Gorszący przypadek Farmacolu

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn17Share on Facebook0

Koniec przygody Farmacolu z giełdą podpowiada kilka smutnych wniosków. Pierwszy: spółka nie powinna zostać wpuszczona na warszawski parkiet, jej statut obrażał prawo, otwierał kanał służący wyprowadzaniu pieniędzy ze spółki do kieszeni jej założycieli. Drugi: akcjonariusze nie zwracali uwagi na statut, inwestowali w spółkę w przeświadczeniu, że skoro prowadzony przez nią biznes przynosi niemałe dochody, będą w tych dochodach uczestniczyć. Trzeci: skoro spółka ani nie płaciła dywidendy, ani płacić jej nie zamierzała, nie dbała o komunikację z rynkiem, nie miała corporate governance, nie stosowała wielu dobrych praktyk, w radzie nadzorczej zasiadali tłumnie członkowie rodziny panującej – rodzą się pytania, co w takiej spółce robili inwestorzy instytucjonalni, oraz na co liczyli wnosząc do Farmacolu pieniądze uczestników? Jesienią ogłosiłem analizę „O co skarżyłbym Farmacol gdybym był akcjonariuszem”, wytykając spółce liczne nieprawidłowości. Teraz pora zastosować naming & shaming (wytykanie i zawstydzanie) wobec funduszy emerytalnych, które wspierały nieprawidłowości lekkomyślnie inwestując w spółkę. Należały do nich otwarte fundusze emerytalne ING, Aviva, Metlife, PZU, PKO BP – instytucje pretendujące w swoim czasie do miana zwolenników corporate governance.

Uważam, że inwestorzy instytucjonalni powinni składać oświadczenia o wnikliwym zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować pieniądze uczestników. W statutach tkwią bowiem dziury, przez które wyciekają pieniądze akcjonariuszy.

Kolejne wnioski maja charakter ogólny. Nie widzę racji obecności na parkiecie spółek, które nie będą już w stanie pozyskać przez giełdę kapitału. Farmacol miał marną reputację, nie budził zaufania, nie byłby w stanie przeprowadzić podniesienia kapitału. Niestety, takich spółek mamy na giełdzie sporo. Pozyskiwały pieniądze w pierwotnej ofercie publicznej przeprowadzonej w sprzyjającej chwili, ale o inwestorów nie zamierzały dbać. Niepokoi mnie także obyczaj, jaskrawo obecny w Farmacolu, wypełniania rad nadzorczych familiadą. Czasy nie sprzyjają niezależnym, boi się ich panicznie Skarb Państwa, niektóre spółki wolą nasycić skład rady nadzorczej rodziną założyciela lub jego przyjaciółmi. Niekoniecznie jestem przeciwnikiem instytucji małżeństwa, ale brzydzi mnie żona prezesa jako osoba mająca sprawować stały nadzór nad działalnością spółki. Alma niedawno upadła, ambitny Integer przeszarżował, złapał zadyszkę; jak żony cezarów powinny pozostawać poza podejrzeniami, tak żony założycieli spółek powinny pozostawać poza radami nadzorczymi. W Farmacolu do rady nadzorczej wpakowały się cztery osoby o takim samym nazwisku, co podważa istotę nadzoru.

Rodzina panująca w Farmacolu sama sobie określała wynagrodzenia za pracę (pracę? – mam wątpliwości, czy tu użyłem właściwego słowa) w radzie nadzorczej. Chodzi o wynagrodzenia wypłacane nie z prywatnych szkatuł, ale ze środków spółki należących nie do „państwa właścicieli”, a do akcjonariatu. Andrzejowi i Zycie Olszewskim wypłacono zatem spore kwoty bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia, wbrew interesom akcjonariuszy, a także fiskusa, który nie powinien uznawać tych kwot za koszty uzyskania przez spółkę przychodu. Lecz to już inna historia.
Czytaj także:

2016.11.06 O co skarżyłbym Farmacol gdybym był akcjonariuszem
2017.02.15 „Pan Właściciel”, ornamentariusze, oraz kwestia odpowiedzialności

Dodaj komentarz