Rady pod parytetem [2006]

Zwiększanie udziału kobiet w radach nadzorczych wzbogaci różnorodność postaw i doświadczeń.

Przybywa kobiet w radach nadzorczych. Chyba nie w Polsce, gdzie nikt o to nie dba, więc ani nie zlicza kobiet w radach, ani nie prowadzi badań nad składem rad. Przybywa w Wielkiej Brytanii – ale przybywa za wolno. W radach spółek z indeksu FTSE–100 tylko 10,5 procent dyrektorów to kobiety. Przed dwoma laty ułamek wynosił 8,6 procent. Daje to przyrost o jeden punkt procentowy rocznie, zatem nietrudno wyliczyć, że w takim tempie osiągnięcie równowagi płci w radach nadzorczych największych brytyjskich spółek zajmie z 40 lat.

Lecz czy należy dążyć do parytetu płci? Londyńska City uważa, że owszem. Chodzi o to, że brytyjskie rady sa zdumiewająco jednorodne. Badania przeprowadzone na zlecenie „Financial Times” wyłoniły obraz typowego dyrektora: to mężczyzna rasy białej w wielu 58 lat z dorobkiem w dziedzinie finansów. Tacy ludzie są niezmiernie cenni, reprezentują ważne doświadczenia życiowe i zawodowe, niemniej dla spółki lepiej, gdy nie wszyscy członkowie rady pochodzą z tego samego boiska, nawet jeżeli w grę wchodzi przesłynne boisko w Eton lub pole golfowe w St. Andrews. Chociaż brytyjskie rady uchodzą za kompetentne, jednak uważa się, ze dobrze byłoby wydatnie wzbogacić ich równorodność, zasilić je świeżą krwią, świeżym spojrzeniem, świeżymi ambicjami. Chodzi o to, by skład rad dobierać z bogatszej puli talentów i doświadczeń. Zespół złożonych z osób wykazujących znaczne podobieństwa potrafi znakomicie wypełniać liczne zadania, ale wykazuje mniej zapału, odwagi, wyobraźni w poszukiwaniu, ocenie i wyborze rozwiązań alternatywnych.

Norwegowie twierdzą, jakoby istniały dowody empiryczne, iż spółki o zróżnicowanym (także pod względem płci) kierownictwie osiagają lepsze wyniki od spółek zarządzanych przez male, pale and stale (czyli pobladłych, wypalonych mężczyzn). Amerykanie jeszcze nie doszli tak daleko, by wyrokować na temat wyników, niemniej wskazują, że rady mieszane skuteczniej oddziaływują na kadrę kierowniczą niż te złożone z samych tylko mężczyzn. A także lepiej dają sobie radę z pozyskiwaniem i utrzymywaniem kobiecej części załogi, co daje takim spółkom przewagę konkurencyjną w rywalizacji o talenty.

W dążeniu do zapewnieniu udziału kobiet w radach, Norwegia jest skrajnym przypadkiem. Już przed laty wprowadzono tam, w drodze ustawy, minimalną kwotę udziału kobiet (i mężczyzn) w radach spółek akcyjnych. Wynosi ona aż 40 procent! Niemniej stosowny przepis wprowadza więcej złego niż dobrego. Jeżeli korzyści płynące z udziału kobiet w radzie są poważne i niezaprzeczalne, zapewne spółki odkryją to same i wyciągną odpowiednie wnioski. Państwo lubi wiedzieć wszystko lepiej, lecz często nie ma pojęcia, co lepiej służy spółce, jej akcjonariatowi i interesariuszom. Dlatego uważam, że prawo nie powinno ingerować tak głęboko w domenę spółki, w jej sprawy wewnętrzne. Nawet najsłuszniejszych postulatów nie należy rynkowi narzucać, niepotrzebnie mnożąc regulacje. Po pierwsze, regulacje krępują przedsiębiorczość. Po drugie, są one kosztowne.

Brytyjczycy poważnie traktują udział kobiet w życiu publicznym, w gospodarce i w radach nadzorczych. Trzydzieści lat temu przyjęli ustawę o przeciwdziałaniu dyskryminacji z uwagi na płeć. Equal Opportunities Commission corocznie dokonuje przeglądu pozycji kobiet wśród wyższej kadry zarządzającej. Lecz chociaż panuje przekonanie, że bez wsparcia legislacyjnego proces wyrównywania udziałów obu płci w organach spółek akcyjnych będzie się toczył jeszcze długie dziesięciolecia, przecież pragmatyczni Brytyjczycy nie biorą pod uwagę możliwości przyjęcia ustawy narzucającej spółkom kwoty udziału kobiet w radzie. Zdają sobie oni bowiem sprawę, że każda spółka jest inna i działa w innych warunkach, a przykładanie do wszystkich jednolitego szablonu wcale nie posłuży gospodarce.

Zresztą, w istocie rzeczy, wcale nie chodzi o same kobiety. Chodzi o spółki, rynek, pomyślność gospodarki. O różnorodność składu rad nadzorczych. O różnorodność postaw członków rad, ich doświadczeń, dorobku w dziedzinie nadzoru i zarządzania. Tego nie załatwi się kwotami, jak w Polsce punktami za pochodzenie nie ułatwiono młodzieży chłopskiej i robotniczej dostępu do wyższego wykształcenia. Wolności gospodarczej nie należy krępować kwotami. Tak zwana akcja afirmatywna doprowadziła w Stanach Zjednoczonych do licznych wynaturzeń. Wiele rad składa się z silnej grupy przyjaciół zarządu, kobiety i Murzyna. I kobieta, i Murzyn bywają w takim gronie wyłącznie ornamentami. Mają sprawiać wrażenie, że rada jest reprezentatywna, że skupia w sobie bogactwo różnorodności poglądów. Źle, że ich obecność w składzie rady tworzy fałszywe pozory. Wszelako dobrze chociaż, że o pozory trzeba jednak dbać; że rada, nawet jeżeli nie jest dostatecznie różnorodna, przynajmniej taką udaje.

Artykuł ukazał się w Gazecie Bankowej 16 stycznia 2006 r. Wytłuszczenie współczesne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *