Różnorodność po polsku, czyli o radzie nadzorczej

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn23Share on Facebook0

Pracownik w radzie skłonny jest dbać o macierzystą spółkę nawet bardziej niż jej pozostali dyrektorzy oraz akcjonariusze.

Głosy o potrzebie zwiększenia różnorodności w składach rad nadzorczych słychać jak świat długi i szeroki. Im bardziej rozwinięty jest rynek kapitałowy, tym częściej podnosi się na nim kwestię różnorodności w radach nadzorczych spółek, zwłaszcza tych notowanych. Podobno polski rynek już zaliczany jest do rozwiniętych, lecz różnorodność rad nie jest tu jeszcze gorącym tematem. Zresztą na tym polu czeka nas nieco mniej wyzwań, niż innych.

Modnym ostatnio tematem na kilku zachodnich rynkach jest udział pracowników w radach dyrektorów. Podniosła go z impetem premier Theresa May niezwłocznie po objęciu przez nią funkcji. Sprawa przygasa, bowiem Brytyjczycy są przywaleni problemem brexitu, a pozycja pani May osłabła na tle sporów wśród konserwatystów. Nie ulega jednak wątpliwości, że udział pracowników w radzie dyrektorów może doskonale służyć spółce, jej inwestorom, całemu rynkowi. Doświadczenie uczy, że w przypadku kłopotów spółki, zwłaszcza jej upadku, najwięcej traci pracownik. Piastuni, nie bez racji nazywani tłustymi kotami, spadną na cztery łapy. Akcjonariusze stracą część lub całość swoich inwestycji, lecz zapewne nikt nie inwestuje wszystkiego w jedną spółkę. Pracownik może stracić nie tylko miejsce pracy, także środki gromadzone przez lata w firmowym programie emerytalnym – czyli bezpieczną przyszłość. Dlatego pracownik w radzie skłonny jest dbać o macierzystą spółkę nawet bardziej niż jej pozostali dyrektorzy oraz akcjonariusze.

W Polsce udział pracowników w radach nadzorczych jest rozpowszechniony, lecz skoro nie mamy jeszcze należycie rozwiniętych zakładowych funduszy emerytalnych, przedstawiciel pracowników w radzie dba nie o przyszłość spółki, a głównie o podwyżki, bądź trzynaste lub czternaste pensje. Jest często liderem związkowym zatroskanym nie tyle o spółkę, co o posadę w związku. Nie dociera do niego argument, że jest zobowiązany działać w interesie całej spółki, nie tylko pracowników. Nie zna angielskiego, a po polsku „fiduciary duty” nic nie znaczy. Niemniej i tak jesteśmy o krok przed Anglosasami.

Nie dręczy nas także ich problem tzw. „all-white boards”. Nikt nie żąda zwiększenia udziału kolorowych w radach, ponieważ kolorowych u nas nie ma. U nich są, ale nie jest łatwo wyłuskać spośród nich dostatecznie kwalifikowanych i doświadczonych dyrektorów. Nie mamy wreszcie kłopotów z zapewnieniem należytej reprezentacji mniejszości etnicznych w radach. Zwracam uwagę na słowo „należytej”. Rynek kapitałowy nie jest ostoją demokracji, więc nie każdy osiąga na nim to, do czego aspiruje. Ponadto nie jesteśmy piętnowani za obsadzanie spółek z udziałem Skarbu Państwa nominatami partii rządzącej, bez związku z ich kwalifikacjami i doświadczeniem, ponieważ takie praktyki bywają stosowane tylko na rynkach o marginalnym znaczeniu (jak Zimbabwe), gdzie i tak nikt rozsądny nie inwestuje.

Dotyka nas, jak całą resztę świata, niedostateczny udział kobiet w radach. Na szczęście przeważa w Polsce pogląd, że udział kobiet w radach służy wzbogacającej spółkę różnorodności doświadczeń, postaw, poglądów, a nie statystyce. Statystycznie polski rynek wypada równie kiepsko, jak wiele innych rynków, lecz u nas nie utarło się jeszcze publiczne nawoływanie poszczególnych spółek do zwiększenia udziału kobiet w radzie – być może dlatego, że mamy też inne powody do manifestowania.

Jestem zaprzysiężonym zwolennikiem stopniowego równoważenia udziału mężczyzn i kobiet w radach nadzorczych, gdyż czerpanie kandydatur do rad z możliwie największej puli talentów, kwalifikacji, doświadczeń – wzbogaci gospodarkę. Dlatego martwi mnie wspieranie słusznej sprawy niesłusznymi argumentami. Niedawno czytałem wywód brytyjskiej dziennikarki, że wśród dyrektorów niewykonawczych (non-executive directors) spółek z indeksu FTSE-350 jest nazbyt mało kobiet, brakuje ich dotkliwie także w zarządach spółek, a przecież to kobiety podejmują większość decyzji konsumenckich.

Wprawdzie nie widzę związku między podejmowaniem decyzji konsumenckich a członkostwem rad, ale gdyby taki związek istniał – należałoby zwiększyć udział kobiet w organach KGHM; wprawdzie nie podejmują one decyzji o zakupie miedzi, ale kombinat jest także pierwszym w świecie producentem srebra. Rada nadzorcza LPP zostałaby w pełni obsadzona kobietami. Rada CCC także, ponieważ kobiety kupują znacznie więcej butów niż mężczyźni (jestem żonaty od 50 lat i takie rzeczy wiem). Na szczęście znany producent odzieży roboczej Unimil zszedł z giełdy, więc ominie nas dyskusja o udziale płci w decyzjach konsumenckich dotyczących wyrobów tej firmy.

Tekst ogłoszony 13 listopada 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Czytaj także:
2017.04.05 Statystyka, gender i parytet absolutny
2015.10.17 Związkowiec w konflikcie interesów
2015.07.18 Różnorodność krzepi
2017.04.25 Nawet w UK polityka szkodzi gospodarce

Dobry duch Dobrych praktyk, czyli czym jest konsensus

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn26Share on Facebook0

Tytuł „Człowiek Corporate Governance 2017” zasłużenie przypadł Agnieszce Gontarek. Laureatka jest prezesem Bond Spot, platformy obrotu obligacjami, lecz dla społeczności corporate governance jest przede wszystkim dobrym duchem Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW. Zajmowała się nimi od lat jako dyrektor Działu Emitenta Giełdy, a w 2013 r. została przewodniczącą Komitetu konsultacyjnego GPW do spraw ładu korporacyjnego, który przez ponad dwa lata pracował z mozołem nad projektem kolejnej edycji Dobrych praktyk, na tyle udanym, że ostatecznie niewiele zdołała w nim popsuć majsterkująca przy nim Rada Giełdy. By uwidocznić szczególną rolę pani Agnieszki w tym przedsięwzięciu, pokrótce przypomnę, jak powstawały poprzednie redakcje dokumentu.

Pierwsza redakcja Dobrych praktyk z 2002 r. była produktem prac kameralnego zespołu złożonego przeważnie z prawników. Firmował ją społeczny Komitet Dobrych Praktyk, giełda wolała pozostawać w tle, przyjęła dla siebie skromną rolę depozytariusza zasad, nie ich stróża. Po kilku latach inicjatywę przygotowania nowej redakcji Dobrych praktyk podjął z rozmachem Ludwik Sobolewski, ówczesny szef GPW. Zaprosił do współpracy rynek kapitałowy, odbył wiele spotkań, zebrał tom ekspertyz i opinii, lecz skoro były rozbieżne, o wszystkim w końcu decydował sam, niekiedy wbrew większości – ale Dobre praktyki spółek notowanych na GPW, które weszły w życie 1 stycznia 2008 r., były tworem udanym. Pisząc podręcznik tych praktyk poznałem Agnieszkę Gontarek (akurat przeszła na GPW z Komisji Nadzoru Finansowego) i wiele skorzystałem z jej uwag, często krytycznych i słusznych.

W 2013 r. ówczesny prezes GPW Paweł Tamborski przyjął odmienny tok postępowania. Powołano komitet doradczy, będący w istocie rzeczy zespołem redakcyjnym zupełnie nowej wersji dokumentu. Rzecz w tym, że w tej gromadce zebrali się rzecznicy różnych, zazwyczaj sprzecznych interesów: przedstawiciele emitentów i inwestorów, indywidualnych i instytucjonalnych: funduszy emerytalnych, funduszy inwestycyjnych, domów maklerskich. Był Polski Instytut Dyrektorów strzegący ładu korporacyjnego po dobroci, oraz Komisja Nadzoru Finansowego, usiłująca to czynić przy pomocy urzędowych środków perswazji, był prawnik ze znanej kancelarii, bankowiec, ekspert z firmy doradczej. Och, nie zanosiło się na zgodę! Przewodnicząca pracom redakcyjnym Agnieszka Gontarek zręcznie łączyła własny autorytet wybitnego znawcy zagadnienia z powagą stojącej za nią Giełdy. Cierpliwie poszukując punków stycznych, wytrwale budując przyczółki porozumienia, unikając – gdzie się dało – antagonizmów, konsekwentnie dążyła do konsensusu.

Znaczenie tego terminu uległo osobliwej dewiacji za sprawą analityków. Nazywają oni konsensusem średnią wyciągniętą z ich rozbieżnych prognoz. Jeden postawi na sto, drugi na dziesięć, średnią będzie więc pięćdziesiąt pięć, orzekną ją konsensusem; za odchylenia od niego piętnują nie siebie, lecz spółki. W znaczeniu poprawnym konsensus to zgoda dyplomatyczna: rokowania prowadzone są tak długo, aż znikną podstawy do sprzeciwów względem porozumienia. Może nie wszyscy będą nim zachwyceni, lecz nikt otwarcie nie wystąpi wbrew. Tak było i tym razem. Talent i takt przewodniczącej mobilizowały nas, rzeczników rozmaitych punktów widzenia, do budowania zgody. Ostatecznie, po ponad dwóch latach ciężkiej pracy, nie wszyscy byli zachwyceni rezultatem, ale przeważył rozsądek i dobre obyczaje: zdania odrębne były najczęściej zgłaszane poza salą obrad. Sam, po wyjeździe z Warszawy, wyłączyłem się z prac redakcyjnych, przeto nie spłonąłem w ogniu sporów i mogłem z pewnym dystansem napisać kolejny podręcznik, natomiast pani Agnieszka znowu wspierała mnie, tym razem z pozycji szefowej projektu. Dobre praktyki spółek notowanych na GPW 2016 są w ogromnej mierze jej zasługą.

Wyróżnienie zostało dobrze przyjęte przez rynek. Laudację wygłosił sam Wiesław Rozłucki, ubiegłoroczny laureat tytułu Człowieka Corporate Governance. Agnieszka Gontarek – mówił – należy do naszej parafii: do kręgu rynku kapitałowego, społeczności corporate governance. To zarazem zasłużony laur dla Giełdy Papierów Wartościowych, która Dobre praktyki inspiruje i firmuje, chociaż – dodam – ma spore kłopoty z sumiennym ich stosowaniem. Być może dlatego wydarzenie na samej GPW nie wywołało echa. Nie potrafię tego zrozumieć.

Wyróżnienie przyznawane jest podczas dorocznej, tym razem już siódmej, konferencji „Rada Nadzorcza” organizowanej przez ekspertów z Katowic: Piotra Rybickiego i Zbigniewa Błaszczyka, bezinteresownych zapaleńców. Tym razem gospodarzem była Dąbrowa Górnicza, miasto ambitne, gotowe do wyzwań, przyciągające zdyscyplinowaną publiczność. Chciałbym tam być i za rok.

Przed dwoma laty napisałem: „bardzo komfortowo być pierwszym laureatem, ponieważ liczę, że z czasem opromieni mnie blask nazwisk i dokonań następnych roczników „Ludzi corporate governance”. Jako się tak dzieje!

Czytaj także:
2015.11.06 „Człowiek corporate governance 2015”

Na zdjęciu od lewej: Wiesław Rozłucki, Agnieszka Gontarek z dyplomem, Zbigniew Błaszczyk, ASN, Piotr Rybicki

Gordon Brown chce posyłać bankierów do więzienia – słusznie!

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn19Share on Facebook0

Gordon Brown nie daje o sobie zapomnieć. 30 października ukazała się jego kolejna książka: „My Life, Our Times”. Tytuł trafnie oddaje zawartość: jest to autobiografia na tle panoramy świata współczesnych finansów. Świata, na który Autor wywierał przez lata znaczny wpływ, najpierw jako najdłużej urzędujący kanclerz skarbu Zjednoczonego Królestwa, następnie jako premier. A także jako pierwszorzędny pisarz polityczny i publicysta ekonomiczny. Nic dziwnego, że na okładce czcionka tytułu jest kilkakroć mniejsza od tej, jaką podano imię i nazwisko Autora, a najwięcej miejsca zajmuje jego zdjęcie. To bardzo dobry przerywnik dla tak często pokazywanych podobizn obecnej premier.

Wątek autobiograficzny to droga zdolnego, pracowitego, hardego Szkota na Downing Street pod dziesiąty. Dorastał jako syn prowincjonalnego duchownego. W młodości omal nie stracił wzroku. Ożenił się późno (mawiano, że nie bez względu na rację stanu). Głęboko przeżył śmierć kilkudniowej córeczki. W działalności publicznej kierował się zasadami; nie każdy polityk zasłużył na taką charakterystykę! Wprowadził płacę minimalną, umocnił niezależność Banku Anglii, zreformował finanse służby zdrowia (NHS). Zyskał opinię rzetelnego człowieka i uczciwego polityka. A teraz głosi przestrogę dla świata: jeżeli odpuścimy bankierom („bankers”), jeżeli winowajcy pamiętnego kryzysu finansowego roku 2008 i lat następnych nie poniosą odpowiedzialności, nie trafią do więzienia – czeka nas jeszcze gorsza katastrofa.

Nadużycia, nieuczciwość, nonszalancja, rażący brak etyki – nie wystarczy piętnować te zjawiska, należy zastosować surowe sankcje, ponieważ bezczelni bankierzy gotowi znowu podjąć hazardową grę publicznymi pieniędzmi. Jest w przestrogach byłego premiera zrozumiała nuta osobista. Kryzys roku 2008 sprowadził na Zjednoczone Królestwo najgłębszą z powojennych recesji, w 2010 r. skutkował wyborczą porażką laburzystów, spowodował zmianę premiera. Browna zastąpił lider konserwatystów, nieszczęsny David Cameron… Dalszy ciąg nastąpi.

Jeżeli bankierzy, którzy dopuścili się karygodnych nieprawidłowości nie pójdą do więzienia, jeżeli nie zostaną odebrane im bonusy, nie będą konfiskowane ich dobra, nie zabroni się im uprawiać zawodu, damy jedynie zielone światło dla podobnie ryzykownych zachowań w przyszłości – pisze Brown. I ujawnia nieznaną publicznie rewelację, że Barclays, jeden z największych brytyjskich banków z wieloma skazami na reputacji, w toku kryzysu wystąpił z ofertą kupna pogrążonego w kłopotach rywala, Royal Bank of Scotland. Brown zablokował tę ofertę i w znacznym stopniu upaństwowił RBS. Fuzja tych dwóch instytucji byłaby niewyobrażalną katastrofą. Autor uważa, że za doprowadzenie banku na krawędź katastrofy były szef RBS Fred Goodwin powinien być pozbawiony nie tylko szlachectwa, także niesłusznie pobranych bonusów i prawa zasiadania w radach dyrektorów. Nie jest więc w porządku, że uszedł ze wszystkimi bonusami z przeszłości i wolną od podatku odprawą. Nawet kiedy zgodził się zrezygnować z połowy uposażenia, brał 300 tysięcy funtów szterlingów rocznie.

Brown zarzuca konserwatystom nadmierną łagodność wobec banków. Uznali oni, że brytyjskie banki są „to big to fail” (zbyt duże, by upaść). Obecnie są jeszcze większe. Dywidendy i wynagrodzenia bankowców reprezentują obecnie taką samą część dochodów banków, jak przed kryzysem. Autor wskazuje, że jeden z argumentów mających usprawiedliwić nadmiernie wysokie wynagrodzenia bankierów: jakoby były one nagrodą za podejmowane przez nich ryzyko – nie ostał się w obliczu krachu. Banki otrzymały znaczne wsparcie w postaci pieniędzy podatników i gwarancji rządu, więc ryzykowały nie swoimi, ale naszymi pieniędzmi – konstatuje Gordon Brown. Jego zdaniem bankierzy nie są premiowani za ryzyko, ale nagradzani za niepowodzenia. Skoro postępowanie bankierów odbiega od wzorców postępowania racjonalnego i uczciwego, Wielka Brytania powinna podążyć śladem Irlandii, Islandii, Hiszpanii, Portugalii – i wszcząć postępowania karne. Odpowiednim instrumentem byłaby ustawa o nadużyciach (Fraud Act) z 2006 roku.

Były premier ujawnia, że gotów był odejść, gdyby w październiku 2008 r. rynki finansowe nie wsparły w rządowego planu ratowania banków kosztem 50 mld funtów szterlingów. Ów niecodzienny program naprawczy został ogłoszony 8 października. „Kiedy nazajutrz wstałem – wspomina Autor – powiedziałem Sarze (Sarah Brown, żona premiera), by była przygotowana do spakowania naszych rzeczy na wypadek potrzeby szybkiego opuszczenia Downing Street. Gdybym przegrał, gdyby rynek spadł, gdyby zaufanie odpłynęło od Brytanii, nie miałbym innego wyjścia, jak rezygnacja. Kiedy rano wszedłem do biura nie wiedziałem, czy będę w nim jeszcze na koniec dnia”. Twardy, silny Szkot wytrzymał napięcie. Tym razem wygrał.

Czytaj także:
2017.04.25 Nawet w UK polityka szkodzi gospodarce
2016.07.22 Wielka Brytania na opak wywracana

Dokąd na radę nadzorczą?

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn51Share on Facebook0

Regularne odbywanie posiedzeń rady nadzorczej z dala od nadzorowanej spółki to markowanie nadzoru. Uwadze rady może umykać wiele ważnych spraw.

Polskie prawo daje radzie nadzorczej swobodę wyboru miejsc odbywania posiedzeń. Nie ma tu ograniczeń nakładanych na walne zgromadzenie, które powinno obradować w siedzibie spółki, a może także w miejscach wskazanych w jej statucie, natomiast spółka publiczna może odbywać walne w miejscowości będącej siedzibą giełdy, na której jest notowana – jednakże walne zgromadzenia mogą być odbywane wyłącznie na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Rady nadzorcze nierzadko korzystają z możliwości prowadzenia obrad poza spółką, nawet poza krajem. Pod pojęciem „posiedzenie wyjazdowe” kryje się często weekend spędzany z rodzinami na koszt spółki w jakiejś atrakcyjnej miejscowości. W swoim czasie modne było pielgrzymowanie przez piastunów spółek do miejsc kultu. Często wizytowano Fatimę. Jednym spółkom może to pomogło (BIG), innym (jak stocznia szczecińska) niekoniecznie. Rozjeżdżano się także po Polsce, wzdłuż i wszerz.

Wprawdzie dobrze pracująca rada nadzorcza znaczną część powierzonych jej zadań wykonuje poza posiedzeniami, poprzez swoje komitety lub delegowanie członków do samodzielnego pełnienia określonych czynności nadzorczych, bądź za sprawą podejmowania uchwał w trybie pisemnym lub przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość – niemniej pewne czynności rada może podjąć wyłącznie na posiedzeniach. Jestem przekonany, że dla spółki lepiej, gdy rada obraduje w jej siedzibie. Skoro powierzono jej sprawowanie stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności, nie może takiego mandatu spełniać bez reszty zaocznie.

Warto, by rada nadzorcza odwiedzała przedsiębiorstwo spółki. Przeprowadzała wizje lokalne. Przekonała się naocznie, czym naprawdę spółka się zajmuje, w jakich warunkach działa, jakie warunki pracy oferuje załodze; to wszystko niekoniecznie wynika z kwitów słanych radzie przez zarząd. Rada bezwzględnie powinna zobaczyć zakład, zwiedzić obiekty, odbywać swobodne spotkania z wybranymi specjalistami. Pracownik wzywany do miejsca, gdzie rada obraduje poza spółką, trzymany tam pod drzwiami przez wiele godzin, bywa mniej skłonny do otwartości w rozmowie niż ten sam pracownik u siebie, w swoim środowisku, na swoim gruncie.
Niestety, rady nadzorcze spółek pozastołecznych często spotykają się w Warszawie, daleko od nadzorowanej spółki. Członkom rady nie chce się ruszać w Polskę, nawet tę najbliższą. Wiadomo: uważają, że są ogromnie zajęci, ich czas tak wiele kosztuje, nie warto tracić go w podróżach. Lecz regularne odbywanie posiedzeń rady nadzorczej z dala od nadzorowanej spółki to markowanie nadzoru. Uwadze rady może umykać wiele ważnych spraw.

Pamiętam posiedzenia rady nadzorczej spółki-córki w siedzibie spółki-matki. W pokoju obrad obecny był zarząd, a specjaliści ze spółki wzywani do przedstawienia spraw, którymi się zajmują, czekali na korytarzu. Pożyczaliśmy im krzesła. Kiedy obrady przeciągały się, tracili sporo czasu. Kilka miesięcy później jeden z nich wszedł do rządu… Sprawy wyglądają znacznie gorzej, gdy pracownik traci nadto czas na dojazd do miejsca obrad.

Przykładem jest opowieść zasłyszana od pracownika spółki położonej w tzw. terenie: „Przyjeżdżamy do Warszawy, by stanąć przed radą nadzorczą. Siedzimy i czekamy na wezwanie przed oblicza rady. Wraz z nami siedzi ekipa wezwana w innej sprawie. Tamci wchodzą po kilku godzinach. Ich spotkanie z radą trwało kwadrans, posłuchanie było powierzchowne. Ale już mogą wsiąść do samochodów, wracać do domu. My wciąż czekamy. Po 18:00 wychodzi do nas ktoś Biura Zarządu: posiedzenie rady dobiegło właśnie końca, brakło czasu na spotkanie z nami, zostaniemy wezwani w innym terminie, teraz mamy złożyć do podbicia blankiety delegacji – i możemy wracać. Zmarnowaliśmy dzień. I pół nocy”.

Inaczej brzmi opowieść o posiedzeniu rady w innej spółce: „Pamiętam, kiedy rada nadzorcza zjechała do nas z Warszawy. Zwiedzali przedsiębiorstwo. Potem mieli posiedzenie, na które zaproszono zarząd, dyrektorów pionów, szefa relacji inwestorskich, jeszcze kilka osób. Pani przewodnicząca (szkoda, że już jej nie ma) sprawnie prowadziła obrady, zadawala zarządowi dużo pytań, bardzo merytorycznych. Atmosfera była rzeczowa, kompetencje rady zrobiły na nas wrażenie. Jednak w zasadzie rada obraduje w naszym warszawskim biurze, zarząd dojeżdża na te posiedzenia, bywają też wzywani pracownicy”.

Ważne jest, jak radę nadzorczą ocenią akcjonariusze na walnym zgromadzeniu i czy obdarzą jej członków absolutoriami. Nie bez znaczenia jest wszakże, jak postrzegają radę pracownicy. Od tego zależy ich gotowość do udzielania radzie informacji. Rada może żądać sprawozdań i wyjaśnień w sprawach związanych z działalnością spółki nie tylko od zarządu, także od pracowników. Ale czy potrafi korzystać z tego źródła?

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 18 października 2017 r.
Czytaj także:
2017.03.22 Kurier z Warszawy, konwojent, straż pożarna, czyli przypadki prezesów
2015.07.04 Rada nadzorcza w podróży
2011.08.25 Dokąd na walne zgromadzenie?
2002.09.09 Posiedzenie wyjazdowe

Dywidendy TAK, ale może z pominięciem Skarbu Państwa?

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn13Share on Facebook0

Kto nie potrafi podzielić się władzą w państwie, nie będzie dzielił się nią i w spółkach kapitałowych. Idzie za tym niechęć do dzielenia się zyskami spółek mających także innych akcjonariuszy. Ja dopatruję się nawet niechęci do osiągania przez te spółki zysków. Pieniądze można z nich przecież wyciągnąć innymi kanałami, niedostępnymi dla akcjonariuszy:
• Nakładając na spółkę zadania mogące przynosić straty – vide statut PGNiG;
• Skłaniając spółki do inwestycji służących bezpieczeństwu energetycznemu, z których inny niż Skarb Państwa akcjonariusz pożytków nie odniesie – przykładem spółki energetyczne;
• Posługując się podatkiem od kopalin – przykładem KGHM Polska Miedź; podatek nie objął natomiast górnictwa węglowego, za czym stanęły racje polityczne;
• Pobierając daninę z tytułu przeniesienia części środków spółki z kapitału zapasowego na kapitał zakładowy – przykładem PGE; towarzyszyły temu durne zapewnienia o korzyści akcjonariatu, a efektem jest groźba utraty przez spółkę zdolności emisyjnej.

Dlatego nie ma sensu uczestniczenie w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Nieważne, czy państwo ma w spółce większość, czy mniejszość udziałów; ono z reguły zignoruje przecież wspólników i ich prawa. Skarb Państwa posiada bezpośrednio po ok. 30% kapitału KGHM Polska Miedź lub PKN Orlen, lecz zachowuje się, jak gdyby posiadał aż 330%. W spółkach energetycznych Skarb Państwa dysponuje udziałami większościowymi, przeto tym bardziej nie lubi dzielić się zyskami z resztą akcjonariatu.

O podziale wypracowanego przez spółkę akcyjną zysku netto decydują jej akcjonariusze na walnym zgromadzeniu. Nie ciąży na nich obowiązek przeznaczenia zysku, w całości lub części, na wypłatę dywidendy. Mogą oni bowiem obrócić go na inne cele, jak inwestycje lub przejęcie innej spółki. Wobec tego nie wymaga się od spółek corocznej wypłaty dywidendy, wymaga się natomiast jasnej polityki dywidendowej. Przewidywalności zachowań organów spółki i akcjonariatu w kwestii gospodarowania zyskiem.

Zwiększeniu przewidywalności spółek z udziałem Skarbu Państwa służą oświadczenia min. Krzysztofa Tchórzewskiego o konieczności „trzymania się niskich dywidend” ze spółek energetycznych. W latach 2015–2017 dało to, zdaniem ministra, prawie 18 mld zł „oszczędności”. Tak samo ma być w następnych latach. Nie podoba się to „spekulantom”, ale niektórym inwestorom – owszem (być może chodzi o inne spółki z udziałem Skarbu Państwa).

Niełatwo znaleźć dobre wyjście z sytuacji, gdy kapitały wielu inwestorów pracują w spółkach, które zapowiadają działanie wbrew dobrym obyczajom (a dobrym obyczajem jest bezsprzecznie wypłata dywidendy), mające na celu pokrzywdzenie akcjonariuszy. Obecnie państwa nie stać na wykupienie akcji tych inwestorów. Może ono odczekać, aż wartość tych akcji spadnie, co przy takim zarządzaniu, takimi kadrami, wydaje się całkiem możliwe – i wtedy skupować akcje po znacznie niższych cenach, bliskich przyszłej wartości godziwej. Może ono także ograniczyć wydatki spółek na wypłatę dywidend, wyłączając Skarb Państwa z grona akcjonariuszy uprawnionych do dywidendy. W ten sposób pozostali udziałowcy otrzymaliby częściową przynajmniej rekompensatę z tytułu zaangażowania środków spółek na cele inne niż najbardziej uzasadnione ekonomicznie.

Zdaję sobie sprawę, że taka koncepcja dywidendy wyrównawczej, rekompensującej utratę korzyści akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, nie zmieści się w wielu głowach. Pieniądze wypłacane przez spółki tytułem dywidend trafiłyby do kieszeni inwestorów, a przecież państwo woli, żeby trafiły do biednych, dokładając zresztą wielu starań, by liczbę biednych pomnożyć.

Czytaj także, m.in.
2016.10.02 Rozwój i zaufanie
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2016.02.06 Przez dywidendę do wartości
2016.02.23 Spółki pod trzema dopustami
2013.07.03 Dobry obyczaj: wypłata dywidendy
2013.05.23 Parcie na dywidendę

O sztuce wyboru firmy audytorskiej

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn44Share on Facebook0

Jeżeli wyboru dokonuje organ dokonujący wyboru, należy o tym fakcie informować. Skłonny byłbym informować dom wariatów, ale przepis wskazuje Komisję Nadzoru Finansowego.

Parlament mamy dwuizbowy, czyli pracuje dla nas 560 legislatorów. Poza występami w telewizji zajmują się oni legislacją. Zdarza się, że uchwalają przepisy prawniczo naganne, co gorsza – żałośnie śmieszne. Przykładem kwiatek w ustawie z 11 maja 2017 r. o biegłych rewidentach, firmach audytorskich oraz nadzorze publicznym. Przyjąłem ją z sympatią, ponieważ wyprostowała niektóre, nasycone andronami, regulacje dotyczące komitetów audytu zawarte w poprzedniej ustawie o biegłych (2009 r.). Tym razem jest lepiej, niemniej uwagę przykuwa osobliwa logika art. 133: „Jeżeli w jednostce zainteresowania publicznego wyboru firmy audytorskiej do przeprowadzenia badania jej sprawozdania dokonuje organ dokonujący wyboru, jednostka informuje o tym fakcie Komisję Nadzoru Finansowego.”

Tego tekstu nie ułożył kapral, chociaż nietrudno o myśl, iż chodzi o jednostkę wojskową. Błąd jest wynikiem niechlujstwa w pracach parlamentu. Sens przepisu jest taki, że jeżeli wyboru dokonuje organ dokonujący wyboru, należy o tym fakcie informować. Skłonny byłbym informować dom wariatów, ale przepis wskazuje Komisję Nadzoru Finansowego. Nie ona ponosi winę za ewidentny kiks legislacyjny, nawet dokonuje wykładni zagadkowego przepisu. 13 września b.r. Urząd Komisji wydał komunikat iż w rozumieniu ustawy „organ dokonujący wyboru” firmy audytorskiej to wcale nie każdy organ dokonujący wyboru, tylko dokonujący wyboru organ inny niż zatwierdzający sprawozdania; ten także może dokonać wspomnianego wyboru, ale jeżeli go dokona, nie będzie „organem dokonującym wyboru”.

Tłem tych nieporadnych zawiłości jest sprawa zasadnicza: kto powinien dokonać wyboru firmy audytorskiej. Ustawa o rachunkowości daje dwie możliwości: (1) wyboru firmy audytorskiej do przeprowadzenia badania sprawozdania finansowego dokonuje organ zatwierdzający sprawozdanie, chyba że (2) statut, umowa lub inne wiążące jednostkę przepisy stanowią inaczej. W praktyce statut spółki akcyjnej może powierzyć to zadanie walnemu zgromadzeniu lub radzie nadzorczej; oba człony tej alternatywy to procedury w pełni zgodne z prawem. Lecz w świetle ustawy o biegłych z 2017 r. powierzenie wyboru audytora radzie nadzorczej stawia spółkę w obliczu dodatkowego obowiązku informacyjnego względem KNF, a jego niezwłoczne pisemne niedopełnienie zagrożone jest karami wymierzonymi czy to spółce, czy jej piastunowi lub piastunom. Można więc wyrazić domniemanie, że MinFin jako „gospodarz” ustaw o rachunkowości i biegłych rewidentach zakłada, iż wybór audytora przez radę nadzorczą jest rozwiązaniem gorszego sortu. Jakież argumenty miałyby za tym przemawiać?

Za wyborem firmy audytorskiej przez walne zgromadzenie stoi interes drobnych inwestorów. Ich głosy nie przeważą ani za, ani przeciw, natomiast wypowiedzi w dyskusji mogą kreować atmosferę sprzyjającą, albo nie, wyborowi proponowanej firmy audytorskiej. Wszelako wcale nie zawsze dochodzi do dyskusji. Walne zgromadzenie nie jest klubem służącym wymianie poglądów, jest mechanizmem służącym sprawnemu podejmowaniu uchwał. Ta o wyborze audytora często bywa głosowana w dalekiej kolejności, zapewne już w atmosferze znużenia obradami. Nie służy to uczestnictwu drobnych inwestorów w zgromadzeniu. Gdyby inwestor miał poważne zastrzeżenia wobec proponowanej firmy, a nie mógł ich wysłowić w trakcie zgromadzenia, miałby jeszcze możliwość oddania głosu przeciw, ale wniesienie sprzeciwu wobec uchwały niewiele by mu dawało (poza etykietą pieniacza).

Wybór firmy audytorskiej przez radę nadzorczą mógł w przeszłości budzić zastrzeżenia. Oferty na badanie sprawozdania organizował zarząd, często przedkładał je radzie wraz z opiniami na temat zalecanego kandydata. Dużą wagę przywiązywano do kosztu badania. Rada, niekoniecznie rozgarnięta w sprawie, mogła podjąć uchwałę bez należytego rozeznania. Lecz komitety audytu powołuje się m.in. po to, by wybór audytora miał nareszcie charakter merytoryczny.

Komitet nie dokonuje wyboru firmy audytorskiej, powinien go natomiast przygotować, starannie badając sprawę we wszystkich jej aspektach, by zamknąć postępowanie dobrze uzasadnionym wnioskiem. Rola zarządu w procesie wyboru audytora zostaje sprowadzona do funkcji listonosza. Jeżeli organem właściwym do podjęcia decyzji jest rada nadzorcza – można liczyć, ze wniosek komitetu zostanie jeszcze przedyskutowany na posiedzeniu plenarnym. Jeżeli tym organem jest walne zgromadzenie – wniosek będzie mu zapewne przedstawiony z krótkim uzasadnieniem i szybko uchwalony, ponieważ spraw jest wiele, a czasu zawsze mało. Gdyby wnioskiem miało się zająć nadzwyczajne walne zgromadzenie, miałoby ono może więcej czasu, za to mniej uczestników. Doprawdy nie widzę argumentów za traktowaniem wyboru audytora przez radę nadzorczą jako mniej wartościowego. Przeto dodatkowy obowiązek informacyjny jest w tej materii zbędny. KNF i bez niego ma co robić.

Tekst ogłoszony 3 października 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2003.04.07 Kto wybiera rewidenta
2001.03.12 Randka w ciemno

Jak wynagradzać za pracę w komitecie audytu?

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn39Share on Facebook0

Kwestię „Jak wynagradzać za pracę komitecie audytu?” poprzedza inna: „Jak wynagradzać za pracę w radzie nadzorczej?”. Otóż jednolitych zasad wynagradzania rad nadzorczych w Polsce nie ma i nie będzie, nawet wśród spółek notowanych na GPW. Akcjonariusze poszczególnych spółek wiążą z pracą rad nadzorczych różne oczekiwania. Jedni stawiają radzie wysokie i ambitne wymagania, inni uznają radę za niepotrzebny dodatek do spółki, a jej członków za ornamentariuszy. Niektóre spółki przyjęły, że z członkostwem rady nadzorczej nie wiąże się wynagrodzenie (nie piszę o wynagrodzeniu za pracę w radzie, ponieważ sądzę, że gdzie nie ma wynagrodzenia, nie ma też pracy, zazwyczaj bywa ona wtedy markowana). Niektóre przyznają członkom rady wynagrodzenie tylko symboliczne. Niektóre wynagradzają członków rady wyłącznie za udział w posiedzeniu. Niektóre przyznają członkom rady godziwe wynagrodzenia, ale wśród spółek notowanych na GPW takie są w mniejszości.

Zresztą statuty spółek różnie definiują zakres kompetencji rady nadzorczej. W niektórych spółkach uprawnienia rady ograniczone są do ustawowego minimum. W innych rada ma rozległe kompetencje, a katalog czynności, na które zarząd musi uzyskać uprzednią zgodę rady nadzorczej, liczy kilkadziesiąt pozycji. Wobec tego nie dziwią różnice dotyczące wysokości wynagrodzeń członków rady.

Fenomen komitetu audytu polega na tym, że jego podstawowe zadania określane są nie tyle przez statuty spółek, co przez ustawę. Ta o biegłych rewidentach z 2009 roku zawierała fatalną regulację komitetów audytu. Ta obecna, z 2017 roku, nie jest wprawdzie wolna od błędów, ale budzi znacznie mniej zastrzeżeń. Skoro, co do zasady, spółki notowane tworzą w radzie nadzorczej komitet audytu, a zasady działania i zakres odpowiedzialności członków komitetu są podobne, można zaryzykować twierdzenie, że zasady ich wynagradzania też powinny być podobne (zasady, nie kwoty!). Lecz wcale nie są.

Najbardziej wartościowe wskazówki w tej materii płyną z dokumentu „Dobre praktyki komitetów audytu w Polsce (2010)”, opracowanego przez ACCA z inicjatywy Polskiego Instytutu Dyrektorów. Rozdział „Zasady pracy i wynagradzania komitetu audytu” zawiera trzy istotne sugestie:
• „Wynagrodzenie członków komitetu audytu powinno odzwierciedlać ich kompetencje i zaangażowanie czasowe w realizację zadań powierzonych przez radę nadzorczą i nie powinno mieć charakteru warunkowego lub motywacyjnego (tj. uzależnionego od np. wyników finansowych spółki)” (zasada VI.4),
• „Nie ma przeszkód, by wynagrodzenie członków komitetu audytu przewyższało wynagrodzenie pozostałych członków rady nadzorczej (zasada VI.5),
• „Wynagrodzenie przewodniczącego komitetu audytu powinno co najmniej dorównywać wynagrodzeniu przewodniczącego rady nadzorczej” (tamże).

Dobre praktyki komitetów audytu w Polsce tym różnią się od Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW, że nie stoi za nimi autorytet Giełdy Papierów Wartościowych, nie są także poddane formule comply or explain (stosuj lub wyjaśnij). Jest to natomiast adresowany do rynku kapitałowego niewiążący głos ACCA i PID. Spółki nie są zobowiązane ani do stosowania tych Dobrych praktyk (decydują o tym same), ani do sprawozdawania na temat ich stosowania. Z biegiem czasu niektóre spółki przyjęły płynące z Dobrych praktyk komitetów audytu w Polsce założenia, iż skoro od członków komitetu audytu oczekuje się szczególnych kompetencji, skoro nakłada się na nich szczególna odpowiedzialność – należy ich szczególnie wynagradzać, nawet względem pozostałych członków rady nadzorczej. Oraz, iż przewodnictwa komitetu audytu nie powinien sprawować przewodniczący rady nadzorczej (czyli osoba zazwyczaj ściśle powiązana, formalnie lub nieformalnie, z największym akcjonariuszem). Natomiast nie znalazła szerszego uznania sugestia, by przewodniczący komitetu audytu otrzymywał wynagrodzenie co najmniej dorównujące wynagrodzeniu przewodniczącego rady nadzorczej. Co to, to już nie.

Niedawno Bank Zachodni WBK uchwalił, iż dodatkowe wynagrodzenia za pracę członków rady nadzorczej w komitecie audytu i komitecie ryzyka będą wyższe niż za pracę w innych komitetach rady (aczkolwiek przewodniczący komitetu audytu wynagradzany jest niżej niż przewodniczący rady nadzorczej). Na tle polskich realiów kwoty tych wynagrodzeń można określić jako umiarkowanie wysokie: oprócz miesięcznego wynagrodzenia z tytułu pracy w radzie nadzorczej przewodniczący komitetu audytu otrzymuje 12.000 zł za udział w posiedzeniu komitetu (względnie 3.000 eur, jeżeli zamieszkuje poza terytorium RP), a członek komitetu 8.400 zł, względnie 2.100 eur.

Na 16 października b.r. zwołane zostało nadzwyczajne walne zgromadzenie spółki Selena FM mające ustalić wysokość wynagrodzeń członków rady nadzorczej. Propozycja przewiduje wynagradzanie członków rady za udział w jej posiedzeniach, ponadto za każdy dzień posiedzenia komitetu audytu jego przewodniczący ma otrzymać 3.000 zł, a członek 2.500 zł.

Zrozumiałe, że duży bank płaci więcej niż niewielka spółka. Moje zastrzeżenia niezmiennie budzi praktyka opłacania członków rady nadzorczej i jej komitetów od posiedzenia. Na tych stanowiskach nie wysiaduje się wynagrodzenia tyłkiem. Praca rady nadzorczej i jej komitetów toczy się także, często przede wszystkim, poza formalnymi posiedzeniami. Znam praktykę zwoływania posiedzeń komitetów rady nadzorczej, w tym komitetu audytu, w dniach posiedzeń rady nadzorczej, ale godzinę wcześniej – żeby starczyło czasu na klepnięcie jakiegoś kwitu, bez merytorycznej dyskusji; tak pracują ornamentariusze. Godzinne „posiedzenie” jest fikcją. Im bardziej dojrzewa rynek, im bardziej dorastają rady nadzorcze, im bardziej wyspecjalizowany staje się komitet audytu – tym mniej sensowny jest obyczaj płacenia za posiedzenie. Pisuję o tym od kilkunastu lat, niejedno pióro mi już uschło. Ale mam jeszcze komputer.

Czytaj także:
2010.05.11 Posiedzenie nie jest wartością
2015.09.09 Rada nadzorcza wysiaduje
2013.05.23 Rada pracuje bez wysiadywania
2001.12.24 Rada wysiaduje

„Pański głos i tak nic nie znaczy” w spółce z udziałem Skarbu Państwa

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn39Share on Facebook0

PGNiG SA, notowana na GPW spółka z udziałem Skarbu Państwa, mająca niezaprzeczalnie znaczenie strategiczne, zwołuje na 21 października b.r. nadzwyczajne walne zgromadzenie z jednym merytorycznym punktem porządku obrad. Jest nim zmiana statutu spółki polegająca na dodaniu doń jednego słowa i kosmetyczną zmianę drugiego. Chodzi o postanowienia § 17 ust. 2 pkt 2 statutu, przewidujące iż akcjonariusz Skarb Państwa … wyraża, w formie pisemnej, zgodę … „na realizację strategicznych przedsięwzięć inwestycyjnych lub udział Spółki w przedsięwzięciach inwestycyjnych trwale lub przejściowo pogarszających efektywność ekonomicznej działalności Spółki, ale koniecznych dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Polski” (podkreślenie moje – ASN). Proponowana zmiana polega jedynie na zastąpieniu podkreślonych słów sformułowaniem „mogących trwale lub przejściowo pogorszyć” – i dalej jak poprzednio.

Projekt uchwały w tej kwestii został uzupełniony lakonicznym uzasadnieniem o treści: „Proponowana zmiana Statutu Spółki ma charakter doprecyzowujący. Celem jej wprowadzenia jest usprawnienie funkcjonowania Spółki oraz sprawowania nadzoru przez Ministerstwo Energii”. Uważam, że nie ma potrzeby dokonywania tu wykładni noweli statutu ani uzasadnienia. Czytelnik może wszystko sam sobie dopowiedzieć.

Wątpliwości może budzić kwestia podejmowania przez spółkę publiczną, z udziałem akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, przedsięwzięć inwestycyjnych mogących trwale lub przejściowo pogorszyć efektywność spółki. Dlaczego akcjonariusze mieliby uczestniczyć w finansowaniu takich przedsięwzięć? Zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego Polski jest zadaniem państwa, nie drobnych akcjonariuszy spółki publicznej. Nie brak opinii, że Skarb Państwa powinien na godziwych zasadach spłacić pozostałych akcjonariuszy i wycofać spółkę z obrotu. Spotkałem się wszakże z twierdzeniem, iż Skarb Państwa nie czyni tego w obawie przed spadkiem kapitalizacji GPW. Osobliwy to pogląd, wszak gdyby państwu zależało na kapitalizacji warszawskiej giełdy, mogłoby ją wielokrotnie zwiększyć poprzez prywatyzację należącego doń majątku.

Sprawa nie jest nowa. Poprawiany obecnie przepis został wprowadzony do statutu PGNiG w październiku 2006 r. Dziennik Rzeczpospolita alarmował wówczas, że spółka „będzie mogła wydawać setki milionów złotych na nierentowne inwestycje”. Prawnicy, z którymi gazeta rozmawiała, krytykowali takie rozwiązanie („to horror, rażące naruszenie przepisów kodeksu spółek handlowych i reguł prawa unijnego”), ale nie pod nazwiskiem. „Nawet były szef giełdy Wiesław Rozłucki i obecny szef Ludwik Sobolewski odmówili skomentowania sprawy, choć dotyczy jednej z największych polskich firm notowanych na warszawskim parkiecie” – ujawniła gazeta. Dzisiaj prawnikom łatwiej o odwagę.

Nie odczuwam przemożnej potrzeby krytykowania przepisu uchwalonego przed 11 laty, a obecnie poddawanego kosmetycznej, raczej zbędnej, zmianie. Pragnę zwrócić uwagę na dwa niepokojące zjawiska:

* Po pierwsze, PGNiG SA źle czuje się w skórze swojego statutu, skoro tak często ulega on zmianom;
* Po drugie, spółka lekceważy swoich akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, skoro tak często, bez przemożnej potrzeby, zwołuje nadzwyczajne walne zgromadzenia, także w sprawie zmian statutu.

Kilka faktów na poparcie moich tez. Ostatnio statut PGNiG zmieniany był kilkakrotnie. Zmian dokonało zwyczajne walne zgromadzenie 28 czerwca 2016 r., po czym 12 września 2016 r. rada nadzorcza ustaliła jednolity tekst statutu. Wyjątkowo zmian nie dokonało nadzwyczajne walne obradujące 25 sierpnia i 9 września, ale już kolejne NWZ 24 listopada wprowadziło zmiany do statutu. 15 marca 2017 r. rada nadzorcza ustaliła tekst jednolity, acz nie na długo, ponieważ 28 czerwca 2017 r. zwyczajne walne zgromadzenie dokonało głębokich zmian w tekście statutu. 1 września b.r. rada nadzorcza po raz kolejny ustaliła tekst jednolity, aliści niespełna dwa tygodnie później, 13 września, kolejne nadzwyczajne walne dokonało kolejnych głębokich zmian statutu. Nie ma znaczenia, że nadchodząca zmiana będzie w istocie nieznaczna: dominujący akcjonariusz nie szanuje spółki ani jej statutu.

Nadzwyczajnych walnych zgromadzeń nie należy zwoływać bez istotnej po temu potrzeby. Spółki nie biorą pod uwagę sytuacji akcjonariuszy: ile razy w roku musiałby indywidualny akcjonariusz przyjeżdżać na obrady? Ponosić związane z tym trudy i koszty? Przeto udział indywidualnych akcjonariuszy w nadzwyczajnych walnych zgromadzeniach jest znikomy. Dźwięczą im pewnie w uszach słowa niesławnego prokuratora Piotrowicza wypowiedziane w parlamencie do posła opozycji: „Pański głos i tak nic nie znaczy”. Akcjonariusz mógłby wnieść skuteczny sprzeciw względem uchwały o finansowaniu przez spółkę niedorzecznej oszczerczej kampanii mającej siać nienawiść do sędziów orzekających w imieniu Rzeczypospolitej – lecz takich uchwał walne zgromadzenia nie podejmują, pieniądze wyciekają cicho, wstydliwie.

Na koniec ciekawostka: w październiku 2006 r., kiedy do statutu wprowadzono wspomniany przepis, kurs spółki wynosił 3,35 zł. Wczoraj notowania zamknęły się na poziomie 6,65 zł. Jak widać, inwestorzy nie przejmują się moją pisaniną…

Czytaj także inne wpisy z wzmiankami na temat PGNiG:

2017.01.21 Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa
2014.05.12 Outsourcing głupoty
2006.02.13 Tsunami

Uwaga, nadchodzi #ComplianceOfficerDay!

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn32Share on Facebook0

#ComplianceOfficerDay to obchodzone 26 września wydarzenie poświęcone specjalistom zajmującym się etyką i compliance. Ma ono w założeniu charakter globalny, chociaż mało kto już o nim wie. Obchodzone jest co roku, ale teraz dopiero po raz drugi. Święto zostało proklamowane w 2016 r. przez SAI Global, konglomerat mający siedzibę w Sydney, obecny w kilkudziesięciu państwach (także w Polsce), prowadzący zróżnicowaną działalność, ale przede wszystkim w dziedzinie ryzyka i standardów żywności i agrobiznesu. Inicjatywa jest szlachetna i pożyteczna. Compliance Officer jest sumieniem każdej organizacji, ale nie każda pragnie mieć sumienie, niektóre pragną je zamknąć w komórce pod schodami…

Temat komórki wyjaśnię pokrótce. Uczestniczyłem w ważnej konferencji z udziałem ważnej osoby nadzorującej rynek. W interesie nadzorcy leży poszanowanie przez nadzorowane podmioty prawa i reguł biznesu. Służy temu rozwijana we wszystkich nowoczesnych korporacjach funkcja compliance – zgodności postępowania z prawem, dobrymi praktykami i etyką. Najczęściej rozwijana dobrowolnie, niekiedy pod naciskiem inwestorów i regulatora. Pierwszym chodzi o pieniądze, drugiemu o porządek na rynku. Przeto na wspomnianej konferencji regulator kilkakroć powtarzał, że w każdej spółce giełdowej należy powołać pracownika lub komórkę do spraw compliance. Wyobraźnia podpowiedziała mi złośliwie, że może chodzić o komórkę pod schodami, w której trzyma się miotły. Natomiast funkcja compliance nie powinna być spychana gdzieś pod schody, powinna piąć się wysoko w strukturze organizacji zachowując niezależność od zarządu, skoro do wielu nieprawidłowości dochodzi właśnie na szczeblu zarządu. Łatwo to napisać, trudniej urzeczywistnić. Co pokazuje, jak trudna jest rola eksperta do spraw compliance: jest on pracownikiem organizacji, czyli zależy od jej zarządu, ale musi temu zarządowi uważnie patrzyć na ręce. Zarazem musi on kierować się interesem firmy, ale także interesami i prawami jej otoczenia.

Termin Compliance Officer to pospolity anglicyzm, ale w polszczyźnie nie ma lepszego określenia. Od czasu, gdy wymyślono „ład korporacyjny” jako przekład corporate governance jestem wstrzemięźliwy wobec prób spolszczania na siłę pojęć, które w Polsce nie są rozumiane. Problematykę compliance obserwuję od lat kilkunastu; w 2006 r. wraz z Katarzyną Łasak organizowaliśmy pierwszą krajową konferencję na ten temat. Przez te lata dojrzało na rynku wielu doświadczonych specjalistów. O jednym z najlepszych żartowano, że – jak oficerowi przystoi – czasami chadza w mundurze (jest członkiem poznańskiego Bractwa Kurkowego). Specjalista compliance pełni w spółce nie tylko rolę strażnika praw, bywa też czułą anteną wrażliwą na aspekty etyczne i społeczne. Wymaga się od niej / niego wszechstronnej znajomości prawa i regulacji branżowych. Pełni jedną z najważniejszych funkcji korporacyjnych, lecz pozostaje w cieniu, na drugim planie. #ComplianceOfficerDay został ustanowiony z myślą o tym, by rzucić snop światła na piastunkę / piastuna tej funkcji. Warto zdać sobie sprawę, ze rynki kapitałowe przywiązują coraz większe znaczenie do kultury organizacji upatrując w niej przesłankę powodzenia biznesu.

Wnętrze spółki – strefa internal governance – to kombinacja systemów i funkcji służących dążeniom do kontynuowania działalności i zwiększenia konkurencyjności. Compliance to system nadzoru zgodności działalności spółki z obowiązującym prawem (ustawami i przepisami aktów niższego rzędu), regulacjami wewnętrznymi i dobrowolnie przyjętymi standardami, jak #Dobrepraktykispółeknotowanych. Jest to ważne narzędzie biznesowe służące unikaniu naruszeń prawa lub standardów, ochronie reputacji spółki i zaufania pokładanego w niej przez pracowników i inwestorów oraz otoczenie biznesowe i społeczne, w tym klientów, partnerów, a także innych interesariuszy.

Wspomniałem o mnogości systemów i funkcji kłębiących się w spółce. Kiedyś bardzo często pytano mnie o granice między systemami i funkcjami wewnętrznymi. Jeszcze dzisiaj czasem ktoś poprosi o dokładną ich delimitację, o definicję relacji między kontrolą wewnętrzną, zarządzaniem ryzykiem, compliance, a także badającym je audytem wewnętrznym. Odpowiadam obrazowo: tu jest korporacyjna strefa Schengen, granice są umowne, nie ma na nich budek, a w budkach strażników z karabinami. Systemy wewnętrzne i funkcje przenikają się, uzupełniają. Czas wyobrazić sobie nie komórkę pod schodami, ale wyniosłą wieżę, z której Compliance Officer uważnie obserwuje okolicę. Życzmy mu wszystkiego najlepszego!

Czytaj także: 2014.05.12 Outsourcing głupoty

Prezes giełdy pod poważnym zarzutem – tym razem we Frankfurcie n/M

Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn34Share on Facebook0

 

Schadenfreude (niem.) to uczucie poniekąd nikczemne, oznacza ono zawistną radość z cudzego niepowodzenia. Więc chociaż warszawska giełda od lat dryfuje i nie ma prezesa, chociaż obrazu sprawy ostatnio dopełniła głupia decyzja o odwołaniu, bez żadnego widomego powodu, szefowej depozytu, to powodu zawistnej radości dostarcza Frankfurt nad Menem. Prezes Deutsche Boerse znalazł się w kłopotach, traci reputację, a nadto może stracić posadę.

Sprawa nie trzyma się kupy. I, jak kupa, brzydko pachnie. Trzeba byłoby bowiem ignorancji, by dopuścić prawdopodobieństwo zgody regulatora na fuzję wielkich giełd Londynu i Frankfurtu, skoro cztery wcześniejsze próby ich połączenia zakończyły się niepowodzeniem. Trzeba byłoby braku rozwagi, by inwestować pieniądze z myślą o scenariuszu tak dalece nieprawdopodobnym. Trzeba byłoby szaleństwa, by czynić to z pozycji prezesa jednej z tych giełd w postaci insider trading… Lecz takie argumenty nie trafiają do prokuratury we Frankfurcie, która podjęła postępowanie w sprawie Deutsche Boerse. Kilka dni temu frankfurcka giełda skwapliwie zapłaciła grzywny w łącznej wysokości 10,5 mln eur: 5 mln za uprawiany przez jej prezesa insider trading (któremu wszakże zaprzecza, a prezes zarzeka się gorliwie), oraz 5,5 mln za niedopełnienie w styczniu 2016 r. obowiązku informacyjnego. Ubytku reputacji, nieporównanie bardziej dokuczliwego, nie potrafię oszacować i wycenić.

Dr Carsten Kengeter objął prezesurę Deutsche Boerse AG w lipcu 2015 r. Pracował w Goldman Sachs, później na kierowniczych stanowiskach w UBS, gdzie skończył zajmując się sprawami podrzędnymi, co nie dziwi, skoro bank znalazł się w kłopotach, okupując się władzom amerykańskim i brytyjskim kwotą 1,5 mld dolarów USA. Kengetera podejrzewano o udział w przestępczych manipulacjach stawkami LIBOR, ale uniknął formalnych zarzutów. W grudniu 2015 r. nabył pakiet 60.000 akcji zarządzanej przezeń giełdy, podobno w ramach programu motywacyjnego dla menedżerów. Niebawem (w lutym 2016 r.) ogłoszono o zamiarze połączenia DB z LSE. Oficjalnie rozmowy na temat fuzji miano podjąć w styczniu 2016 r., co nie wydaje się prawdopodobne: nad transakcjami o takiej wartości dyskutuje się zazwyczaj dłużej. Niemieckie władze są zdania, że rozmowy prowadzone były znacznie wcześniej, od lata 2015 r. Akcjonariusze zatwierdzili fuzję w lipcu 2016 r., ale niewiele to dało, ponieważ brexit sprawę bardzo już skomplikował. 29 marca 2017 r. Unia ostatecznie zablokowała transakcję jako zmierzającą do utworzenia „de facto monopolu”.

Kengeter odpiera zarzuty o insiding. Zlecona przez DB analiza zagranicznych ekspertów nie stwierdziła naruszenia reguł rynków kapitałowych. 13 września 2017 r. frankfurcka giełda wydała oświadczenie w duchu: zarząd i rada nadzorcza kierują się interesem spółki, więc chociaż nie podzielamy poglądów prokuratury, z zarzutami nie zgadzamy się ani trochę, ale na podstawie art. 30 § 4 zd. 1 Ordnungswidrigkeitengesetz poddajemy się karom żebyście się odczepili, bo my tutaj prowadzimy biznes i nie chcemy, by nasza uwaga była od niego odciągana lub zakłócana. Spodziewamy się więc, że sąd zatwierdzi ugodę, zamknie postępowanie i dacie już spokój Kengeterowi.

Rynek czeka teraz na orzeczenie właściwego sądu (Amtsgericht). Prokuratura twierdzi, że po sądowym zatwierdzeniu ugody będzie sprawę kontynuowała. Natomiast szef rady nadzorczej frankfurckiej giełdy Joachim Faber zapowiada, że kiedy już federalny organ nadzoru, Finanzdienstleitungsaufsicht (BaFin) i krajowy nadzór giełdowy w Hesji zamkną sprawę, podjęta zostanie decyzja w sprawie odnowienia kontraktu Carstena Kengetera. Jakże miękko brzmią te słowa, ale jakże wiele znaczą!