Archiwa tagu: Akcjonariat Obywatelski

Smutny powrót w Aleję Akcjonariuszy: rynku mamy dzisiaj w Polsce mniej niż przed laty!

  • Performance akcjonariuszy Elektrimu na ulicach Warszawy: nie doszło do ekscesów, więc większość mediów nie poświęciła zjawisku należnej mu uwagi;   
  • Czy akcjonariuszy Elektrimu chwalić za wytrwałość i nadzieję, czy ganić za lekkomyślność, z jaka wnosili pieniądze do spółki niegodnej zaufania?                    
  • Przed kilkunastu laty biadałem nad trudnym losem akcjonariuszy na polskim rynku, wzywałem do zawarcia umowy społecznej z biznesem;                                   
  • Dzisiaj jest jeszcze gorzej.                                                                    

Na podstawie zapowiedzi w mediach społecznościowych można było oczekiwać wydarzenia nieco większej skali. Ostatecznie w marszu akcjonariuszy Elektrimu wzięło udział ok. 150 osób. Nie rzucali mutrami, nie palili opon, więc nie wywołali większego zainteresowania mediów; świadczy to dobrze o akcjonariuszach i bardzo źle o mediach, które w większości przegapiły wydarzenie wzbogacające obyczajowość polskiego rynku kapitałowego. Pochwały należą się turzędnikom kancelarii prezydenta i premiera, którzy przyjęli od demonstrujących petycje dotyczące ochrony praw akcjonariuszy. Marcel Zatoński z Pulsu Biznesu podsumował wydarzenie na Twitterze: „To chyba jest ten akcjonariat obywatelski :)” Rozgoryczeni posiadacze akcji dawnego cesarza spekulacji domagali się powrotu spółki na giełdę, żądali „STOP giełdowym oszustwom!”, biadali „Z Elektrimu wyparowały miliardy pod nadzorem KNF i GPW”. Nic to, że GPW nie nadzoruje spółek, a miliony znikały na długo przed powstaniem KNF…

Elektrim miał na giełdzie dobre chwile, akcje drożały w oczach, lecz to, co działo się w firmie musiało budzić niepokój. Nie darzyłem tej spółki sympatią, w 2002 roku wróżyłem jej marny koniec. Rozszyfrujmy tytuł artykułu „ELE mele dutki”: ELE to kod giełdowy Elektrimu, mele to synteza komunikacji spółki z otoczeniem, a dutki – wiadomo, zniknęły. Niemniej grono niepoprawnych entuzjastów nabyło akcje spółki i zatrzymało je, gdy spółka schodziła z giełdy. Nie jestem zdecydowany, czy powinniśmy chwalić optymistów za wytrwałość i nadzieję na sukces w sporze z Zygmuntem Solorzem, czy ganić ich lekkomyślność. Lecz wiem, że to lekkomyślni optymiści dają rynkowi napęd. Oraz, że inwestorom przysługują określone prawa.

Przed laty inwestorzy nie organizowali ulicznych marszów w obronie swoich praw. Niemniej w 2003 roku wykreowałem alegorię takiej sytuacji („W Alei Akcjonariuszy”). Już wówczas można było zauważyć, że polskie spółki zaczynają poważnie traktować swoje powinności wobec społeczeństwa. I już wówczas rzucało się w oczy, że społeczeństwo jeszcze nie dostrzega swoich powinności wobec spółek, wobec rynku kapitałowego, wobec gospodarki. Przez krótką chwilę rozbłysła nad rynkiem jutrzenka Akcjonariatu Obywatelskiego: rząd miał uczciwie prywatyzować gospodarkę, społeczeństwo miało uzyskać bezpośredni dostęp do dobrodziejstw rynku kapitałowego, inwestować w akcje prywatyzowanych przedsiębiorstw, bogacić się. Nie była to utopia: proces prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych został z powodzeniem przeprowadzony w Wielkiej Brytanii pod rządami Margaret Thatcher (jakże brakuje dzisiejszym brytyjskim „politykom” charakteru i rozumu Żelaznej Damy!). W akcje przedsiębiorstw komunikacyjnych i firm użyteczności publicznej z sukcesem inwestowały miliony Brytyjczyków, a ich dobrobyt niepomiernie wzrósł. Niestety, nasz rząd przestraszył się utraty kontroli nad firmami, w których mógł obsadzać stanowiska swoimi stronnikami. Thatcher wygrywała wybory, ponieważ dbała o wyborców, nie popleczników.

W Polsce nie było tak łatwo. Prywatyzacja miała wielu wrogów. Jesteśmy społeczeństwem podatnym na populizm, więc szybko zrobiły karierę oszukańcze slogany o „złodziejskiej prywatyzacji”, „liberałach aferałach”, „wyprzedaży za bezcen majątku narodowego”. Opinią społeczna zawładnęli nieudacznicy, pozbawieni elementarnej wiedzy o gospodarce. To zjawisko trwa do dzisiaj. Opinia społeczna nie protestowała, gdy rząd lekką ręką przepłacał setki milionów za odzyskanie kolejek linowych. Nie ma żadnych argumentów na poparcie tezy, że rząd powinien administrować kolejką na Górę Parkową, na Gubałówkę lub Kasprowy Wierch. Rząd, który nikczemnie zaniedbał obronę narodową, zlekceważył politykę zagraniczną, ochronę zdrowia, zdeformował oświatę, miałby być akurat na tym polu lepszym gospodarzem niż prywatny właściciel?

Zapędy do wywyższania własności państwa nad własność prywatną tłumią energię rynku. Mamy go coraz mniej. Jest wprawdzie ministerstwo mające zająć się przedsiębiorczością, lecz nie przynosi ono rynkowi żadnych korzyści. Kiedy jeszcze powołają Ministerstwo Inicjatywy Prywatnej, trzeba będzie zamknąć rynek, zgasić światło i ogłosić sukces.

Czytaj także:

2002.09.24 ELE mele dutki

2003.10.20 W Alei Akcjonariuszy

 

 

 

 

Między cedułą a kulturą

Narodziny warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych (XXV-lecie za pasem!) przyjmowano jako błahą ciekawostkę. Uwagę mediów przykuły czerwone szelki maklerów drużyny Igora Chalupca w scenerii dawnego Komitetu Centralnego. Zlecenia złożone na pierwszą sesję 12 kwietnia 1991 roku kojarzono na pożyczonych komputerach, notowano akcje pięciu spółek, obrót wyniósł 2.000 złotych (20 milionów sprzed denominacji). Lecz było to wydarzenie historyczne; z dzisiejszej perspektywy widać, że wcześniej nie było w Polsce, ani za ziemiach polskich, prawdziwego rynku i prawdziwej giełdy. Dzisiaj mamy i jedno, i drugie.

GPW powstała jako platforma prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Z tej roli wywiązała się chwalebnie. Nie tylko sprzedano poprzez giełdę papiery licznych spółek, ale – co najważniejsze! – osiągnięto wysokie standardy procesu prywatyzacji. Transakcje były przejrzyste. Wzbudziły zainteresowanie rynkiem kapitałowym. Przysporzyły mu zaufania inwestorów krajowych i zagranicznych. Nie obyło się bez lamentów nad wyprzedażą majątku narodowego za niewielki ułamek wartości. Krytykom często chodziło o wartość domniemaną, bezkrytycznie pomnożoną przez emocje, natomiast giełdowe wyceny, kreowane grą podaży i popytu, są liczone w prawdziwych pieniądzach.

Z czasem proces prywatyzacji wyhamował, przygasło też zaufanie do państwa jako wspólnika, bo mimo wyzbywania się własności nie wyzbywało się ono wszechwładztwa nad upublicznianymi spółkami. Dysponując nierzadko udziałem rzędu 30%, Skarb Państwa dzieli i rządzi jak gdyby miał w portfelu po 330% udziału w sprzedanych już spółkach. Lecz nie można winić za to giełdy, która sama mocno ucierpiała, wiążąc swój wizerunek z zapóźnioną, nieudaną akcją Akcjonariatu Obywatelskiego, poległą gdzieś na dnie szybów Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Zresztą i GPW, będąca tytularnie spółką publiczną notowaną na własnym parkiecie, jest powszechnie uznawana w świecie za instytucję państwową, co wydatnie utrudniało jej ekspansję.

Z czasem na plan pierwszy wyszła inna funkcja giełdy jako platformy pozyskiwania kapitału przez spółki prywatne, ambitne, innowacyjne, także zagraniczne. W miarę, jak kurczyć się będą obroty walorami spółek surowcowych i energetycznych (ostatnio angażujących się w kontrowersyjne przedsięwzięcia inwestycyjne), a także instytucji finansowych, zwiększy się udział w obrotach, a więc także w indeksach, spółek od zawsze prywatnych. Należy to wziąć pod uwagę w procesie budowy strategii rozwoju polskiego rynku kapitałowego, nowej Agendy Warsaw City 2020 (a może 2025?).

Wielkie giełdy słyną z wielkich afer. Warszawska jeszcze do wielkiej afery nie dorosła. Owszem, w ćwierćwieczu nie brakło przekrętów, ale za żaden z nich nie można winić giełdy. Wszędzie wokół parkietów kręcą się aferzyści, rodzimi i zagraniczni. „Dezyderata” śpiewana w krakowskiej Piwnicy Pod Baranami zaleca ostrożność w interesach, bowiem dokoła pełno jest oszustwa. W kabarecie zwanym polityką populiści plotą o kasynie, ignoranci o ruletce. Przekładając mowę kabaretów na język rynku kapitałowego należy dostrzegać ryzyko czające się na giełdach, gdzie pieniądze płyną z rak do rąk, aż wpływają we właściwe ręce. Lecz warto mieć na uwadze, że warszawska giełda tylko raz – raz jeden w całym ćwierćwieczu ! – dała pożywkę prasie sensacyjnej. Chodziło, przypomnę, o sprawę związaną z niedochowaniem standardu dobrych obyczajów w działalności biznesowej, gdzie obowiązują wymogi nieporównanie wyższe niż w polityce.

Przez lata rodzima polityka trzymała się daleko od parkietu. Politycy wstydzili się przyznać, że nie rozumieją mechanizmów giełdy. Nieodżałowany Krzysztof A. Lis, architekt polskiego rynku kapitałowego, powiadał że swoista autonomia warszawskiej giełdy od rozgrywek politycznych jest zasługą opieki, jaką nad tą instytucją roztacza Najświętsza Panienka. Wkrótce po wypadku, w którym zginął, Panienka wyjechała na wakacje, więc politycy od czasu do czasu przecież dobierają się do giełdy lub do jej otoczenia (pamiętny rajd Jana Rostowskiego na Otwarte Fundusze Emerytalne), z czego nic dobrego nie wynika.

Rynek jest żywiołem. Warszawska giełda dąży do poddania go rygorom dobrych obyczajów. Służą temu przyjmowane przez nią, systematycznie od kilkunastu lat, dobre praktyki spółek notowanych na GPW. Ich najnowsza redakcja weszła w życie 1 stycznia 2016 r. Dobre praktyki nie mają mocy obowiązującej, nie niosą z sobą nakazów i zakazów, a na ich straży nie stoi państwo ze swoimi organami i sankcjami. Wyrażają one wartości godne ochrony i promocji, wypracowane z udziałem rynku i zalecone mu przez giełdę. Zawierają wskazówki postępowania spółek giełdowych, służące rynkowi do ich oceny, a międzynarodowym inwestorom do oceny rynku. Od ich dobrowolnego stosowania przybywa zaufania, na którym opiera się gospodarka.

Warszawską giełdę można oceniać według rozlicznych kryteriów, biorąc pod uwagę jej wkład w rozwój rynku, liczbę notowanych spółek, ich kapitalizację, obroty, wielkość kapitału pozyskanego dzięki giełdzie przez notowane na niej spółki, innowacyjność i różnorodność oferowanych produktów i usług. Nie należy jednak zapominać o kulturotwórczej woli GPW, o jej zaangażowaniu w budowę systemu wartości służących rozwojowi gospodarczemu i etycznemu Polski, o roli giełdy w krzewieniu dobrych obyczajów handlowych oraz kultury i czystości obrotu. Przed dwudziestu pięciu laty nikt nie śmiał oczekiwać, że otrzymamy od giełdy aż tyle.

Tekst ogłoszony 2 kwietnia 2016 r. w dzienniku Parkiet

Spółki pod trzema dopustami

Nawet w spółce z udziałem Skarbu Państwa akcjonariusz ma prawa, w tym prawo do udziału w zysku. Gdyby nie Mateusz Morawiecki, nie przypominałbym tej oczywistości. Niestety, wicepremier do spraw rozwoju, jeszcze do niedawna prezes banku, nie rozumie natury spółki akcyjnej. Gotów jest dzielić akcjonariuszy na „już bogatych”, którym z racji ich bogactwa należy się mniej, albo w ogóle nic, oraz pozostałych, o których nie wiadomo, czy im się należy cokolwiek, ponieważ państwo ma swoje potrzeby, a te wydatnie rosną.

Wicepremier montuje projekt inwestycyjny, na który brakuje środków. Ma on kosztować równy bilion złotych. Państwo nie ma swoich pieniędzy, wydaje wyłącznie nasze, więc teraz trapi się, jak nam aż tyle zabrać. Od podatników aż tyle nie zbierze, chociaż wprowadza wiele nowych danin. Wprawdzie są jeszcze spółki Skarbu Państwa, ale wiele z nich przynosi same straty. Natomiast niektóre spółki z udziałem Skarbu Państwa wypracowują jeszcze spore zyski. Szkopuł polega na tym, że reszta akcjonariatu pragnie uczestniczyć w owych zyskach. Zamiast wypłacić im należny udział, państwo planuje zabrać te pieniądze, wydać na inwestycje – i zapewne zmarnotrawić. Jak mawiał Ronald Reagan, państwo nie rozwiązuje żadnych problemów, ono je tylko dofinansowuje. Z cudzych kieszeni.

Notowany na warszawskiej giełdzie Bank Zachodni WBK przez lata wypłacał dywidendy, zaś prezes Mateusz Morawiecki znosił to cierpliwie. Lecz bank jest w pełni prywatny, nie ma w nim Skarbu Państwa. Rząd obłoży go teraz podatkiem ze szkodą dla inwestorów, nie tylko zagranicznych, także polskich. Zapowiedź wicepremiera zmierza natomiast ku temu, by w zyskach spółek z udziałem Skarbu Państwa nie partycypowali pozostali akcjonariusze. Te pieniądze powinny wspierać „interesy państwa”. W radiowej Trujce wicepremier mówił, że akcjonariuszami spółek z udziałem państwa są „już bogate” fundusze emerytalne z różnych krajów, banki, fundusze inwestycyjne lub powiernicze. Dodam, że rodzime fundusze emerytalne nie są „już bogate”, bo rząd Platformy pozbawił je znacznej części aktywów. Lecz to nie powód do gadania głupot przez ministra następnego rządu. Odczekałem kilka dni, aż ugryzie się on w język i sprostuje fatalną wypowiedź. Nic takiego nie nastąpiło. Wstyd.

Najpierw Skarb Państwa upubliczniał spółki, później niektóre z nich obłożył wysokimi podatkami, innym narzucił kupowanie trupów w postaci kopalń fedrujących straty, a teraz w pozostałych chce głodzić inwestorów. Chodzi nie tylko o kapitał zagraniczny inwestujący na polskim rynku z potępianej dzisiaj chęci zysku, także o rodzimy akcjonariat nazwany „obywatelskim”, wystawiony do wiatru przez kolejne rządy. Kapitał zagraniczny zapewne odpłynie ze spółek z udziałem Skarbu Państwa, kapitał obywatelski także powinien zastanowić się, czy inwestować tam, gdzie będzie oszukiwany. Wprawdzie polskie prawo przewiduje, że w spółce kapitałowej wszyscy akcjonariusze powinni być jednakowo traktowani w takich samych okolicznościach, lecz rządzący i tak robią swoje.

Zdaniem Morawieckiego, konieczność większego dzielenia się przez spółki ich zyskami z państwem najlepiej widać w przypadku spółek energetycznych. Tak jest! Zyski tych spółek zapewne znikną w Czarnej Dziurze, czyli w górnictwie węgla kamiennego. Utrzymanie górnictwa zostało uznane za priorytet wspomnianego „interesu państwa”. Bierni akcjonariusze nie podejmą walki o rekompensatę w postaci dywidendy wyrównawczej. Wobec tego brak poszanowania interesu akcjonariuszy zapewne doprowadzi do odpływu kapitału ze spółek z udziałem Skarbu Państwa.

Nie ma potrzeby przypominania tutaj, jak Skarb Państwa blokował wypłatę dywidendy z zysku PZU, by dokuczyć uwierającemu go inwestorowi mniejszościowemu. Sprawa została po latach osądzona przez Sąd Najwyższy. Lecz wtedy PZU SA osiągała spore zyski, dzisiaj – uwikłana w repolonizację banków, sponiewierana podatkiem – znalazła się w innej sytuacji. Zresztą nie tylko podatki i wymuszone przez rząd decyzje inwestycyjne stały się dopustami trapiącymi spółki z udziałem Skarbu Państwa i odzierającymi je z możliwości osiągania wyższych zysków. Dopustem trzecim są nonszalanckie zmiany rad nadzorczych i zarządów, czyli wymiana piastunów tych spółek na miernych, ale posłusznych. Warto zdać sobie sprawę, do czego to doprowadzi. Obiecywany bilion rozpływa się we mgle.

Czytaj także:
2013.05 15 Państwo (norweskie) akcjonariuszem
2013.05.23 Parcie na dywidendę

UWAGA! Wysokie ryzyko!

Rynek kapitałowy darzony zaufaniem. Giełda miejscem bezpiecznych inwestycji długoterminowych. Portfele akcji przechodzące z pokolenia na pokolenie. Wizja to mało realna, lecz politycznie poprawna. Zarysowała ją prof. Małgorzata Zaleska obejmując stanowisko prezesa warszawskiej giełdy. Środowisko corporate governance powinno okazać jej przychylność.

Twórca warszawskiej giełdy Wiesław Rozłucki nie omieszkał wspomnieć, że prof. Zaleska ma poważne doświadczenie w bankowości (więc nie na rynku kapitałowym). Oraz, że prezes giełdy sprawdza się dopiero w sytuacjach naprawdę krytycznych, a on takich przeżył kilka. Zmiana prezesa giełdy jest także sytuacją krytyczną, jeżeli dochodzi do niej w innych okolicznościach, niż podczas zwyczajnego walnego zgromadzenia kończącego kadencję zarządu. W tym przypadku pośrodku kadencji nie tylko wymieniono prezesa, dokonano też masakry Rady Giełdy. Odeszli weterani, na ich miejsce wchodzi całkiem świeży zaciąg.

To potęguje wrażenie niesprzyjające budowaniu zaufania, tak bardzo potrzebnego rynkowi kapitałowemu! Zmiany przeprowadza się dyskretnie, finanse nie lubią demonstracji. Lecz giełdę potraktowano równie prostacko, jak publiczne media, Trybunał Konstytucyjny i spółki publiczne z udziałem Skarbu Państwa, w których dokonano wielkiego pogromu prezesów. Nie dziwi, że Standard & Poor’s obniża Polsce rating i zmienia perspektywę, wszak Polska „dobrej zmiany” jest całkiem innym krajem.

Pretensje mam nie tylko do rządzących. Wielu uczestników rynku okazuje mu – i samym sobie – bezwzględny brak szacunku. Są spółki, które wolą zgłaszać niestosowanie licznych zasad Dobrych praktyk 2016, niż zastanowić się, jak niewiele wysiłku wymaga stosowanie tych wskazówek, oraz jak fatalnie ich postawa zaciąży na reputacji polskiego rynku kapitałowego.

Na warszawskiej giełdzie inwestuję nieprzerwanie od ćwierćwiecza, przeto jestem inwestorem długoterminowym, lecz moje inwestycje wcale nie są długoterminowe. Po pierwsze, wyjąwszy rzadkie przypadki nagradzania inwestorów trzymających przez rok akcje objęte w ofertach publicznych, przetrzymywanie akcji nie daje korzyści, nie uwalnia od podatku Belki, nie jest nagradzane wyższą stopą dywidendy. Zresztą połowy spółek, w które inwestowałem, nie ma już na parkiecie: zostały z niego ściągnięte. Makler nagradza mnie niższą prowizją za wysoki obrót na rachunku, czyli za sprzedawanie i nabywanie akcji. Gdybyśmy powszechnie zamrażali portfele dla wnuków, domy maklerskie upadłyby pierwsze, a giełda niebawem po nich.

Próbą ożywienia rynku, otulenia go zaufaniem, był Akcjonariat Obywatelski, projekt niezdarny, całkiem nieudany. Skarb Państwa udostępniał inwestorom papiery spółek ze swoim udziałem, ale ze współwłasnością nie poszedł w parze współudział w decydowaniu o losach tych spółek. Narzuca się im cele zgodne z doraźnym interesem państwa, a niezgodne z interesem inwestorów. Stracili oni pieniądze, a także zaufanie do rynku i do państwa, zaś rynek stracił wielu inwestorów. Miary błędów dopełniła fatalna polityka wobec OFE. Platformę Obywatelską spotkało za to srogie pokaranie. A teraz narasta psychoza wobec inwestorów zagranicznych. Narodowi populiści chętnie by ich pognali. Nie trzeba. Sami wyjdą.

Najtrudniej będzie spełnić postulat bezpiecznych inwestycji. Inwestowanie na giełdzie nigdy i nigdzie nie było na wskroś bezpieczne. Giełda to nie kasyno, loteria, gniazdo hazardu: jest ona spółką regulowaną, notowaną i w miarę przejrzystą, lecz mimo tego nie jest oazą spokoju. Inwestowanie wiąże się z ryzykiem. Nie daje ochrony przed ryzykiem inwestowanie w funduszach. TFI też ponoszą spektakularne straty. Losy obligacji notowanych na rynku Catalyst dowodzą ponad wątpliwość, że współczesny inwestor nie znajdzie bezpiecznej przystani.

Nie sprzyja warszawskiej giełdzie spory zamęt na światowych rynkach. Zadławił się chiński smok. Krztusi się Brazylia. Kłopoty ma Rosja. Prysła legenda BRIC. Niektórzy analitycy wieszczą katastrofę, radzą: zabieraj swoje pieniądze, wynoś się z giełd już teraz, wkrótce tłok zatka wyjście. Tako rzecze Royal Bank of Scotland; w dziejach bankowości mało która instytucja okryła się taką niesławą, ale jeżeli niewidzialna ręka naprawdę pisze na ścianie proroctwo?
Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2015.12.12 Owoce zatrutej aury

Milczące trąbki pocztowe

Gorzka refleksja nad działaniem państwa wbrew rynkowi kapitałowemu nie ma związku z wyborami. Lecz nie odkładam publikacji do soboty, by nie narazić się na zarzut złamania ciszy. Wszak milczą nawet pocztowe trąbki mające zwiastować ofertę publiczną. Pomilczą jeszcze długo.

ENEA / BOGDANKA. Operacja przejęcia Bogdanki przez Eneę dobiega finału. To nie jest wrogie przejęcie: oferta Enei została pozytywnie zaopiniowana przez zarząd Bogdanki, wezwanie spotkało się z odzewem akcjonariuszy. Z punktu widzenia corporate governance wrogie przejęcia nie są niczym złym. Rada nadzorcza Bogdanki ukuła plan ratunkowy, lecz nie przyjęli go akcjonariusze, zresztą proponowany voting cap wcale nie jest rozwiązaniem zgodnym z corporate governance. Lecz szkopuł tkwi gdzie indziej. Nie chodzi nawet o to, że wezwanie na akcje Bogdanki zostało poprzedzone zagnaniem jej do kąta po wypowiedzeniu ważnej dla niej umowy, ponieważ w kwestiach etyki nasz rynek jest nazbyt liberalny. Chodzi natomiast o to, że spółka z dominującym udziałem Skarbu Państwa przejmuje spółkę prywatną, sprzedaną przez Skarb Państwa funduszom emerytalnym.

Do niedawna Bogdanka była modelową spółką prywatną z uwagi na obecność w akcjonariacie inwestorów przewidywalnych, odpowiedzialnych i stabilnych. Nie zamierzam idealizować funduszy emerytalnych, wiele założeń reformy nie sprostało oczekiwaniom, wielu pokładanych w nich nadziei fundusze nie spełniły i spełnić nie zamierzały. Co nie zmienia postaci rzeczy: im więcej środków płynęło do funduszy, tym bardziej korzystał na tym rynek. Wcześniej fundusze odrzuciły znacznie korzystniejszą ofertę New World Resources, dlaczego teraz przystały na gorszą? Otóż w czasie między dwoma ofertami państwo zmasakrowało fundusze emerytalne, osłabiając tym ich wolę walki w interesie pokoleń klientów.

TAURON. Rząd ratuje górnictwo pieniędzmi akcjonariuszy spółek energetycznych. Tauron, spółka z dominującym udziałem Skarbu Państwa, otrzymała polecenie przejęcia kopalni Brzeszcze. Zarząd, działając w interesie spółki, stawiał opór i twarde warunki, więc został wyrzucony. Jak zwykle, interes górników okazał się ważniejszy od interesu akcjonariuszy. Partia rządząca posłużyła się metodami przypisywanymi partii opozycyjnej. Tak skonała idea Akcjonariatu Obywatelskiego. Kto przystąpił do spółki ze Skarbem Państwa – stracił.

JASTRZĘBSKA SPÓŁKA WĘGLOWA. W trudnych czasach spółka nie ma prezesa. Wcześniej poświęcono Jarosława Zagórowskiego, któremu rynek ufał, ale związkowcy nie, więc jak zwykle górnicy wzięli górę nad akcjonariuszami. Nie wiem, czy teraz nie ma odpowiednich kandydatów, czy rada nadzorcza zwleka z obsadą prezesury wychodząc z założenia, że piastun stanowiska, ktokolwiek nim będzie, wyleci, gdy tylko PIS wygra wybory (nie odpowiada mi takie myślenie). Inwestorzy, kiedyś skuszeni ideą Akcjonariatu Obywatelskiego, zapewne już wyszli ze spółki z mocnym postanowieniem, by więcej ze Skarbem Państwa nie robić interesów.

CIECH. Kiedyś wspomniałem o skandalu na walnym zgromadzeniu Ciech SA. Prezes nie otrzymał absolutorium, co wprawdzie zdarza się, ale okoliczności wydarzenia były przecież kompromitujące. Skarb Państwa na zgromadzeniu dysponował większością głosów. Obradom przewodniczyła i dysponowała tymi głosami pani dyrektor z Ministerstwa Skarbu. W głosowaniu nad absolutorium oddała głosy wstrzymujące się. Uchwały nie powzięto, czemu pani dyrektor nie mogła się nadziwić. Przecież, mówiła, ona tylko wstrzymała się, nie głosowała przeciw. Co to się porobiło? Po latach Ciech sprzedano. Kiedy rynek uznał, że nieodpowiedzialny państwowy akcjonariusz już spółce nie zaszkodzi, kurs akcji wystrzelił w górę. Ale optymizm rynku był przedwczesny. Agenci służb specjalnych z dyskrecją, kulturą i taktem złożyli wizytę Giełdzie Papierów Wartościowych, spółce z dominującym udziałem Skarbu Państwa, by zaszkodzić Ciechowi i Giełdzie, a przy okazji reputacji rynku.

BANK POCZTOWY / POCZTA POLSKA. Plany ofert publicznych spółek z dominującym udziałem Skarbu Państwa, potencjalnych uczestników Akcjonariatu Obywatelskiego – Banku Pocztowego i Poczty Polskiej – rozpływają się we mgle spowijającej przyszłość polskiego rynku kapitałowego. Póki mgła nie opadnie, niebo się nie rozchmurzy, będzie istniało ryzyko, że oferty zakończą się klapą, bo kto jeszcze kupowałby akcje od Skarbu Państwa? Trąbki zwiastujące publiczną ofertę poczt obudziły niejeden rynek. U nas milczą.

Czytaj także:
2014.06.17 Głos kulawy i szkodliwy
2015.02.06 Je suis Jarosław Zagórowski
2015.09.18 Bogdanko, trzymaj się!