Archiwa tagu: banki

Gordon Brown chce posyłać bankierów do więzienia – słusznie!

Gordon Brown nie daje o sobie zapomnieć. 30 października ukazała się jego kolejna książka: „My Life, Our Times”. Tytuł trafnie oddaje zawartość: jest to autobiografia na tle panoramy świata współczesnych finansów. Świata, na który Autor wywierał przez lata znaczny wpływ, najpierw jako najdłużej urzędujący kanclerz skarbu Zjednoczonego Królestwa, następnie jako premier. A także jako pierwszorzędny pisarz polityczny i publicysta ekonomiczny. Nic dziwnego, że na okładce czcionka tytułu jest kilkakroć mniejsza od tej, jaką podano imię i nazwisko Autora, a najwięcej miejsca zajmuje jego zdjęcie. To bardzo dobry przerywnik dla tak często pokazywanych podobizn obecnej premier.

Wątek autobiograficzny to droga zdolnego, pracowitego, hardego Szkota na Downing Street pod dziesiąty. Dorastał jako syn prowincjonalnego duchownego. W młodości omal nie stracił wzroku. Ożenił się późno (mawiano, że nie bez względu na rację stanu). Głęboko przeżył śmierć kilkudniowej córeczki. W działalności publicznej kierował się zasadami; nie każdy polityk zasłużył na taką charakterystykę! Wprowadził płacę minimalną, umocnił niezależność Banku Anglii, zreformował finanse służby zdrowia (NHS). Zyskał opinię rzetelnego człowieka i uczciwego polityka. A teraz głosi przestrogę dla świata: jeżeli odpuścimy bankierom („bankers”), jeżeli winowajcy pamiętnego kryzysu finansowego roku 2008 i lat następnych nie poniosą odpowiedzialności, nie trafią do więzienia – czeka nas jeszcze gorsza katastrofa.

Nadużycia, nieuczciwość, nonszalancja, rażący brak etyki – nie wystarczy piętnować te zjawiska, należy zastosować surowe sankcje, ponieważ bezczelni bankierzy gotowi znowu podjąć hazardową grę publicznymi pieniędzmi. Jest w przestrogach byłego premiera zrozumiała nuta osobista. Kryzys roku 2008 sprowadził na Zjednoczone Królestwo najgłębszą z powojennych recesji, w 2010 r. skutkował wyborczą porażką laburzystów, spowodował zmianę premiera. Browna zastąpił lider konserwatystów, nieszczęsny David Cameron… Dalszy ciąg nastąpi.

Jeżeli bankierzy, którzy dopuścili się karygodnych nieprawidłowości nie pójdą do więzienia, jeżeli nie zostaną odebrane im bonusy, nie będą konfiskowane ich dobra, nie zabroni się im uprawiać zawodu, damy jedynie zielone światło dla podobnie ryzykownych zachowań w przyszłości – pisze Brown. I ujawnia nieznaną publicznie rewelację, że Barclays, jeden z największych brytyjskich banków z wieloma skazami na reputacji, w toku kryzysu wystąpił z ofertą kupna pogrążonego w kłopotach rywala, Royal Bank of Scotland. Brown zablokował tę ofertę i w znacznym stopniu upaństwowił RBS. Fuzja tych dwóch instytucji byłaby niewyobrażalną katastrofą. Autor uważa, że za doprowadzenie banku na krawędź katastrofy były szef RBS Fred Goodwin powinien być pozbawiony nie tylko szlachectwa, także niesłusznie pobranych bonusów i prawa zasiadania w radach dyrektorów. Nie jest więc w porządku, że uszedł ze wszystkimi bonusami z przeszłości i wolną od podatku odprawą. Nawet kiedy zgodził się zrezygnować z połowy uposażenia, brał 300 tysięcy funtów szterlingów rocznie.

Brown zarzuca konserwatystom nadmierną łagodność wobec banków. Uznali oni, że brytyjskie banki są „to big to fail” (zbyt duże, by upaść). Obecnie są jeszcze większe. Dywidendy i wynagrodzenia bankowców reprezentują obecnie taką samą część dochodów banków, jak przed kryzysem. Autor wskazuje, że jeden z argumentów mających usprawiedliwić nadmiernie wysokie wynagrodzenia bankierów: jakoby były one nagrodą za podejmowane przez nich ryzyko – nie ostał się w obliczu krachu. Banki otrzymały znaczne wsparcie w postaci pieniędzy podatników i gwarancji rządu, więc ryzykowały nie swoimi, ale naszymi pieniędzmi – konstatuje Gordon Brown. Jego zdaniem bankierzy nie są premiowani za ryzyko, ale nagradzani za niepowodzenia. Skoro postępowanie bankierów odbiega od wzorców postępowania racjonalnego i uczciwego, Wielka Brytania powinna podążyć śladem Irlandii, Islandii, Hiszpanii, Portugalii – i wszcząć postępowania karne. Odpowiednim instrumentem byłaby ustawa o nadużyciach (Fraud Act) z 2006 roku.

Były premier ujawnia, że gotów był odejść, gdyby w październiku 2008 r. rynki finansowe nie wsparły w rządowego planu ratowania banków kosztem 50 mld funtów szterlingów. Ów niecodzienny program naprawczy został ogłoszony 8 października. „Kiedy nazajutrz wstałem – wspomina Autor – powiedziałem Sarze (Sarah Brown, żona premiera), by była przygotowana do spakowania naszych rzeczy na wypadek potrzeby szybkiego opuszczenia Downing Street. Gdybym przegrał, gdyby rynek spadł, gdyby zaufanie odpłynęło od Brytanii, nie miałbym innego wyjścia, jak rezygnacja. Kiedy rano wszedłem do biura nie wiedziałem, czy będę w nim jeszcze na koniec dnia”. Twardy, silny Szkot wytrzymał napięcie. Tym razem wygrał.

Czytaj także:
2017.04.25 Nawet w UK polityka szkodzi gospodarce
2016.07.22 Wielka Brytania na opak wywracana

Bank z wydartym sercem

O Banku BPH pisałem wielokrotnie, że jego już dawno nie będzie, ale o skandalu z nim związanym jeszcze długo będą wspominać podręczniki corporate governance. Skandalowi winien był Skarb Państwa.

Niektóre firmy doradcze rozpowszechniają zabawne wyniki swoich badań, z których wynika, jakoby inwestorzy skłonni byli płacić dwadzieścia kilka procent więcej (ale od czego więcej? – nie wiadomo) za akcje spółek z należytym corporate governance. Wobec tego, inwestorom przyszłoby płacić odpowiednio mniej za akcje spółek bez corporate governance. Wkrótce sprawdzimy to na przykładzie Banku BPH.

Jedną z pierwszych osób, które publicznie użyły w Polsce pojęcia „corporate governance” była Barbara Lundberg w wywiadzie dla Gazety Bankowej przed IPO Banku Przemysłowo-Handlowego. Pytana, czy Enterprise Investors są zainteresowani złożeniem zapisu na akcje, odpowiedziała, że nie – bo w tym banku nie ma corporate governance. Zainteresowania nie wykazał także partner umowy bliźniaczej, ABN Amro.

Ledwo bank wszedł na GPW, w marcu 1995 r. rada nadzorcza niespodzianie odwołała nocą prezesa Janusza Quandta, delegując na jego miejsce ze swojego składu… fizyka (ale nie kwantowego). Awantura przeniosła się na walne zgromadzenie, gdzie zaskoczeni uczestnicy wysłuchali sprzecznych ze sobą ocen spółki dokonanych przez zarząd i radę nadzorczą; można było odnieść wrażenie, że chodzi o dwie różne spółki. Radę rozpędzono. Z czasem utarło się, że walne zgromadzenia banku miewały osobliwy przebieg. Czasem faulowal Skarb Państwa, czasem bank.

Quandtowi zarzucano, że nie przekazywał zarządowi banku ustaleń rady (a nie mogła rada spotykać się z całym zarządem?) i podsłuchiwał obrady rady za pomocą wymyślnego urządzenia. A także, że w banku zatrudniał licznych doradców o niesprecyzowanych zadaniach i sporych wynagrodzeniach. Na tym tle doszło do schizmy w zarządzie. Jeszcze długo w banku toczyły się niecodzienne wydarzenia, najbardziej spektakularnym było nagłośnione aresztowanie wiceprezesa pod absurdalnymi zarzutami. Dzisiaj jest on cenionym menedżerem, ale do banku nie wrócił.

O Banku BPH pisałem wielokrotnie, że jego już dawno nie będzie, ale o skandalu z nim związanym jeszcze długo będą wspominać podręczniki corporate governance. Skandalowi winien był nie bank, ale Skarb Państwa, który zbył swój pakiet (a wraz z nim kontrolę nad spółką) po cenie znacznie przewyższającą tę, jaką otrzymali akcjonariusze. Nabywca, Hypo– und Vereinsbank z Monachium płacił Skarbowi Państwa (miał 37% udział w spółce) po 480 zł za akcję, EBOiR (miał 9, 7%) otrzymał po 420 zł za akcję, a wezwanie dla reszty akcjonariatu ogłoszono po 230 zł za papier. Skarb Państwa nie ujął się za mniejszością, w ich obronie nie wystąpiły także Komisja Papierów Wartościowych i Giełda. Niech szczeźnie drobnica!

Bank był wielokrotnie wstrząsany dalekimi ruchami górotworów. Jego inwestor, HVB, połknął Bank Austria Creditanstalt; wcześniej Creditanstalt przejął w Polsce Powszechny Bank Kredytowy, zatem fuzja monachijsko-wiedeńska wymusiła fuzję krakowsko-warszawską, tak powstał Bank BPH PBK SA. Nawiasem: statut Banku Przemysłowo-Handlowego długo nie przewidywał możliwości stosowania skrótu Bank BPH lub BPH Bank, więc używano ich zamiennie. Później dodano do nazwy człon „PBK”, lecz wytrącono go wnet. Przeprowadzono kosztowny rebranding mający podkreślić związki BPH z jego wiedeńską macierzą (pod parasolem monachijskiej babki), ale sytuacja zmieniła się wkrótce.

Kolejny ruch górotworu zachwiał polskim systemem bankowym. HVB został przejęty przez włoski Unicredit. Wyglądało więc na to, że w konsekwencji należący do Włochów Bank Pekao przejmie należący do Bawarczyków Bank BPH. Ponieważ jednak chodziło o drugi i trzeci bank w Polsce, konsekwencje mediolańsko-monachijskiej transakcji wzbudziły poważne wątpliwości. Ostatecznie zapadła decyzja o osobliwym podziale BPH: Bank Pekao zabrał część korporacyjną i najlepsze oddziały (w ocenie oddziałów nie bez znaczenia były zajmowane przez nie nieruchomości!), a żałosna resztówka miała funkcjonować pod starą nazwą. Nazywano ją ogryzkiem. Mnie, wówczas klientowi Banku BPH niemal od pierwszych dni jego istnienia, nowy kształt tej instytucji przypominał nieśmiertelną rzeźbę Osipa Zadkina w Rotterdamie, upamiętniającą zbombardowanie miasta: „Człowiek z wydartym sercem”.

Przykładem zerwania z tradycją było odejście popularnego prezesa Józefa Wancera. Następnie bank z wydartym sercem został połączony z GE Money Bankiem, a jego oficjalną siedzibę przeniesiono do Gdańska, zrywając ostatnie związki z Krakowem. Część kadry kierowniczej rozpierzchła się po kraju, część przeszła do Banku Pekao, gdzie sprawa Katarzyny Niezgody wydobyła z mroku praktykowane w BPH standardy. Opinia Barbary Lundberg jest nadal aktualna.

Czytaj także:
2000.05.15 Wolne krzesło
2005.11.14 Królik z kapelusza

Dzień franka

Dzisiejszy dzień upłynął w cieniu szwajcarskiego franka. Bank centralny odstąpił od powściągania kursu narodowej waluty względem eura, frank wyskoczył pod niebiosa, giełdy świata zadrżały. A w Polsce posiadacze kredytów hipotecznych nominowanych w szwajcarskiej walucie zrozumieli, dlaczego bankowcy uporczywie używają terminu „denominowanych”, wszak w jednej chwili kredyty zostały zdenominowane o kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy złotych.

W lipcu 2011 r. napisałem artykulik, w którym zestawiłem historyczne wypowiedzi trzech wybitnych postaci polskiej bankowości – Jacka Ksenia, Jana Krzysztofa Bieleckiego i Wojciecha Kwaśniaka. Tekst wysłałem do poważnego dziennika, w którym toczono dyskusję o losie „frankowiczów”, czyli nieszczęsnych posiadaczy kredytów we frankach. Tekst nie został ogłoszony. Nie przystawał do linii obranej przez redakcję. Myślę, że warto przywołać go dzisiaj…

Frank i etyka

Czy kredyty hipoteczne w walutach obcych to produkt finansowy zgodny ze sztuką i etyką bankowości?

Pierwszy zasiał we mnie wątpliwości Jacek Kseń, wówczas prezes Banku Zachodniego WBK: „…klienci chcą nam zaufać. Dlatego, na przykład, nie sprzedajemy walutowych kredytów mieszkaniowych. Uważamy, że to ryzykowne, z punktu widzenia klienta, bo przecież nie spekuluje się na kursie walutowym przy dwudziestoletnim kredycie na mieszkanie, w którym się żyje. Jak można doradzać klientowi coś takiego tylko po to, by przejściowo zapłacił niższe odsetki? Skoro chcemy, by klienci nam ufali, nie będziemy im proponować takich produktów” (w wywiadzie dla Gazety Bankowej 14 VI 2004).

Dr Kseń postawił problem jasno (niemniej po kilku latach także jego bank wszedł na ścieżkę hipotecznych kredytów walutowych). Podobnie wywiódł Jan Krzysztof Bielecki, wówczas prezes Banku Pekao: „…produkty hipoteczne … są najlepszą metodą budowania długoterminowej relacji z klientem. Zaciągnięcie kredytu hipotecznego jest … może najważniejszą decyzją finansową w życiu klienta. Dlatego przywiązujemy szczególną wagę do etycznej strony tego biznesu. O, proszę spojrzeć: profesor Paul H. Dembinski wydaje periodyk poświęcony etyce w finansach. Bardzo ciekawe! On mieszka w Genewie, ale jakby mu powiedzieć, że zarabiacie państwo w złotych, a pożyczacie we frankach szwajcarskich, to byłby zaskoczony i uznał was za wyjątkowych ryzykantów” (wywiad dla Gazety Bankowej 8 VIII 2004).

Chociaż ocena kredytów hipotecznych w walutach obcych jako ryzykownych i nieetycznych była wśród bankowców osamotniona, oni sami zachowali należytą przezorność. Kilka dni przed zakończeniem chwalebnej misji na stanowisku Generalnego Inspektora Nadzoru Bankowego Wojciech Kwaśniak wyznał: „Zrobiłem … analizę, w jakiej walucie się finansują władze banków – mogłem to sprawdzić, bo mamy raporty nt. transakcji stron powiązanych z bankiem. Okazało się, że zdecydowana większość członków bankowych władz bierze kredyty w złotych. I to nawet w tych bankach, które swoim klientom – przypuszczam, że o znacznie niższych dochodach niż bankowcy – i na bardzo długie okresy, oferują kredyty obciążone nie rozumianym często przez klienta ryzykiem kursowym, a także ryzykiem stopy procentowej z innego rynku” (wywiad dla Przeglądu Corporate Governance 2007 nr 2).

Nie tylko kredytobiorcy winni są swojemu losowi! Co nie oznacza, by ich kłopotami obciążać podatnika. Albowiem wówczas o pomoc wystąpią do budżetu inwestorzy, którzy stracili pieniądze na akcjach wydmuszek rekomendowanych przez analityków…

Banki, szanujcie pismaków! [2003]

Każdy bank sam pracuje na swój rachunek wyników, lecz wszystkie banki pospołu pracują na reputację systemu bankowego.

W wielu sprawach polskie banki mocno przemawiają jednym głosem, czy to same, czy też przez swoją reprezentację – Związek Banków Polskich. Do tych spraw nie należą przyjęte niedawno przez giełdę zasady dobrej praktyki. Wprawdzie niektóre banki powitały je entuzjastycznie, lecz kilka okazało znaczącą wstrzemięźliwość, a kilka innych zajęło postawę wyczekującą. Stawia to Związek w niezręcznej pozycji, ponieważ tytularnie jest on członkiem Rady Dobrych Praktyk, jednego z kilku bytów, jakimi zasady obrosły jeszcze zanim je zredagowano.

Banki są w trudnej sytuacji. Inne spółki za swoją praktykę odpowiadają wyłącznie przed swoim akcjonariatem, dla banków liczą się także klienci oraz opinia publiczna. Inwestor strategiczny może zdominować akcjonariat, lecz klientela banku bywa liczna. Inwestor bywa stabilny, natomiast klientela może od banku odpłynąć, rozczarowana złymi praktykami. Ponadto inne spółki działają na własny rachunek, natomiast wszystkie banki dzielą się reputacją, będącą wspólnym dobrem systemu bankowego. Łamanie dobrej praktyki przez poszczególne banki, bądź przez ich właścicieli, szkodzi nie tylko im samym: szkodzi także reputacji innych banków. Banki nie tylko powinny, każdy z osobna oraz wszystkie razem, kierować się dobrą praktyką; powinny one nadto zespolić swoje wysiłki dla wykreowania w społeczeństwie pozytywnego obrazu systemu bankowego. W tym celu warto dbać o dobre stosunki z mediami.

Banki nie mają wyboru, czy kierować się dobrą praktyką, czy lekceważyć ją. Mają jedynie wybór pomiędzy przyjęciem zasad rekomendowanych przez giełdę, a wypracowaniem własnych. Za przemyśleniem tej kwestii przemawia zwłaszcza argument, że giełda nie gwarantuje bankom poczucia bezpieczeństwa – w tym znaczeniu, że skoro bank będzie kierował się sumiennie zaleceniami giełdy, już nikt się do niego nie przyczepi, jakoby postępował niewłaściwie. Otóż mogą przyczepić się media.

Posłużę się przykładem. Jedna z rekomendowanych przez giełdę zasad dobrej praktyki przewiduje, że spółka powinna „w zakresie zgodnym z przepisami prawa i uwzględniającym jej interesy” umożliwić przedstawicielom mediów obecność na walnych zgromadzeniach. Odwołanie do przepisów prawa jest zgoła bezprzedmiotowe, skoro żaden przepis nie ogranicza dziennikarzom prawa uczestniczenia w walnych zgromadzeniach. Odwołanie do interesów spółki jest całkowicie niejasne: jakież to interesy miałaby mieć spółka publiczna w utrudnianiu dziennikarzom obecności na walnym zgromadzeniu? Przecież gdyby takie interesy kiedykolwiek wchodziły w rachubę, byłyby one z pewnością uznane za nieczyste.

W projekcie wspomniana zasada miała klarowną treść: dopuszcza się obecność dziennikarzy na walnym zgromadzeniu spółki publicznej. Basta! Z czasem dodano tu jeszcze spółkę z udziałem Skarbu Państwa. Lecz otwartość wobec dziennikarzy wzbudziła wątpliwości, szczególnie wśród prawników. Niektórzy kwestionowali potrzebę wpuszczania „pismaków” na walne zgromadzenie. Ostatecznie giełda przyjęła nieszczęsne sformułowanie, jakoby w spółce publicznej mogły zachodzić interesy pozwalające zamknąć walne zgromadzenie przed dziennikarzami. Nigdy się z tym nie pogodzę.

Lecz oto pewien bank, cieszący się dobrą opinią i darzony powszechnym szacunkiem, oświadcza wszem i wobec, jaką przyjął praktykę w tej kwestii: „W przypadku zgłoszenia przez przedstawicieli mediów chęci udziału w walnym zgromadzeniu, przewodniczący każdorazowo informuje akcjonariuszy o obecności mediów na WZA. Fakt obecności mediów na WZA przewodniczący poddaje pod głosowanie na wniosek któregokolwiek z akcjonariuszy”.

Gdyby, co nie mieści mi się w głowie, któryś z akcjonariuszy zażądał głosowania, a walne zgromadzenie uchwaliło usunięcie dziennikarzy, będzie to zgodne z giełdowym kanonem dobrej praktyki. Któż bowiem inny miałby decydować o interesach spółki, jak nie właśnie walne zgromadzenie? Wszelako będzie to postępowanie szkodzące nie dziennikarzom, ale bankowi (nawet systemowi bankowemu) gdyż wzbudzi podejrzenia, że bank ma coś ważnego do ukrycia przed akcjonariuszami, którzy nie uczestniczą w walnym zgromadzeniu, przed klientami, przed opinią publiczną.

Niektóre banki w swoich deklaracjach na temat dobrej praktyki słusznie zwracają uwagę, że czują się związane stanowiskiem swoich inwestorów. Jest wszelako nie do pomyślenia, by w którymkolwiek z macierzystych banków kwestionowano obecność dziennikarzy na walnym zgromadzeniu. Przykład ten świadczy, że banki mające inwestorów strategicznych powinny starannie przemyśleć, czy wzory dobrej praktyki czerpać z giełdy, czy od swoich inwestorów, czy może wypracować własny kanon, zręcznie godzący obie inspiracje. Lecz jakąkolwiek obiorą postawę – biada bankom (oraz innym spółkom publicznym), które zechcą usunąć dziennikarzy z walnego zgromadzenia!

Tekst ogłoszony 27 stycznia 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Czytaj także: 2005.12.19 Co wolno pismakom?

Kryterium prawdy [2002]

Brak przejrzystości w spółkach sprzyja wyciekaniu z nich pieniędzy. Często bywają to pieniądze banku!

Polski system bankowy stoi przed wielkim wyzwaniem. Banki powinny wypracować narzędzia badania corporate governance (czyli porządku korporacyjnego) swoich kredytobiorców. Im lepszy ów porządek, tym niższe ryzyko banku. I odwrotnie: spółki nieprzejrzyste, gdzie kompetencje organów bywają zagmatwane, gdzie rozmywa się odpowiedzialność, gdzie polityka ma prymat nad ekonomią i prawem, rodzą szczególnie wysokie ryzyko kredytowe. Jeżeli kredytobiorca nie spełnia podstawowych rygorów corporate governance, lepiej nie pożyczać mu pieniędzy.

Kiedy wybuchła afera związana ze stocznią szczecińską, rzecznik jednego z banków rozpraszał wątpliwości argumentem, że przecież siedem banków nie mogło się pomylić (podobnie twierdził trener reprezentacji piłkarskiej: wszak aż jedenastu zawodników nie mogło zagrać źle). Lecz wiara w zbiorową mądrość systemu bankowego nie znajduje pokrycia w bilansach. Straty są rezultatem kredytowania na ślepo, bez prześwietlenia dłużnika przez pryzmat corporate governance. Zdumiewa, jak wnikliwie potrafią banki prześwietlać klientów indywidualnych – i jak nonszalancko pożyczają klientom korporacyjnym.

Banki pożyczały podmiotowi mającemu niejasną strukturę, zresztą zapewne gmatwaną celowo; nieprzejrzystemu, bo brak przejrzystości ułatwia wyciek strumieni pieniężnych. Nie miały rozeznania w stanie spraw holdingu stoczniowego, ale kierowały się opinią biegłego rewidenta, który nie widział problemu. Rzecz w tym, że łatwiej podgotować księgi, niż wyczarować z niczego standardy corporate governance. Rewident oczywiście zagląda tylko do ksiąg. Czy teraz banki zdecydują się zaskarżyć rewidenta? Jaki byłby wynik takiej sprawy?

Corporate governance to czytelne, spolegliwe stosunki i wewnątrz spółki, czyli między jej organami, i między spółką a jej otoczeniem rynkowym i społecznym. Brak przejrzystości i spolegliwości tak w spółkach, jak w stosunkach między spółkami a ich otoczeniem tamuje rozwój rynku (ponieważ spółki nie są dłużej w stanie pozyskiwać na nim kapitału) i rujnuje atrakcyjność kraju w oczach zagranicznych inwestorów. Współcześnie kapitał najwyżej ceni corporate governance, nierzadko dając mu prymat nawet nad wynikiem finansowym. Wynik jest bowiem zjawiskiem przejściowym, podatnym na kaprysy koniunktury. Porządek korporacyjny bywa zjawiskiem trwalszym. Zresztą wynik nie zakorzeniony w porządku korporacyjnym nie budzi zaufania.

Im więcej banki poświęcą uwagi zbadaniu corporate governance swoich klientów instytucjonalnych, tym większe będą korzyści banków i gospodarki. Banków, ponieważ trafniej szacując wiarygodność potencjalnego klienta, pomnożą swoje zyski i zwiększą konkurencyjność. Gospodarki, bowiem kiedy banki wreszcie zaczną badać stan porządku korporacyjnego wśród swojej klienteli – wymuszą jego poprawę.

Zapewne inwestorzy finansowi: fundusze inwestycyjne i emerytalne, także z czasem będą uzależniać inwestowanie w spółkę od spełnienia coraz wyższych wymagań. Gdyby już wcześniej zdecydowały się wiązać swoje inwestycje ze stanem corporate governance, uniknęłyby dotkliwych strat. Wystarczy wyliczyć efekty, jakie przyniosły funduszom inwestycje w modne kiedyś akcje Netii lub Elektrimu. Sytuacja inwestorów finansowych jest z pozoru trudniejsza, niż banków, ponieważ banki mogą odmawiać kredytowania podmiotów o wątpliwej reputacji. Fundusze inwestujące w akcje lokalnych spółek nie mogą wiele grymasić, bo spółek na parkiecie jest niewiele, a tych z reputacją tylko kilka. Fundusze emerytalne są skazane na lokalny rynek, gdzie mogą głównie stracić. Gdyby bowiem kiedyś chciały zbyć nagromadzone już akcje – okaże się, że całkiem nie ma komu.

Ale, po prawdzie, ani fundusze inwestycyjne, ani emerytalne, nie przykładają się wiele do poprawy stanu corporate governance na polskim rynku. Zamiast zawiązać trwałą konfederację w tym celu, co najwyżej skrzykują watahy, ruszające na doraźne ekspedycje w obronie praw mniejszości (Stomil Olsztyn, ING BSK, Mostostal Export, &c.), lecz chodzi im wtedy o prawo do wyjścia z inwestycji na korzystniejszych warunkach, a nie o trwałą poprawę stanu porządku korporacyjnego. Stawką takiej rozgrywki bywają raczej dwa złote dzisiaj, niż dziesięć złotych pojutrze. Nikt już nie kwestionuje, że corporate governance kreuje wartość spółki, ale nie wszyscy wiedzą, na czym tak naprawdę to polega. Corporate governance nie jest pozycją bilansu, lecz w dłuższym czasie waży na bilansie. Banki powinny przeto wypracować kryterium oceny corporate governance swoich partnerów i kredytobiorców. Kryterium prawdy. Najlepiej, jeżeli pierwsze ćwiczenia z corporate governance przeprowadzą na sobie samych. Otóż polskie banki wcale nie są ostojami najlepszej praktyki. Jest to temat na odrębny tekst. Napiszę go z przykrością.

Tekst ogłoszony 20 sierpnia 2002 r. w tygodniku Gazeta Bankowa