.

Także fiskus może upomnieć się o swoje. Kwoty wypłacane przez spółkę przewodniczącemu i wiceprzewodniczącej rady nadzorczej bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia są świadczeniami nienależnymi i spółka nie powinna ich zaliczać do kosztów uzyskania przychodów. Dochodziło bowiem do systematycznego naruszania obowiązujących przepisów prawa, które nie dopuszczają do wypłaty przez spółkę przewodniczącemu i wiceprzewodniczącej rady nadzorczej wynagrodzeń określonych nie przez walne zgromadzenie, a poza walnym zgromadzeniem przez poszczególnych akcjonariuszy. Dochodziło przy tym do obrazy natury spółki akcyjnej. Dysproporcje pomiędzy wysokością wynagrodzeń legalnie wypłacanych członkom rady nadzorczej na podstawie uchwały walnego zgromadzenia, a wysokością wynagrodzeń wypłacanych przewodniczącemu i wiceprzewodniczącej świadczą o naruszeniu standardu dobrych obyczajów.

DLACZEGO NIE JESTEM UDZIAŁOWCEM?
Farmacol SA jest spółką dochodową, bardzo obiecującą, jest jednak kilka powodów, dla których nie zostałem jej akcjonariuszem. Pierwszym był statut. Przedmiot działalności spółki obejmuje także prowadzenie restauracji, pozostałych placówek gastronomicznych, hoteli i moteli z restauracjami; nie rozumiem, po co. Drugim powodem były obawy, że nie zdołam zarejestrować się na walnym zgromadzeniu, skoro statut spółki przewiduje (§ 9.6) iż „posiadacz akcji na okaziciela ma prawo uczestniczyć w walnym zgromadzeniu, jeżeli przynajmniej na tydzień przed terminem walnego zgromadzenia złoży w spółce swoje akcje”, co jest niewykonalne. Trzecim – niejasności co do sposobu procedowania rady nadzorczej, która może odbywać posiedzenia „w trybie pisemnym”, do jej protokołów dołączane są „nadesłane później sprzeciwy członków nieobecnych na posiedzeniu rady” (czego miałyby dotyczyć?), a w posiedzeniach rady mają prawo i obowiązek uczestniczyć, z głosem doradczym, członkowie zarządu. Czwartym powodem była ogłoszone przez Andrzeja Smugę uzasadnienie jego rezygnacji z funkcji prezesa zarządu: „Powodem rezygnacji jest brak możliwości skutecznego pełnienia funkcji spowodowany działaniem rady nadzorczej Farmacol SA ingerującej w kompetencje i uprawnienia zarządu oraz prowadzenie działań leżących w kompetencjach zarządu spółki bez jego wiedzy i zgody” (Parkiet 20 VII 2013). Są pytania?

AUTORZY STATUTÓW, WYSTĄP!
Nie tylko w statucie Farmacolu tkwią oczywiste błędy i niezgodności z prawem. Farmacol i Prosper czerpały statuty z jednego źródła, z zatrutej studni. Takich zatrutych studni jest na rynku więcej, niż na obrazach Jacka Malczewskiego. Gdyby wprowadzić wymóg podpisywania projektów statutów przez kancelarie, skutki byłyby dwojakie: ubyłoby może błędów, ale usługi kancelarii prawnych znacznie potaniałyby.

Wprowadziłbym też wymóg składania przez inwestorów instytucjonalnych oświadczeń o zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować. Wkładają oni w ciemno pieniądze uczestników, a później łapią się za głowę. Ostatnio pięć funduszy, w sumie przedstawiających ok. 27 proc. kapitału Farmacolu, zapowiedziało, że nie odpowiedzą na wezwanie do sprzedaży akcji po cenie, która nie odpowiada ich wartości godziwej. Wcześniej nie przyszło im do głowy upomnieć się o stosowanie przez spółkę dobrych praktyk, budowę ładu korporacyjnego. W istocie rzeczy, nie fundusze tracą, a ich uczestnicy.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 29 października 2016 r.
Czytaj także:
2002.07.15 Wynagrodzenie rady
2002.07.22 Z własnej szkatuły
2014.09.18 Między przepisem a praktyką

Ile kosztują kobiety?

Im więcej kobiet w radach dyrektorów amerykańskich spółek, tym wyższe wynagrodzenie przyznaje się prezesowi, zazwyczaj przecież mężczyźnie.

Badania dotyczące udziału lub roli kobiet w organach spółek handlowych najczęściej przynoszą wyniki poprawne politycznie: im więcej kobiet w radzie dyrektorów (lub w zarządzie i radzie nadzorczej) tym lepiej spółka bywa postrzegana, tym lepsze osiąga wyniki. Ostatnio (27 maja br.) New York Times rzucił na tę kwestię inne światło: im więcej kobiet w radach dyrektorów amerykańskich spółek, tym wyższe wynagrodzenie przyznaje się prezesowi, zazwyczaj przecież mężczyźnie. Przeprowadzona przez Equilar – kalifornijski instytut badania wynagrodzeń – analiza 100 największych spółek wykazała, że wraz ze wzrostem udziału kobiet w radzie dyrektorów rosną wynagrodzenia CEO. Różnice wynoszą 15%, co oznacza płacę o 2 miliony dolarów wyższą od mediany.

To zapewne ani prawda, ani kłamstwo, jedynie statystyka. Spółki z bardziej zróżnicowaną pod względem płci radą dyrektorów mogą być nie tylko bardziej światłe, także większe, bardziej dochodowe, lepiej zarządzane, więc ich menedżerowie zasługują na wyższe pobory. Postronnym może się zdawać, że kobiety okażą surową powściągliwość w szastaniu pieniędzmi spółki, lecz rzeczywistość tego nie potwierdza. Nell Minow, uznana specjalistka corporate governance, zwraca uwagę, że kobiety głosują jak pozostali członkowie rad dyrektorów: kultura sali obrad faworyzuje głosowanie „tak”, a one cenią sobie miejsce w radzie, więc się nie wyłamują. Za posłuszeństwo są wynagradzane członkostwem wielu rad, co wśród mężczyzn jest zjawiskiem rzadszym.

Spytałbym, gdzie wobec tego wartość dodana płynąca z udziału kobiet w radzie? Cóż po różnorodności, jeżeli wszyscy głosują tak samo? Jakiż pożytek z rady dyrektorów jeżeli wyniki głosowań są w pełni przewidywalne? Lecz w naszych radach nadzorczych bywa przecież dokładnie tak samo: nikt się nie wyłamuje, wszyscy zgodnie głosują za wnioskiem, wstrzymanie się od głosu uchodzi za akt odwagi.

Lecz wróćmy do USA… Spośród 100 największych spółek zbadanych przez Equilar, w 57 kobiety stanowią przynajmniej piątą część rady. Ten wskaźnik odnosi się także do wszystkich spółek z indeksu 500 największych korporacji Standard & Poor’s. Przeciętne wynagrodzenie prezesa spółki, w której rada dyrektorów jest genderowo bardziej zróżnicowana, to 15,7 miliona USD rocznie. W spółkach z udziałem kobiet w radzie poniżej 20% przeciętna płaca prezesa to 13,6 miliona USD rocznie. Wynika z tego, że obecność kobiet w radzie jest kosztowna dla akcjonariuszy.

Zapewne uznają oni inne korzyści płynące z posiadania zróżnicowanej rady dyrektorów, skoro w dziesięciu największych amerykańskich spółkach na 124 członków rad dyrektorów jest 46 kobiet, co daje przeciętną wyższą niż jedna trzecia składu rady. W radzie Macy’s, wielkiej sieci handlowej, kobietom przypada sześć miejsc w trzynastoosobowej radzie dyrektorów. W Wells Fargo kobiety zajmują 40% miejsc w radzie, w Procter & Gamble i Hewlett-Packard po 38,5%, w Abbott Laboratories i Cardinal Health po 36, 4%, wreszcie w radach dyrektorów Accenture, AT&T, ManpowerGroup i Tenet Healthcare kobiety to jedna trzecia składu.
Komentatorka NYT Gretchen Morgenson zwraca uwagę, że obraz nie jest tak jednoznaczny, jak to demonstruje statystyka. Średnia zarobków szefów 100 największych spółek to 14,5 miliona USD rocznie. I większość szefów spółek z pierwszej dziesiątki zarabia więcej, lecz przecież nie wszyscy: Jonas Prising, prezes ManpowerGroup, otrzymał w ubiegłym roku zaledwie 9,1 miliona USD, a Terry Lundgren, prezes Macy’s, 11,6 miliona USD.

Warto też zwrócić uwagę, że rada dyrektorów zazwyczaj zatwierdza wnioski komitetu do spraw wynagrodzeń, a spośród wspomnianych 46 kobiet – członków rad dyrektorów dziesięciu największych spółek, w komitetach do spraw wynagrodzeń zasiada zaledwie 14, a w ubiegłym roku tylko dwie przewodniczyły pracom tych komitetów. Prezesi tych dwóch spółek, Accenture i AT&T, byli wynagradzani powyżej przeciętnej dla spółek z pierwszej setki. Pierre Nanterme, szef Accenture, gdzie komitetowi do spraw wynagrodzeń przewodniczy Marjorie Magner, otrzymał w ubiegłym roku 15,8 miliona USD, czyli 1,3 miliona USD ponad medianę. Randall L. Stephenson, prezes AT&T, gdzie komitetowi do spraw wynagrodzeń przewodniczy Joyce Roché, otrzymał w tym czasie 22,4 miliona USD, 8 milionów powyżej mediany. W 2014 r. otrzymał on aż 24 miliony USD, co spotkało się z gniewną reakcją akcjonariatu spółki.

To potwierdza, że każda spółka jest inna: nie tylko osiąga różne od innych wyniki, ma także odmienną politykę wynagrodzeń, a przede wszystkim – odmienną kulturę korporacyjną. Nie można wszystkich mierzyć jedną miarą, narzucać wszystkim jednolite siatki wynagrodzeń. Rynek jest żywiołem, którego nie okiełznają politycy ani biurokraci.

Tekst ogłoszony 13 czerwca 2016 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2000.12.04 Szklany sufit
2003.03.10 Szklany sufit po polsku
2005.10.10 Norweska specyfika
2013.11.20 Nie chodzi o kobiety

Drogowskaz do PRL

Minister Skarbu Państwa promuje projekt ustawy o zasadach wynagradzania osób kierujących niektórymi spółkami. Ustawę uważam za zbędną, a wobec tego – szkodliwą; krepowanie rynku kolejnymi wskaźnikami, zakazami i nakazami wyrządzi szkodę gospodarce i społeczeństwu. Owszem, materia wynagrodzeń menedżerów to jedno z wyzwań współczesnego świata, to bomba zegarowa tykająca pod kapitalizmem, lecz próbie jej rozbrojenia poprzez powrót do socjalizmu nie wróżę powodzenia. W dodatku projekt ustawy został zgłoszony na łapu-capu: bez wcześniejszych założeń przyjętych przez Radę Ministrów, bez uzgodnień międzyresortowych, opiniowania, konsultacji publicznych. Chodzi o to, by wprowadzić nowe przepisy w życie jeszcze przed sezonem walnych zgromadzeń. Takie patologie legislacji nie przezwyciężą patologii w wynagrodzeniach i przyznawaniu odpraw, chociaż wsparto je ogólnikami o celowości wprowadzenia zasad transparentnych, jednolitych i – a jakże! – sprawiedliwych. Od kiedy Chińczycy wynaleźli pieniądze, demagodzy i populiści chcą je dzielić sprawiedliwie, lecz nikomu się to nie udało.

Spółki, w których państwo ma udziały, nawet mniejszościowe, zostaną podzielone na pięć kategorii, do każdej z nich zostanie przypisany inny przedział wynagrodzeń menedżerów oparty o wielokrotność przeciętnego wynagrodzenia. Podział ma charakter mechaniczny, decydują dane statystyczne dotyczące zatrudnienia, przychodów, wartości majątku spółki itd. Względy merytoryczne, jak przedmiot działalności, branża, pozycja w świecie, mają znaczenie wtórne, pozwalając na ewentualne podwyższenie wynagrodzeń w ramach danej kategorii zaszeregowania. Premie będą naliczane według siatki wskaźników. Gospodarka jest żywiołem, którego nie da się ujarzmić zarządzeniami zza burka. Premier i wicepremier do spraw rozwoju mówią wprawdzie o innowacyjności, lecz polityka rządu temu przeczy, ciąży ku przeszłości, daje prymat nawykom z PRL.

W spółkach z przeważającym udziałem państwa ma ono spore możliwości wprowadzania własnych zasad wynagradzania zarządów. Projekt ustawy ma jednak objąć wszystkie spółki, w których państwowe podmioty mają udziały, choćby mniejszościowe. Ustawa zakłada zatem, że w sytuacjach, gdy walne zgromadzenie nie przyjmie wniosku Skarbu Państwa o zaszycie wynagrodzeń zarządu w określonym przedziale, odpowiedzialność za wprowadzenie nowych zasad poniosą członkowie rady nadzorczej. Kandydaci do rad mają podpisywać zobowiązanie do kierowania się wytycznymi płynącymi z ustawy. Skarb Państwa dotąd wyobrażał sobie rady nadzorcze jako miotły służące do pozbywania się ze spółek niechcianych przezeń zarządców, bez merytorycznej oceny ich pracy; teraz do zadań rad należeć będzie także ociosywanie zarządu z wynagrodzeń, bez merytorycznej oceny ich zasadności. Wynagrodzenia rad także będą ustalone w ministerialnym katalogu zaszeregowania…
Stawia to w trudnej sytuacji osoby zarządzające spółkami z udziałem Skarbu Państwa. Mają one mniej zarabiać, a nie będą mieli możliwości znalezienia lepiej płatnej pracy. Zajęli stanowiska po ofiarach wielkiej czystki, zajęli je z nadania partii rządzącej, najczęściej z pominięciem względów merytorycznych. Do sektora prywatnego nie przejdą, bo kto ich będzie chciał? Są już skażeni zatrutą aurą polityki. Do zagranicznych spółek nie przejdą, bo najczęściej brakuje im kwalifikacji. Opinia publiczna zdaje się tego nie dostrzegać. Wzburzyły ją zmiany kadrowe w stadninach, natomiast równie bezsensowne zmiany w spółkach paliwowych, nieporównanie ważniejszych dla gospodarki, przyjęto bez reakcji.

Dotkliwe ograniczenia dotkną także odprawy. Mam do tej formy wynagradzania wiele zastrzeżeń, podobnie jak do świadczeń z tytułu zakazu konkurencji. Wielu menedżerów otrzymuje takie świadczenia, żeby już sobie poszli. Otóż – jak starałem się wykazać to powyżej – kadra pomazańców partii obecnie rządzącej nie będzie miała dokąd pójść. Kto coś umiał, mógł zrobić karierę wcześniej, rynek był otwarty dla talentów. Ci, którzy wkrótce zejdą ze świeczników ze skromnymi odprawami, znajdą się w trudnej sytuacji.
Polityka Skarbu Państwa daje czytelny sygnał: osoby z wysokimi kwalifikacjami i płynącymi z tych kwalifikacji aspiracjami płacowymi powinny unikać zatrudnienia w podmiotach z udziałem państwa. Zaszkodzi to tym podmiotom, część z nich zapewne zwiędnie, za to wydatnie posłuży firmom zagranicznym i prywatnym. Zamiast produkować omówione tu przepisy – państwo, ta widoczna ręka rynku, mogłoby wesprzeć zasady wynagradzania proponowane rynkowi przez giełdę w Dobrych praktykach spółek notowanych 2016. Więcej można osiągnąć działając etycznie i po dobroci niż wymachując na oślep maczetą.

Tekst ogłoszony 29 kwietnia 2016 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2015.12.12 Owoce zatrutej aury
2015.02.17 Widzialna ręka rynku

Tylko kuzyn się zgadza

Im mniejsza liczba osób dotkniętych daną restrykcją, tym większa gotowość władzy do wprowadzenia jej za wszelką cenę. Tej reguły parlamentaryzmu doświadczamy właśnie na przykładzie karnego podatku, jakim PiS obkłada odprawy menedżerów spółek z dominującym udziałem Skarbu Państwa, oraz wypłaty z tytułu nałożonego na nich zakazu konkurencji. Ledwo przed kilku dniami narodził się ów pomysł, a już procedowany jest z rozmachem. Ba, zanim napisałem poprzednie zdanie – Sejm zdążył ustawę uchwalić. Podatek, który ma wejść w życie z początkiem przyszłego roku, dotknie niewielu osób, wpływy z niego będą więc znikome, korzyści da jedynie propagandowa wymowa restrykcji.

Inicjatorzy tego przedsięwzięcia wiedzą coś, czego ja nie wiem. Wiedzą, w kogo, z imienia i nazwiska (oraz rodowodu) wspomniany podatek uderzy. Bardzo go (ich?) nie lubią, dlatego tak energicznie krzątają się wokół sprawy. Wcześniej uzyskali poparcie sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Wprowadzono zmiany do pierwotnego projektu. Stawka podatku wyniesie nie 65%, a 70%; na szczęście istnieje jeszcze spora przestrzeń dla dalszych podwyżek. Zostaną nim objęte odprawy wyższe niż trzymiesięczne wynagrodzenia. Oraz wypłaty z tytułu zakazu konkurencji przez okres dłuższy niż 6 miesięcy. Wiadomo, że restrykcje dotkną nie swoich, a tamtych. Swoi czwórkami pójdą na posady, tamci szybko niech robią im miejsce.

Komisja Finansów publicznych obradowała pod przewodnictwem Wojciecha Jasińskiego, pamiętnego ministra Skarbu Państwa w rządzie PiS – Samoobrona – LPR. Inicjatorzy podatku kierują się narodowo-populistycznym poczuciem prawa i nie mają wątpliwości natury konstytucyjnej. Niesłusznie. Status własnościowy podmiotów gospodarczych ulega zmianom. Jedne spółki zostają poddane prywatyzacji (trzeba przyznać Wojciechowi Jasińskiemu, że on do takiego procederu ręki nie przykładał). Inne, prywatne, bywają przejmowane przez podmioty z udziałem Skarbu Państwa. Taki los spotkał Bogdankę. Zwiastunem zmian była zapowiedź związkowców, że chcą powrotu spółki w gościnną domenę państwową, gdzie można dokazywać. Uznałem to za brednie i naśmiewałem się, a należało wsłuchać się, co w trawie PiSzczy.

W dyskusji prowadzonej w Komisji Skarbu Państwa pierwsze skrzypce grał pogodny moralista Tadeusz Cymański. Dociekał: „Kto będzie miał odwagę i śmiałość – i powiem więcej – czelność zaskarżyć tę ustawę do Trybunału?” I powiedział poseł rzecz ciekawą: „Prywatny właściciel nawet dla kaprysu może dać i 5 milionów odprawy swojemu kuzynowi (…) ale w spółkach Skarbu Państwa jest inaczej”. Niby to prawda, ale taka, jaką głosiło Radio Erywań. Bo nie prezes prywatnej spółki, a osoba prywatna, prezes Rzeczypospolitej. I nie odprawę daje ze spółki Skarbu Państwa, a posadę w takiej spółce. I tylko kuzyn się zgadza.
Czytaj także:
2015.11.20 Zapach podatku
2015.07.25 Powrót do macierzy

Zapach podatku

Pomysł karnego podatku jest ze wszech miar fatalny. PiS chce objąć nim odprawy menedżerów oraz wypłaty z tytułu konkurencji. Sprawa cuchnie brzydko: polityką, obłudą, populizmem, demagogią. Pragnę zastrzec, że nie jestem zwolennikiem żegnania odchodzących menedżerów sutymi odprawami, ani kosmicznych wypłat pod pretekstem zakazu konkurencji. Wielu menedżerów otrzymuje odprawy niejako w nagrodę, że nareszcie przestali pracować. Zakaz konkurencji bywa fikcją: przecież niejeden prezes, przechodząc do konkurencji, doprowadziłby ją do katastrofy, a firmie, którą akurat opuścił, wyrządziłby najlepszą przysługę. Nie rozpaczałbym z powodu dotkniętych takim podatkiem portfeli menedżerów, oburza mnie natomiast wybiórczy charakter daniny, którą mieliby teraz płacić pierwsi z kręgu osób nielubianych przez obecną władzę, czyli menedżerowie z rozdania poprzedniej ekipy. Pierwsi, ponieważ za garstką nielicznych dotkniętych podatkiem na pokaz mogą niebawem pójść inni, spis nielubianych jest liczny, a z czasem jeszcze wzrośnie. Moja matka mądrze powiadała, że najgorszą formą poniewierki jest ta, na jaką słabsi skazują silniejszych od siebie.

Nie gorszą mnie wysokie zarobki menedżerów, póki są świadczone za pracę. W Sévres jest wzorzec metra, nie ma wzorca płacy menedżera, zwłaszcza takiego, który kreuje wartość firmy. Nie odpowiada mi filozofia stojąca za uchwaleniem szkodliwej ustawy „kominowej”. Nie godzę się z założeniem, że w spółkach ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa zarobki menedżerów powinny zostać niskie. Sprzeciwiam się mierzeniu wszystkich menedżerów jedną miarką, przykrojoną na karzełka. Ale najbardziej oburza mnie psucie państwa w przyziemnym zamiarze pokarania rzekomego wroga. Teraz będą wymiatać prezesów, by zrobić miejsce dla swoich (nazywam to zjawisko alotażem, upamiętniając tym prezesa ZUS, wprawdzie bez niezbędnych kompetencji, za to z nadania kolesi), a wymiatanych jeszcze potraktować specjalną stawką podatku.

Postulat ograniczenia odpraw i odszkodowań w spółkach z przeważającym udziałem Skarbu Państwa łatwo spełnić dzięki właściwemu kształtowaniu składu rad nadzorczych. To przecież rady są pracodawcami zarządów. Natomiast umowy już zawarte powinny być dotrzymane. Podatki nie mogą działać wstecz. Jeszcze niedawno wstawiłbym tu zdanie o Trybunale Konstytucyjnym…

Dobra polityka podatkowa – pisał Jean-Baptiste Colbert (1619-1683) – powinna przypominać skubanie gęsi: dawać dużo pierza, mało krzyku. Ten podatek nie da dużo pierza, dotknie niewielu osób, spowoduje za to dużo krzyku, odezwie się pół Europy, w obronie nie jednostek, ale zasad. A menedżerom spółek Skarbu Państwa podpowiem dobry sposób na podatek. Większe spółki ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa wydają mnóstwo pieniędzy na utrzymanie drużyny piłkarskiej. Nazywają to marnotrawstwo wyrazem społecznej odpowiedzialności biznesu. Niech się prezesi zatrudnią jako piłkarze.

Kiedy prezes zarabia miliony, tabloidy szczują ludzi przeciw jaskrawej niesprawiedliwości: ty, czytelniku, żyjesz z zapomogi i ze sprzedaży butelek po wódce, a prezes ma miliony i nurza się w luksusach. Kiedy te same miliony dostaje piłkarz, wszystko jest w porządku. Prezesa chcą teraz obłożyć specjalną stawką 65%, piłkarz płaci podatek liniowy. W ligach nie brakuje patałachów, więc gdyby pod koniec meczu puścić prezesa z ławki na boisko, nawet najbardziej patriotycznie nastawiony kibol nie pozna, kto zawodowy kopacz, a kto prezes.

Rada nadzorcza wysiaduje

System wynagradzania wyłącznie za udział w posiedzeniach niesie z sobą czytelne przesłanie: od członków rady nie oczekujemy niczego poza odsiadywaniem posiedzeń.

Na temat wynagrodzeń rad nadzorczych utarły się w Polsce trzy przykre stereotypy. Pierwszy głosi, że członkowie rad nadzorczych zarabiają krocie. Drugi, że zarabiają niezasłużenie, ponieważ niewiele robią. Trzeci, że znikomy z nich pożytek, ponieważ najczęściej nie mają stosownych kwalifikacji.

Postanowiłem zilustrować temat przykładem spółki Berling. Jest to familiada: nazwisko z firmy spółki powtarza się w jej zarządzie i radzie nadzorczej. Typowy przypadek spółki rodzinnej, która wprawdzie poszła na rynek, by zasilić się kapitałem, ale nie oddała inwestorom przypadającej na nich cząstki władzy. Świadczy o tym los czerwcowego walnego zgromadzenia: zwołano je prawidłowo, lecz nie wiadomo po co, ponieważ statut stawia wymóg kworum w postaci 50% kapitału, w większości posiadanego przez członków rodziny i ich sojuszników, którzy swoją absencją uniemożliwili odbycie zgromadzenia (zabłąkał się na nie jedynie inwestor instytucjonalny, a co sobie pomyślał, nawet nie wypada się domyślać).

Ostatecznie walne odbyło się pod koniec lipca. Jednogłośnie zatwierdzono sprawozdania, udzielono absolutoria, uchwalono dywidendę. Uchwalono także, aczkolwiek nie bez kontrowersji, zasady wynagradzania członków rady nadzorczej, Nie o wysokość kwot poszło, ale o sposób ich naliczania. Ostatecznie przyjęto, że przewodniczący rady nadzorczej otrzymuje miesięczne wynagrodzenie w kwocie 2.500 zł. Jego zastępca otrzymuje 1.200 zł „za każdy udział w posiedzeniu rady nadzorczej”, a członek rady 800 zł „za każdy udział w posiedzeniu” rady (kwoty brutto). Uchwała zapadła jednomyślnie, jednak wcześniej zgromadzenie odrzuciło zgłoszony przez Aviva Investors projekt uchwały przyznającej wiceprzewodniczącemu i członkom rady nadzorczej kwoty wprawdzie te same, lecz wypłacane miesięcznie.

Przeto pierwszy ze wspomnianych stereotypów jest w tym przypadku fałszywy. Rada nadzorcza została uposażona bardzo, bardzo skromnie. Co więcej: takie kwoty nie budzą zdziwienia, wiele mniejszych spółek równie podle, albo jeszcze podlej, wynagradza swój organ nadzoru. Nie budzą także zdziwienia, ani zgorszenia, proporcje wynagrodzenia przewodniczącego do wynagrodzeń pozostałych członków rady. Przewodniczący przeważa nad radą ciężarem obowiązków, zakresem zadań, odpowiedzialnością, więc zasługuje na odpowiednio wyższe wynagrodzenie.

Trudno ocenić prawdziwość drugiego stereotypu, nie mam przecież wglądu w prace rady nadzorczej Berling SA. Wiele wskazuje jednak, że spółka nie oczekuje wiele od swojego organu nadzorczego. Świadczy o tym osobliwy system wynagradzania członków rady za udział w posiedzeniu. Dla należycie pracującej rady nadzorczej posiedzenia są tylko epizodami w procesie jej działalności. Poza posiedzeniami rada może wykonać poważną część swojej pracy, czy to w komitetach, czy poprzez delegowanie członków rady do poszczególnych zadań, czy wreszcie podejmując uchwały bez odbywania posiedzeń. System wynagradzania wyłącznie za udział w posiedzeniach niesie z sobą czytelne przesłanie: od członków rady nie oczekujemy niczego poza odsiadywaniem posiedzeń. A skoro członkowie rady robią tak niewiele, w dodatku nawet nie głową, głównie tą częścią ciała, która spoczywa na krześle, nie zasługują przecież na kokosy.

Trzeci stereotyp dotyczy kwalifikacji członków rady nadzorczej, a ściśle – ich braku. Nie wyobrażam sobie, by ktoś z pełnymi kwalifikacjami do pracy w radzie nadzorczej (do pracy właśnie, nie tylko do członkostwa!) najął się do niej za 800 zł od posiedzenia. Udział w radzie nadzorczej nie jest już źródłem prestiżu, najczęściej nie jest też źródłem godnego wzmianki dochodu, natomiast w każdej sytuacji rodzi odpowiedzialność, przede wszystkim majątkową. Chociaż nikogo jeszcze nie pokarano za niedbały nadzór, nie puszczono bez skarpetek, niemniej słyszę już uszami wyobraźni kroki zmierzających do tego prawników.

Skoro rada nadzorcza ma tylko wysiadywać, w dodatku na lichy grosz, rodzi się przypuszczenie, że brak jej kwalifikacji do sprawowania prawdziwego nadzoru. Nie dotyczy to członków familii, do której należy większościowy udział w spółce: oni w radzie doglądają interesu, nie dbają o wynagrodzenie, a świadectwem ich kwalifikacji jest przynależność do rodziny, która dominuje nad spółką z rynku kapitałowego.

Profesjonalna, niezależna rada wprawdzie nie da gwarancji, że wyniki spółki będą lepsze, ale zwiększy prawdopodobieństwo, że ktoś wynikom uwierzy.

Tekst ogłoszony 7 września 2015 r. w dzienniku PARKIET

Rada nadzorcza w podróży

Afera Elewarru sprowokowała pytania: W jakim celu podróżują za granicę członkowie rady nadzorczej? Dlaczego spółka miałaby ponosić koszty eskapad o wątpliwej przydatności? Czy również w spółkach giełdowych dochodzi do takich nadużyć?

Jeżeli spółka działa tylko w kraju, podróże zagraniczne członków rady nadzorczej w zasadzie nie mają racji bytu. Jeżeli spółka ma oddziały za granicą, ich wizytacje przez radę nadzorczą bywają uzasadnione (nie dotyczy to spółek zależnych, które mają swoje własne rady). Zgodnie z Ksh, członkom rady nadzorczej przysługuje zwrot kosztów związanych z udziałem w pracach rady. Mieszczą się w tym wszelkie udokumentowane koszty pozostające w bezpośrednim związku z wykonywaniem czynności nadzorczych (w tym podróż, diety, noclegi, udział w konferencjach i szkoleniach). Brak bezpośredniego związku wyklucza możliwość pokrycia kosztów przez spółkę. Ewentualne wątpliwości powinna rozstrzygnąć uchwała rady nadzorczej. Nie ma przy tym znaczenia, czy zarząd wydzielił radzie budżet na jej wydatki.

Zwrot kosztów poniesionych w związku z wykonywaniem funkcji w radzie nadzorczej przysługuje nawet wtedy, gdy członek rady nadzorczej nie pobiera ze spółki wynagrodzenia. Członek rady nadzorczej delegowany przez nią do samodzielnego pełnienia określonych czynności nadzorczych, a zwłaszcza członek rady delegowany do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych przez grupę, która dokonała jego wyboru w drodze głosowania oddzielnymi grupami, zazwyczaj generują wyższe koszty. Członkom rady nadzorczej nie przysługuje także od spółki samochód do osobistego użytku. Jeszcze w 2013 r. porządek obrad walnego zgromadzenia niewielkiej spółki giełdowej przewidywał podjęcie uchwały w sprawie oddania przewodniczącemu rady nadzorczej samochodu służbowego o wartości do kwoty 500 000 zł do korzystania dla celów służbowych i prywatnych. Uchwały ostatecznie nie podjęto. Bardzo słusznie.

Poprzednik Ksh, Kodeks handlowy z 1934 r., nie regulował kwestii kosztów związanych z pracą w radzie nadzorczej. Utarła się jednak praktyka zwracania członkom rady ponoszonych przez nich kosztów. Na tym tle kontrowersje wzbudził w latach 90. XX wieku przypadek członka rady jednego z państwowych banków, który na posiedzenia przybywał z USA, gdzie wówczas mieszkał, i żądał zwrotu kosztów przelotów nad Atlantykiem. Wkrótce udało mu się doprowadzić do zwolnienia prezes banku, lecz nie zdołał już zająć jej miejsca, został z rady odwołany, więc sprawa jego kosztów stała się bezprzedmiotowa.

W początkach transformacji niektóre rady nadzorcze jednoosobowych spółek Skarbu Państwa śmiało dokazywały na posiedzeniach wyjazdowych w atrakcyjnych miejscowościach w kraju i zagranicą. Zwróciła na to uwagę Najwyższa Izba Kontroli. Inspektor NIK przybył także do spółki w Poznaniu, gdzie przewodniczyłem radzie nadzorczej. Zadał pytanie o wyjazdowe posiedzenia rady. Nie krył rozczarowania dowiedziawszy się, że owszem, rada odbyła posiedzenia wyjazdowe, ale nie w Berlinie (gdzie spółka współpracowała z agencją handlową prowadzoną przez osobę o akustycznym nazwisku), ani w Świnoujściu (gdzie spółka miała dom wczasowy), a w Rawiczu i Środzie Wielkopolskiej, by zapoznać się z organizacją tamtejszych oddziałów produkcyjnych. Raport pokontrolny wypadł blado, gdyż nie zawierał istotnych zaleceń.

Nie tak dawno, pod koniec mojej posługi w Polskim Instytucie Dyrektorów, zwrócił się do mnie działacz związkowy jednej z dużych spółek giełdowych z prośbą o stanowisko, czy jest dopuszczalne powołanie członka rady nadzorczej koncernu do rady spółki zależnej działającej na innym kontynencie. Załoga była ponoć poruszona wysokością wynagrodzenia za nadzorowanie tamtej spółki. Przypadek był dla mnie oczywisty, ale – będąc akurat stroną w sprawie wniesionej do sądu przez innego związkowca z tej spółki – nie chciałem osobiście firmować stanowiska, więc zasięgnąłem opinii Rady Programowej PID. Nie wzbudziło wątpliwości, że [1] powołanie członka rady nadzorczej koncernu do rady spółki zależnej jest dopuszczalne, [2] nie ma znaczenia, że spółka zależna działa poza granicami Polski, oraz [3] członek rady nadzorczej koncernu powołany jednocześnie do rady nadzorczej spółki zależnej nie reprezentuje w żadnej z tych rad przymiotu niezależności. Nie zajęliśmy się kwestią wysokości wynagrodzenia w spółce zależnej i kosztów przelotów transkontynentalnych, ponieważ owe wydatki nie obciążają budżetu macierzystego koncernu.

Czyli: nie wszystkie aspekty kosztów podróży członków rady nadzorczej i związanych z tym wydatków są jednoznacznie uregulowane, ale gdzie kończy się prawo – są jeszcze dobre obyczaje, kultura, poczucie przyzwoitości. Chyba, że chodzi o Elewarr…

PYTAQ to strona z odpowiedziami na pytania dotyczące corporate governance.

Czytaj także:
2002.06.17 „…oraz wyżywienie klawe”

Między przepisem a praktyką

Często spotykam się z poglądem, że władztwo w spółce akcyjnej jest prostym odzwierciedleniem układu właścicielskiego: masz tyle do powiedzenia, ile masz akcji w portfelu. Otóż sprawa nie jest taka prosta, o czym najlepiej świadczy instytucja uprawnień osobistych. Może się bowiem zdarzyć, że spółka wyróżni jednego lub kilku akcjonariuszy przyznając im uprawnienia, jakie nie przysługują innym akcjonariuszom, nawet dysponującym większą ilością akcji. Przytoczę tu odpowiedni przepis Ksh:

„Art. 354. § 1. Statut może przyznać indywidualnie oznaczonemu akcjonariuszowi osobiste uprawnienia. W szczególności mogą one dotyczyć prawa powoływania lub odwoływania członków zarządu, rady nadzorczej lub prawa do otrzymywania oznaczonych świadczeń od spółki”.

Na papierze wszystko jest klarowne. Osobiste uprawnienia mogą płynąć tylko ze statutu, nie z umów inwestycyjnych, uchwał rady walnego zgromadzenia, rady nadzorczej, zarządu, względnie innego źródła. Mogą one zostać przypisane wyłącznie akcjonariuszom. Są to uprawnienia osobiste, czyli nie mają one charakteru zbywalnego, nie przechodzą także na następców prawnych uposażonego. Akcjonariusz, któremu statut spółki przyznaje osobiste uprawnienia, powinien być przez ten statut oznaczony indywidualnie, imieniem i nazwiskiem albo firmą, czyli w sposób wykluczający pomyłkę lub wątpliwości co do osoby (fizycznej lub prawnej), której uprawnienie przysługuje. Wspomniane uprawnienia nie są bowiem przywiązane do akcji, a do akcjonariusza, który utraci je z chwilą utraty statusu akcjonariusza. Inna sprawa, że uposażony akcjonariusz może nie korzystać z przysługujących mu uprawnień, bądź nieodwracalnie zrzec się ich.

Ustawa nie zawiera zamkniętego katalogu uprawnień osobistych, wymienia jedynie prawo powoływania lub odwoływania członka (członków) organu (organów: zarządu, rady nadzorczej) spółki i prawo otrzymywania od spółki oznaczonych świadczeń (pieniężnych lub w naturze). Najczęściej statuty dają uposażonym akcjonariuszom prawo powoływania i odwoływania członka /członków zarządu i/lub rady nadzorczej, bądź przewodniczącego rady. Niekiedy uposażony powołuje sam siebie. Tytułem przykładu można przytoczyć postanowienie statutu Prokom Software: „Przewodniczącego rady nadzorczej wyznacza Ryszard Krauze”. Nic nie stało na przeszkodzie, by uprawniony podmiot Ryszard Krauze wyznaczył na przewodniczącego rady nadzorczej tegoż Ryszarda Krauze, co też miało miejsce.

Przepis jest przeto jasny, ale praktyka bywa rozmaita. Niekiedy osobiście uprawniony nie jest indywidualnie oznaczony. Już przed kilkunastu laty oponowałem przeciwko postanowieniom statutów wyposażających w uprawnienia osobiste „akcjonariuszy posiadających akcje serii A”. To nie jest indywidualne oznaczenie osobiście uprawnionego akcjonariusza. Do tego przypadku powrócę zresztą poniżej. Podobny przykład znajduję w statucie innej spółki: „Dwóch członków rady nadzorczej, w tym przewodniczącego, powołują i odwołują w głosowaniu na walnym zgromadzeniu akcjonariusze posiadający w spółce akcje imienne. Powoływanie i odwoływanie następuje bezwzględną większością głosów wynikających z akcji imiennych”. Posiadanie akcji imiennych nie jest moim zdaniem indywidualnym wyróżnikiem.

Zdarza się, że statut spółki przyznaje akcjonariuszowi (inna sprawa, że niewłaściwie oznaczonemu) osobiste uprawnienie niezgodne z prawem i naturą spółki akcyjnej. Z owej natury wynika, że środkami spółki dysponować może wyłącznie ona sama działając przez uprawnione do tego organy, a nie poszczególni akcjonariusze. Otóż wspomniani powyżej akcjonariusze posiadający akcje serii A nie tylko są uprawnieni do wskazywania przewodniczącego rady nadzorczej (spośród osób wybranych do niej przez walne zgromadzenie), lecz także do określania jego wynagrodzenia. Gdyby ustalali oni owo wynagrodzenie ze środków wypłacanych z własnej szkatuły, nie protestowałbym. Każdemu wolno dysponować swoimi pieniędzmi na rzecz innych. Lecz tu chodzi o bezprawne dysponowanie przez wadliwie oznaczonego akcjonariusza środkami spółki.

Ciekawostka: już w roku 2000 wskazywałem, że takie same wadliwe przepisy znalazły się w statutach konkurujących spółek, widać obsługiwanych przez te samą kancelarię. Tylko jedna z tych spółek przetrwała na giełdzie do dzisiaj, ze wspomnianymi błędami w statucie. Lecz statutów nie czytają inwestorzy, nawet instytucjonalni; nie czytają banki kredytujące, ani giełda, ani KNF. Ale dopóki pióro mi nie uschnie, będę piętnował błędy statutowe, a także ich autorów. Może powinienem ich indywidualnie oznaczać, by wreszcie zrozumieli, o co chodzi w omawianym przepisie?

Czytaj także:
2002.07.15 Wynagrodzenie rady
2002.07.22 Z własnej szkatuły

Ornamentariusze

Światowe media poświęcają wiele uwagi wynagrodzeniom menedżerów. Koncentrują się na ogłaszaniu kwot zarabianych przez zarządzających. Opinia publiczna jest zgodna: prezesi, te tłuste koty, zarabiają dużo za dużo. Specjaliści polityki wynagrodzeń dodają, że przepłacani menedżerowie są zdemotywowani, a ich otoczenie – zdemoralizowane.

Mniej zainteresowania budzą zarobki nadzorujących. Do opinii publicznej rzadko przenikają informacje o tym, ile zarabia przewodniczący rady nadzorczej, ile członek komitetu audytu itd., oraz dlaczego tak mało. Otóż nożyce zarobków w zarządach i radach nadzorczych są coraz bardziej rozwarte, za co odpowiedzialność ponoszą w znacznej mierze same rady, ponieważ najczęściej to one ustalają zarobki w zarządach. Niemniej opinia publiczna nie zdaje sobie sprawy, że w polskich spółkach giełdowych członkowie rad nadzorczych zarabiają o wiele za mało, w związku z tym i oni są zdemotywowani, a ich otoczenie – zdemoralizowane. Nie wiem, co bardziej szkodzi rynkowi: zawyżone zarobki zarządów, czy zaniżone wynagrodzenia rad nadzorczych.

Dostrzegam tez smutny paradoks: w Polsce opinia publiczna prędzej wybaczy prezesom ich zarobki liczone w milionach, niż członkom rad nadzorczych ich skromne wynagrodzenie, nieproporcjonalne do ciążących na nich zadań i odpowiedzialności. Wielu nie zdaje sobie sprawy, że praca w radzie nadzorczej to nie tylko udział w posiedzeniach. Ileż razy przyszło mi rozmawiać z dziennikarzem, który wyliczał tak: członek rady zarabia 24 tysiące zł rocznie uczestnicząc w sześciu posiedzeniach trwających przeciętnie po cztery godziny, czyli jego stawka za godzinę wynosi tysiąc złotych… Nastroje wokół wynagrodzeń rad są psute przez nieuków, ale nie bez winy jest sam premier, który – wypowiadając się (słusznie!) za objęciem wynagrodzeń rad składką na ZUS – użył sformułowań sugerujących jakoby owe wynagrodzenia były niezasłużone.

Wynagrodzeń członków rad nadzorczych dotknęła klątwa znana z epoki słusznie minionej: pracownik udaje, że pracuje, pracodawca udaje, że płaci. Członek rady nie jest pracownikiem nadzorowanej spółki, ta zaś nie jest jego pracodawcą, lecz przecież reszta się zgadza: członkowie rad nadzorczych udają, że nadzorują, spółki udają, że pracą za nadzór. Gdy dojdzie do katastrofy, członkowie rady oświadczą: „niczego nie wiedzieliśmy, zarząd nic nam nie mówił, byliśmy więc przekonani, że wszystko jest w porządku”. Nie biorę tych słów z powietrza, tak zeznają przed sądem członkowie rad nadzorczych spółek z rodziny WGI. Wielu prezesów prywatnie przyznaje, że owszem, wynagrodzenia członków rady nadzorczej są rozpaczliwie niskie, lecz i tak są za wysokie, skoro nadzorcy spełniają wyłącznie rolę ornamentariuszy i nie sprawują nadzoru nad działalnością spółki, ponieważ nie potrafią: nie ogarniają złożonych dziedzin jej działalności, nie rozumieją natury prowadzonego przez nią przedsiębiorstwa.

Na temat wynagradzania polskich rad nadzorczych utyskiwać można w nieskończoność, więc dzisiaj zajmę się jednym tylko wycinkiem problemu. Jest nim wynagradzanie członków rady za udział w posiedzeniu. Mniejsza z tym, czy są oni opłacani po 500 zł, czy po 5 tysięcy za posiedzenie – szkodliwe jest założenie, że członek rady pracuje tylko na posiedzeniach. W Polskim Instytucie Dyrektorów prowadziłem dziesiątki warsztatów pod hasłem „Rada nadzorcza na posiedzeniu i poza posiedzeniem”. Ich celem było zobrazowanie faktu, że dobrze zorganizowana rada nadzorcza może wykonać znaczą część swoich zadań poza posiedzeniami. Zadaniem rady nie jest odbywanie posiedzeń, ale sprawowanie stałego (powtórzę: stałego!) nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności. Nie uda się tego osiągnąć wyłącznie na posiedzeniach, nawet gdyby rada miała obradować „w permanencji”. Zresztą liczba odbytych posiedzeń wcale nie świadczy o jakości prac rady. Członkowie rady powinni wykonywać swoje obowiązki nieprzerwanie, jak rok długi, a ich wynagrodzenie powinno to odzwierciedlać.

Na polskim rynku brak jasnych reguł wynagradzania rad, zresztą wynagrodzenie wcale nie jest obligatoryjne. Jedne spółki uważają zatem, że członkom rady nadzorczej należy płacić za pracę głową, inne – że za używanie innej części ciała do wysiadywania wynagrodzeń. Uważam przeto, że wynagradzanie członków rady za udział w posiedzeniu (najczęściej śmieszną kwotą) jest czytelnym sygnałem słanym przez spółkę rynkowi: moja rada nadzorcza jest fikcją, żałosnym parawanem, składa się ona z ornamentariuszy bylejak pracujących, więc bylejak opłacanych. Nie mogę nadziwić się inwestorom, którzy takiej spółce powierzają kapitał.

Tekst ukazał się 29 lipca 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET