Oda do młodości [2000]

Między zarządem a radą nadzorczą chętnie ustawiłbym znak drogowy ‘jeden kierunek ruchu’. Dozwolony byłby przepływ kadr z zarządu do rady nadzorczej, zaś ruch pod prąd jedynie wyjątkowo, w sytuacji awaryjnej, kiedy rada pędzi do pożaru wozem bojowym straży. Na sygnale.

Przenikanie z zarządu do rady często wzbogaca spółkę, przydaje jej wartości. Ruch kadrowy z rady do zarządu zawsze będzie budzić wątpliwości, czy aby nie dlatego rada wyśrubowała wynagrodzenia zarządu, bądź dokonała w nim czystek, by wepchnąć do zarządu kogoś z własnego grona. Takie desanty z rady do zarządu były przed laty ćwiczone w kilku poważnych bankach. Nie powiodły się (cele leżały o jeden most za daleko), ale narobiły zamieszania.

Ostatnio w kilku dużych polskich spółkach doszło do zmiany prezesa zarządu. Możemy nawet mówić o zmianie pokoleniowej. Znani menedżerowie, niekiedy twórcy spółek, autorzy ich sukcesów, odchodzą ze stanowisk w obliczu trudnych wyzwań stojących przed ich firmami. Odchodzą nie bez zachęty ze strony zagranicznych inwestorów, którzy niedawno objęli większościowe pakiety ich spółek. Często czeka na nich miejsce w radzie. Tam jeszcze długo mogą służyć spółce doświadczeniem, znajomością branży, wiedzą fachową, obyciem w realiach gospodarki. Tam jeszcze długo mogą pomnażać wartość spółki. Miejsce w radzie nie jest w tym wypadku nagrodą za zasługi. Świadczy o tym, że nie każdy prezes po opuszczeniu zarządu wchodzi do rady nadzorczej. Każdorazowo decydują o tym indywidualne przymioty odwołanego prezesa. Przy tym zmienia się przeciętny wiek członków rad nadzorczych.

Oprócz prezesów, nie wszystkich, ale najbardziej przydatnych w obliczu trudnych wyzwań naszych czasów, do rad nadzorczych tłumnie wchodzi młodzież. Opowiadał mi wysłużony kapitan wielkiego przemysłu, jak brał udział w walnym zgromadzeniu. Obok niego siedział młody człowiek. „Myślałem, panie tego, że chłoptaś przez pomyłkę zabłąkał się do sali obrad, bo przyszedł kupić sobie kartę Euro < 26, a on wszedł do rady nadzorczej!” Z głosu weterana przebijał żal. Wszak w powszechnej wyobraźni nadzór jest przytułkiem dla starszego pokolenia. Lecz czasy zmieniły się, wobec czego potaniało doświadczenie, zdobyte w innych realiach, natomiast podrożało świeżo uzyskane wykształcenie.

Posłużę się garścią przykładów z ostatnich dni i tygodni (lista nie jest kompletna). Do rady małej spółki telekomunikacyjnej wszedł 28-latek, absolwent jednego z najlepszych wydziałów prawa i administracji, z licencją maklera i podyplomowymi studiami MBA. W wyniku wyboru przez grupę do rady spółki zdominowanej przez silnego światowego inwestora wszedł, z bardzo odpowiedzialnym zadaniem przeniknięcia firmowych sekretów, 30-letni absolwent SGH z kilkuletnią praktyką w finansach londyńskiej City, zarazem członek zarządu poważnej instytucji finansowej. W radzie nadzorczej agencji spedycyjnej (a wcześniej w radzie firmy produkcyjnej) zasiadła 23-letnia studentka. Wprawdzie z nazwiska można dedukować rodzinne powiązania z poważnym inwestorem, ale po stronie własnych dokonań może się ona wykazać licencjatem na Uniwersytecie York i studiami socjologicznymi na prestiżowym Uniwersytecie Środkowo-Europejskim. O rok starszy jest członek rady nadzorczej jednego z NFI, student V roku prywatnej szkoły biznesu, analityk papierów wartościowych w aspirującym do ścisłej czołówki towarzystwie funduszy inwestycyjnych. Do rady spółki notowanej na CTO wybrano 25-latka, członka zarządu spółki niepublicznej. W radzie spółki publicznej wywodzącej się z programu NFI pracuje jego rówieśnik, absolwent John Hopkins University, dyrektor inwestycyjny w firmie zarządzającej, z dużym doświadczeniem z innych rad. Przewodniczącym jest niewiele starszy absolwent zarządzania i studiów podyplomowych, w tym MBA, który już przewodniczył radom nadzorczym pięciu spółek. Wreszcie do rady spółki leasingowej wszedł niedawno 29-letni doktor ekonomii, absolwent SGH, z dorobkiem zawodowym w poważnych bankach.

Wraz z wysłużonymi kapitanami wielkiego przemysłu odpływa na złom kanon rad nadzorczych komponowanych z byłych menedżerów. Współczesne rady nadzorcze są wielopokoleniowe, wzbogacone kwalifikacjami osób nowocześnie wykształconych i kształcących się nadal, ale przy tym czynnych zawodowo. Jest to zjawisko bardzo pożyteczne, lecz rodzi niebezpieczeństwo, że młodzi, sprawni, zdolni członkowie rad nadzorczych mogą kierować swoje aspiracje ku miejscom w zarządach spółek. Dlatego chciałbym postawić przed nimi od strony zarządu znak ‘zakaz wjazdu’, korespondujący ze wspomnianym wcześniej znakiem ‘jeden kierunek ruchu’. Nie dotyczyłby on członków rady oddelegowanych do czasowego wykonywania czynności członków zarządu, lecz to już inna historia.

 

Artykuł został ogłoszony 4 września 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka. Zobacz także: 2013.03.25 Efekt Benedykta?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *