Gdzie wzrok nie sięga [2004]

Pod osłoną tajemnicy handlowej bywają zawierane porozumienia niezgodne z prawem, czyli nieskuteczne.
Corporate governance jest dyscyplina świeżą, zaledwie dwudziestoletnią, niemniej do jej nadrzędnego celu – zapewnienia przejrzystości spółek dla bezpieczeństwa obrotu – dąży się od stuleci. Przeto statuty spółek ujawnia się w rejestrach; przeto ustawa określa, w jakim zakresie spółki mogą dowolnie kształtować postanowienia statutów, a w jakim muszą poddawać je prawu bezwzględnie obowiązującemu. Obejściu prawa służy metoda lipy statutowej: oficjalne rozwiązania statutowe są zgodne z duchem i literą prawa, ale praktyka zmierza contra legem (łac. wbrew prawu). Rozpowszechnionym przykładem takiego stanu rzeczy bywa zjawisko nazwane przeze mnie formacją podwójnej głowy: formalnie spółce prezesuje Polak, bo tego wymaga przepis, lecz jest to tylko prezes malowany, natomiast zza jego pleców rzeczywiste władztwo wykonuje zastępca – obcokrajowiec. Jest także inny sposób na obchodzenie prawa: umowa inwestycyjna.

Ma ona tę zaletę, że można ją zachować w tajemnicy. Po pierwsze, nie ma wymogu ujawniania w rejestrze handlowym treści, a nawet istnienia, umowy inwestycyjnej. Po drugie, można jej nadać klauzulę poufności. W ten sposób nikt się nie dowie, co strony uzgodniły. Wprawdzie dotyczy to jedynie spółek wyjętych spod przepisów prawa o publicznym obrocie papierami wartościowymi, lecz przecież takich jest większość, a i z pozostałymi bywa w praktyce różnie. Niekiedy strony umowy: inwestor wchodzący do spółki i spółka, lub jedynie najważniejsi z jej akcjonariuszy, zawierają między sobą ustalenia jaskrawie sprzeczne z prawem. Uzgadnia się przy tym, ze strona, która wyjawi treść takiej umowy, albo nawet samo jej istnienie, poniesie konsekwencje finansowe. Nie tylko takie zresztą. Wyjawianie poufnych ustaleń biznesowych szkodzi reputacji menedżera. Z niedyskretnymi lepiej nie robić interesów.

Niemniej sekrety tajnych umów inwestycyjnych czasem wychodzą na jaw. Wystarczy, że partnerzy pokłócą się o pieniądze. Niedawno przedstawiciel koalicji większościowej w akcjonariacie spółki niepublicznej wieszał psy na akcjonariuszu mniejszościowym. Na konferencji prasowej oświadczył coś w tym duchu: rozwiązaliśmy współpracę, wykreśliliśmy partnera z księgi akcyjnej (tak sobie, ot – po prostu?), ponieważ druga strona dopuściła się naruszenia umowy. A czym ją naruszyła? Otóż tym, że wystąpiła z wnioskiem o dokonanie przez najbliższe walne zgromadzenie wyboru rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Umowa inwestycyjna miała podobno stanowić, jakoby akcjonariusz mniejszościowy (posiadający 43 procent kapitału) wyrzekł się uprawnienia do wnioskowania o wybór rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami.

Natomiast w tym przypadku niesforny akcjonariusz mniejszościowy – podobno wbrew umowie – doprowadził do wyboru rady nadzorczej grupami. Ponadto działał szczególnie perfidnie, ponieważ kiedy zarząd owej spółki odmówił zwołania w tej sprawie nadzwyczajnego walnego zgromadzenia – akcjonariusz mniejszościowy uzyskał upoważnienie sądu rejestrowego do zwołania takiego zgromadzenia, a jego przedstawiciel został przez sąd wyznaczony na przewodniczącego zgromadzenia. Większość poczuła się tym tak dotknięta, że w rewanżu dopuściła się ekscesów wobec mniejszości. Lecz uprawnienie mniejszości do reprezentacji w radzie nadzorczej poprzez członków wybranych w drodze głosowania oddzielnymi grupami jest bezwarunkowe, niezbywalne. Bezwarunkowe, gdyż płynie z ustawy, ponad przyjęty w statucie tryb wyboru rady. Niezbywalne, ponieważ w przypadku gdyby jakiś akcjonariusz zgłupiał i zrzekł się wspomnianego uprawnienia (a nawet gdyby wziął za to pieniądze) – takie zrzeczenie się nie wywoła żadnych skutków prawnych. Mniejszość nie musi korzystać z tej formy ochrony swoich praw, ale nie może zrzec się uprawnienia do korzystania z niej. Podobnie nie można zrzec się z góry uprawnienia, przysługującego każdej grupie, która w takim trybie wybrała członków rady, do delegowania jednego spośród wybranych przez siebie członków rady do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. W tym – do uczestniczenia w posiedzeniach zarządu z głosem doradczym (cokolwiek to oznacza).

Natura spółki akcyjnej jest taka, że mniejszość ma swoje prawa. Statut spółki może je rozszerzyć, ale ani statut, ani żadne porozumienia między wspolnikami, nie mogą ich ograniczyć. Nie ma przy tym żadnego znaczenia, że porozumienia są poufne, że spoczywają tam, gdzie wzrok nie sięga – w sejfie, utajnione przed postronnymi, a nawet przed sądem. Jest natomiast szczególnie naganne, że takie rozwiązania, nieskuteczne, bo niezgodne z prawem, godzące w naturę spółki, w sens porządku korporacyjnego, są zalecane klientom przez kancelarie prawne. Co na to korporacje adwokatów i radców prawnych, wysoko dzierżące sztandar etyki zawodowej?
Atykuł ukazał się 26 stycznia 2004 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.
Czytaj także:
2013.09.15 Mniejszość w spółce, czyli kłopot
2000.08.21 Grupami do rady

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *