Nie chodzi o kobiety

Parlament Europejski przyjął projekt dyrektywy przewidującej, że spółki notowane na giełdach w państwach członkowskich UE wprowadzą przejrzyste procedury rekrutacji do rad nadzorczych. Powinny uczynić to przed rokiem 2020. Celem przedsięwzięcia jest spełnienie unijnych oczekiwań, że przynajmniej 40% miejsc w radach nadzorczych – względnie stanowisk niewykonawczych w radach dyrektorów – przypadnie kobietom.

Słowo „kobietom” pojawiło się dopiero na końcu trzeciego zdania niniejszego tekstu. Bo też nie o kobiety chodzi tu w pierwszym rzędzie. Nie przeczę, że od kilkunastu lat promuję dążenia na rzecz zwiększenia udziału kobiet w radach nadzorczych (wystarczy spojrzeć obok, w chmurę – a może chmarę? – tagów). Otóż w dążeniu do ustanowienia przejrzystych procedur rekrutacji do rad nadzorczych chodzi przede wszystkim o konkurencyjność rynków kapitałowych państw członkowskich Unii Europejskiej. Oraz o poprawę nadzoru nad spółkami notowanymi na rynkach regulowanych. Jednym słowem – o pieniądze: wielkie, coraz większe, ogromne, inwestowane na naszych rynkach kapitałowych bez należytego nadzoru nad menedżerami dysponującymi tymi kapitałami lub zarządzającymi nimi. Czyli o usiłowania ku reformie nadzoru nad spółkami, ku poprawie corporate governance na europejskich rynkach.

Nie mają znaczenia „kwoty” udziału kobiet w radach największych spółek notowanych. Ani „parytet”. Ani sankcje zagrażające niesfornym spółkom. Ani równouprawnienie płci. Liczy się jakość rad nadzorczych. Można to osiągnąć kilkoma sposobami. Przy wyborze członków rad warto kierować się wyłącznie kompetencjami kandydatów. Ich doświadczeniem zawodowym i życiowym. Pozycją na rynku. Autorytetem w branży. Do tej pory płeć nie ma nic do rzeczy. Wszystkie wspomniane kryteria mogą z powodzeniem spełnić mężczyźni. Lecz kryteria te nie wystarczają! Radom nadzorczym potrzebna jest także różnorodność. Rzecz w tym, by członkowie rady różnili się profilami wykształcenia, kwalifikacji, doświadczeń; by nie byli gromadką kolegów z jednego podwórka. Oraz o to, by różnili się przynajmniej płcią, bo różnorodność wieku członków rad jest niemożliwa. Pozycję, doświadczenia, mądrość życiową zdobywa się z upływem lat. Wielu lat.

Kobiety w radach nadzorczych potrzebne są po to, by rady nie składały się z samych tylko mężczyzn o podobnych poglądach, nawet podobnych z wyglądu, jak pod tyloma względami podobni są do siebie, duchowo i zewnętrznie, członkowie konferencji episkopatu. Naszego episkopatu, bo niektóre inne kościoły już dopuszczają kobiety nawet do sakry biskupiej. Lecz to już inna historia.

O tym, że nie rozumiemy istoty problemu, świadczą tytuły relacji medialnych. „Rady w ręce kobiet” – pisze Onet.pl. To nieprawda! „Rady w ręce kobiet. Unia chce równości płci w spółkach giełdowych” – Wirtualna Polska. Też nieprawda. „Kobiety do rad, mężczyźni do garów” – wieszczy Bankier. Autora tego tekstu, Łukasza Piechowiaka, do garów nie posłałbym, bo jeszcze przypaliłby parę wodną. Pisze on mianowicie: „Czy inwestor podejmie decyzję o zakupie akcji, bo firma zatrudnia w radzie dostateczną liczbę kobiet? Raczej nie. Nie bez powodu tak mało kobiet znajduje się w zarządach spółek giełdowych. Tak samo nie bez powodu zawód nauczyciela został praktycznie sfeminizowany”. Mniejsza, że w radzie nadzorczej nikogo się nie „zatrudnia”. Ważne są raczej smakowite insynuacje: „nie bez powodu…”.

Dążenie do zasady, że dwie piąte składu rad nadzorczych powinny stanowić kobiety nazywa autor „Bankiera” hipokryzją. „Europarlamentarzystki dbają tylko o swój przyszły interes”. Chytre są, szelmy, skoro do swojego punktu widzenia skaptowały tylu mężczyzn, wszak w Parlamencie Europejskim wniosek przeszedł 459 głosami przeciw 148 przy 81 wstrzymujących się.

O kwotach, sankcjach, nie wspominam, bo nie warto. Odkręcimy je jeszcze przed rokiem 2020. Zakończę więc cytatem z własnego archiwalnego tekstu (2010.05.27, Moda na poprawność): „Jak wielu starych prawników uważam, że konfigurowanie przepisów do wzorców poprawności politycznej prowadzi na manowce. Gdybyśmy już mieli sięgać po regulacje, optowałbym raczej za przeciwdziałaniem wprowadzaniu do rad nadzorczych, a zwłaszcza stawianiu na ich czele, kobiet będących żonami, matkami, córkami prezesów. Podważa to wiarygodność i takich spółek, i całego rynku”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *