Archiwa tagu: alotaż

Advocatus diaboli. Obrona Dawida Jackiewicza

Gdyby ogłosić konkurs na najgorszego ministra, Jackiewicz miałby silną konkurencję. Większość pozostałych mogłaby przecież z nim wygrać. Wyrzucono go za to, że stanowiska w spółkach z udziałem Skarbu Państwa powierzał swoim znajomym, nie natomiast za to, że stanowiska w spółkach Skarbu Państwa powierzał znajomym prezesa Kaczyńskiego, premier Szydło, komendanta Macierewicza. Dlatego uważam, że wyrzucenie ministra Jackiewicza – czymkolwiek motywowane, rzekomymi zasługami czy rzeczywistymi przewinami – niczego nie zmieni. Będzie, jak było. Albo jeszcze gorzej.

Jackiewicz jako minister Skarbu Państwa nie prywatyzował spółek. Prywatyzował państwo, właściciela udziałów w tych spółkach. Uznawał je za łup należny kamaryli, którą „suweren” wyniósł do władzy. Dążył do podporządkowania domeny państwowej interesom partyjnym. Lecz najwięcej zgorszenia wywołał polityką kadrową. Paradoksalnie, poszło nie o to wcale, że największe korporacje, jak Orlen, Lotos lub KGHM powierzał menedżerom bez doświadczenia i kwalifikacji, a o to, że na posadach upchnął kilku szemranych ziomali. Którzy brakiem kwalifikacji, doświadczenia, reputacji, nie ustępowali faworytom prezesa, pani premier, komendanta bądź poszczególnych ministrów.

Z zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa pozbyto się setek menedżerów. Zastąpiono ich swoimi, często mniej przydatnymi na powierzanych im funkcjach, za to zaufanymi prezesa lub kogoś z jego otoczenia. Wyrzucanych próbowano przy tym pozbawić reputacji, odmawiając im absolutoriów. Nie starczało przyzwoitości, by poddać pod głosowanie uchwałę o odmowie absolutorium i rzeczowo ją umotywować; procedowano projekty uchwał dotyczących udzielenia absolutorium i odrzucano je głosami Skarbu Państwa oraz podmiotów zależnych. Stawia to wyrzuconych w niekorzystnej sytuacji reputacyjnej, utrudnia im znalezienie zatrudnienia. Wprawdzie w zawód menedżera wpisane jest ryzyko utraty stanowiska, niemniej wpisane jest także prawo do uzyskania merytorycznej oceny. Wielu pozbawionych absolutorium „refuseników” zapewne znajdzie pracę w korporacjach konkurujących z podmiotami z udziałem Skarbu Państwa, co może jeszcze bardziej pogrążyć te podmioty, tracące dramatycznie na wartości.

Przed laty, po nominacji Stanisława Alota, nauczyciela z technikum, polonisty, absolwenta studiów podyplomowych z wypoczynku i turystyki, na odpowiedzialne stanowisko prezesa ZUS – ukułem na takie praktyki termin alotaż. Niestety, „przykrył go” ukuty przez Jarosława Kaczyńskiego skrót TKM, rozwijany jako Teraz, K…., My. Kaczyńskiemu chodziło o zawłaszczanie państwa przez AWS. Obecnie sam je zawłaszcza na jeszcze większą skalę. Jackiewicz był jedynie wykonawcą jego polityki. A że na boku coś pokombinował? Nie on jeden, wszak kombinatorów jest w tej kamaryli pod dostatkiem. Prezes sam daje przykład: w telewizji upycha kuzyna, kuzyn wkręca się do filmu, jego partnerka dostaje rolę, a ojciec osobistej makijażystki prezesa dostaje stanowisko. François Hollande został potępiony i wyśmiany za zatrudnienie w Élysée fryzjera. Nazywają go Budyniem. Jarosław, nawet w profesjonalnym makijażu, zasłużył na zwarzony Kisiel.

Nie będę wyliczał przewin Dawida Jackiewicza. Nie starczyłoby miejsca na tym blogu. Jako adwokat diabła powołam więc argument na korzyść potępianego. Bardzo zaszkodziło mu powołanie Bartłomieja Misiewicza do rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Pytano: jak tak można? Wszak „osobisty przedstawiciel” komendanta – cóż za błyskotliwa formuła prawna, nieprawdaż? – nie ma wykształcenia (dopiero robi licencjat), nie ma doświadczenia, żadnych kwalifikacji, był tylko pomocnikiem w aptece gdzieś pod Warszawą. Znany prawnik pośpieszył z obroną tej nominacji: dowodzi, że mimo wszystko nie narusza ona prawa. Panie mecenasie, lubię pana, szanuję za dorobek, za wielką pracowitość, zazdroszczę stanowiska w radzie nadzorczej Przytułku Orlenino (przyszło tam panu pracować z nominatami lepszego sortu), ale przytoczę fundamentalną zasadę corporate governance: „W skład zarządu i rady nadzorczej powoływane są osoby reprezentujące wysokie kwalifikacje i doświadczenie”. Basta.

A Ryszard Petru ogłosił listę „40 Misiewiczów”. Albo zgubił zero, albo liczyć nie umie.

UZUPEŁNIACZ: Poniósł mnie temperament, przypisałem D. Jackiewiczowi decyzję o powołaniu Misiewicza do rady nadzorczej PGZ: dziękuję Czytelnikowi za sprostowanie, iż to decyzja MON.

Magazyn Sztuk Padłych (Bogdan Pęk w radzie Banku Pocztowego)

Nominacje do zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa często budzą grozę. Powoływane bywają osoby pozbawione kwalifikacji, wiedzy, doświadczenia. Partia rządząca wynagradza swoich, lecz jej zaplecze kadrowe jest rozpaczliwie płytkie. Skoro nawet najważniejszych ministerstw gospodarczych nie udało się powierzyć uznanym ekonomistom (finansami zajmuje się prawnik, rozwojem – historyk wspierany przez politolożkę), jest zrozumiałe, że organy spółek, na które Skarb Państwa ma wpływ, obsadza się byle jak. Prezesem spółki paliwowej zostaje więc polityk ze znikomą znajomością branży, członkiem zarządu banku inny polityk, który wcześniej nie przepracował w bankowości nawet jednego dnia – przykłady można mnożyć. Jeden wszakże szczególnie zasłużył na drwinę: chodzi o powołanie Bogdana Pęka do rady nadzorczej de facto państwowego Banku Pocztowego. Jest to klasyczny przykład postępowania określanego mianem alotażu (od nazwiska zucha, który niegdyś został szefem ZUS).

Bogdan Pek zyskał rozgłos, kiedy jako poseł PSL podniósł raban w sprawie prywatyzacji Banku Śląskiego SA (obecnie ING Bank Śląski SA). Oferta publiczna banku spotkała się z ogromnym zainteresowaniem, co można było odczytać jako społeczną aprobatę dla prywatyzacji. Przyjęto 820 tysięcy [!!] zapisów po atrakcyjnej cenie 500 tysięcy zł za akcję (przed denominacją złotego w stosunku 10.000:1). Gigantyczna nadsubskrypcja skutkowała znaczną redukcją zleceń kupna. Większości reflektantów przydzielono po 3 akcje, większe pule przypadły przede wszystkim zarządowi i pracownikom banku. Obrót walorami banku zainicjowano nazbyt wcześnie, ponieważ do chwili debiutu Banku Śląskiego na warszawskiej giełdzie większość emisji nie weszła jeszcze do obrotu.

W pierwszy notowaniu w systemie jednolitej ceny dnia akcje banku wyceniono na 6.750 tysięcy złotych, co oznaczało trzynastoipółkrotne przebicie względem IPO. Wkrótce bank podążył na południe, trzeba było czekać wiele lat na przekroczenie kursu z pierwszego notowania. Poseł Pęk rozpętał awanturę wychodząc z założenia, że akcje państwowego banku sprzedano za ułamek wartości, bank jest przecież wart kilkanaście razy więcej niż w pierwotnej ofercie publicznej. Szwindel tkwił jednak nie w wycenie banku, a w opieszałości biura maklerskiego banku, które do prac związanych z potwierdzaniem ponad ośmiuset tysięcy świadectw skierowało ledwie kilka osób. Świadectwa pracowników banku potwierdzano w pierwszej kolejności, wielusettysięcznej rzeszy nowych udziałowców przyszło czekać.

Najważniejszą z ofiar awantury posła Bogdana Pęka miał być wiceminister finansów Stefan Kawalec, analityk wysoko ceniony za twórczą wyobraźnię i rozwagę (wcześniej podpora ekipy współpracowników Leszka Balcerowicza) po prostacku odwołany przez premiera. Po prostacku, ponieważ ówczesny szef rządu Waldemar Pawlak nie uznał za stosowne uzgodnić odwołania wiceministra z ministrem finansów Markiem Borowskim, który – nie godząc się na takie praktyki na jego podwórku – elegancko zbeształ premiera i ustąpił z funkcji.

Poseł Pęk snuł poglądy zgodne z jego wykształceniem i dorobkiem. Wcześniej, z dyplomem zootechnika, zasłynął jako niefortunny szef tuczarni trzody chlewnej w podkrakowskich Tomaszowicach. Pod jego kierownictwem zespół pałacowy uległ degeneracji, w najlepszym stanie ostał się budynek służący za Magazyn Sztuk Padłych, najbardziej chyba przydatny w następstwie marnego zarządzania. Później Bogdan Pęk zajął się polityką, był posłem na Sejm, europosłem, senatorem. Nie zliczę wszystkich partii, którym służył wiedzą – o niektórych nawet nie słyszałem. Na jakiś czas zniknął z oczu, gdy sfotografowano go na korytarzu sejmowym w stanie bliskim sztuce padłej. Teraz wrócił na scenę i wyjaśnia, że ma kwalifikacje do pracy w radzie banku, ponieważ działał w sejmowych komisjach do spraw przekształceń własnościowych (1993-1994) oraz Skarbu Państwa (1997-2001). Na wszelki wypadek bank nie umieszcza na swojej stronie internetowej życiorysu tego członka rady.

Bank Pocztowy SA jest własnością Poczty Polskiej (ok. 75% kapitału i głosów na walnym zgromadzeniu) i PKO Banku Polskiego (25%). W grę wchodzą przeto interesy ogółu podatników finansujących państwo będące właścicielem poczty i większościowym udziałowcem banku, oraz rzeszy akcjonariuszy mniejszościowych banku notowanego na warszawskiej giełdzie. Jak w innych spółkach ze swojej domeny, wyłącznej bądź dzielonej z innymi udziałowcami, Skarb Państwa lekceważy interesy podatników i akcjonariatu. Organy niektórych spółek przypominają już magazyny sztuk padłych. Może jeszcze jesteśmy bezpieczni, ale nasze pieniądze już nie.

Headhunter na zasiłku, czyli czyja władza, tego posady

Spółki Skarbu Państwa stały się przytułkami dla wyznawców jednej wiary, headhunterzy przestali być potrzebni i poszliby z torbami, gdyby nie kobiety.

Cuius regio, eius religio – czyje panowanie, tego wyznanie. Na mocy pokoju augsburskiego (1555) to władca decydował o religii obowiązującej poddanych. W Koronie i na Litwie panowała swoboda wyznaniowa. „Nie jestem królem sumień waszych” – mówił posłom Zygmunt August. Cytowaną paremię łacińską można współcześnie parafrazować: czyje rządy, tego posady. Nie tylko w administracji, także w gospodarce. Stanowiska w spółkach z udziałem Skarbu Państwa obsadzane są przez stronników partii rządzącej, wyznawców wiary smoleńskiej. Nawet jeżeli na stanowisko zaplącze się ktoś neutralny wyznaniowo, przecież staje się owocem zatrutej aury. Jeszcze w ubiegłym roku pisałem o tym w Rzeczpospolitej: „Pomazańcy rządzącej ekipy, która usiłuje zatrząść wszystkim, nawet jeżeli będą wiarygodni, mianowani zgodnie z prawem i statutem, przecież spotkają się z zastrzeżeniami, że nie są należycie pozyskani, że nie przychodzą z konkursów, a z woli lub kaprysu prezesa rządzącej partii.”

Z tego punktu widzenia liczne spółki z udziałem Skarbu Państwa: KGHM, Orlen, Lotos, PKO Bank Polski – stają się przytułkami dla działaczy i stronników Prawa i Sprawiedliwości. Na odpowiedzialne stanowiska w zarządach i radach nadzorczych powoływani są ludzie bez kwalifikacji i doświadczenia, których prywatny przedsiębiorca z pewnością nie zatrudniłby z obawy o utratę pieniędzy i reputacji. Ktoś, kto w życiu nie parał się prawdziwą pracą, może wejść do zarządu swojej partii, lecz nie do zarządu wielkiego banku lub spółki paliwowej. Takie decyzje personalne wynikają z pogardy dla podatnika, któremu przyjdzie pokrywać straty spowodowane kadrowym szaleństwem.

Jeszcze niedawno stanowiska w spółkach obsadzano w drodze selekcji kandydatów rekomendowanych przez doświadczone firmy doradztwa personalnego. Headhunterzy (dosłownie „łowcy głów” – doradcy personalni nie przepadają za tym określeniem, jest ono jednak lubiane przez publicystów) typowali kandydatów na prezesów, członków zarządu, nawet pełne składy rady nadzorczych największych polskich spółek, a ich propozycje bywały przyjmowane z uznaniem i wdzięcznością. Dobra passa doradców personalnych skończyła się z chwilą, gdy jądro władzy państwowej zostało przeniesione z Alei Ujazdowskich na Nowogrodzką. Ministerstwa i spółki z udziałem Skarbu Państwa przestały dawać zlecenia, gdyż o polityce personalnej nie decydują już względy merytoryczne, a kaprysy prezesa i jego akolitów. Grzechem byłoby stwierdzenie, że wcześniej wszystko było idealne, że brakowało przypadków partyjnych nominacji, zwłaszcza w domenach państwa zawłaszczanych przez ludowców, lecz specjaliści z branży doradztwa personalnego nie byli dotknięci koniecznością udania się na zasiłki.

Zamiast łowić talenty, headhunterzy są dzisiaj proszeni o znalezienie pracy setkom menedżerów wyrzuconym z pracy, nierzadko przy okazji pozbawionym absolutorium. Także zagraniczni przedsiębiorcy dają obecnie mniej zleceń; jedni zastanawiają się, czy biznes w Polsce rozwijać, czy może ograniczyć działalność; inni – czy do Polski wchodzić, czy może przeczekać „dobrą zmianę”. Przeto od kiedy spółki Skarbu Państwa stały się przytułkami dla wyznawców jednej wiary, headhunterzy przestali być potrzebni i poszliby z torbami, gdyby nie kobiety.

Otóż liczne zachodnie korporacje, już działające w Polsce lub szykujące się do wejścia na nasz rynek, pragną wzbogacić swoje kadry zarządzające przedstawicielami lokalnego rynku, a ponieważ we współczesnym świecie przywiązuje się ogromną wagę do różnorodności w składzie zarządów i rad nadzorczych – zlecenia dla headhunterów często dotyczą kobiet. W polskich warunkach płeć jest najważniejszym kryterium różnorodności. Nie jesteśmy społeczeństwem zróżnicowanym pod względem etnicznym lub rasowym, nie ma potrzeby różnicowania składu organów spółek pod względem wieku, nie grozi nam, jak stało się to w Wielkiej Brytanii, powstanie kasty dyrektorów wykonawczych i niewykonawczych obsiadających większość dużych spółek.

Jest oczywiste, że zleceniodawcy oczekują od doradców personalnych, iż kandydatka będzie reprezentować wysokie kwalifikacje, doświadczenie i inne przymioty przydatne na polskim rynku. Sama płeć nie jest przepustką do zarządu lub rady nadzorczej. Odpowiednich kandydatek nie brakuje. Niemniej wiele rodzimych spółek składa oświadczenia, że w ich organach pracują wyłącznie mężczyźni. Niedawno jedną z takich spółek KNF ukarała usunięciem z notowań i wysoką karą pieniężną, wprawdzie za wiele innych przewin, niemniej niewykluczone, że w przyszłości nastaną kary również za brak różnorodności…

Tekst ogłoszony 3 sierpnia 2016 r. w dzienniku PARKIET

Alotaż. Orlenino.

Prezesem wielkiego koncernu zostaje człowiek bez kwalifikacji, bez doświadczenia. Wysłano światu sygnał: Polska jest osobliwa, rozpaczliwie zamyka się w sobie, trzymajcie się z daleka.

Ostatnio żyję w innym wymiarze: pracuję nad podręcznikiem Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW 2016, zajmuje to mnóstwo czasu, więc wydarzenia świata zewnętrznego śledzę mniej pilnie niż zwykle. Przeglądając codziennie gazety nabrałem przekonania, że prezes Orlenu ustąpi; czytałem również, że na jego miejsce typowany jest Wojciech Jasiński, ale – naiwny! – nie dawałem wiary tym pogłoskom. Cokolwiek bowiem można o panu Jasińskim napisać, a można raczej niewiele, bo jego życiowy dorobek nie prezentuje się imponująco, przecież nikt nie użyje słów „osobowość”, „menedżer”, „przywódca”. To postać z drugiego planu, z gospodarką rynkową nie miał wiele do czynienia, chociaż podobno kiedyś pracował w sklepie pod Płockiem, a później kierował nieprzejrzystą spółką prowadzącą interesy jego partii. Czytałem, w co trudno uwierzyć, że proponowano mu do wyboru prezesurę Orlen lub KGHM, tu miałby zastąpić Jacka Krawca, doświadczonego przecież menedżera, tam dr. hab. Herberta Wirtha, wybitnego geologa. Widać, że kwalifikacje pana Jasińskiego oceniono wysoko – nadaje się do wszystkiego. Jak Gowin, jak Gliński z tabletu.

Przypadek kupca spod Płocka wyniesionego wysoko skłania do przypomnienia przypadku poczciwego nauczyciela z Rzeszowa, który pod rządami AWS niespodziewanie został prezesem ZUS, instytucji o wielkich przepływach finansowych. Jego nazwisko posłużyło mi za inspirację do ukucia terminu „ALOTAŻ”, oznaczającego wielki, niezasłużony awans na odpowiedzialne stanowisko osobnika bez kwalifikacji i doświadczenia. Z czasem alotaż poszedł w zapomnienie, powoływano bowiem na stanowiska osoby, które najczęściej coś sobą reprezentowały, ale pan Jasiński i jego komilitoni zawracają kijkiem biegi rzek.

Inne słówko z mojego historycznego słownika to „ORLENINO”,krzyżówka nazw Orlen i Lenino, bo o płocki koncern niegdyś trwały niezłe naparzanki, jak wcześniej pod Lenino. Najpierw Orlen z powodzeniem został upubliczniony, później patrol policyjny zatrzymał prezesa koncernu (o którym zresztą wszelki słuch zaginął), jeszcze później prezydent i Jasiu spisywali swoich kandydatów do rady nadzorczej Orlenu i zamienili kartki z nazwiskami, niby żeby nie było wiadomo, kto jest czyj. Kiedy jasiowy rozsiadł się w fotelu przewodniczącego rady Orlenu, państwo postanowiło odwojować, co sprzedało. Mieliśmy też w Orlenie klasyczny przykład kumoterstwa i alotażu: prezesem został w swoim czasie Piotr Kownacki, znajomy jednego z braci („Państwo to ja z bratem”) Kaczyńskich. Wyjaśniał on nieśmiało, że musiał sięgnąć po jakąś posadę, bo ma wydatki, przecież kształci dzieci. Przynajmniej był kulturalny, wielkich szkód nie narobił. Teraz drugi z braci namaścił swojego kolegę. Historia zatacza koło, alotaż wraca do Orlenino. Partia rządząca wysyła sygnały, że Polska, dotychczas dumna, przyjazna dla świata, gotowa do współpracy, ostatnio zmienia oblicze, przygarbiła się, zwiesiła głowę, odwraca się od świata, z hukiem zatrzaskuje za sobą dziewiąte wrota.

Niełatwo wyrazić opinię o radzie nadzorczej, która dokonuje takiej osobliwej nominacji. Odmówią powołania Jasińskiego – stracą posady, Skarb Państwa migiem zastąpi ich innymi, a dokazywać potrafi, w swoim czasie przepchnął do rady nadzorczej Orlenu wójta pobliskiej gminy. Kiedyś głośny był przypadek nagłego odwołania z rady szanowanego na rynku eksperta, ponieważ był niezależny.

Dobre praktyki spółek notowanych na GPW 2016 kładą nacisk na należytą obsadę zarządów i rad nadzorczych. Standardem są wysokie kwalifikacje i doświadczenie. Spółki z udziałem Skarbu Państwa nie są wyjęte spod działania dobrych praktyk. Orlen jest spółką z mniejszościowym udziałem Skarbu Państwa, jest przy tym spółką notowaną, z własnej woli poddaną dobrym praktykom. Przez lata śledziłem wydarzenia w spółce i wokół niej, dochodząc z czasem do wniosku, że wiele zmienia się na lepsze. W spółce. W Polsce. Dlatego smuci mnie, że dzisiaj tak wiele zmienia się na gorsze.
Smuci mnie także, jak media przyjęły zamianę Krawca na Jasińskiego. Otóż najwięcej uwagi poświęcono kwotom, jakie Krawiec unosi ze spółki. Są to, przyznaję, ogromnie pieniądze. Ale skupienie się na nich sprowadza dziennikarstwo na poziom bruku. Polityka już tam jest.

Czytaj także:
2004.07.05 Spółka specjalnej troski
2013.11.07 Kto pamięta Orlenino?

Zapach podatku

Pomysł karnego podatku jest ze wszech miar fatalny. PiS chce objąć nim odprawy menedżerów oraz wypłaty z tytułu konkurencji. Sprawa cuchnie brzydko: polityką, obłudą, populizmem, demagogią. Pragnę zastrzec, że nie jestem zwolennikiem żegnania odchodzących menedżerów sutymi odprawami, ani kosmicznych wypłat pod pretekstem zakazu konkurencji. Wielu menedżerów otrzymuje odprawy niejako w nagrodę, że nareszcie przestali pracować. Zakaz konkurencji bywa fikcją: przecież niejeden prezes, przechodząc do konkurencji, doprowadziłby ją do katastrofy, a firmie, którą akurat opuścił, wyrządziłby najlepszą przysługę. Nie rozpaczałbym z powodu dotkniętych takim podatkiem portfeli menedżerów, oburza mnie natomiast wybiórczy charakter daniny, którą mieliby teraz płacić pierwsi z kręgu osób nielubianych przez obecną władzę, czyli menedżerowie z rozdania poprzedniej ekipy. Pierwsi, ponieważ za garstką nielicznych dotkniętych podatkiem na pokaz mogą niebawem pójść inni, spis nielubianych jest liczny, a z czasem jeszcze wzrośnie. Moja matka mądrze powiadała, że najgorszą formą poniewierki jest ta, na jaką słabsi skazują silniejszych od siebie.

Nie gorszą mnie wysokie zarobki menedżerów, póki są świadczone za pracę. W Sévres jest wzorzec metra, nie ma wzorca płacy menedżera, zwłaszcza takiego, który kreuje wartość firmy. Nie odpowiada mi filozofia stojąca za uchwaleniem szkodliwej ustawy „kominowej”. Nie godzę się z założeniem, że w spółkach ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa zarobki menedżerów powinny zostać niskie. Sprzeciwiam się mierzeniu wszystkich menedżerów jedną miarką, przykrojoną na karzełka. Ale najbardziej oburza mnie psucie państwa w przyziemnym zamiarze pokarania rzekomego wroga. Teraz będą wymiatać prezesów, by zrobić miejsce dla swoich (nazywam to zjawisko alotażem, upamiętniając tym prezesa ZUS, wprawdzie bez niezbędnych kompetencji, za to z nadania kolesi), a wymiatanych jeszcze potraktować specjalną stawką podatku.

Postulat ograniczenia odpraw i odszkodowań w spółkach z przeważającym udziałem Skarbu Państwa łatwo spełnić dzięki właściwemu kształtowaniu składu rad nadzorczych. To przecież rady są pracodawcami zarządów. Natomiast umowy już zawarte powinny być dotrzymane. Podatki nie mogą działać wstecz. Jeszcze niedawno wstawiłbym tu zdanie o Trybunale Konstytucyjnym…

Dobra polityka podatkowa – pisał Jean-Baptiste Colbert (1619-1683) – powinna przypominać skubanie gęsi: dawać dużo pierza, mało krzyku. Ten podatek nie da dużo pierza, dotknie niewielu osób, spowoduje za to dużo krzyku, odezwie się pół Europy, w obronie nie jednostek, ale zasad. A menedżerom spółek Skarbu Państwa podpowiem dobry sposób na podatek. Większe spółki ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa wydają mnóstwo pieniędzy na utrzymanie drużyny piłkarskiej. Nazywają to marnotrawstwo wyrazem społecznej odpowiedzialności biznesu. Niech się prezesi zatrudnią jako piłkarze.

Kiedy prezes zarabia miliony, tabloidy szczują ludzi przeciw jaskrawej niesprawiedliwości: ty, czytelniku, żyjesz z zapomogi i ze sprzedaży butelek po wódce, a prezes ma miliony i nurza się w luksusach. Kiedy te same miliony dostaje piłkarz, wszystko jest w porządku. Prezesa chcą teraz obłożyć specjalną stawką 65%, piłkarz płaci podatek liniowy. W ligach nie brakuje patałachów, więc gdyby pod koniec meczu puścić prezesa z ławki na boisko, nawet najbardziej patriotycznie nastawiony kibol nie pozna, kto zawodowy kopacz, a kto prezes.

Widzialna ręka rynku

Polska potrzebuje kompleksowego programu na rzecz rynku kapitałowego. Potrzebuje go pilnie. Jeszcze niedawno sądzono, że chodzi o program rozwoju rynku, nową Agendę Warsaw City, zapewne 2020. Dzisiaj czas uznać powagę sytuacji: jeżeli nie zostaną podjęte stanowcze działania, do roku 2020 polski rynek kapitałowy skarleje. Polsce potrzebne są usiłowania ku ocaleniu rynku. Doświadczenie wskazuje, że państwo nie tylko rynku nie wspiera należycie, ale rozmyślnie mu szkodzi. Politycy i znaczna część mediów dążą do narzucenia społeczeństwu przekonania, że żywioł rynku, owa jego niewidzialna ręka – to ręka aferzysty, której trzeba przeciwstawić pięść widzialnej ręki rynku, czyli państwa.

Stosunki państwa z rynkiem z natury bywają burzliwe. Lecz rynek kapitałowy w istocie rzeczy nie uwiera państwa, natomiast państwo potrafi dotkliwie uwierać rynek. W Polsce panuje zgoda na obecność państwa na rynku. Rzecz w tym, że nie potrafimy jasno określić, na czym na obecność ma polegać, w czym się wyrażać, jakie granice przybrać. Zgadzając się na udział państwa w grze rynkowej, powinniśmy zadawać pytania o formy tego udziału:

  • Czy rzeczywiście niektóre gałęzie gospodarki powinny wiekuiście pozostać w gestii państwa? Oraz czy owa gestia nie jest iluzoryczna? Ronald Reagan powiadał, że państwo nie rozwiązuje problemów, ono je tylko dofinansowuje. Z pewnością państwo jest w stanie dofinansować branże jego specjalnej troski, na przykład energetykę, lecz nie idzie mu rozwiązywanie stojących przed tą ostatnią problemów, jak gaz łupkowy, energia atomowa, terminal LPG.
  • Skoro niektórych przedsiębiorstw nie imają się surowe prawa rynku, skoro ochrania je państwo, to czy ochrania je w imię rzeczywistej racji stanu, czy raczej w interesie pracowników? Przykład pierwszy z brzegu to górnictwo węgla kamiennego.
    • Czy udział Skarbu Państwa w akcjonariacie spółki podlega ograniczeniom płynącym z reguły „tyle władztwa, ile własności”? Odnoszę nieodparte wrażenie, że większość polityków (i znaczna część dziennikarzy) nie rozumie rozróżnienia między „spółką Skarbu Państwa” (czytaj: spółką z wyłącznym udziałem Skarbu Państwa) a „spółką z udziałem Skarbu Państwa” (czytaj: spółką, w której Skarb Państwa jest jednym z akcjonariuszy, nierzadko mniejszościowym, ale nawet gdy ma – powiedzmy – 33% akcji, zachowuje się, jak gdyby miał 333% …).
  • Dlaczego zakwalifikowanie spółki do koszyka spółek o znaczeniu strategicznym zamyka ją przed światem? Jakiś czas temu przejrzałem składy rad nadzorczych owych spółek. Rzecz ciekawa: nie znalazłem w nich ani jednego obcokrajowca. Są to często podmioty znaczące, uczestniczące w procesach współpracy ze światem, ale przed owym światem intelektualnie zatrzaśnięte. Bałamucimy się zapewnieniami, że udział Polski w Unii i w NATO, nie wspominając tu o innych organizacjach, dowodzi jej otwartości. Lecz wszędzie tam, dokąd sięga widzialna ręka państwa, w poprzek rynku wytyczana jest granica „nasi – obcy”. Niedawno Marek Kondrat trafnie zaobserwował: „Świat się na nas przyjaźnie otworzył, my na świat nie bardzo, bo obawiamy się, że nas jednak zdemaskują”.

ZJAWA Z LOCH NESS
Próby uporządkowania obecności państwa na rynku kapitałowym niezmiennie kończą się niepowodzeniem. Przed kilku laty Rada Gospodarcza wystąpiła z ciekawym pomysłem Komitetu Nominacyjnego opiniującego kandydatury zgłaszane przez Skarb Państwa do rad nadzorczych spółek z jego udziałem. Zachowanie Skarbu Państwa na tej niwie dotknięte jest dwoma grzechami. Pierwszym jest zjawisko „alotażu”, czyli promowanie na stanowiska stronników politycznych ekipy akurat rządzącej, często niekompetentnych (nazwa zjawiska wywodzi się od nazwiska byłego prezesa ZUS). Drugim jest sztuczka „królik z cylindra” – zgłaszanie kandydatur na walnym zgromadzeniu w ostatniej chwili, z zaskoczenia, by utrudnić akcjonariuszom ocenę ewentualnych kwalifikacji i doświadczeń faworytów Skarbu Państwa. Projekt powołania Komitetu Nominacyjnego obumarł, podobno ze względu na sprzeciw polityków dostrzegających w nim tamę dla ich wszechwładztwa; później jeszcze dwakroć wynurzał się z głębin, niczym zjawa z Loch Ness, lecz tylko na krótko i na niby. Podobnie potraktowano pomysł powołania Krajowego Funduszu Majątkowego mającego zarządzać udziałami Skarbu Państwa w spółkach rozproszonych między domeny różnych resortów. I tym razem politycy uznali, że Fundusz ograniczyłby ich władztwo nieskrępowane odpowiedzialnością.

STARORZECZE
Państwo jednocześnie pełni na rynku kilka różnych funkcji, niekiedy wzajemnie sprzecznych. Jest włodarzem wspólnego majątku. Jest czynnym uczestnikiem wydarzeń gospodarczych. Jest nadzorcą. Jest regulatorem. Jednym z ważnych wyzwań stawianych przez współczesność jest reforma spółki akcyjnej jako najważniejszego z uczestników rynku kapitałowego. Chyba nie zdajemy sobie sprawy, jak dalece odstajemy tu od rzeczywistych potrzeb. Rdzeniem współczesnej spółki publicznej jest komitet audytu, nieznany przecież Kodeksowi spółek handlowych, amatorsko uregulowany w peryferyjnej ustawie o biegłych rewidentach. Inny ważny komponent rady nadzorczej, komitet wynagrodzeń, wprowadzany jest tylnymi drzwiami, gdyż nie doczekał się jeszcze instytucjonalizacji w formie ustawy. Rady nadzorcze w spółkach notowanych coraz powszechniej wykorzystują członków niezależnych, Ksh do tej pory nie zna tej instytucji, a wspomniana ustawa o biegłych za kryterium niezależności przyjęła – uwaga, uwaga! – nieposiadanie akcji nadzorowanej spółki, co jest obrazą corporate governance. Także inna fundamentalna zasada ustroju spółki akcyjnej – odpowiedzialność jej piastunów, w tym członków rady nadzorczej, za sprawozdawczość spółki – została ustanowiona w ustawie o rachunkowości, czyli daleko poza Ksh. Kodeks jest jak starorzecze, życie pędzi innym nurtem. Przy czym spółkom ze swojej domeny państwo najchętniej postać spółki akcyjnej, choćby ten ustrój spółki był dla właściciela niekorzystny (klasycznym przykładem Gaz-System). Nie bez racji pisał The Economist, że w przypadku państwowego właściciela spółka akcyjna nie daje możliwości efektywnego wykorzystania jej zasobów.

UPAŃSTWOWIĆ CORPORATE GOVERNANCE?
Terminem corporate governance określa się styl zarządzania spółką i jej nadzorowania. Jest to obszar rozpościerający się pomiędzy prawem a rynkiem. W Polsce corporate governance zawdzięcza swoją pozycję Giełdzie Papierów Wartościowych wymagającej od notowanych na niej spółek stosowania dobrych praktyk lub wyjaśnienia rynkowi, dlaczego ich nie stosują. Przy czym osąd postępowania spółek należy do rynku. Dopiero kiedy zjawisko niestosowania jednej lub więcej dobrych praktyk przybiera wymiar krytyczny, na scenę powinno wkroczyć państwo. Ostatnio próbuje ono poszerzyć swoją domenę: jego organ, Komisja Nadzoru Finansowego, której zasługi oceniam wysoko, zeszła moim zdaniem na manowce wydając dla podmiotów nadzorowanych instrukcję generalną stosowania corporate governance. Pomijając wątpliwości w kwestii podstawy prawnej wydanych przez KNF wskazówek, widzę w nich pewne szkodliwe nieporozumienia. Komisja odstępuje od zasady „stosuj lub wyjaśnij, dlaczego nie stosujesz”, grozi sankcjami w procesie BION (badanie i ocena nadzorcza), wnika w takie szczegóły, jak język i częstotliwość posiedzeń organów spółki, domaga się uzasadniania zdań odrębnych (co jest szkodliwe) i postuluje wybieranie przewodniczącego rady nadzorczej spośród niezależnych (co jest nieżyciowe).

INSTRUMENT KREOWANIA ZAUFANIA
Widzialna ręka dzierży kij bejsbolowy i bije nim w godność rynku i zaufanie do niego. Niektórzy politycy za wzór cnót obywatelskich uważają demonstrowanie obrzydzenia do posiadania akcji lub obligacji; jeden to nawet wyjaśniał, że nie ma rachunku bankowego, bo „nie jest aferzystą”. Niepowetowane i trwałe szkody moralne i materialne wyrządziła rynkowi kampania pomówień Otwartych Funduszy Emerytalnych o wszystko, co najgorsze. Krzysztof Lis, niezapomniany inspirator powołania Polskiego Instytutu Dyrektorów, często powiadał, że warszawska giełda nie jest niepokojona przez polityków tylko dzięki wstawiennictwu Najjaśniejszej Panienki. Ostatnio odnoszę wrażenie, że Najjaśniejsza wyjechała na wakacje. Politycy głoszą wartość państwa i krzewią awersję do rynku, w szczególności kapitałowego, który nie jest im potrzebny jak poprzednio, gdy trwała prywatyzacja.

Lecz rynek nie jest bezradny. Dysponujemy orężem obronnym, sprawnym instrumentem kreowania zaufania. Jest nim corporate governance. Dzięki niemu rośnie zaufanie do rynku, do giełdy, do spółek, do osób sprawujących władztwo nad spółkami. W świecie zaufanie zyskują te rynki, które zaprowadziły porządek korporacyjny. I te spółki, które na tym porządku budują swoją przyszłość. Oraz ci członkowie ich organów, którzy kierują się dobrą praktyką. Zaufanie jest jednym z czynników sterujących przepływami kapitału. Ma ono zatem bezsporną wartość ekonomiczną. Kapitał wybiera rynki, do których ma zaufanie, przeto pomyślność rynku zależy od zaufania pokładanego w nim przez inwestorów, oraz od mechanizmów weryfikacji tego zaufania. My, rynek, dbajmy więc o inwestorów.

Tekst został napisany na zaproszenie Izby Domów Maklerskich dla biuletynu IDM.

Czytaj także:
2013.02.25 Między oceną a wyceną

Kto pamięta Orlenino?

Słowo „Orlenino” ukułem w 2004 roku ze zbitki Orlenu i Lenino. Nazwa Polskiego Koncernu Naftowego Orlen nie schodziła z łamów prasy, tyle działo się w nim różnych rzeczy. Politycy toczyli o tę spółkę intensywne boje, co pobudziło u mnie skojarzenie z pamiętną, krwawą, acz mało znaczącą dla obrazu sytuacji na froncie bitwą pod Lenino. Byłem wówczas naczelnym Gazety Bankowej i na jej łamach puściłem w obieg ów produkt mojego słowotwórstwa. Bankowa ogłaszała dużo tekstów o corporate governance w ogólności, a w szczególności o braku tegoż w Orlenie, wobec czego niektórzy uczestnicy potyczek o spółkę ubiegali się o dostęp do mojego ucha. Niebawem prezesurę Orlenu objął Igor Chalupec i nastał spokój. Aż pewien ważny polityk obsadził na stanowisku prezesa spółki swojego totumfackiego. Słyszałem o nim dobre rzeczy, ale nie każdy, kto poczciwy, musi od razu zostawać prezesem koncernu paliwowego. To był klasyczny przypadek alotażu, czyli pchania na wysokie stanowisko niekompetentnego kuma. Alotaż, choć brzmi z francuska, jest słowem na wskroś rodzimym, wymyśliłem je w 2000 roku w reakcji na awanse Stanisława Alota na szefa ZUS i Władysława Jamrożego na prezesa Totalizatora. Do dzisiaj ogarnia mnie zgroza, gdy myślę o tych przypadkach.

Alot mógł równie dobrze objąć LOT, a Jamroży PKO Bank Polski, w tych spółkach także trwał zamęt, przewoźnik często zmieniał szefów, bank nie potrafił wyłonić prezesa, stała za tym polityka, o czym wszyscy doskonale wiedzą. Wspominam te sprawy po to, by na tym podłożu zasiać pogląd, że coś się w Polsce zmienia – na lepsze. Orlenino poszło w zapomnienie, w spółce nie dzieje się, a przynajmniej na zewnątrz nie wycieka, nic takiego, co mogłoby gorszyć. PKO Bank Polski spowszechniał, korowód byłych prezesów i kandydatów na prezesa zniknął we mgle przeszłości, bank wyśmienicie daje sobie bez politycznego pomazańca. Także PZU kroczy drogą sukcesów, zapominamy już, co działo się w tej grupie za czasów Wielkiego Szu, a później wielkiego adwokata; szkoda tylko, że nie powstał film „Gangsterzy i politycy” – widzowie mieliby zabawę próbując ustalić, kto jest kim.

Obraz współczesnej sielanki psuje KGHM. Ilekroć w Polsce wybucha afera kadrowa, (PSL – Elewarr, PO – KGHM), tylekroć odżywa dyskusja, czy należy szybko prywatyzować resztówki mienia Skarbu Państwa, bo dają one pożywkę korupcji politycznej, czy przeciwnie – dbać, chuchać i dmuchać, by ocalić szanse na stworzenie czempionów narodowych. Zostawię te spory na boku i zadam obłudne pytanie: dlaczego żaden działacz (bo to nie są politycy, a działacze) nie obiecuje już swoim stronnikom posady w PZU? Lub w PKO Banku Polskim? Nawet z rady nadzorczej Orlenu odszedł już słynny wójt pobliskiej gminy, którego obecność w radzie tylekroć obśmiewałem w kraju i za granicą. Tylko w KGHM udaje się załatwić to i owo. Udawało się pod rządami AWS, SLD, PiS – udaje się i teraz, pod rządami Platformy.

W 2010 roku Rada Gospodarcza przy premierze wystąpiła z projektem Narodowego Programu Nadzoru Właścicielskiego zwieńczonego utworzeniem komitetu nominacyjnego opiniującego kandydatury do rad nadzorczych najważniejszych spółek z udziałem Skarbu Państwa. Miał on być złożony z osób dysponujących dobrą reputacją, a także dogłębną znajomością mechanizmów działania rad nadzorczych (wcale niekoniecznie ekonomistów, jak twierdzą dzisiaj gazety).

Polski Instytut Dyrektorów zaangażował się w te usiłowania. Okazały się ona daremne, ponieważ na przeszkodzie ich urzeczywistnieniu stanęły tajemne siły. Nikt tego otwarcie nie mówił, ale szepty insynuowały, że to wina Grzegorza Schetyny, postaci demonicznej, sprawcy wszelkiego zła. Może i nie jest on wybitnym zwolennikiem przejrzystej polityki kadrowej, może i coś tam knuł, lub nadal knuje, lecz przede wszystkim uchodził za pretekst do zaniechania reform. Czytam o „księstwie Schetyny”. Takie udzielne księstwa piętnowałem przed kilkunastu laty. Wtedy było to księstwo AWS. Niebawem w tle pojawił się KGHM.

Na temat KGHM pisałem tu niedawno, po odwołaniu z zarządu koncernu dwóch znanych menedżerów o międzynarodowej reputacji. Nie było dla nich miejsca wśród swojaków. Zwłaszcza, że Adam Sawicki, odpowiedzialny w zarządzie za sprawy korporacyjne, był postrzegany jako zagrożenie dla betonowych układów lokalnych. Lecz przykłady Orlenu, PZU, PKO Banku Polskiego, napawają otuchą: udział Skarbu Państwa w akcjonariacie tych spółek wprawdzie sam z siebie nie gwarantuje wprowadzenia zasad corporate governance, lecz nie stanowi przeszkody nie do przezwyciężenia. Mam nadzieję, że po latach ktoś wspomni: w KGHM kiedyś były afery kadrowe, pół partii siedziało na posadkach, ale akcjonariusze wzięli się za porządki i po tamtych sprawach nie ma śladu. A czy po dzisiejszych politykach zostanie jakiś ślad – to temat dla innych blogów.

Czytaj także:
2000.04.15 Alotaż
2013.09.04 Sami swoi

Tsunami [2006]

Składy rad nadzorczych można zmieniać. Niekiedy nawet trzeba. Byle z kulturą, nie na łapu–capu!

W złą godzinę wystąpiłem z postulatem, by zawczasu ogłaszać kandydatury do rad nadzorczych spółek publicznych („Królik z kapelusza”, GB z 14 listopada ub. r.). Rzeczywistość podążyła mi na przekór. Przez Polskę przeciąga właśnie korporacyjne tsunami. Wysoka fala zmiata zarządy i rady nadzorcze. W obliczu kataklizmu nikomu w głowie wcześniejsze ogłaszanie kandydatur na stanowiska w spółkach, do tego jeszcze z uzasadnieniami. Czyż nie wystarczy, iż wiadoma jest przynależność polityczna kandydatów?

Zresztą prawo wcale nie wymaga, by ktokolwiek zawczasu ogłaszał, że zgłosi kandydata do zarządu lub rady nadzorczej – oraz kto nim będzie i dlaczego. Co więcej: taki przepis jest zgoła niepotrzebny, a mógłby być wręcz szkodliwy. Nie należy mnożyć regulacji. Zamiast twardego prawa w ręku srogiego państwa, które nie ma pojęcia o rynku, lepsze są uzgodnienia czynione przez sam rynek.

Lecz w tym przypadku i rynek niczego do tej pory nie uzgodnił. Zasady dobrej praktyki nie zawierają jeszcze postulatu, by kandydatów do rady nadzorczej zgłaszać zawczasu, z uzasadnieniami, w celu umożliwienia reszcie akcjonariatu oceny tych kandydatów i ewentualnych skutków ich wyboru. To dopiero wstępna propozycja, bardziej prywatna niż środowiskowa, aczkolwiek kilku liderów polskiego rynku kapitałowego byłoby skłonnych ją poprzeć, kiedy dojrzeją warunki sprzyjające wcieleniu jej w życie. W obecnej konstelacji politycznej takich warunków nie ma.

Uważam, że takiej praktyki nie uda się wprowadzić bez pełnej aprobaty Skarbu Państwa. A ten ma różne oblicza. Niektóre znaliśmy wcześniej. Skarb Państwa bywał sumiennym włodarzem wspólnego majątku. Występował jako światły rzecznik wprowadzenia corporate governance do spółek ze swojej domeny. Lecz bywa też kłótnikiem. Wyrzuca dziennikarzy z walnych zgromadzeń. Odwojowuje sprzedane już spółki. Wspierał awanturników we wrogich rajdach na kilka narodowych funduszy inwestycyjnych. Oraz uprawia alotaż. To zjawisko, upamiętniające działacza związkowego – politycznego stronnika, mianowanego bez kwalifikacji na ważne stanowisko, jest symbolem zawłaszczania państwa. Obecnie przybiera ono niepokojące rozmiary.

Ostatnio w polityce Skarbu Państwa pojawiają się nowe tendencje. Skarb Państwa uzurpuje sobie prawo wyznaczania niezależnych członków rad nadzorczych! To praktyka bardzo niebezpieczna. Instytucja niezależnych członków rad jest w Polsce całkiem świeża, dopiero zapuszcza korzenie w najpoważniejszych spółkach, a już pada ofiarą zamachu. Niby każdy akcjonariusz może wskazywać kandydata na niezależnego członka rady, lecz czy kandydat wskazany akurat przez Skarb Państwa rzeczywiście będzie niezależny? Wydaje się to wątpliwe, zwłaszcza w obliczu zapędów do upolitycznienia przez Skarb Państwa (lub upartyjnienia) rad nadzorczych. Skarb państwa wymienia też członków rad nadzorczych rekomendowanych przez inwestorów instytucjonalnych na swoich pomazańców. To sygnał dla inwestorów, by poszukali sobie jakiegoś innego rynku.

Odwoływani są prezesi ważnych spółek, dekompletowane ich zarządy, lecz na zwolnione miejsca nie powołuje się nowych, choćby spółki znajdowały się w szczególnie trudnej sytuacji (przykładem PGNiG; zima jest ostra, spółka jest potrzebna, lecz działa bez stałego kierownictwa). Wiadomo, o co chodzi: o handel stanowiskami. Rozmowy międzypartyjne mogą więc doprowadzić do parcelacji rynku między koalicjantów. Wtedy obsadzą oni zarządy swoimi ludźmi. Być może przy okazji wymienią też rady nadzorcze, ostatnio raptownie zmieniane, jakby nie można było doczekać walnego zgromadzenia.

Powraca stara praktyka traktowania rad nadzorczych jak drzwi obrotowych: wchodzi się do nich po to, by przecież zaraz z nich wyjść. Dlatego nie ogłasza się zawczasu nazwisk kandydatów do rady, nie przedstawia się uzasadnień. Już podczas walnego zgromadzenia wyciąga się pomazańców Skarbu Państwa z cylindra, jak króliki. A przecież – przy krytycyzmie wobec polityki Skarbu Państwa – przyznam, że niektóre nominacje sprawiają niezłe wrażenie. Wprawdzie wymiana kadr prowadzona jest na łapu–capu, lecz przecież niekoniecznie lepsi zastępowani są gorszymi.

To jeszcze nie koniec kataklizmu. Skarb Państwa, jak czynny wulkan, zieje trującymi pomysłami, a wstrząsy rozchodzą się daleko. Toczymy już spór z Eureko, w którym nasze szanse są mizerne. Wdaliśmy się w bijatykę o osobę jednego z arbitrów. Prowokujemy do sporu Komisję Europejską i UniCredito Italiano. Co gorzej: toczymy te spory bardzo nieudolnie, po prostacku. Równie prostackim gestem było wyrzucenie dziennikarzy z walnego zgromadzenia Lotosu. Niestety, media łyknęły to gładko. Za to protestowały przeciwko pogardliwemu potraktowaniu ich podczas ceremonii podpisania w Sejmie jakiegoś kwitu bez znaczenia. Moim zdaniem Lotos jest ważniejszy.

Tekst ogłoszony 13 lutego 2006 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.
Wspomnianym w tekście „kwitem bez znaczenia” było porozumienie koalicyjne PiS – Samoobrona – LPR.

Czytaj także:
2015.06.06 Królik z cylindra
2005.11.14 Królik z kapelusza

Co wolno pismakom? [2005]

Media dobrze zasłużyły się porządkowi korporacyjnemu. Same też powinny kierować się jakimiś zasadami.

Nieocenione są zasługi mediów w kształtowaniu rynku kapitałowego w Polsce. I w zaprowadzaniu na tym rynku porządku korporacyjnego. Mediom przypadły wielorakie role: edukatora, inspiratora, strażnika obyczajów. W kilka lat, wprost z niczego, wychowały one w Polsce liczny zastęp inwestorów. Nie tylko indywidualnych, bo instytucjonalnych też media oświecały, kształciły, formowały. Wpajają one spółkom wiedzę o korzyściach płynących z obecności na rynku kapitałowym, uczą je sztuki wchodzenia na parkiet i zachowania się na nim. Osłaniają rynek kapitałowy, który nie miał w Polsce bardziej oddanego sojusznika, przed polityką i politykami.

To z mediów właśnie, nie z uczelni przecież, nie z kursów podyplomowych, menedżerowie dowiedzieli się, co to jest corporate governance, na czym polega dobra praktyka i jakie jest jej znaczenie, jakie zachowania są wskazane, a jakie piętnowane. To media uświadomiły inwestorom indywidualnym, owym „prostym dawcom kapitału”, jakie mają prawa i jak mogą ich dochodzić. To media uczyły spółki, że na rynku nie wszystko jest dozwolone, nawet jeżeli nie jest zabronione. Uczyły cały rynek, prawodawców, regulatorów, nadzorców. Inspirowały giełdę, by więcej czyniła w kierunku porządkowania rynku.

Lecz przede wszystkim media relacjonowały, co się dzieje. Rzucały światło na sprawy wstydliwie skrywane przed rynkiem. Na nieprawidłowości, zdziczenie obyczajów, przekręty, zwyrodnienia. Dociekliwość dziennikarzy brała górę nad wysiłkami rzeczników prasowych i zatrudnianych przez spółki agencji public relations, by wszystko wyglądało jak najlepiej. To dzięki mediom nie doszły do skutku niektóre oferty publiczne. Wprawdzie nie obyło się bez błędów, wprawdzie środowisko dziennikarskie nie okazało się chmarą aniołów, wprawdzie niejeden redaktor dał czasem wyraz niewiedzy, głupocie lub uległości na argumenty spółek, a nawet poszczególnych inwestorów – niemniej bez nas, pismaków, rynek kapitałowy nie dojrzałby tak szybko. Byliśmy przy tym wiernymi sprzymierzeńcami rynku, chociaż rynek wcale nam nie sprzyjał. Czyniłem usilne starania, by przeprowadzić zasadę, iż dziennikarze mogą być obecni na walnych zgromadzeniach spółek publicznych. Zasadę wreszcie przyjęto, acz z ograniczeniami, raczej pod naciskiem mediów, niż w dobrej wierze. „Na co nam pismacy na walnym zgromadzeniu?” – publicznie pytał młody gniewny prawnik. „Jeżeli ja jestem pismak, to pan jesteś papuga!” – krzyczałem wielkim głosem na ważnej konferencji. Wtedy ustąpił mi pola, ale dzisiaj jakoś nie ma czasu na udzielenie „Bankowej” wywiadu…

Rodzi się jednak pytanie, czy media – tak zasłużone dla rynku kapitałowego, krzewienia na nim dobrych obyczajów i zasad dobrej praktyki – nie powinny aby zdefiniować, jak daleko same mogą się posuwać za daleko? Mam do kolegów po piórze pretensje, że tak gorliwie typują prezesów do odstrzału. Wiadomo, że w polskich warunkach nowa ekipa przy władzy – to nowa runda czystek na posadach, także w zarządach i radach nadzorczych, nie tylko spółek będących w portfelu Skarbu Państwa, także tych już sprzedanych, ale później odwojowywanych. Jest to proceder gorszący. Nazwałem go alotażem. Uważam, że należy piętnować go żarliwie i tępić niemiłosiernie.

Odpowiedzialne dziennikarstwo dobrze świadczy o dojrzałości rynku i zwiększa jego wartość. Natomiast szkodzi rynkowi – i poszczególnym spółkom – przypisywanie przez media prezesom sympatii politycznych i wskazywanie przez nie kandydatów do rzezi podczas kolejnej nocy długich noży. Ostatnio „Gazeta Wyborcza” informowała, że „odchodzi prezes PKO BP”. Dziennik przyznaje, że wiadomości nie udało się potwierdzić, ale podaje ją w tonie kategorycznym. Wskazano przy tym następcę prezesa. Spekulacje skłoniły „Bankową” do przypomnienia zasady, że prezesi ważnych banków nie powinni odchodzić niespodziewanie. Od dawna twierdzę, że lepiej byłoby, by zmiany na ważnych stanowiskach zapowiadano z odpowiednim wyprzedzeniem i przeprowadzano dopiero po kolejnym walnym zgromadzeniu.

Czarna przepowiednia „Wyborczej” nie sprawdziła się. Prezesa nie odwołano. Jedynie wprowadzono do zarządu nowego wiceprezesa. Nazajutrz „Gazeta Wyborcza” nie wyjaśniła sprawy. Nie przyznała się do mylnej informacji. Przeciwnie: napisała, że wydarzenia potoczyły się „zgodnie z naszymi zapowiedziami”. Czysta dezinformacja! To nie kaczka dziennikarska, a dwie kaczki. Zapowiedzi były zgoła inne. Wszyscy mylimy się czasem. Lecz trzeba umieć przyznać się do pomyłki. Gdyby tak któraś ze spółek notowanych na warszawskiej giełdzie prognozowała zysk, a później oświadczyła, że „zgodnie z zapowiedziami” poniosła stratę – potraktowalibyśmy ją surowo. Stosujmy wysokie standardy nie tylko względem spółek. Także wobec nas samych, pismaków.

Tekst ukazał się 19 grudnia 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2014.07.17 Kiedy porzerwa znaczy wstyd
2012.12.04 Piekielny kociał z Rafako
2003.01.27 Banki, szanujcie pismaków!

Więcej rynku! [2005]

Państwa nie da się przepędzić z gospodarki, lecz można je nakłonić do rynkowych zachowań.

Rola państwa w gospodarce budzi spory. Ufni w niewidzialną rękę rynku pragną wyprzeć państwo z gospodarki. Z kolei zwolennicy etatyzmu pragną umacniać, lub choćby zachować, wpływ państwa na gospodarkę. Lecz oto podjęto próbę wzniesienia mostu ponad sprzecznymi doktrynami. Skoro w czasie ogarnianym wyobraźnią nie da się przegonić państwa z rynku, niech już ono na nim pozostanie, byle zapracowało na akceptację swojej obecności postępowaniem bliższym zasadom gry rynkowej. Przeto niech państwo zachowa w swojej domenie niektóre branże lub przedsiębiorstwa, lecz niech wprowadza do nich zasady dobrej praktyki zbliżone do zasad przyjętych na rynkach kapitałowych. Fałszywy jest stereotyp krzewiony przez socjalistów, że państwo jest czymś lepszym, uczciwym, z natury czystym, a rynek – to brudy i męty. Otóż najczyściej jest na środku rynku, przy studni dobrej praktyki, zaś państwo nie tylko może, ale zgoła powinno z niej czerpać.

Przed kilku laty OECD podjęła próbę sformułowania ogólnych zasad corporate governance (1999, II redakcja – 2004). Organizacja objęła nimi stosunki wewnątrz spółki i między spółką a rynkiem. Tamtą inicjatywę dopełniają przyjęte przez OECD 28 kwietnia 2005 roku wytyczne dla corporate governance w przedsiębiorstwach państwowych. Często powtarza się, że państwo jest złym właścicielem, lecz państwo jest – i długo pozostanie – właścicielem licznych przedsiębiorstw, lub jedynym (albo najważniejszym) akcjonariuszem spółek. Chodzi więc o to, aby jego władztwo w podmiotach gospodarczych było sprawowane należycie, z uwzględnieniem wymogów przejrzystości, efektywności i konkurencyjności.

Niekiedy państwo nazbyt ingeruje w zarządzanie swoim przedsiębiorstwem, niekiedy bywa zbyt bierne, dopuszcza w nim do swawoli. Pancerz własności państwowej nadmiernie chroni przed ryzykiem gry rynkowej. Państwowej firmie nie grozi przejęcie. Ani, w zasadzie, bankructwo. OECD postuluje, by mimo to konkurowała ona o finansowanie, a nie bez ograniczeń czerpała z państwowej kasy. Czas przeciwstawić się wyobrażeniom, że państwowa firma korzysta z dorozumianych gwarancji państwa. I niechaj państwo zwinie rozpościerany nad nią parasol protekcjonizmu. Niech prowadzi przejrzystą politykę kadrową. A swojej kadrze płaci należycie politykę (nasza osławiona ustawa kominowa przeczy duchowi wytycznych). Niech przedsiębiorstwa państwowe ogłaszają zamówienia publiczne, niech uczestniczą w przetargach. Niech nie utrudniają wierzycielom dochodzenia roszczeń. Niech spowiadają się ze swojej działalności w raportach rocznych. To wszystko nie prowadzi automatycznie ku prywatyzacji, ale ułatwi ją znacznie, gdyby państwo skłoniło się ku niej.

OECD podkreśla znaczenie firmowych zasad etycznych. Powinny one dotyczyć na przykład sposobu przekazywania poufnych informacji o firmie przez skierowanych do niej funkcjonariuszy państwowych. OECD postuluje tworzenie safe havens, gdzie pracownicy, klienci, interesariusze mogą zgłaszać krytyczne uwagi na temat firmy lub jej pracowników. Postuluje także wprowadzenie rynkowych zasad nawet między państwową firmę a państwowy bank. Pozwoli to zapobiegać konfliktom interesów, ograniczy zaciąganie złych kredytów.

Stosowanie wytycznych OECD uniemożliwi praktykę nazwaną przeze mnie alotażem. Państwo powinno dobierać swoich ludzi w organach spółek na podstawie ich kwalifikacji. W firmach powinny działać komisje do spraw nominacji, rekomendujące na najważniejsze stanowiska. Członkowie rady nie powinni działać w interesie poszczególnych grup, ale zachowywać niezależność, zwłaszcza od polityki. Rady powinny corocznie dokonywać samooceny (w Polsce nie czyni tego ogromna większość rad spółek publicznych!). Należy ujawniać porozumienia między państwem a jego firmami, a także między przedsiębiorstwami państwowymi. Należy też ograniczać stosowanie instrumentów antyrynkowych, jak złota akcja. I jasno umiejscowić w strukturach państwa odpowiedzialność za politykę właścicielską, skupiając funkcje właścicielskie w jednym podmiocie.

Wprowadzenie do Polski i przyjęcie przez warszawską giełdę zasad dobrej praktyki spółek publicznych to owoc inicjatywy na wskroś prywatnej. Natomiast upowszechnianiem sformułowanych przez OECD zasad corporate governance i świeżych wytycznych dla przedsiębiorstw państwowych zajmuje się z własnej woli resort skarbu państwa. To napawa optymizmem. Wciąż mam w pamięci swoiste partnerstwo publiczno-prywatne, kiedy państwo wespół z Wielkim Szu wdało się w awantury związane z odbijaniem niektórych NFI, kiedy z włodarza majątku przeistaczało się w politycznego kłótnika. Pamiętam żenujące praktyki alotażu. Pamiętam plany odwojowywania tego, co już sprzedane. Pamiętam też wielu etycznych, odpowiedzialnych urzędników ministerstwa. Jest na czym budować.

Tekst ogłoszony 5 X 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku