Powiew bojkotu

Nad forami internetowymi cieniutką smużką smrodu unosi się afera LPP. Emitent powiadomił o przeniesieniu praw do niektórych znaków towarowych do swojej spółki na Cyprze, a stamtąd do kolejnej swojej spółki w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Ta wyrafinowana operacja pozwoli spółce „zachować optymalną strukturę podatkową”. Jak wiadomo, LPP osiąga wysokie przychody, jest modelowym wzorem rentowności i cieszy się uznaniem inwestorów.

Pierwsze reakcje internautów były podzielone. Jedni wiwatowali: tak właśnie należy postępować, bo państwo oszukuje, gnębi przedsiębiorców podatkami. Inni poczuli niesmak, skrytykowali spółkę za manipulacje podatkowe, wezwali do bojkotu jej produkcji: niech LPP, pisali, sprzedaje swoje „szmaty” na Cyprze i u Arabów. Fanpejdż firmy kipi od emocji. Krytycy spółki nie tylko okazali się znacznie liczniejsi od krytyków fiskusa, także górują nad tymi drugimi argumentacją i kulturą wypowiedzi. Pozytywnym następstwem afery jest ujawnienie faktu, że w społeczności zainteresowanej produktami LPP tak wiele osób myśli rozsądnie i propaństwowo.

Czas przystąpić do rozpatrywania takich spraw w kategoriach społecznej odpowiedzialności biznesu. Mnóstwo osób propaguje te ideę, akronim CSR (corporate social responsibility) jest tak rozpoznawalny, że nie przekłada się go już na polski. Nie kryję pewnej rezerwy wobec tematyki CSR, ponieważ w polskich realiach bywa ona często sprowadzana do wątków dobroczynnych: pomoc ubogim i niepełnosprawnym, słodycze dla domów dziecka, sprzęt dla sportowców wiejskich. Chylę cylinder przed szlachetnymi gestami, lecz podkreślam: są to tylko gesty, brak w nich przemyślanej polityki. Odpowiedzialność społeczna biznesu jest jedną z postaci biznesu. Powinna ona przynosić korzyści tak darczyńcom, jak beneficjentom. Dla mnie ważnym, może najważniejszym aspektem CSR jest lojalność podatnika względem społeczeństwa. Fiskus jest tylko poborcą podatków, ich administratorem, korzyść z nich czerpią wszyscy. Cieszy mnie, że klienci LPP podzielają ten punkt widzenia. Ciekaw jestem, czy ich krytyczne reakcje rzeczywiście zaowocują bojkotem produktów sprzedawanych pod markami należącymi do LPP.

Bojkotu w Polsce jeszcze nie było, warto więc wyjaśnić to pojęcie. Charles Cunningham Boycott (1832–1897) to żywy przypis do historii. Anglik, syn pastora, dosłużył się w armii stopnia kapitana, po czym osiadł w Irlandii na roli w hrabstwie Mayo. Nie był to lekki chleb. Kraj trapiony był okresowo nieurodzajem i głodem, a permanentnie lenistwem. Dzierżawcy i wspierająca ich Liga Rolna żądali ulg w czynszu. Boycott odmówił i w 1880 roku uzyskał pierwsze nakazy eksmisji dzierżawców. Zawrzało. Dzierżawcy, ulegając apelom Ligi, zerwali wszelkie stosunki z wszystkimi, którzy nie okazali im uległości. Boycott sprowadził siłę roboczą aż z Ulsteru, ale ochrona pracowników zabsorbowała dziesięciokroć liczniejszy kontyngent wojska. Doznawszy powszechnej odmowy utrzymywania z nim stosunków, poddany ostracyzmowi, traktowany per non est i jako persona non grata, po prostu bojkotowany – kapitan Boycott opuścił Irlandię, gdzie nikt po nim nie płakał.

Bojkot firm może wyrządzać im doraźne szkody, ale żadnej chyba z rynku nie zmiótł. Pisałem o tym przed kilkunastu laty, w przywołanym niżej artykule. Wiele zmieniło się od tamtych czasów, lecz polskie spółki krytyk nadal się nie boją. Sokołów przetrwał test parówek, a LPP wykazała znaczną odporność reputacyjną, gdy w Bangladeszu zawaliła się wytwórnia, której zlecała szycie – w nieludzkich warunkach – swoich wyrobów. Teraz zapewne klienci zgorszą się, inwestorzy pokochają spółkę mocniej, fiskus sięgnie po klauzulę obejścia prawa podatkowego; pewne jest tylko, że zmieni się moda.

Czytaj także:
2003.09.22 Od Ożarowa do Jarosławia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *