Członek z ramienia [2006]

Nie pomagają zaklęcia o nadrzędności interesu spółki: niektórzy wyżej stawiają interes inwestora.

Teoretycy są zgodni: członek rady nadzorczej zobowiązany jest działać w interesie spółki, nadrzędnym względem interesów poszczególnych akcjonariuszy. Nie jest on przedłużeniem ramienia akcjonariusza, któremu zawdzięcza wybór. Nawet akcjonariusza większościowego. Praktycy mają z tym kłopot. Jest otóż zjawiskiem powszechnym, że członkowie rad nadzorczych bywają powiązani z którymś z akcjonariuszy. Często są przez niego zatrudnieni. Otrzymują od niego instrukcje. Zdają mu sprawozdania, nie tylko z przebiegu posiedzeń, także z sytuacji w spółce. Dzięki temu ten z akcjonariuszy, który ma w radzie swojego człowieka, jest w sytuacji odmiennej od reszty, ponieważ dysponuje pełniejszymi, bardziej aktualnymi, informacjami o spółce. Oraz wywiera wpływ na podejmowane w niej decyzje.

Prawo sankcjonuje ten stan rzeczy. Dopuszcza wyznaczanie do spółek przez niektóre podmioty „reprezentantów”. Dopuszcza, by statut przyznał indywidualnie oznaczonemu akcjonariuszowi prawo powoływania lub odwoływania członków rady nadzorczej lub zarządu spółki akcyjnej. Dopuszcza wybór członków rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Prawo godzi się zresztą na partykularyzację nie tylko rady nadzorczej, także zarządu spółki, także w postaci oddawania miejsc w zarządach osobom wybranym przez pracowników. „Wyznaczony”, „powołany”, „wybrany” do rady nadzorczej – niekoniecznie przez akcjonariuszy! – prawdopodobnie będzie „członkiem z ramienia” tego, kto go wyznaczył, powołał lub wybrał. Mniejsza o anatomię; sam wielokrotnie słyszałem na posiedzeniach rad nadzorczych, jak ktoś z członków rady deklamuje, że zasiada w niej z czyjegoś ramienia. A w praktyce dawał wyraz temu, że lojalność wobec mocodawcy stawia nad lojalnością wobec spółki.

Wprawdzie „członkowie z ramienia” nie noszą koszulek z nazwą swojego mocodawcy, ale kiedy nie głosują zgodnie z jego instrukcjami, zostają odwoływani. W tym celu zwołuje się nadzwyczajne walne zgromadzenie, nawet jeżeli zamiana niepokornego członka rady na dającego gwarancję posłuszeństwa bywa jedynym merytorycznym punktem porządku obrad. Kiedy natomiast inwestor dysponujący „członkami z ramienia” wychodzi ze spółki, jego pupile natychmiast składają rezygnację, jakby nie mogli doczekać najbliższego walnego zgromadzenia. Lecz gdyby nie złożyli rezygnacji, wymuszając tym zwołanie nadzwyczajnego walnego zgromadzenia w celu uzupełnienia składu rady, zostałoby ono zwołane i tak, by ich odwołać i powołać innych. Którzy, w przypadku konfliktu interesów, postawią interesy swoich mocodawców ponad interesy spółki. I tak w kółko.

Nie pomogą zaklęcia o prymacie interesu spółki… Założenie, że członek rady nadzorczej będący pracownikiem inwestora kieruje się nadrzędnym interesem spółki jest równie szlachetne i fałszywe, jak idea olimpijska: nie zwycięstwo liczy się, lecz udział. Nieprawda. Liczą się medale i punkty. Dosyć mamy fikcji w sporcie i polityce, by krzewić ją jeszcze na rynku. Dla przykładu: funkcjonariusze międzynarodowi, czyli członkowie personelu organizacji międzynarodowej niby podlegają wyłącznie sekretarzowi generalnemu i nie mogą otrzymywać instrukcji od swoich rządów, ale w praktyce często jest inaczej. Albowiem szlachetną zasadę unicestwia wymóg obsadzania stanowisk zgodnie z zasadą sprawiedliwej reprezentacji geograficznej. Co ma z jednej strony tę zaletę, że zapewnia różnorodność składu personelu, ale i te wady, że kreuje podwójne podporządkowanie (wobec własnego kraju i wobec sekretarza generalnego) i rodzi konflikt sumienia (które podporządkowanie uznać za ważniejsze?). „Członek z ramienia” nie przeżywa takiego konfliktu. On nie ma wątpliwości, że liczy się przede wszystkim interes mocodawcy. „Członkowie z ramienia” nie kreują też różnorodności w składzie rady nadzorczej, ponieważ niewiele do niej wnoszą.

Niedawno “Financial Times” zwrócił uwagę na jeszcze inną postać członkostwa z ramienia: członkowie zarządu Europejskiego Banku Centralnego wybierani są przez Ecofin (a w istocie przez Eurogrupę, złożoną z krajów strefy eura), w teorii bez względu na ich przynależność państwową, w praktyce głównie w oparciu o to kryterium, dające preferencje dużym państwom. Tymczasem wpływ państw członkowskich na proces podejmowania decyzji jest zagwarantowany na poziomie Rady Zarządzającej Eurosystemu pracującej z udziałem szefów banków centralnych. Dziennik pisze zatem o oszustwie na szkodę mniejszych krajów. Słusznie, bo ”członek z ramienia” to oszustwo.

Spotykam się z argumentem, że udział takich członków w organach spółek handlowych (i innych gremiach) wzmacnia przewidywalność procesów podejmowania decyzji: chodzi o to, że z góry wiadomo, jak takie stanowisko taki ananas zajmie podczas głosowania. Lecz taka przewidywalność jest niedemokratyczna.

Tekst ogłoszony 20 II 2006 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *