Archiwa tagu: Brexit

Ryanair w turbulencjach. Proszę zapiąć pasy!

  • Przyczyną turbulencji w RyanAir jest brak corporate governance. Wrześniowe walne zgromadzenie przyniosło manifestację niezadowolenia inwestorów;
  • Dotknęło ono przede wszystkim Davida Bondermana, przewodniczącego rady dyrektorów, który pełni funkcję od 22 lat i już dawno utracił przymiot niezależności;
  • Działalność linii zakłócają strajki pilotów i personelu pokładowego, co skutkuje odwoływaniem setek lotów;
  • Prócz kłopotów wywołanych odwoływaniem lotów pasażerów gnębią restrykcje dotyczące bagażu podręcznego i wymuszanie opłat za dodatkowe usługi.

Gdzie nie ma corporate governance, tam są, lub będą, kłopoty. Przykładem Ryanair – z konieczności mój przewoźnik, bowiem LOT wypiął się na Kraków i przestał obsługiwać większość połączeń z lotniska w Balicach. Za to Ryanair działa tu z rozmachem: obecnie łączy Kraków z portami w 21 państwach. Jest największą linią lotniczą w Unii Europejskiej. Obok gęstniejącej siatki połączeń oferuje też wynajem pokoi, samochodów, coraz bogatszą ofertę zakupów na pokładach swoich maszyn. Irlandczycy dowodzą, że potrafią liczyć pieniądze. Znają się na biznesie i coraz lepiej obsługują Polskę. Lecz nie są u nas szczególnie lubiani, ponieważ wyśmiewają nasz tromtadracki plan zbudowania lotniska-giganta pośrodku niczego, w Baranowie.

Wczoraj – w piątek 28 września – z powodu strajku linia odwołała od 250 lotów, w tym kilka z i do Krakowa. Personel strajkuje pod chwytliwym hasłem „no rights, no flights”. Spadają notowania spółki. Niedawne walne zgromadzenie Ryanair w Gormanston dało inwestorom sposobność do demonstracji niezadowolenia z sytuacji w spółce i wokół niej. Blisko 30% głosów padło przeciwko reelekcji 75-letniego Bondermana; w anglosaskich realiach to sporo, ale też nie jest często spotykane, by przewodniczący rady dyrektorów był tak zależny od CEO… Niezadowolenie inwestorów odczuł także senior independent director Kyran McLaughlin. Akcjonariusze, rozzłoszczeni jak pasażerowie odwołanego lotu, zapowiadali, że w następnym roku już nie dopuszczą do kolejnej reelekcji krytykowanej dwójki, względnie także wszystkich członków komitetu nominacji (Aberdeen Standard Investments, Royal London Asset Management, Local Authority Pension Fund Forum; do sprzeciwów namawiały także firmy doradzające inwestorom Glass Lewis i Institutional Shareholders Services).

Oczekiwania inwestorów dotyczą uporządkowania spraw pracowniczych i związkowych, a także wypracowania silnego, niezależnego i odczuwalnego przywództwa w radzie dyrektorów. W obliczu takich nastrojów spółka zamierzała nie dopuścić mediów na obrady zgromadzenia; byłby to skandal nad skandale! Opamiętano się w ostatniej chwili.

Co ciekawe: zadziorny, kłótliwy CEO Michael O’Leary uniknął krytyk. Zdobył 98,55 głosów poparcia. Wszystkim wiadomo o jego przywarach, ale też znane są jego zalety, oddanie spółce, zasługi, niekwestionowane osiągnięcia. Nie było bez znaczenia, iż z powodu odwołanych lotów zrezygnował z przyznanego mu bonusu w kwocie miliona eur. O’Leary kieruje liniami od 1994 r., przez te lata zaleciał daleko. W przyszłym roku wygaśnie jego kontrakt. Przebąkuje więc, że jeszcze nie wie, czy pragnie nadal posługiwać spółce, osiągnie sześćdziesiątkę i nie chce wiązać się aż na 5 lat. Ach, ci młodzi!

Zarzuty inwestorów dotyczą nie tylko braku niezależności rady, także kaprysów kierownictwa spółki i braku należytego stosunku do interesów akcjonariatu. Przed rokiem spółka upierała się, by wiązać pracowników kontraktami irlandzkimi, dzisiaj wypycha ich na kontrakty lokalne i nie może zdecydować się, jak traktować związki zawodowe. W Polsce personel „zatrudnia się sam”, sam też zadba (?) o swoje emerytury. To kosztem ich, a także pasażerów, Ryanair zalicza się do „budget airlines”, co bywa na polski tłumaczone jako „tanie linie”. Tanie są były dranie z piosenki Czechowicza i Gołasa (Kabaret Starszych Panów).

Akcjonariusze Ryanair wywodzą się w znacznej mierze z Wielkiej Brytanii, są więc poważnie zaniepokojeni zapowiedziami spółki, iż w przypadku twardego brexitu, czyli braku umowy o warunkach wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, mogą utracić prawo głosu z akcji. Nie jest wykluczone, że O’Leary pragnie w ten sposób poskromić wojownicze zapędy Londynu. Z drugiej strony nie jest wykluczone, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE spowoduje przejściowe zawieszenie jej połączeń lotniczych z państwami Unii.

Z podziwem patrzę na rozmach, z jakim rozwija się Ryanair. Przestroga dla akcjonariatu spółki w kwestii możliwości zawieszenia prawa głosu inwestorów spoza Unii Europejskiej sprawia, że przecież nie zainwestuję w akcje ambitnej linii. Prędzej czy później porachują się z nią pracownicy zrzeszeni w związkach zawodowych. Oraz pasażerowie: Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł w kwietniu b.r., że linia powinna wypłacać pasażerom odszkodowania za loty odwołane z powodu strajku, nawet niezapowiedzianego.

Jest jeszcze jeden powód. Najważniejszy. Otóż nie mam za grosz zaufania do obecnego rządu Rzeczypospolitej. Przypuszczam, że jest on gotów do wypchnięcia Polski z Unii, bądź doprowadzenia do sytuacji, że Polska zostanie wypchnięta. Mógłbym wtedy stracić prawa z akcji irlandzkiej spółki. Nie wspominając o reszcie, albowiem wszystkich strat nie da się nawet ogarnąć. Doznają ich niebawem Brytyjczycy, ale to inna historia.

 

 

Nawet w UK polityka szkodzi corporate governance

Oto kolejny przypadek, gdy polityka szkodzi sprawie corporate governance. W czwartek 8 czerwca odbędą się w Wielkiej Brytanii wybory Izby Gmin, więc przedwyborcza kampania spycha na dalszy plan przedsięwzięte już przygotowania do reformy corporate governance. Niezwłocznie po objęciu urzędu premiera Theresa May, wcześniej daleka sprawom gospodarki minister spraw wewnętrznych, wystąpiła ze zdecydowaną krytyką stanu rzeczy. Przypomniała, że należyte postępowanie spółek jest ważnym komponentem równości i sprawiedliwości społecznej. Wyraziła też opinię, że tzw. niewykonawczy członkowie rad dyrektorów, Non-Executive Directors (NEDs), czyli piastuni spółek zajmujący się – w przeciwieństwie do dyrektorów sprawujących zarząd, Executive Directors – wyłącznie nadzorowaniem działalności spółki, w swojej masie nie spełniają wymogów oczekiwanej od nich bezstronności, ponieważ wywodzą się z tej samej kasty zawodowej i społecznej, co dyrektorzy zarządzający. Wobec tego, uznała pani premier, konieczne jest wprowadzenie do rad dyrektorów reprezentacji pracowniczej. Manifest został okraszony populistycznym sloganem, że jej rząd będzie działać w interesie ogółu, nie tylko garstki (few, nie mylić z The Few Winstona) uprzywilejowanych.

Z dyskusji w Izbie Gmin wyłoniła się potrzeba szerszej reformy brytyjskiego systemu corporate governance, który w obliczu Brexitu nabiera szczególnego znaczenia. Przewaga konkurencyjna rynku brytyjskiego nad wieloma rynkami państw członkowskich Unii Europejskiej polega na lepszym modelu corporate governance, zakładającym utrzymywanie wysokich standardów postępowania, niskie ciężary nakładane na notowane spółki i dużą elastyczność regulacji. By sprostać tym wyzwaniom, dyskusja w Izbie Gmin wzbogaciła postulat reprezentacji pracowniczej w radzie dyrektorów postulatami wzmocnienia praw akcjonariuszy i niektórych interesariuszy (zwłaszcza drobnych dostawców i klientów), zwiększenia wpływu akcjonariuszy na wynagrodzenia piastunów spółek oraz rozciągnięcia regulacji dotyczących spółek notowanych na duże podmioty nienotowane (privately-held companies).

Trudno nie zwrócić tu uwagi, że na niwie corporate governance państwo rozpycha się kosztem niegdyś bardziej wpływowych środowisk gospodarczych. Inicjatywę przejmuje Department of Business, Energy and Industrial Strategy, BEIS, który w listopadzie 2016 roku ogłosił Zieloną Księgę – Green Book on Corporate Governance Reform zbierającą i systematyzującą propozycje polityków i biznesu. Termin zgłaszania uwag upłynął stosunkowo niedawno, 17 lutego; nadesłano liczne, ciekawe i różnorodne materiały. Cóż z tego, skoro pójdą one w cień pod wpływem kampanii wyborczej.

Reforma zyskuje szerokie poparcie. Natomiast krytycy proponowanych zmian przywołują model niemiecki, a w nim dyżurny przykład to Volkswagen. Niby pracownicy są gotowi do współpracy z zarządem, bardziej produktywni i mają poczucie współwłasności. Ale zdominowane (?) przez pracowników rady nadzorcze są ponoć zorientowane na ochronę miejsc pracy i wzrost wynagrodzeń, a nie na wzrost wartości dla akcjonariuszy. Pracownicze współdecydowanie (co-determination, Mitbestimmung) może i zdaje egzamin w spółkach produkcyjnych, finansowanych przez długoterminowe inwestycje (long term capital commitment), nie w usługach, gdzie trzeba szybko reagować na kaprysy rynku. Ale dążenie do powiększenia puli, z której czerpiemy dyrektorów, niekoniecznie ogranicza się do pracowników. W Polsce próbowano wspierać się akademikami, ale bez korzystnego rezultatu. Nieustannie podpowiadam możliwość wykorzystywania kobiet, ale z należytym uwzględnieniem ich doświadczeń i kwalifikacji. Lecz pozycja kobiet w Westminsterze jest wciąż silniejsza niż w City.

Ogłaszając przedterminowe wybory i ryzykując los reformy corporate governance kieruje się premier May wynikami sondaży dającymi znaczącą przewagę konserwatystom. Oraz dwojaką kalkulacją polityczną. Po pierwsze, bez obecnego przyśpieszenia wybory musiałyby odbyć się najpóźniej w 2020 roku, kiedy na Wielką Brytanię spadną ciężary związane z wyjściem z Unii. Po drugie, Theresa May potrzebuje legitymacji wyborczej, poprzednie wybory wygrał jej zapominany już zwolna poprzednik, David Cameron, nie ona, opowiadająca się w pamiętnym referendum przeciwko opcji LEAVE. Lecz nastroje wyborców bywają równie nieprzewidywalne, jak wolty polityków. Wybory w 2015 obserwowałem na miejscu, sondaże wskazywały na mocną równowagę dwu największych partii, jeszcze w dniu wyborów dzienniki podkreślały, że zwycięzca uzyska najwyżej wątłą przewagę. Było inaczej, torysi odnieśli miażdżące zwycięstwo; lord, który zwątpił w wynik exit polls, musiał zjeść własny kapelusz. Nie dbam o kapelusze Mrs May, żaden nie jest gustowny, martwię się o los zamierzonej reformy corporate governance.

Czytaj także: 2016.07.22 Wielka Brytania na opak wywracana

Wielka Brytania na opak wywracana

Wcale nie tak miało być! Referendum, zamiast rozbroić zwolenników wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, przyniosło zwolennikom opcji „Leave” niespodziewaną przewagę nad głosującymi „Remain”. Premier David Cameron, który w ubiegłym roku zapewnił Partii Konserwatywnej zdecydowane zwycięstwo w wyborach parlamentarnych, w pośpiechu odszedł z urzędu. Objęła go minister spraw wewnętrznych Theresa May; wcześniej opowiadała się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii – teraz robi dobrą minę do złej gry i obiecuje, że przekształci Brexit w sukces (ciekawe, jak).

Jedyna, do tej pory, korzyść z Brexitu, to pogrom jego zwolenników. Najgłośniejszy z krytyków UE, szef stronnictwa „niepodległościowego” Nigel Farade, w obliczu tryumfu nieoczekiwanie wycofał się z polityki. Były burmistrz Londynu Boris Johnson, który najbardziej wśród konserwatystów mącił za wyjściem z Unii, nawet nie ośmielił się stanąć do wyborów przywódcy partii (i szefa rządu); dostał posadę ministra spraw zagranicznych, ale jej zapewne nie podoła. Szpetnie zdradził go poplecznik, minister sprawiedliwości Michael Gove, który niebawem przepadł. Na koniec z rywalizacji z Theresą May szybko wycofała się odpowiedzialna w rządzie za energię Andrea Leadsom, gwiazda kampanii „Leave”. Niech będzie to przestrogą dla przeciwników Unii, nie tylko w Wielkiej Brytanii: zaprawdę, marny spotyka ich los!

Brexit rozpoczyna proces wywracania Wielkiej Brytanii na opak. 76. premier Zjednoczonego Królestwa zapowiada reformę państwa, rządzącej nim Partii Konserwatywnej, gospodarki, corporate governance. Państwo ma zapewnić, że dobrodziejstwa gospodarki będą dostępne dla wszystkich, nie tylko dla nielicznych uprzywilejowanych (the privileged few). Partia Konserwatywna ma odtąd służyć ludziom pracy… Opozycyjna Labour Party oddała torysom pole, jest zajęta i przejęta przepędzaniem swojego nieudanego przywódcy: Jeremy Corbyn długo występował jako eurosceptyk, zmienił zdanie tuż przed referendum, ale niewielu przekonał do pozostania w Unii.

Zapowiedziana reforma corporate governance zmierza daleko. Po pierwsze, przewiduje ona zapewnienie pracownikom reprezentacji w radach dyrektorów. Po drugie, zakłada umocnienie pozycji akcjonariuszy, którzy mają decydować o wynagrodzeniach menedżerów (obecnie mają głos wyłącznie opiniujący, najczęściej puszczany mimo uszu). Po trzecie, Theresa May zapowiada ograniczenie wynagrodzeń i przywilejów kadry zarządzającej największymi spółkami. Brzmi ładnie, ale szczegółów dotąd nie przedstawiono. Najdalej idzie zapowiedź wzbogacenia składu rad dyrektorów o przedstawicieli pracowników. Zostali oni pominięci, kiedy do rad dyrektorów wprowadzano reprezentację konsumentów. Klawo być konsumentem klejnotów Asprey’a lub samochodów aston martin! Za obecnością pracowników w radach dyrektorów przemawia postulat zwiększenia liczby beneficjentów (spodziewanego) wzrostu gospodarczego. To ważny zwrot w polityce Partii Konserwatywnej, która do niedawna zaprzeczała, jakoby nie wszyscy w równym stopniu korzystali z dobrodziejstw gospodarki. Pani premier uważa, że dominujący w radach dyrektorów non-executive directors (NEDs, dyrektorzy niewykonawczy, czyli spoza zespołu zarządzających) reprezentują te same kręgi zawodowe i społeczne, co dyrektorzy wykonawczy, których mają nadzorować. Dyskusji na temat reprezentacji pracowniczej zaniechano w radach przed czterdziestu laty (po raporcie Bullocka z 1977 r. o demokracji w przemyśle), lecz dzisiaj odżywają oczekiwania, że rady dyrektorów będą dzięki udziałowi pracowników podejmować lepsze decyzje, co leży w interesie spółek, gospodarki i społeczeństwa. Pożyjemy, zobaczymy.

Zapowiedź wzmocnienia roli akcjonariuszy w procesie ustalania płac menedżerów oznacza zerwanie z zasadą, że akcjonariuszom przysługuje tylko głos opiniujący propozycje zarządzających, często bezkrytycznie zatwierdzane przez radę dyrektorów. Od ćwierćwiecza opinia publiczna krytycznie oceniała wysoko opłacanych menedżerów przyrównując ich do tłustych kotów, które wylegują się leniwie na przypiecku, spijają śmietankę, a strącone – bezpiecznie spadają na cztery łapy. Obecnie w Westminsterze dojrzewa apetyt na zmiany. Przyczynił się do tego prezes BP Bob Dudley, który za nieudany rok marnego przywództwa w spółce zgarnął – mimo sprzeciwów akcjonariuszy – 14 milionów funtów, czym zgorszył brytyjską opinię. Narastający sprzeciw wobec przywilejów, z jakich korzystają menedżerowie, pobrzmiewa jednak tanim populizmem.

Wywracanie Wielkiej Brytanii na opak ilustruje rysunek w jednym z dzienników. Kelner proponuje gościowi herbatę, gość… odmawia. Podpis pod rysunkiem: „Anarchia w Zjednoczonym Królestwie”. O czasy, o obyczaje!

Tekst ogłoszony w dzienniku Parkiet 20 lipca 2016 r.