O kulturę konkursów

Co do zasady nie jestem przeciwnikiem konkursów na stanowiska w zarządach i radach nadzorczych. Lecz stawiam ważny warunek: po rozstrzygnięciu konkursu niech ludzkość pozna nazwiska zwycięzców, natomiast nigdy – przenigdy! – niech nie wyciekną nazwiska przegranych pretendentów. Ani tych, którzy wprawdzie stanęli do konkursu, lecz zostali już na wstępie odrzuceni. Ani tych, którzy zostali zakwalifikowani do jakiegoś etapu, lecz jeszcze nie przyznano im stanowisk. Zwycięzca niech święci swój sukces, pokonanych niech szczelnie otulą gęste obłoki dyskrecji. Hałas wokół konkursów przekreśla ich sens. Przejrzystość jest wielką wartością, lecz akurat tutaj jest przekleństwem. Zniechęca ona wielu, w tym kandydatów nierzadko najlepszych, od stawania w konkursowe szranki.

W obecnym stanie rzeczy zanim kandydat przystąpi do konkursu, rozważy różne postacie ryzyka, na jakie się wystawi. Wymienię tutaj zwłaszcza ryzyko reputacyjne, ryzyko utraty zaufania aktualnego pracodawcy, ryzyko negatywnego odbioru medialnego. W tym świetle nie może dziwić, że o stanowiska w organach spółek z domeny Skarbu Państwa nierzadko zabiegają kandydaci aktualnie bezrobotni. Oraz desperaci.

Ryzyko reputacyjne polega na tym, że porażka ciąży na przegranym, szkodzi jego pozycji na rynku, zmniejsza jego wartość przetargową. Nie ma znaczenia, czy konkurs był prowadzony uczciwie, czy ustawiony pod szwagra. Nie ma znaczenia, czy warunki konkursowe zostały sformułowane jasno, czy może tak mętnie, że najlepsi kandydaci nie wiedzieli, iż to nie oni są poszukiwani. Wiedza o tym dotrze do niektórych, a wiedzą o przegranej chętnie pożywią się wszyscy. Często nie liczy się, kto wygrał, lecz kto przegrał. Często pierwszy mniej zyska, niż drugi straci. Pryśnie nimb powszechnie uznanego menedżera, spadnie jego cena, dotkliwie poranione zostanie ego, a bywa ono często nadmiernie rozrośnięte.

Ryzyko utraty zaufania aktualnego pracodawcy, poniesienia przykrych konsekwencji w obecnym miejscu pracy, odstręcza wielu kandydatów nie tylko dlatego, że porażka – zwłaszcza z byle kim, co przecież bywa możliwe – będzie przez nich odebrana jako publiczne upokorzenie. Kandydat, który bez wiedzy pracodawcy bierze udział w konkursie na stanowisko w innej instytucji, naraża się na przykrości. Jeżeli wygra, mogą one zostać odroczone w czasie, do chwili gdy pojawi się sposobność wzięcia na nim odwetu. Jeżeli przegra, odczuje je niebawem. Jego udział w konkursie zostanie odczytany jako wyzwanie: „jeszcze pracuję dla ciebie, lecz szukam czegoś lepszego – a kiedy tylko coś znajdę, wystawię cię do wiatru”. Nic dziwnego więc, że zatrudnieni wolą uniknąć ryzyka utraty stanowiska, nawet jeżeli uważają, że nie dorasta ono do ich aspiracji lub talentu.

Istnieje wreszcie obawa przed medialnym odbiorem udziału kandydata w staraniach o stanowisko. Osoby rozpoznawalne bywają narażone na ryzyko szczególnego traktowania ich przez media, ośmieszania albo wyszydzania. Ofiarą złośliwości albo żartów często pada nie ten, kto ubiega się o stanowisko nie dysponując kwalifikacjami do jego sprawowania, lecz ten, kto owszem, ma kwalifikacje, lecz przy tym jest nosicielem akustycznego nazwiska.

Nawet jeżeli konkurs formalnie nie będzie jawny, istnieje niebezpieczeństwo wycieku danych osobowych kandydatów. Dyskrecja nie jest cechą właściwą współczesnym Polakom. Zaufać można bezwzględnie tylko uznanym agencjom executive search. Urzędnicy, a zwłaszcza członkowie przeprowadzających konkursy rad nadzorczych, wielokrotnie dopuszczali się karygodnych niedyskrecji. Fatalny przykład dają politycy, karmiący dziennikarzy przeciekami tajemnic państwowych. Potrzeba nam kultury konkursów: kultury wzlatującej ponad pomówienia o stronniczość, podejrzenia o korupcję, plotki i niedyskrecje.

Jakiś czas temu ogłoszono składy wyłonionych w konkursie rad nadzorczych TVP i rozgłośni radiowych. Temat to dla mnie interesujący, przepracowałem lata w Polskim Radiu, liczyłem na publiczną dyskusję o wynikach konkursu. Zamiast tego na stronie internetowej poważnego dziennika znalazłem notatkę „Telewizja nie dla Sobolewskiego”. Dowiedziałem się, że były prezes GPW aspirował do „posady” w radzie nadzorczej telewizji publicznej, został przez KRRiT zakwalifikowany do szerokiego finału i zaproszony na przesłuchania, ale ostatecznie do rady nie został powołany. Nie on jeden został pominięty, lecz jemu właśnie poświęcono uwagę, bo jest osobą znaną, której powodzenie, względnie niepowodzenie, niektórych może zainteresować, a wielu to nawet ucieszyć. W tym przypadku nie liczyli się wygrani, w tytule znalazł się ten, kto jest najbardziej znany.
Artykuł został ogłoszony 9 września 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2014.01.26 Wyższa szkoła demoralizacji – oraz przywołane tam teksty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *