O sile głosu z akcji, czyli zamachu czasu na kapitał

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn16Share on Facebook0

Inwestycja długoterminowa to często nieudana inwestycja krótkoterminowa. Z takiego punktu widzenia miał rację Oskar Wilde, że czas to wcale nie pieniądz, lecz marnotrawstwo pieniędzy. Jego rozumowanie przyswoili sobie menedżerowie wielu funduszy hedgingowych kalibrujący swoje inwestycje nie na lata, miesiące, tygodnie, lecz na minuty lub ułamki sekund. Wprawdzie procent składany dowodzi, że czas kreuje wartość, lecz nie dotyczy to giełdy. Papier wartościowy w portfelu inwestora może z czasem przybrać na wartości, lecz giełda z tego nic nie będzie miała, wszak utrzymuje się ona z obrotu, ma się tym lepiej, im częściej walory przechodzą z rąk do rąk. Inwestor, który obejmuje akcje i trzyma je przez lata w nadziei na wzrost ich ceny lub sute dywidendy, nie generuje obrotu. Stąd postulowane przez laików zwolnienia lub ulgi podatkowe dla inwestorów długoterminowych wcale nie leżą w interesie giełd, są one utrzymywane przez day-traderów, spekulantów, a także panikarzy, którzy w popłochu wyprzedają akcje na byle plotkę o bessie nadlatującej na miotle nad rynek. Tym ostatnim sprzyja zwłaszcza maj, zgodnie z ludowym bajaniem, że trzeba sprzedać w maju i wyjechać na urlop do raju (sell in May and go away).

Za trzymaniem akcji z całych sił opowiedział się niedawno w Harvard Business Journal profesor zarządzania Uniwersytetu w Toronto Roger L. Martin. Szanowany skądinąd periodyk opublikował jego dysertację „What If Investors Who Held Their Shares Longer Got More Voting Power?” (Co byłoby, gdyby inwestorzy, którzy trzymają swoje akcje dłużej mieli większą siłę głosu?). Uczony wyszedł z założenia (może nawet wyliczył, ale tych wyliczeń nie okazał), że gdyby amerykańskie spółki były bardziej zorientowane ku przyszłości, przybyłby im bilion (ameryk. trillion) dolarów, pracownicy zyskaliby pięć milionów dodatkowych stanowisk, a PKB Stanów Zjednoczonych powiększyłby się o bilion (ameryk. trillion) USD. Brzmi to równie przekonująco, co Plan Morawieckiego.

Aby skorzystać z tych dobrodziejstw oraz skłonić menedżerów i akcjonariuszy do myślenia o przyszłości Autor proponuje stałe zwiększanie siły głosu z akcji z upływem czasu. Każdy dzień, przez który inwestor przetrzymałby akcję, dawałby mu dodatkowy głos z tej akcji. Kto trzymałby akcję 10 dni, miałby z niej 10 głosów; kto trzymałby ją przez 10 lat, dysponowałby 3.650 głosami (uczony profesor nie wziął pod uwagę lat przestępnych). Operacje pomnażania siły głosu nie kosztowałyby nawet centa ani spółkę, ani inwestorów. Rzecz w tym, że nie dostrzegam żadnych realnych korzyści z tych kreatywnych rachunków. Przy tym głęboko wątpię, że nikt na takim cudactwie nie straci.

Spółce nie przybędzie kapitału. Nie zmieni się jej wynik. Ani kapitalizacja. Ani zdolność emisyjna. Akcjonariuszom nie przybędzie dywidend. Postulowane rozwiązanie byłoby korzystne głównie dla inwestorów pasywnych. Dzięki trzymaniu akcji w nieskończoność będą mieli większą siłę głosu niż inwestorzy millisekundowi, lecz ci ostatni w walnych zgromadzeniach raczej nie uczestniczą. Rozsiedli na akcjach naciągających z czasem na ilości przypadających na nie głosów, to oni podejmowaliby decyzje o fuzjach lub przejęciach spółek, o zatwierdzaniu strategii, emisjach akcji i obligacji, wyborze piastunów spółki, udzielaniu im absolutorium, i tak dalej. Czy gdyby przeforsowali split akcji w stosunki 1:10, liczba należnych im głosów wzrosłaby dziesięciokrotnie? Poskromilibyśmy agresywnych spekulantów z funduszy hedgingowych, w zamian wykreowalibyśmy leniwych, acz jakże potężnych inwestorów wieloletnich. Czy rynek odniósłby z tego korzyść?

Zburzona byłaby fundamentalna zasada corporate governance, że każda akcja daje jeden głos, a każdy głos ma taką sama wartość. Owszem, zdarzają się w spółkach akcje uprzywilejowane co do liczby głosów, albo do udziału w dywidendzie. Bywają akcjonariusze uprzywilejowani w taki sposób, że nie ima się ich voting cap. Bądź, że dysponują złotą akcją. Jakiekolwiek formy preferowania jednych, względnie ograniczania innych akcjonariuszy, nie sprzyjają rozwojowi rynku. Nie krzewią zaufania, a ono jest podstawą gospodarki. Lepiej, by po staremu pozycję w spółce kreował zaangażowany w niej kapitał, nie zegar lub kalendarz.

Co napisałem nie oznacza przecież, bym nie dostrzegał zalet inwestycji długoterminowych. Zwłaszcza, że niedawno zobaczyłem w serwie LinkedIn nader krzepiący wpis: „Jeżeli masz zły dzień – wspomnij, że pod dzisiejszą datą w 1976 roku Ronald Wayne zbył swój 10-procentowy udział w Apple za 800 USD. Dzisiaj wartość tego pakietu to 58 065 210 000 USD”. I chyba wzrosła w czasie, kiedy pisałem ten tekst. I może jeszcze wzrośnie podczas jego lektury przez Czytelnika.

Jedna myśl nt. „O sile głosu z akcji, czyli zamachu czasu na kapitał

  1. Mariusz Kanicki

    Ale przesłanki do tego eksperymentu myślowego są ważkie. Za pomyłkę uznaję też pomysły, by akcjonariuszy długoterminowych wynagradzać obniżeniem podatku przy sprzedaży akcji. Jest jednak interesujący – i wdrożony, zdaję się przez AirLiquide, taki koncept: akcjonariusze, którzy posiadają akcje przez (jakiś) dłuższy czas, dostają wyższą dywidendę. Znowu: zdaję się, że w … akcjach. Żeby być takim długoterminowym inwestorem, należy mieć akcje w rejestrze prowadzonym przez spółkę – póki co niewykonalne u nas.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *