Festiwal złych obyczajów [2000]

Gdzie podsłuchy, anonimy i fałszywki, tam dziennikarze niemile widziani. Kto utrudnia im pracę – osłania grandę.

Rada nadzorcza ma w spółce akcyjnej bardzo rozległe, poważne, odpowiedzialne zadania. Sprowadzanie jej do roli miotły nie służy ani spółce, ani akcjonariuszom. Polega ono na tym, że nasyła się radę do spółki, żeby wymiotła prezesa, bądź nawet cały zarząd. Nie oczekuje się za to, by rada sprawowała stały nadzór nad działalnością spółki. Tak jest w spółkach grupy PZU: powołuje się rady nadzorcze wyłącznie do wymiatania, bo przecież nie do nadzoru. Jedni wymietli drugich, lecz wkrótce wymieceni sami dosiedli mioteł i nadlecieli chmarą, by wymieść wymiatających. Spoza tumanów kurzawy dochodzą gniewne okrzyki po polsku i portugalsku.

Byłoby to szalenie zabawne, gdyby nie było szkodliwe. Albowiem traci na tym reputacja wszystkich spółek grupy PZU, a ponadto wiarygodność Polski. Świat znowu nas nie zrozumie, nie doceni, nie doinwestuje. W Brukseli lub w Lizbonie nie znają wszak etosu nowosądeckich Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Zdobyte w nich doświadczenie pozwalają ministrowi Skarbu Państwa przekształcać resort w Zakłady Naprawcze Prywatyzacji.

Czytam relacje z walnego zgromadzenia PZU SA. Z sali obrad usunięto dziennikarzy. Towarzystwa ubezpieczeniowe chyba nie lubią prasy. W Warcie – spółce publicznej! – kiedyś nie dopuszczono na walne zgromadzenie dziennikarza „Rzeczypospolitej”. PZU nie jest notowaną spółką, ale dzieją się tam wydarzenia ogromnie prasę interesujące, bo godzące w interes społeczny, jak podsłuchy, anonimy i fałszywki. Należy je wyjaśnić. Pomoże to zamknąć festiwal nikczemnych obyczajów. Warto zamknąć też nikczemnych osobników instalujących podsłuchy.

Przebieg walnego zgromadzenia spółki źle świadczy o Skarbie Państwa. To jego przedstawiciel żądał usunięcia dziennikarzy i gmatwał procedurę. Wybrany przewodniczącym walnego zgromadzenia – złożył funkcję, wywołując tym niemałe zamieszanie. Wylęgli więc na majdan harcownicy. Opisałem ich przed trzema tygodniami w felietonie p.t. „Czarne chmury”, jak poczynali sobie na walnym zgromadzeniu VII NFI. Wspierali tam Skarb Państwa występujący w postaci niewinnej, skrzywdzonej sarenki. Tym razem Skarb Państwa wystąpił w postaci groźnego jelenia, biorącego rywala na rogi. Wybódł go z rykowiska i pognał precz, do sądu. Kiedy zapadnie prawomocny werdykt, inny rząd będzie musiał płacić odszkodowania. I dobrze mu tak.

Sąd może rozstrzygnąć spór między Skarbem Państwa i Eureko, lecz czy osądzi sprawców instalowania podsłuchów wykrytych (wiemy to z prasy) w gabinetach członków zarządu PZU SA? Podsłuchiwanie zarządu godzi w żywotne interesy spółki. Zarząd korzysta z wielu poufnych informacji, podejmuje poufne decyzje, zatem ma prawo osłaniać swoją działalność kurtyną dyskrecji. Podsłuchiwanie rady (co zarzucano kiedyś prezesowi jednego z krakowskich banków) jest oczywiście naganne, lecz ma już mniejszy ciężar gatunkowy, skoro najczęściej jej członków, odmiennie niż członków zarządu, nie obejmuje zakaz konkurencji. Sali posiedzeń rady nie spowija tajemnica na wzór pokoju narad sędziowskich. Zaś walne zgromadzenie tym różni się od loży masońskiej, że chociaż krąg uprawnionych do uczestnictwa w nim jest zdefiniowany i zamknięty – w spółkach publicznych i dotykających ważnego interesu publicznego dopuszcza się powszechnie udział obserwatorów z mandatu opinii publicznej. Są nimi dziennikarze.

Od wielu lat współpracuję z urzędnikami resortu. Wysoko cenię ich prawość, oddanie służbie państwowej oraz kompetencje zawodowe. Stąd nie mogę pojąć, jak urzędnik wynagradzany z budżetu może utrudniać prasie dostęp do informacji dotyczących publicznych pieniędzy. Czy chodzi o blokadę informacji dotyczących polityki Skarbu Państwa, czy o próbę osłaniania sprawców zamieszania wokół PZU?

Kto bowiem zakłada podsłuchy? Kto mąci, rozsyła anonimy i fałszywki? Odpowiem całkiem nie wprost, anegdotą z podróży przed laty. Środek Półwyspu Pirenejskiego wypada w Madrycie. Środek Madrytu wypada na placu Puerta del Sol. Tam znajduje się Kilometr Zero – punkt, z którego odmierza się odległości do innych miejscowości Hiszpanii. Nie jest to obelisk, jak w Warszawie, lecz skromnie zaznaczone miejsce przy krawężniku chodnika przed jednym z gmachów. Wcale niełatwo je znaleźć. W przewodniku wyczytałem radę, by rozglądnąć się za „Generalną Dyrekcją Ubezpieczeń”. Nic podobnego! Gdy natrafiłem na Kilometr Zero, ujrzałem obok kilka dżipów, w nich – groźnie uzbrojonych mundurowych. Otóż autor przewodnika mylnie przetłumaczył nazwę instytucji. Chodziło bowiem o… Generalną Dyrekcję Bezpieczeństwa. Pomyłka była prorocza. Dzisiaj nierzadko, jak w pamiętnym wierszu, mówimy „towarzystwo ubezpieczeniowe”, myślimy „towarzysze z bezpieczeństwa”.

Tekst ogłoszony 20 XI 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2003.01.27 Banki, szanujcie pismaków
2005.12.19 Co wolno pismakom?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *