Archiwa tagu: absolutorium

Czy należy zrezygnować z instytucji absolutorium?

Absolutorium jest instytucją wymyśloną przez dżentelmenów na użytek dżentelmenów. W ich rękach jest narzędziem (aczkolwiek nie jedynym) oceny działań, wyników, osiągnięć i niepowodzeń poszczególnych piastunów spółki w rozpatrywanym okresie. Lecz o dżentelmenów coraz trudniej, coraz więcej natomiast szubrawców. W ich rękach absolutorium jest instrumentem tak groźnym, jak brzytwa w łapie małpy. Albowiem 2016-11-03_rn_na-posiedzeniu_bannerabsolutorium zakłada odpowiedzialną ocenę kwitowanego. Dzisiaj na polskim rynku, zwłaszcza – niestety! – w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, ocenia się menedżerów bez znajomości rzeczy, bez kultury, natomiast z prostackich pobudek politycznych. Jeżeli ktoś pełnił funkcję w czasach poprzedniej władzy, nawet nie z jej nadania, a z racji kwalifikacji, talentów i doświadczeń, prawdopodobnie już został, albo niebawem zostanie, wyrzucony z posady i pozbawiony absolutorium.

Przed kilku laty tak oto zdefiniowałem w Słowniku Wyrazów instytucję absolutorium w spółce akcyjnej: „Czynność prawna o mglistym znaczeniu podejmowana (wyłącznie) przez walne zgromadzenie. Niby jej treścią jest stwierdzenie, że imiennie oznaczony piastun spółki należycie wykonywał swoje powinności w danym roku obrachunkowym. Lecz niekoniecznie: otóż a. nie daje immunitetu przed ewentualnym dochodzeniem roszczeń, zwłaszcza jeżeli ich podstawa nie była znana w chwili udzielania a. Gorszące są przypadki odmowy udzielenia a. z powodów politycznych, bądź nawet uchylenia udzielonego a. bez rzeczowego uzasadnienia. Fantazję akcjonariuszy winny miarkować dobre obyczaje.”

Jest przeto coraz gorzej. Dobre obyczaje poszły w kąt. Uchwały w sprawie udzielenia absolutorium podejmowane są przez walne zgromadzenie niejako z marszu, bez wnikliwej dyskusji nad każdym z piastunów spółki. Odmowy udzielenia absolutorium nie wynikają wprost z uchwał podejmowanych na taki właśnie wniosek, lecz są dorozumiane z tego powodu, że projekt uchwały o udzielenie absolutorium nie zyskał wymaganej większości głosów. Niekiedy uchwała nie zapada, chociaż głosów przeciwnych nie było, jej podjęcie uniemożliwiła liczba głosów wstrzymujących się. Zdarza się nawet, że głosy wstrzymujące się oddawane są bez świadomości, iż są de facto głosami przeciwko powzięciu uchwały… Postronni mogą się uśmiać, gdy przedstawicielka Skarbu Państwa wyraża głębokie zdumienie, bo jakże uchwałę odrzucono, skoro ona, dysponentka większości głosów na walnym, nie głosowała przeciw, a „tylko” wstrzymała się od głosu? Sytuacja piastuna spółki, który pozostał bez absolutorium, jest trudna nie dlatego, by groziły mu powództwa samej spółki albo akcjonariuszy, wszak w Polsce jeszcze nikogo nie puszczono bez skarpetek – ale dlatego, że nie znajdzie on już pracy w żadnej spółce w orbicie wpływów Skarbu Państwa.

Takie praktyki są jawnie niezgodne z zasadami współżycia społecznego. Kwestia absolutorium jest uregulowana bardzo niejednoznacznie. Kaprys nieudzielania absolutorium – bez dania racji – byłym lub odchodzącym piastunom spółek rozpowszechnił się nawet w sercu rynku kapitałowego, względem i na Giełdzie Papierów Wartościowych. Polityk, który wydał dyspozycję użycia siły głosów Skarbu Państwa dla zdyskredytowania nielubianych przezeń menedżerów nie owym menedżerom zaszkodził przede wszystkim, nie giełdzie, którą rządzący starają się wykończyć, lecz interesom państwa.

W komentarzu do jednego z moich wpisów bardzo ważnego tematu dotknął Czytelnik, Mariusz T. Kłoda, przygotowujący dysertację na temat absolutorium: z jakiego stosunku prawnego wynika prawo menedżera do uzyskania merytorycznej oceny? Komentator trafnie zwrócił uwagę na przyjętą przez Skarb Państwa praktykę „absolutorium politycznego”; bierze mnie zazdrość, że to nie ja ukułem to celne powiedzenie. Instytucja absolutorium jest w prawie spółek ujęta tak mgliście, iż rzeczywiście warto zadać pytanie o naturę stosunku prawnego między pomiędzy kwitującym a kwitowanym. Wspomniałem powyżej o dobrych obyczajach i zasadach współżycia społecznego. Dodam, iż kiedy prawo kreuje konkretną instytucję – w tym przypadku absolutorium – należy traktować ją poważnie, nie zaś jak „przepis przydrożny”, mijany bez zwracania nań uwagi…

23 września 2008 r., przeto przed kilku już laty, Polski Instytut Dyrektorów ogłosił (zredagowane i podpisane przeze mnie) „Stanowisko w sprawie potrzeby przywrócenia powagi instytucji absolutorium”. Uczestnikom walnych zgromadzeń zaleciliśmy odpowiedzialne traktowanie absolutorium; eliminowanie gier związanych czy to ze zmianami właścicielskimi, czy z polityką; podejmowanie uchwał w przedmiocie absolutorium z rozwagą; uzasadnianie względami merytorycznymi uchwał o odmowie udzielenia absolutorium bądź o cofnięciu prawidłowo udzielonego absolutorium; rozstrzyganie spraw związanych z absolutorium zgodnie z interesem spółki, wszakże z szacunkiem dla dóbr osobistych i reputacji biznesowej menedżera.

Nie cofam tych apeli. Lecz skoro na polskim rynku jest w omawianych kwestiach coraz gorzej, skoro powagę instytucji prawnych ośmieszają zagrywki szubrawców, zastanawiam się, czy w tej sytuacji nie zabrać małpie brzytwy i zrezygnować z instytucji absolutorium, której nie potrafimy traktować należycie?

Czytaj także:
2015.06.20 Głowy do pozłoty?
2013.01.17 Rada w przeciągu

Rozwój i zaufanie

Trudno nie protestować w obliczu jawnego szachrajstwa, jakim jest podniesienie kapitału zakładowego spółki z udziałem Skarbu Państwa poprzez papierowe podwyższenie wartości nominalnej akcji.

Rozwój i zaufanie to zjawiska pozornie odlegle, lecz napędzające się nawzajem. Zaufanie sprzyja rozwojowi, a rozwój – zaufaniu. Współczesna Polska rozbrzmiewa tekstami o rozwoju, w dodatku odpowiedzialnym, ale zaufania nie przybywa. Na rynku kapitałowym zaczynem zaufania są zasady corporate governance. Nie służy im formuła przewidująca prymat polityki nad prawem i ekonomią. Corporate governance jest przymiotem systemów demokratycznych przywiązanych do poszanowania praw wszystkich akcjonariuszy. W dzisiejszej Polsce mamy do czynienia z regresem corporate governance. Oto kilka przyczyn tej sytuacji.

Polityka destabilizuje konstytucyjne ramy ustrojowe. Trudno wymagać od spółek i ich akcjonariatów szacunku dla dobrych praktyk, skoro organy państwa systematycznie naruszają prawo. Polityka godzi także w podstawy ekonomii. Spółkom z udziałem państwa powierza się zadania polityczne, ekonomicznie nieuzasadnione, jak wspieranie własnymi środkami strukturalnie deficytowych kopalni węgla kamiennego, bądź tzw. „repolonizację” systemu bankowego. Partia rządząca wymiata na czysto zarządy i rady nadzorcze spółek z udziałem państwa, nawet gdy jest to udział mniejszościowy, by obsadzić je swoimi ludźmi, nie biorąc pod uwagę ich doświadczenia lub kwalifikacji. Wyrzucanym z posad menedżerom odbiera się, lub utrudnia, możliwość znalezienia nowej pracy, pozbawiając ich absolutoriów – bez ujawniania powodów takiego traktowania. Jest to nie tylko polityczny odwet mściwych nieudaczników na zdolniejszych poprzednikach. Takie postępowanie nosi znamiona naruszającej prawo i moralność dyskryminacji rzekomych „komunistów i złodziei”, „osób gorszego sortu”. Nadejdzie dzień zapłaty za takie postępowanie, więc znowu stracimy wszyscy.

Podstawą rynku kapitałowego jest powszechna umowa społeczna przewidująca, że spółki działają w celu osiągnięcia zysku, a zysk – jeżeli nie jest obracany na potrzeby spółki – podlega uczciwemu podziałowi między akcjonariuszy. Nie protestowałem, kiedy na KGHM nałożono podatek od kopalin; są one od stuleci domeną państwa, zatem akcjonariusze powinni się z tym liczyć. Lecz trudno nie protestować w obliczu jawnego szachrajstwa, jakim jest podniesienie kapitału zakładowego spółki z udziałem Skarbu Państwa poprzez papierowe podwyższenie wartości nominalnej akcji. Argumenty, jakoby spółka odnosiła z takiego zabiegu jakikolwiek pożytek, są niedorzeczne; chodzi tu jedynie o wyciągnięcie ze spółki pieniędzy tytułem podatku od tej osobliwej operacji, na szkodę pozostałych akcjonariuszy. Istnieją podstawy do obaw, że państwo będzie w ten sposób pozbawiać akcjonariat dywidend. Lecz skoro rynek straci zaufanie do spółek z udziałem państwa, odpłynie z nich akcjonariat, a kiedy przyjdzie podnosić kapitał, koszty poniesie ogół podatników. Czy notowania spółek z udziałem Skarbu Państwa nie potwierdzają tych przypuszczeń? Sytuację pogarszają zapowiedzi zwiększania pozycji państwa w spółkach z jego udziałem, bynajmniej nie poprzez wezwania. Nie wiem, jak państwo chce to przeprowadzić; wiem jedynie, że zapłacą podatnicy.

Podobne będą następstwa procesu udomowienia banków. Politycy zyskają możliwość kierowania strumieni kredytów na doraźnie wskazywane przez nich cele, lecz w zamian spada na nich ogromna odpowiedzialność za polski system bankowy, do tej pory stabilny, bezpieczny. Niewykluczone, że kiedyś w przyszłości będzie on potrzebował zwiększania kapitałów, za co znowu zapłaci podatnik.
Nie budzą zaufania nie tylko bieżące działania, także butne zapowiedzi wielkich inwestycji, cudownego uszczelnienia systemu podatkowego, miliona elektrycznych samochodów. Oraz androny o dronach. Jedyną realną zapowiedzią jest likwidacja Ministerstwa Skarbu Państwa i zastąpienie go agencją nadzorującą spółki z udziałem państwa, bądź holdingiem grupującym te spółki. Nie dostrzegam w tym jednak nadziei na poprawę sytuacji tych spółek. Zresztą zapowiedzi likwidacji resortu są niemal równie stare, jak nasza transformacja. Już w rządzie Jana Olszewskiego nie było właściwego ministra, prof. Tomasz Gruszecki pełnił skromną funkcję kierownika Ministerstwa Przekształceń Własnościowych. Co niczego przecież nie zmieniało…

Bardziej niż utrata zaufania społeczności międzynarodowej zażenowanej działaniami rządu na szkodę demokracji (chodzi nie tylko o Trybunał Konstytucyjny), niż ewentualne krytyczne oceny agencji ratingowych, grozi Polsce kryzys zaufania obywateli, podatników, inwestorów. Jest ono najcenniejszym kapitałem, najlepszą podstawą rozwoju. Warto pamiętać, że niegdyś – pozbawiony powszechnego zaufania – socjalizm rozwijał się jak rolka papieru toaletowego: im bardziej się rozwijał, tym mniej go zostawało, aż nie zostało nic.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 17 września 2016 r.
Czytaj także:
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2015.02.17 Widzialna ręka rynku

Advocatus diaboli. Obrona Dawida Jackiewicza

Gdyby ogłosić konkurs na najgorszego ministra, Jackiewicz miałby silną konkurencję. Większość pozostałych mogłaby przecież z nim wygrać. Wyrzucono go za to, że stanowiska w spółkach z udziałem Skarbu Państwa powierzał swoim znajomym, nie natomiast za to, że stanowiska w spółkach Skarbu Państwa powierzał znajomym prezesa Kaczyńskiego, premier Szydło, komendanta Macierewicza. Dlatego uważam, że wyrzucenie ministra Jackiewicza – czymkolwiek motywowane, rzekomymi zasługami czy rzeczywistymi przewinami – niczego nie zmieni. Będzie, jak było. Albo jeszcze gorzej.

Jackiewicz jako minister Skarbu Państwa nie prywatyzował spółek. Prywatyzował państwo, właściciela udziałów w tych spółkach. Uznawał je za łup należny kamaryli, którą „suweren” wyniósł do władzy. Dążył do podporządkowania domeny państwowej interesom partyjnym. Lecz najwięcej zgorszenia wywołał polityką kadrową. Paradoksalnie, poszło nie o to wcale, że największe korporacje, jak Orlen, Lotos lub KGHM powierzał menedżerom bez doświadczenia i kwalifikacji, a o to, że na posadach upchnął kilku szemranych ziomali. Którzy brakiem kwalifikacji, doświadczenia, reputacji, nie ustępowali faworytom prezesa, pani premier, komendanta bądź poszczególnych ministrów.

Z zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa pozbyto się setek menedżerów. Zastąpiono ich swoimi, często mniej przydatnymi na powierzanych im funkcjach, za to zaufanymi prezesa lub kogoś z jego otoczenia. Wyrzucanych próbowano przy tym pozbawić reputacji, odmawiając im absolutoriów. Nie starczało przyzwoitości, by poddać pod głosowanie uchwałę o odmowie absolutorium i rzeczowo ją umotywować; procedowano projekty uchwał dotyczących udzielenia absolutorium i odrzucano je głosami Skarbu Państwa oraz podmiotów zależnych. Stawia to wyrzuconych w niekorzystnej sytuacji reputacyjnej, utrudnia im znalezienie zatrudnienia. Wprawdzie w zawód menedżera wpisane jest ryzyko utraty stanowiska, niemniej wpisane jest także prawo do uzyskania merytorycznej oceny. Wielu pozbawionych absolutorium „refuseników” zapewne znajdzie pracę w korporacjach konkurujących z podmiotami z udziałem Skarbu Państwa, co może jeszcze bardziej pogrążyć te podmioty, tracące dramatycznie na wartości.

Przed laty, po nominacji Stanisława Alota, nauczyciela z technikum, polonisty, absolwenta studiów podyplomowych z wypoczynku i turystyki, na odpowiedzialne stanowisko prezesa ZUS – ukułem na takie praktyki termin alotaż. Niestety, „przykrył go” ukuty przez Jarosława Kaczyńskiego skrót TKM, rozwijany jako Teraz, K…., My. Kaczyńskiemu chodziło o zawłaszczanie państwa przez AWS. Obecnie sam je zawłaszcza na jeszcze większą skalę. Jackiewicz był jedynie wykonawcą jego polityki. A że na boku coś pokombinował? Nie on jeden, wszak kombinatorów jest w tej kamaryli pod dostatkiem. Prezes sam daje przykład: w telewizji upycha kuzyna, kuzyn wkręca się do filmu, jego partnerka dostaje rolę, a ojciec osobistej makijażystki prezesa dostaje stanowisko. François Hollande został potępiony i wyśmiany za zatrudnienie w Élysée fryzjera. Nazywają go Budyniem. Jarosław, nawet w profesjonalnym makijażu, zasłużył na zwarzony Kisiel.

Nie będę wyliczał przewin Dawida Jackiewicza. Nie starczyłoby miejsca na tym blogu. Jako adwokat diabła powołam więc argument na korzyść potępianego. Bardzo zaszkodziło mu powołanie Bartłomieja Misiewicza do rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Pytano: jak tak można? Wszak „osobisty przedstawiciel” komendanta – cóż za błyskotliwa formuła prawna, nieprawdaż? – nie ma wykształcenia (dopiero robi licencjat), nie ma doświadczenia, żadnych kwalifikacji, był tylko pomocnikiem w aptece gdzieś pod Warszawą. Znany prawnik pośpieszył z obroną tej nominacji: dowodzi, że mimo wszystko nie narusza ona prawa. Panie mecenasie, lubię pana, szanuję za dorobek, za wielką pracowitość, zazdroszczę stanowiska w radzie nadzorczej Przytułku Orlenino (przyszło tam panu pracować z nominatami lepszego sortu), ale przytoczę fundamentalną zasadę corporate governance: „W skład zarządu i rady nadzorczej powoływane są osoby reprezentujące wysokie kwalifikacje i doświadczenie”. Basta.

A Ryszard Petru ogłosił listę „40 Misiewiczów”. Albo zgubił zero, albo liczyć nie umie.

UZUPEŁNIACZ: Poniósł mnie temperament, przypisałem D. Jackiewiczowi decyzję o powołaniu Misiewicza do rady nadzorczej PGZ: dziękuję Czytelnikowi za sprostowanie, iż to decyzja MON.

Głowy do pozłoty?

Absolutorium bywa przedmiotem rozgrywek politycznych lub porachunków personalnych, narzędziem plamienia reputacji, łamania karier.

Na walnym zgromadzeniu akcjonariusze głosują absolutoria dla piastunów spółki. Łatwiej kwitować im członków zarządu, niż członków rady nadzorczej. O zarządzie świadczy wynik spółki. Trudniej oszacować dorobek rady nadzorczej. Każdego z członków zarządu można oceniać z osobna, ponieważ powszechnie wiadomo, czym który w szczególności się zajmuje. Członkowie rady nadzorczej działają wszyscy wespół (komitety rady także działają kolegialnie), nie praktykuje się wyodrębniania wkładu poszczególnych członków rady w jej prace i osiągnięcia. Zresztą akcjonariusze bardzo pobieżnie znają prace rady, a nadto zdarza się, że jej osiągnięć nawet nie poznają, gdyż rada nie potrafi ich przedstawić.

Zatem kwitowanie członków rady odbywa się mechanicznie. Jeżeli akcjonariusz okaże się dociekliwy, zada sobie pytanie o sens istnienia rady. I może dojść do wniosku, że rada nadzorcza jest w spółce organem zbędnym, kosztownym ornamentem, a jej członkowie to głowy do pozłoty. Absolutorium ma sens tylko wtedy, kiedy jest udzielane na podstawie aktualnej wiedzy o pracy i dokonaniach kwitowanego piastuna. W jaki sposób akcjonariusz może pozyskać taką wiedzę?

Podstawowym źródłem wiedzy o pracy rady nadzorczej i jej członków jest przedkładana przez radę walnemu zgromadzeniu ocena sytuacji spółki. Niektóre rady nadzorcze uznają taką ocenę za mało istotną formalność. Pokrótce informują, że spółka ma się dobrze, że zarządzanie przez spółkę istotnym dla niej ryzykiem odbywa się należycie, że system kontroli wewnętrznej jest – jakże inaczej! – sprawny. Nic ponad minimum tego, co od spółki oczekuje rynek, bez krzty krytycznej refleksji nad pozycją spółki na tle branży, nad jej perspektywami. Dokonywana przez radę nadzorczą ocena sytuacji spółki jest najważniejszym kryterium oceny samej rady, jej potencjału intelektualnego, zaangażowania, znajomości spółki, branży, rynku.

Drugim źródłem wiedzy o pracy rady nadzorczej i jej członków może być sprawozdanie składane przez radę walnemu zgromadzeniu. „Może być”, ponieważ z jednej strony rada nie jest zobowiązana do składania sprawozdania ze swojej działalności, natomiast z drugiej – choć przyjęło się, ze polskie rady nadzorcze składają sprawozdania – przecież często sprawozdania rad mają znikomą wartość. Rady lakonicznie informują, ile odbyły posiedzeń, ile przyjęły uchwał, niekiedy także – czego uchwały dotyczyły. Najczęściej sprawozdania nie zawierają informacji o frekwencji członków na posiedzeniach rady i jej komitetów (attendance record), ani o czasowym zaangażowaniu członków w prace rady i jej komitetów (time commitment). Ani szczegółowych informacji o wynikach prac komitetów rady.

Trzecim źródłem wiedzy o pracy rady nadzorczej i jej członków mogłaby być profesjonalna ocena prac rady i jej komitetów dokonana przez firmę zewnętrzną, kompetentną i niezależną od spółki oraz (co bardzo ważne!) także od jej biegłego rewidenta. Rzecz w tym, że takie oceny nie są w Polsce dokonywane. Natomiast ewentualna samoocena rady jest w moim przekonaniu zabiegiem bezwartościowym. Wszyscy zgodnie, sami siebie i nawzajem, ocenią bardzo wysoko, zwłaszcza wtedy, gdy samoocena miałaby być ujawniana akcjonariuszom, czyli wszem i wobec. Na temat rady nadzorczej można się nadto dowiedzieć z przedkładanych przez nią zgromadzeniu opinii na temat spraw wnoszonych na walne przez zarząd lub przez akcjonariuszy. Niestety, wiele rad nie opiniuje spraw rozpatrywanych przez walne, ponieważ nie potrafi zająć wobec nich stanowiska. Liczy się także, czy rada jest reprezentowana na walnym zgromadzeniu przynajmniej w takim składzie, by mogła kompetentnie odpowiadać na pytania jego uczestników.

Dopiero ogarnąwszy wymienione kryteria oceny pracy rady nadzorczej, powinien akcjonariusz dokonywać indywidualnych ocen członków rady i decydować w sprawie udzielenia im absolutorium. Lecz głosujący ani nie dysponuje pełnymi informacjami o pracy poszczególnych członków rady, ani o te informacje nie dba. Absolutorium bywa przedmiotem rozgrywek politycznych lub porachunków personalnych, narzędziem plamienia reputacji, łamania karier. Przypadki szczególnie gorszące dotyczyły odbierania odwołanym menedżerom należycie udzielonego absolutorium za poprzednie lata, by ich sponiewierać, publicznie upokorzyć. Corocznie sezon walnych zgromadzeń przynosi sporo ofiar.. Jedni zasłużyli na swój los, inni polegli za sprawą przypadku. Wyroki akcjonariatu nie są uzasadniane, więc właściwie nie wiadomo, czy ktoś został pokarany słusznie, czy nie wiadomo za co ścięto mu głowę do pozłoty.

Tekst ukazał się 20 czerwca 2015 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Czytaj także:
2001.01.08 Zawodowcy
2013.01.17 Rada w przeciągu

Obawiam się familiady

Poczta elektroniczna przyniosła niedawno ciekawy listel (listel = list elektroniczny) zatytułowany „Przemyślenia o udziale kobiet w radach nadzorczych”. Nawiązał on do niedawnego artykułu Gazety Wyborczej na temat kobiet w radach nadzorczych i cytowanej w nim mojej wypowiedzi. Gazeta podniosła kwestię, że w radach nadzorczych polskich spółek jest bardzo mało kobiet; ja wskazałem na korzyści płynące z udziału kobiet w radzie, lecz wystąpiłem przeciwko kwotom lub parytetom. Podniosłem, że Polski Instytut Dyrektorów prowadzi listę kandydatów na profesjonalnych członków rad nadzorczych, ale kobiet jest na niej niewiele, nie garną się na listę mimo namów.

Autorką listelu jest S., osoba zaprzyjaźniona, doświadczona finansistka z bogatym dorobkiem zawodowym. Poznałem ją przed laty, gdy pracowała w sektorze prywatnym. Przeszła do firmy państwowej, zajmowała w niej kluczowe stanowisko szczebel poniżej zarządu, ostatnio została zwolniona i teraz rozgląda się po rynku. W jej ostatniej firmie bardzo często zmieniają się zarządy, na „ścianie płaczu” zabrakło już miejsca na portrety kolejnych prezesów, każdy kolejny zarząd ciągnie na stanowiska swoich protegowanych, aż w końcu doszło do tego, że S. musiała odejść. Teraz pisze m.in.:

„Parę dni temu znowu przeczytałam w Gazecie Wyborczej o parytetach w radach nadzorczych. Przy okazji zacytowano Twoją opinię, że kobiety w zarządach i radach nadzorczych oczywiście powinny być, ale nie dzięki parytetom. Niestety! Sądzę, że bez parytetów nie uda się wprowadzić do tych organów wielu kobiet. Choćby z tego prostego względu, że oprócz wiedzy i doświadczenia w biznesie potrzebne jest również posiadane doświadczenie w tych organach. Ale jak je zdobyć? I nie przekonuje mnie stwierdzenie, że jeżeli ktoś posiada wiedzę, kompetencje i chęci – to na pewno zostanie wybrany. To nie wystarcza. Wiesz doskonale, że nie wszyscy członkowie organów wybierani są ze względów merytorycznych.

Podano również informację o prowadzeniu listy osób rekomendowanych przez PID do organów nadzorczych, na której jest mało kobiet, ponieważ się nie zgłaszają. Ale chęć zgłoszenia się nie wystarcza, przecież PID oczekuje od takiej osoby przynajmniej jednego absolutorium z tytułu pełnienia funkcji w orgnach spółki. I tak koło się zamyka. Moją opinię potwierdzają doświadczenia innych krajów, które wprowadziły parytety. Udział kobiet w radach nadzorczych wzrósł tam zdecydowanie i niekoniecznie było to związane z obniżeniem jakości zarządzania bądź nadzoru”.

Wywód S., w sumie trafny, wymaga jednak sprostowań. Po pierwsze, nikt nigdy nie twierdził, „że jeżeli ktoś posiada wiedzę, kompetencje i chęci – to na pewno zostanie wybrany”. Po drugie, PID oczekuje nie „przynajmniej jednego absolutorium”, a znacznie więcej. Udział kobiet w radach nadzorczych jest w Polsce bardzo niski, ale w spółkach notowanych na GPW jest w praktyce jeszcze gorzej, niż to pokazuje statystyka, ponieważ niejedna kobieta zasiada w radzie wcale nie z tytułu swoich kwalifikacji, ale jako żona, córka, ciotka lub teściowa głównego akcjonariusza. Pisałem tutaj kiedyś, że obłudnie pomstujemy na nepotyzm w spółkach z udziałem państwa, podniecamy się kłamliwym hasłem „sprywatyzujmy wszystko, nie będzie nepotyzmu!” – nie dostrzegając, że w spółkach giełdowych pleni się familiada.

Proszę wziąć pod uwagę moje obawy przed ustanowieniem kwot, albo parytetu, w zarządach i radach nadzorczych. Po pierwsze, wprowadzenie kwot, względnie parytetu, udziału kobiet w organach spółek będzie oznaczać daleko idącą ingerencję państwa w ustrój spółki publicznej. Ostatnia taka ingerencja, jakże nieudolnie wprowadzony do rad nadzorczych komitet audytu, chociaż podjęta w najlepszych intencjach, obnażyła kompromitującą niekompetencję państwa. Po drugie, postawienie kwoty lub parytetu przed kwalifikacjami usprawiedliwi praktykę powoływania do rad żon, córek, ciotek, a nawet teściowych ważnych akcjonariuszy jako wypełniaczek parytetu. Co wcale nie oznacza, że w polskich radach nadzorczych tylko kobiety bywają skrajnie niekompetentne, zapewne znacznie wyższy jest odsetek mężczyzn żywcem wyjętych z serialu o Kiepskich. Przeto, po trzecie, zacznijmy wymagać kwalifikacji, a problem niedostatku kobiet w radach rozwiąże się samoistnie.

Wymogu kwalifikacji nie wyegzekwuje państwo, które nie potrafi należycie skomponować składu rad nadzorczych w spółkach ze swoim udziałem. Wyegzekwują go akcjonariusze, kiedy nauczą się dbałości o swoje pieniądze. Wyegzekwują go, pociągając do odpowiedzialności święte krowy z rad nadzorczych. Wtedy zrobi się tam miejsce dla należycie wykwalifikowanych, obdarzonych doświadczeniem i rozumem, kobiet i mężczyzn. Lecz do tej pory nie ma o tym mowy, wszak jeszcze żaden członek rady nadzorczej nie został puszczony bez skarpetek z tytułu niedbalstwa w nadzorze.

Czytaj także wcześniejsze wpisy na temat kobiet w radach nadzorczych, doliczyłem się tu dwunastu.

Rada w przeciągu

Skład polskich rad nadzorczych ulega zbyt częstym zmianom. Nazywam to zjawisko efektem drzwi obrotowych: kręcą się, kręcą, ktoś wychodzi z rady, ktoś inny wchodzi, by niebawem wyjść. Brakuje stabilizacji składu rad, zrywa się ciągłość ich prac, co negatywnie rzutuje na ich przydatność i jakość. Często zwołuje się nadzwyczajne walne zgromadzenie z jedynym punktem porządku obrad: zmiana / zmiany w składzie rady nadzorczej, co niewątpliwie rzutuje na koszty działania spółki, a nadto zniechęca akcjonariuszy do udziału w walnych.

Ponadto zjawisko drzwi obrotowych nie służy przejrzystości rynku, ponieważ zmiany w składzie rad nadzorczych najczęściej nie są uzasadniane. Wnioskodawcy nie tłumaczą przyczyn odwołania członka / członków rady, ani nie uzasadniają należycie kandydatur zgłaszanych do rady.

Takie wnioski płyną z regularnych zestawień zmian w składach rad nadzorczych spółek notowanych na GPW ogłaszanych w każdym kolejnym numerze Przeglądu Corporate Governance, kwartalnika PID. Proceder zmian w składzie rad praktykowany jest regularnie przez cały rok, więc ich zestawienia zawsze są obfite ilościowo. Czasem zmiany wynikają z przeobrażeń własnościowych w spółce. Czasem są one następstwem niewłaściwego sprawowania nadzoru, czego manifestacją jest brak absolutorium dla odwołanych członków rady (chociaż brak absolutorium nierzadko wynika z niepojętych przyczyn). Można postawić tezę, że gdyby do rad nadzorczych powoływano właściwe osoby, częstotliwość zmian byłaby mniejsza.

Czy krótkoterminowy członek rady nadzorczej wesprze skutecznie radę w procesie sprawowania przez nią stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności? Czy będzie przydatny w procesie formułowania przez radę oceny sytuacji spółki? Czy zdąży ogarnąć mechanizm zarządzania ryzykiem istotnym dla spółki? Czy wniesie cokolwiek do oceny systemu audytu wewnętrznego? Czy wzbogaci sprawozdawczość spółki? Są to pytania retoryczne.

Polskie prawo, ani dobre praktyki, nie ograniczają czasu członkostwa w radzie, ani liczby kadencji, przez które członek rady może w niej zasiadać. Nie wskazują też dolnej ani górnej granicy wieku członka rady nadzorczej. Bywają przypadki, że członkowie rad pełnią swoją posługę przez kilkanaście lat. Na rynkach o dłuższej historii rekordziści pełnią funkcje w radach nawet przez lat kilkadziesiąt. Nie jest to zjawisko pożądane, ale niełatwo byłoby odgórnie, arbitralnie, wyznaczyć członkom rad termin przydatności do pełnienia funkcji. W Wielkiej Brytanii przyjęto, że w zasadzie nie wybiera się do rady dyrektorów osoby w wieku 70 lub więcej lat, chociaż akcjonariusze mogą postąpić inaczej, jeżeli zostali wyraźnie powiadomieni o wieku kandydata (i jego przymiotach). W Polsce nie grożą nam jeszcze geriatryczne rady nadzorcze, przeciwnie – wybierane są osoby młodsze niż wynika to z potrzeby legitymowania się przez członka rady należytym doświadczeniem zawodowym i życiowym. Naszym problemem jest raczej przeciąg w składzie rad nadzorczych, wprawiający w ruch drzwi obrotowe.

Usprawiedliwienie, czyli fikcja [2002]

Nierzadko łatwiej usprawiedliwić nieobecność na posiedzeniu, niż obecność w radzie nadzorczej.

W regulaminach wielu rad nadzorczych, a nawet w statutach spółek, znajdują się przepisy dotyczące warunków i trybu usprawiedliwiania nieobecności członków rady na jej posiedzeniu. Sprawy te bywają także regulowane uchwałą walnego zgromadzenia określającą wynagrodzenie rady. Niekiedy owe warunki bywają skomplikowane, najczęściej jednak wystarczy, by nieobecny zawiadomił radę o (jakimkolwiek) powodzie swojej nieobecności, a rada zaraz podejmie uchwałę, iż ową nieobecność niniejszym usprawiedliwia. Jakie jest znaczenie takiej czynności?

Niewielkie. Usprawiedliwienie nieobecności nie zwalnia ani z żadnych obowiązków, ani z odpowiedzialności za ich wykonanie. Jest to formalny zabieg porządkowy. Stosuje się go przede wszystkim w spółkach, w których członkowie rady nadzorczej otrzymują wynagrodzenie za udział w pracach rady. Zabawa w usprawiedliwianie nieobecności nie ma sensu w spółkach, w których członkowie rady nadzorczej w ogóle nie otrzymują od spółki wynagrodzenia. Nie ma ona sensu również w spółkach, w których członkowie nie są wynagradzani z tytułu członkostwa w radzie, ale z osobna za udział w każdym jej posiedzeniu, czyli kto nie bierze w nim udziału, traci prawo do wynagrodzenia bez względu na powód absencji. Przejrzystość tej zasady jest doprawdy jedyną zaletą płacenia członkom rady za udział w posiedzeniach (nazywam to wysiadywaniem przez nich wynagrodzeń).

Usprawiedliwienie nieobecności ma tylko takie znaczenie, że uprawnia nieobecnego do wynagrodzenia. Dlatego łatwo uzyskać usprawiedliwienie. Koleżanki i koledzy nieobecnego nie wnikają w przedstawiane im powody nieobecności, nie ważą ich znaczenia. Dzisiaj oni usprawiedliwiają – jutro będą usprawiedliwiani. Dlatego znacznie łatwiej usprawiedliwić nieobecność na posiedzeniu rady, niż uzasadnić swoją obecność w radzie nadzorczej. Na szczęście, kto już został wybrany do rady nadzorczej, nie musi nikomu tłumaczyć, jakimi przymiotami lub umiejętnościami zasłużył na ów wybór.

Lecz czy na członkach rady nadzorczej ciąży obowiązek uczestniczenia w jej pracach? Dawny kodeks handlowy nie dawał podstaw do domniemywania takiego obowiązku. W kodeksie spółek handlowych sprawa wygląda inaczej. Wprowadzono bowiem wymóg kworum na posiedzeniu rady, a także minimalną liczbę posiedzeń, jaką rada obowiązana jest odbyć w ciągu roku. Kworum wynosi co najmniej połowę członków rady, ale statut może przewidywać surowsze wymagania. Minimalna liczba posiedzeń wynosi trzy w roku obrotowym, lecz skoro rada powinna być zwoływana w miarę potrzeb – owe potrzeby mogą przecież sprawić, że rada będzie zwoływana częściej. Skłaniam się przeto ku twierdzeniu, że w świetle współczesnego polskiego prawa spółek z członkostwem w radzie nadzorczej wiąże się obowiązek uczestniczenia w jej pracach, więc także w posiedzeniach.

Nie jest to jedyny obowiązek ciążący na członku rady, ale najbardziej wymierny. Jak bowiem stwierdzić, czy dany członek rady przykłada się do pracy, czy wnosi wartość do rady, do spółki? O wiele łatwiej ustalić, czy uczestniczy on w posiedzeniach rady. Usprawiedliwienie nieobecności nie rozgrzesza z tego obowiązku, a tylko daje formalną podkładkę dla księgowej, by wypłaciła wynagrodzenie.

W wielu krajach z członkostwem w radzie nadzorczej nie wiąże się obowiązek uczestniczenia w jej posiedzeniach. Wychodzi się tam bowiem z założenia, że od członków organów spółek nie należy oczekiwać nazbyt wiele. Jest to cyniczny realizm. Za to w Polsce praktykuje się naiwny idealizm. Różnica polega na tym, że u nas sprawą uczestnictwa członków rady w jej posiedzeniach zajmuje się pobieżnie sama rada, czyli koleżanki i koledzy, tam natomiast – walne zgromadzenie, czyli akcjonariusze.

Dla spółki lepiej, by sprawą frekwencji członków rady zajmowało się walne zgromadzenie. Najczęściej to właśnie ono powołuje i odwołuje członków rady, oraz ustala ich wynagrodzenie; wyłącznie ono udziela im absolutorium. Informacja dla akcjonariuszy o frekwencji na posiedzeniach rady nadzorczej powinna znaleźć się w raporcie rocznym spółki. W języku angielskim nosi ona nazwę „attendance record”.

Nie ma potrzeby, by rada nadzorcza sama składała takie sprawozdanie; lepiej niech zajmie się ona przygotowaniem własnej, czyli niezależnej od zarządu, oceny sytuacji spółki. Przedstawienie „attendance record” rady nadzorczej można z powodzeniem powierzyć zarządowi. Walne zgromadzenie powinno wziąć pod uwagę treść takiej informacji zanim podejmie uchwały o udzieleniu poszczególnym członkom rady nadzorczej absolutorium (czyli, teoretycznie, o zwolnieniu ich z odpowiedzialności). Jeżeli akcjonariusze dbają o swój interes, nie udzielą absolutorium członkowi rady, który nie brał udziału w jej pracach.

Tekst ogłoszony 16 września 2002 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Zawodowcy [2001]

Tylko kwalifikacje pozwolą członkom rady unieść ciążącą na nich odpowiedzialność!

1 stycznia wszedł w życie kodeks spółek handlowych. W myśl przepisów dotyczących spółek kapitałowych (akcyjnej i z o.o.), członek zarządu, rady nadzorczej oraz likwidator powinien przy wykonywaniu swoich obowiązków dołożyć staranności wynikającej z zawodowego charakteru swojej działalności. Od tego kręgu osób uchylony już kodeks handlowy wymagał dołożenia „staranności sumiennego kupca”. Na czym polega zmiana? Czy tylko na zastąpieniu archaicznego już sformułowania bardziej współczesnym brzmieniem? Czy także na podniesieniu – względnie na obniżeniu – wymogu staranności? Czy w związku z tym zmienia się próg odpowiedzialności członków zarządu i rady (oraz likwidatorów)?

„Sumienny kupiec” jako miernik staranności nie był pustym pojęciem w 1934 r., kiedy kodeks handlowy został ustanowiony. Współcześnie nie znaczy nic. Po wojnie „kupiec” zniknął z życia gospodarczego, nawet z żywego języka (sensację budził Marek Sobolewski, profesor prawa UJ, który w ankietach przekornie deklarował pochodzenie
„kupieckie”). Przetrwała za to „przekupka”. Wcale nie wszyscy zdają sobie sprawę, że nic jej z kupcem nie łączy. Co cechuje „sumiennego kupca”, nie wyjaśniono w przepisach, orzecznictwie ani piśmiennictwie. Wszyscy zgadzają się jednak z poglądem, że objęcie stanowiska w zarządzie lub radzie nadzorczej spółki, mimo braku wykształcenia lub wiadomości potrzebnych do jego pełnienia, już jest naruszeniem wymaganej staranności.

Miernik staranności w postaci zawodowego charakteru działalności trafił do prawa spółek z kodeksu cywilnego. Jest on mniej subiektywny, niż dawny kanon „sumiennego kupca”. Historyczny już kodeks handlowy był krokiem w stronę kodyfikacji systemu prawnego państwa, w którym zrazu obowiązywały odmienne prawa państw obcych. Na ziemiach dawnych zaborów panowały też różne zwyczaje, a także różne kultury kupieckie. Łatwiej scalić prawo, niż kulturę. Stąd staranność sumiennego kupca można było relatywizować. Skala sięgała przecież od Poznania po Kołomyję i Baranowicze…

Nowy miernik staranności zastępuje pierwiastek lokalny – globalnym. Od członka zarządu wymaga się zawodowstwa, a kanon zawodowstwa jest identyczny, lub bardzo zbliżony, na wszystkich kontynentach. Jak wzorzec metra znajduje się w Sevres, tak wzorzec menedżera jest dzisiaj wykuwany po drugiej stronie Paryża: w Fontainebleau, siedzibie INSEAD, słynnego instytutu kształcącego kadrę kierowniczą. Coraz częściej także kadrę polską.

Kodeks spółek handlowych podnosi kryterium staranności, a jednocześnie obniża próg odpowiedzialności członków zarządów i rad oraz likwidatorów. Wymaga się od nich obecnie kwalifikacji zbliżonych do tych, jakie reprezentują członkowie zarządów i rad w innych wysoko rozwiniętych krajach. Kto z nich nie dołoży staranności wynikającej z owych wysokich kwalifikacji, jakich się teraz po nich oczekuje – może ponieść odpowiedzialność.

O prawdziwych zawodowców łatwiej w zarządach polskich spółek. W radach nadzorczych częściej spotyka się amatorów. To właśnie amatorzy bywają wybierani do rad przez pracowników. To amatorów promuje Skarb Państwa, opowiadając się za obsadzaniem stanowisk w radach nadzorczych przez politycznych stronników. Ostatnio do rad często bywają wybierani młodzi absolwenci i studenci. Niektórzy mają całkiem wysokie kwalifikacje, lecz w przypadku wyrządzenia spółce szkody spowodowanej brakiem staranności rasowego zawodowca nie będą oni w stanie unieść ciężaru odpowiedzialności. Ich majątku nie wystarczy przecież na zadośćuczynienie! Ale na wiarygodność majątkową członka rady nadzorczej nikt już nie zwraca uwagi.

Kryteria zawodowstwa w radach nadzorczych już są, chociaż zawodu członka rady nie ma. Do rad nadzorczych bywają czasem wybierane osoby przypadkowe, bez pełnych kwalifikacji. Rady są przy tym jak drzwi obrotowe: ktoś wchodzi, ktoś wychodzi nie doczekawszy do końca kadencji – i tak w kółko. Odpowiedzialność ciążąca na członkach rad nadzorczych przemawia za powierzaniem tych obowiązków profesjonalistom. Przemawia ona też za tym, by składów rad nadzorczych nie zmieniać bez potrzeby. Uważam, że Skarb Państwa powinien w większym niż dotychczas stopniu obsadzać swoją pulę miejsc w radach w drodze konkursów. Pozwoli to oczyścić atmosferę wokół resortu. Pozwoli to także powściągnąć alotaż – rozbuchaną praktykę wspierania kandydatów politycznie bliskich domowi panującemu, ale niekompetentnych.

Im wyższych kwalifikacji wymagamy od członków zarządów i rad nadzorczych, im większą nakładamy na nich odpowiedzialność – tym bardziej przemyślane powinny być decyzje o udzielaniu im absolutorium. Czas wreszcie skończyć z praktyką automatycznego kwitowania członków organów spółki, bez należytego rozeznania konsekwencji uchwał w tym przedmiocie.

Tekst ogłoszony 8 stycznia 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2006.03.13 Profesjonaliści

Oblężenie Czestochowy [2000]

Reputację spółki kreują nie tylko wyniki. Liczy się także jej środowisko, akcjonariat, styl działania. Klasa!

Doszło do szturmu na kasy Banku Częstochowa. Panikę wywołała cytowana przez prasę wypowiedź (anonimowa, ale przypisana członkowi rady banku), że bank przestanie istnieć jeszcze przed końcem roku. Jest to perfidna i zdradziecka plotka, ale spółek o wzorowej reputacji takie plotki nie imają się. Bankowi plotka szkodzi, gdyż jego reputacja była już nadwątlona. Nie chodzi tu jedynie nie wyniki, chociaż wcale nie jest bez znaczenia, że bank ponosi straty. Liczy się także klasa prezentowana przez organy banku i jego akcjonariat. Liczy się wreszcie opinia o otoczeniu banku. W tym przypadku – liczy się na minus.

W telewizji pokazano tłum przed siedzibą Banku Częstochowa. Trudno oprzeć się skojarzeniu z obrazem klienteli tzw. kasy Lecha Grobelnego. Ale porównania kończą się na reporterskiej migawce. Tam mieliśmy przecież do czynienia z nieogolonym aferzystą w brudnym podkoszulku. Tutaj – ze spółką publiczną. Notowaną na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Działającą pod okiem Komisji Papierów Wartościowych i Giełd. Z bankiem. Działającym pod okiem Komisji Nadzoru Bankowego. Pod opiekuńczym skrzydłem Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. To powinno zmienić postać rzeczy, skoro wymienione instytucje są najbardziej dorodnymi owocami przeobrażeń lat dziewięćdziesiątych. Lecz jak przekonać o tym spanikowaną klientelę banku?

Do paniki dochodzi nie wtedy, kiedy ludzie stadnie tracą rozum, lecz wtedy, kiedy odzyskują go, uświadamiając sobie, co zrobili. Z końcem maja wybuchła panika w Rumunii, kiedy tłumy runęły na kasy Narodowego Funduszu Inwestycyjnego (FNI) – piramidy, której milion osób powierzył oszczędności na obiecane 200 % p.a. Gdy fundusz zawiesił wypłaty, tłumy runęły na banki. W Albanii upadek piramid wywołał wojnę domową. Bank Częstochowa nie ma (powtarzam: nie ma!) niczego wspólnego z jakąkolwiek oszukańczą piramidą, lecz atmosfera w Polsce przypomina tę z Rumunii i Albanii. W społeczeństwie tli się przeświadczenie, że skoro do tej pory upadło tak wiele banków i towarzystw ubezpieczeniowych, to i następne mogą łatwo upaść. Zresztą – jednego dnia można przeczytać w gazetach o Banku Staropolskim, sprawie FOZZ, zdrowiu prezesa Westy, procesie byłego senatora, który nacinał ludzi na Prywatną Kasę Lokacyjną, radosnej działalności inwestora oskarżonego o działalność na szkodę Banku Handlowo-Kredytowego, Polskiej Grupie Kapitałowej Kredyt, marnotrawstwie w kasach chorych, aferze korupcyjnej w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach. Na tym tle wzeszła jeszcze sprawa siedziby Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Dość!

Bankowi Częstochowa nie pomagają też spory w gronie akcjonariatu, a nawet jego struktura. W oczach znacznej części klienteli bank utożsamiany jest (niekoniecznie słusznie) z miejscową hutą, która ma kłopoty – jak wiele innych hut. Wiadomo, że z inwestycji w akcje Banku Częstochowa rezygnowały inne, większe banki. Za to wspominano o jednym z wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, inwestorze dość kontrowersyjnym, który w dodatku planował przeniesienie banku do Łodzi.

Bankowi zaszkodziły i niekorzystna atmosfera w kraju, i brak jasności wokół akcjonariatu, lecz nie jest też bez znaczenia, co w banku wyczyniano. Zawieszono prezes banku, kierującą nim od początku, przez wiele lat. O co poszło – do dzisiaj nie wiemy. Bank woli słać do prasy sprostowania, niż samemu cokolwiek ujawnić. Zmieniono zarząd banku, a połowie dawnego zarządu odmówiono absolutorium. O co poszło? W lipcu „Rada Banku podjęła uchwałę w sprawie złożenia zawiadomienia do prokuratury w związku z uzasadnionym podejrzeniem popełnienia przestępstwa przez członków Zarządu Banku”. Sprawy nie wyjaśniono. Może nawet rada miała rację, ale postępowała nad wyraz nieudolnie, kreując wokół banku otoczkę niedomówień i pomówień.

W tej sytuacji fatalna wypowiedź anonimowego członka rady to tylko kamyk, który wyzwolił lawinę. Wypowiadanie się w imieniu spółki jest zresztą domeną zarządu. Klitusie bajdusie z rady powinni siedzieć cicho. Nie ustalono, który z nich zawinił, więc walne zgromadzenie wymieniło aż sześcioro członków rady. Zaś co potrafi zarząd – zobaczyliśmy, kiedy wybuchł kryzys. Nie udzielano informacji. Na walne zgromadzenie nie dopuszczono prasy. Jedna ze stacji telewizyjnych przeprowadziła sprzed siedziby banku ciekawy program za żywo. Mówiono w nim głównie o tym, że prezes banku odmówił wzięcia udziału w programie i udzielenia wyjaśnień. Pisałem już w tym miejscu: rzetelna informacja buduje wizerunek spółki, wizerunek – reputację, reputacja – wartość. Na niekorzystny wizerunek w oczach rzesz depozytariuszy bank zapracował solidnie.

Tekst ogłoszony 18 grudnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Rotacja [2000]

Zmiany w radach nadzorczych, związane z upływem kadencji, są naturalne, nawet pożądane!

Rada nadzorcza BRE Banku SA liczy obecnie 12 członków. Na miesiąc przed terminem walnego zgromadzenia bank wydał ciekawy komunikat. Znalazły się w nim nazwiska sześciu członków rady, którzy „zgłosili rezygnację z zamiaru kandydowania na następną kadencję” w radzie banku. O powodach „rezygnacji z zamiaru” można plotkować bez końca. Ktoś przepracował w radzie 10 lat i ustępuje krzesła. Ktoś wszedł do rady banku jako wpływowy prezes znaczącej firmy, lecz stracił posadę. Ktoś nadal jest prezesem, lecz jego firma traci na znaczeniu, upycha aktywa córkom i niezadługo upadnie. Ktoś jest prezesem jedynie w wymiarze wirtualnym, na użytek biogramu w bankowej witrynie www. Lecz liczy się co innego. Po pierwsze, zmiany w radzie nastąpią w rytmie kadencji, co jest praktyką rzadką, acz wielce pożądaną. Po drugie, ujawniona z wyprzedzeniem „rezygnacja z zamiaru kandydowania na następną kadencję” ułatwi przeprowadzenie zmian w radzie w sposób płynny.

Ustawodawca wyznaczył kadencje organów spółki, by przeciwdziałać zarówno zbyt częstym zmianom w ich składach, jak brakowi pożądanych zmian. Ubolewałem w tym miejscu, że polskie rady nadzorcze są jak drzwi obrotowe. Stale ktoś do nich wchodzi, ktoś wychodzi. Kadencyjność rad stała się fikcją. Zbyt częste zmiany w radzie rozmywają jej odpowiedzialność, czyli źle służą spółce. Brak zmian prowadzi do uśpienia rady, pozbawia ją impulsów do działania. Natomiast zmiany w radzie, związane z upływem kadencji, są naturalne, właściwe. Nie przynoszą one żadnej ujmy tym członkom rady nadzorczej, którzy zostali z niej wyrotowani, jeżeli otrzymują skwitowanie.

Chociaż zmiany w składach rad nadzorczych dokonywane są często (zapewne nazbyt często), wciąż nie jesteśmy z nimi wystarczająco obyci. Odwołujący i odwoływani niekiedy postępują bardzo nieobyczajnie. Odwołujący grzeszą, do ostatniej chwili ukrywając, nie tylko przed postronnymi, lecz także przed zainteresowanymi, kogo planują odwołać. Odwoływani grzeszą, kiedy komentują odwołanie. Jest to nieeleganckie. Wszak nie protestowali, kiedy wchodzili do rady, więc niech nie protestują, kiedy wychodzą z niej. Ruchem w radzie nadzorczej kierują wyłącznie akcjonariusze. Apelowanie od ich postanowień do trybunału opinii jest zawsze nieskuteczne, a może szkodzić spółce, godzić w jej dobre imię.

Zapamiętałem żenującą scenę. Ze składu rady nadzorczej jednej ze spółek giełdowych odwołano kilku weteranów, w tym przewodniczącego. W swoim przemówieniu pożegnalnym, zresztą zupełnie zbytecznym, przewodniczący (już były) zaryzykował sugestię, że to zapowiedź zmian w radzie nadzorczej spowodowała poprzedniego dnia spadek notowań spółki. Było to nadużycie, bowiem kurs akcji spółki spadał właściwie „od zawsze”. Zmiany w radzie, aczkolwiek korzystne dla interesów spółki i jej akcjonariatu, do dzisiaj nie odwróciły tej niekorzystnej tendencji. Giełdy wstrzemięźliwie reagują na zmiany w radach nadzorczych, ponieważ nadzór rzadko kreuje wartość spółki.

Zapamiętałem także inną scenę. Przewodniczyłem obradom walnego zgromadzenia jednego z NFI. Skarb Państwa, który dotychczas samodzielnie ustanawiał radę, stracił to uprawnienie wraz z wejściem funduszy na giełdę. Zaproponował przeto odwołanie pięciu spośród siedmiu członków rady. Przedstawiciel Skarbu Państwa, młody człowiek, przedłożył mi ich nazwiska spisane dziecinnym pismem na kartce z zeszytu w kratkę. Wniosek nie wywołał kontrowersji i przeszedł ogromną większością. Członkowie rady spodziewali się zmian w składzie tego organu, ale nikt z nich nie wiedział, na kogo padnie los. Ktoś poczuł się dotknięty nie tyle odwołaniem, co kartką z zeszytu w kratkę i charakterem pisma na tej kartce. Później, przy lampce wina, orędowałem za tym, by w imię kurtuazji odpowiednio wcześniej informować osoby obejmowane wnioskami o odwołanie. Lecz wyjaśniano mi, że nie uprzedza się zainteresowanych, by nie usiłowali wpłynąć różnymi środkami na zmianę decyzji resortu. Widocznie były takie próby…

Skoro zmiany w radzie są konieczne, w interesie każdej spółki leży, by dokonywać ich bezkonfliktowo. W radzie BRE Banku dojdzie do różnorodnych zmian. Starszych zastąpią młodsi. W ramach procesu „commerzializacji” zapewne zwiększy się w radzie liczba przedstawicieli dominującego inwestora. Wiele wskazuje, że zmiany zostaną przeprowadzone w sposób cywilizowany, z namysłem, bez pośpiechu. Nie dokonywano ich pochopnie w odpowiedzi na bieżące wydarzenia, jak zmiany personalne w innych spółkach, oraz liczne zmiany wokół banku. Nie zdziwi mnie, jeżeli nowi członkowie rady przepracują w niej całą kadencję. BRE demonstruje spore przywiązanie do przestrzegania standardów porządku korporacyjnego.

Tekst został ogłoszony 8 maja 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka