Jawność rodzi ufność [2003]

Co budzi więcej zgorszenia: wysokość wynagrodzeń menedżerów, czy poufny charakter kontraktów? Anglosasi nazwali menedżerów ‘tłustymi kotami’. Podobieństwu nie można zaprzeczyć. Koty spijają śmietankę, leniwie wygrzewają się na piecu, a strącone z wysokości – bezpiecznie lądują na czterech łapach. Menedżerowie czerpią wysokie profity, wylegują się na złotodajnych kontraktach, a z opresji wychodzą korzystnie dzięki wysokim odprawom. Dają oni dwa powody do zgorszenia. Po pierwsze, bardzo dobrze zarabiają, co nie podoba się wielu zarabiającym mniej. Po drugie, nie wiadomo, ile rzeczywiście zarabiają, ponieważ ich kontrakty okryte są tajemnicą.

Jest to materia trudna. Pojęcia „dużo” i „mało” są absolutnie względne. Istnieje wzorzec metra, lecz nie ma wzorca płacy menedżera, jak zresztą nie ma wzorca jego pracy, ani ciążącej na nim odpowiedzialności. Jak inna jest każda spółka, tak inna jest każda posada. Można przystać na sformułowanie, że płace menedżerów powinny mieścić się w granicach przyzwoitości, lecz nie ma już zgody w kwestii, gdzie biegną owe granice i czy w ogóle można wytyczyć je czytelnie. Stąd dyskusje o zarobkach menedżerów bywają podbarwione demagogią.

Przeciwko tłustym kotom i ich pękatym portfelom wytacza się więc zasadę sprawiedliwości społecznej, która – jakkolwiek prawa i bliska mojemu sercu – akurat na tym polu nie ma zastosowania. Łatwo ją zresztą zbić tezą, że utopijny ideał równości najłatwiej spełnić wtedy, kiedy nikt nie ma nic. Niemniej demagogicznie bywa uzasadniana poufność płac menedżerów: wytacza się argument ochrony ich prywatności przed ciekawością gawiedzi, dla której zaglądanie do portfeli jest zajęciem równie frapującym, co zaglądanie pod kołdrę (Anglosasi zaglądają „między prześcieradła”, between the sheets).

Dyskusje o zarobkach menedżerów zostały rozpętane na Zachodzie, skąd do Polski dochodzą ich echa. Namiastką rozwiązania tego trudnego problemu jest u nas osławiona ustawa kominowa. Nie służy ona jednak właściwemu kształtowaniu płac, a jedynie ich ograniczaniu, w dodatku mechanicznemu, co oczywiście zrodziło praktykę mnożenia wyjątków i obchodzenia prawa. Uważam, że obecnie nie warto dyskutować nad kwotami. Najważniejsza jest przejrzystość rynku i jego uczestników, a jej niezbędnym warunkiem jest jawność wynagrodzeń. Dlatego warto skoncentrować się wcale nie na tym, ile zarabiają rodzime tłuste koty, a na tym, czy w spółkach publicznych zarobki członków zarządów i rad nadzorczych są jawne, a mechanizmy kształtowania tych zarobków są racjonalne i zrozumiałe.

Mały krok w tym kierunku czynią przyjęte przez giełdą zasady dobrej praktyki. Mały, ponieważ chodzi w nich jedynie o to, by spółka ujawniała łączną wysokość zarobków członków rady i, odrębnie, członków zarządu; wobec tych drugich – w podziale na poszczególne składniki wynagrodzenia. Jeżeli wysokość wynagrodzenia poszczególnych członków zarządu jest znacząco zróżnicowana, spółka powinna ogłosić stosowne wyjaśnienia. Towarzyszą temu zalecenia, jak spółka powinna kształtować wynagrodzenia zarządu i rady – szlachetne, ale mętne i niekoniecznie przydatne. Szlachetne, bo ich intencją jest zapobieżenie niekontrolowanemu wyciekaniu pieniędzy ze spółki. Mętne, bo cóż to znaczy, że wynagrodzenie powinno być ‘godziwe’? Niekoniecznie przydatne, bowiem czy spółka uwzględni motywacyjną funkcję wynagrodzenia zarządu, albo czy weźmie pod uwagę poziom wynagrodzeń na ‘porównywalnym rynku’, to w gruncie rzeczy sprawy drugorzędne. Im więcej elementów będzie wpływać na wynagrodzenie, tym trudniej będzie wyważyć ich rzeczywiste znaczenie.

Wolałbym, aby spółka konkretnie ujawniała, w rozbiciu na składniki, szczegóły wynagrodzenia każdego z członków zarządu i rady nadzorczej. Nie oburza mnie wysokość wynagrodzeń członków zarządów i rad. Podejrzliwie nastraja mnie jednak poufność tych wynagrodzeń. Łączna wysokość zarobków zarządu to tylko zasłona dymna. Czas podjąć w Polsce dyskusję nad jawnością wynagrodzeń w spółkach publicznych, w tym jawnością odpraw i bonusów.

Świadczą o tym wydarzenia w wielu spółkach amerykańskich, które dopiero w kłopotach bywały zmuszone ujawniać, że płace menedżerów rosły bez względu na sytuację spółki, a w kontraktach przewidziano premie wypłacane nawet w upadłości. Ostatnio wyszedł na jaw taki szwindel w American Airlines. Inaczej postępuje chwalona tu niedawno (17 marca) za przejrzystość ING Groep N.V. W raporcie rocznym za 2002 r. szczegółowo przedstawiono m.in. zasady wynagradzania członków zarządu i rady nadzorczej, charakter poszczególnych składników wynagrodzenia, kwoty pobrane przez każdego z nich, przyznane i zrealizowane opcje, wysokość udzielonych pożyczek i postępy w ich spłacaniu. Taka jawność rodzi ufność. Lecz by Czytelnik nie pomyślał sobie, że lukruję grupę ING – zapytam, czemu polskie odnogi grupy nie są tak przejrzyste, jak centrala? Nie dociekam, ile kto zarabia, natomiast chciałbym wiedzieć, kto rzeczywiście tu rządzi.

 

Tekst ukazał się 5 maja 2003 r. w Gazecie Bankowej pod tytułem „Tłuste koty”. Tytuł zmieniłem, ponieważ oryginalny został już tu użyty.

 

Czytaj także: 2013.04.02 Od przejrzystości do populizmu2002.05.27 Kominy i wiatraki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *