Sukcesja, siostra kadencji

Gdybym miał przysposobić do realiów rynku mądrą radę księdza Jana Twardowskiego, nadałbym jej brzmienie: „Śpieszmy się zaplanować sukcesję, prezesi tak szybko odchodzą”. Jeden odejdzie zamroczony wiekiem, chyląc ku ziemi poradlone czoło, innego potrąci ciężarówka z lodami, jeszcze innych zmiecie choroba, skandal, kryzys, nieudolność, nietrafiona inwestycja, publikacja podsłuchanych niedyskrecji. Ktoś odejdzie, bo spełnił swoją misję, zaś wielu innych odchodząc ogłosi jej spełnienie. Kogoś odwołają bez powodu, co bywa praktykowane w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Szkopuł nie tkwi w tym, że dochodzi do zmian na najwyższych stanowiskach w spółkach, lecz w tym, że wiele spółek – nie mając planów sukcesji – wpada z powodu tych zmian w turbulencje.

Znaczna większość spółek notowanych na GPW nie ma planów sukcesji. Akcjonariusze nie potrafią wymóc przygotowania sukcesji, rady nadzorcze nie mają dość kompetencji, by je należycie przeprowadzić, sami prezesi nie są zainteresowani podjęciem tematu sukcesji, upatrując w nim poważne zagrożenie. Rzadko się zdarza, by prezes sam wyhodował delfina, zresztą sukcesor nieuchronnie zacznie od wprowadzenia zmian, a rynek zapewne nagrodzi i spółkę, i sukcesora, rentą świeżości i nadziei. Prezesi są też świadomi, że rekomendując sukcesorów, żyrują im weksle in blanco. Odniesie sukcesor sukces – chwała spłynie na niego; zazna niepowodzenia – podzieli się winą z promotorem.

Idealna sukcesja następuje po zakończeniu kadencji. Rzecz w tym, że w polskiej praktyce kadencja jest pojęciem abstrakcyjnym. Zmiany w zarządzie, w tym zmiany prezesa, dokonywane są w dowolnej chwili. Użalam się nie nad prezesami, a nad akcjonariatem, który wnosi do tych gier pieniądze i bywa oszukiwany. Kiedyś użaliłem się nad sobą, gdy po gwałtownym przesileniu w spółce przyszło mi przyjąć delegację z rady nadzorczej na fotel prezesa, co było doświadczeniem dramatycznym (poniżej odsyłam do archiwalnego tekstu „Następstwo tronu”). Bez dramatu, natomiast ciekawie, przebiegł niedawny proces sukcesji w Polskim Instytucie Dyrektorów.

W 2002 roku, po sześciu latach posługi na stanowisku prezesa PID zostałem powołany na kolejną trzyletnią kadencję. Z mojej metryki wynika, że w chwili jej ukończenia miałbym 72 lata, co w przypadku prezesa niewielkiej organizacji pozarządowej byłoby do przyjęcia. Rok 2012 przyniósł dotkliwą stratę, nie wyszło nam kilka projektów. Gryzłem się tym, trapiłem. Czułem się coraz gorzej. Po ostrym zawale w kwietniu 2013 r. podjąłem decyzję o przejściu na emeryturę. Zwróciłem się do SpencerStuart, szanowanej firmy executive search, o pomoc w procesie sukcesji. Rzecz w tym, że błędnie określiłem profil potencjalnego następcy.

Wyobraziłem sobie, że posadą w Polskim Instytucie Dyrektorów, instytucji prestiżowej lecz biednej jak mysz świecka, będzie zainteresowany gentleman of the means – osoba materialnie niezależna, z doświadczeniem na rynku kapitałowym i znajomością materii corporate governance, w wieku przedemerytalnym lub wczesnym emerytalnym. Usiłowałem więc sklonować… siebie. Eksperci SpencerStuart wskazali doskonałych kandydatów, przeprowadzili z nimi wiele rozmów, niektórych nawet zakwalifikowali do spotkań ze mną na temat szczegółów proponowanej im misji. Lecz wielu kandydatów mierzyło znacznie wyżej, innych odstręczyło proponowane im (skromne!) wynagrodzenie, ktoś myślał, że to praca na kilka godzin w tygodniu… Czas płynął, jeszcze trzykrotnie trafiłem do szpitala, a sukcesora nie było.

Moja najbliższa współpracownica Katarzyna Łasak widziała sprawę inaczej. Umyśliła sobie, że prezesem mogłaby zostać osoba o pokolenie (lub półtora) młodsza: kobieta, radca prawny z doświadczeniami w nadzorze nad rynkiem kapitałowym, praktyką w międzynarodowych kancelariach , udziałem w poważnych transakcjach w Warszawie i Londynie, do tego z tytułem MBA, współpracująca z Akademią PID – czyli mec. Beata Binek. Należało ją jeszcze namówić do wejścia w moje buty. Katarzyna dokonała tego! Zaaprobował tę kandydaturę Andrzej Maciejewski (SpencerStuart), Adam Maciejewski (prezes GPW, niespokrewniony z pierwszym) entuzjastycznie ją poparł, przychylił się do niej rozważny Wiesław Rozłucki i Rada Fundatorów z Marią Wiśniewską na czele. Przydługi proces sukcesji zakończył się powodzeniem, fundacja PID przeszła w dobre ręce, a ja – (już tydzień temu) nareszcie na emeryturę, rok przed upływem kadencji, lecz słabujące zdrowie nie pozwoliło przecież jej dosłużyć. Łatwiej było wymachiwać piórem na temat sukcesji i kadencji, niż rozwiązywać praktyczne problemy…

Czytaj także:
2003.12.29 Następstwo tronu
2004.11.01 Kupczenie synekurami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *