Czwarta kasta? [2002]

Próby zamykania dostępu do rad nadzorczych nie służą poprawie nadzoru, tylko interesom politycznym!

W łańcuchu przemian polskiej transformacji brakuje ważnego ogniwa, gdyż do tej pory nie udało się zaszczepić polskim spółkom rygorów corporate governance. Kiedy piszę dla niespecjalistów, przekładam ów termin jako porządek korporacyjny. Jest sporo innych tłumaczeń, lecz wszystkie, łącznie z moim, można uznać za nieścisłe i mylące. Tylko w oryginale znaczenie tego pojęcia nie budzi wątpliwości. Pisząc tu dla grona specjalistów, wstrzymuję się od przekładu.

Kiedyś państwa oceniało się ilością luf armatnich, a gospodarki tonażem wydobytego węgla. Współcześnie państwa oceniane są miarą przestrzegania praw człowieka, a gospodarki miarą ich stosunku do zasad corporate governance. Im bardziej gospodarka jest nimi nasycona, tym większa jej atrakcyjność. Tędy bowiem przebiega granica między nowoczesnym wolnym rynkiem, a rynkiem dzikim, rozchwianym, nie budzącym zaufania inwestorów. Zaczynamy dostrzegać tę prawdę. Podjęto próby stworzenia rodzimego zbioru zasad postępowania spółek. Corporate governance także w Polsce staje się już instrumentem wyceny spółek i oceny rynku. Spółki, które w przekonaniu inwestorów nie dorastają standardom, odczują to boleśnie. Ostatnio jedna nie zdołała domknąć swojej oferty publicznej, kilka zostało dotkniętych wydatnymi spadkami notowań. Co ciekawe: dopiero w sytuacji, gdy inwestorzy odwracają się, niektóre spółki próbują ratować sytuację oświadczeniami, że będą respektować zasady corporate governance. Rejestruję owe oświadczenia, bowiem chociaż bywają spóźnione, ich wymowa jest optymistyczna.

Znaczenie corporate governance dla pomyślności polskiej gospodarki uświadamiają sobie niektórzy politycy. Jest jednak dyskusyjne, czy potrafią wyciągnąć właściwe wnioski. Zamiast więc poskramiać politykę przed inwazją w sferę gospodarki, popiera się przedsięwzięcia zmierzające do opanowania domeny gospodarczej, przede wszystkim spółek Skarbu Państwa, przez interesy partyjne. Taka jest bowiem wymowa nawet tych inicjatyw, które pozornie mają się temu przeciwstawiać.

Jedną z nich jest pomysł listy rekomendacyjnej. Otóż Skarb Państwa mógłby powoływać na swoich przedstawicieli w radach nadzorczych spółek tylko kandydatów z takiej listy. W istocie taka lista już istnieje, lecz nie ma z niej pożytku. Resort rzadko odstępuje od zasady, by do rad nadzorczych powoływać tylko osoby legitymujące się świadectwem ukończenia stosownego kursu. Kurs zazwyczaj jest dwutygodniowy, z natury powierzchowny, wprawdzie zakończony egzaminem, lecz urzędnicy już potrafią zadbać, by kto ma obiecaną nominację do rady nadzorczej – egzamin jakoś zdał. Pomysł nowej listy rekomendacyjnej polega przeto na tym, by rozpędzić jedną kolejkę przypadkowych kandydatów do rad nadzorczych, i uformować drugą.

Czytam, że o wpisanie kandydata na taką listę rekomendacyjną mają wnioskować organy samorządu adwokackiego, radcowskiego i biegłych rewidentów, a także rektorzy publicznych szkół wyższych. Udział aż trzech zamkniętych, kastowych korporacji zawodowych w tworzeniu listy pobudzi obawy, że powstanie jeszcze jedna kasta. Samorządy adwokatów, radców prawnych i biegłych rewidentów ani nie gwarantują, że na listę nie dostaną się osoby niewłaściwe, jakich wiele przedostało się w szeregi owych profesji, ani nie dadzą rękojmi, że osoby ze wszech miar właściwe dostaną się na listę, skoro tylu świetnych kandydatów nie znalazło się w szeregach adwokatów, radców i rewidentów. Także rektorzy nie uwiarygodnią pomysłu listy rekomendacyjnej. Co stanie na przeszkodzie, by zgłaszali niekompetentnych, a utytułowanych kandydatów? Nie wykluczam, że rektor wrocławskiej Akademii Rolniczej zawnioskuje, by na liście został umieszczony prof. Tadeusz Trziszka z katedry technologii surowców zwierzęcych, znawca drobiu i jaj. Sprawował on już kiedyś funkcję przewodniczącego rady nadzorczej jednej z największych polskich instytucji finansowych, PZU Życie, wydatnie utrudniając odwołanie prezesa zarządu Grzegorza Wieczerzaka.

Nie sądzę, by to akurat były prezes PZU Życie podsunął pomysł listy rekomendacyjnej jej inicjatorowi, a swojemu byłemu partyjnemu koledze, niemniej nie dostrzegam żadnych zalet takiego rozwiązania. Zapewne jego celem jest skrępowanie rąk ministrowi Skarbu Państwa, by nie uprawiał alotażu, jak nazywam powierzanie ważnych stanowisk niekompetentnym stronnikom. Historia resortu zna przecież wiele skandalicznych nominacji. Już wcześniej próbowano ministra ograniczać, na przykład konkursem do rad nadzorczych NFI. Jego plonem były dwie listy rekomendacyjne: kandydatów na przewodniczących, oraz na członków rad funduszy. Minister przejął się nimi w stopniu umiarkowanym. Zapewne tak byłoby i tym razem. Lista może przyczynić się za to do przekształcenia nadzoru w kolejną zamkniętą kastę.

Tekst ogłoszony 6 sierpnia 2002 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *