Archiwa tagu: CalPERS

CalPERS pod lupą, czyli alotaż po amerykańsku

  • California Public Employees Retirement System to największy w USA fundusz emerytalny zarządzający aktywami rzędu 360 miliardów USD;
  • CalPERS uchodził przez dekady za złoty wzorzec dobrych praktyk i rzecznika corporate governance;
  • Na wizerunku funduszu fatalnie ciążą decyzje o zatrudnianiu na kierowniczych stanowiskach osób prezentujących fałszywe dane w życiorysach;
  • Potwierdza to prawidłowość, że im większa instytucja finansowa, tym mniej dba o swoją reputację.

W 2016 r. w California Public Employees Retirement System (CalPERS) doszło do nieoczekiwanej zmiany CEO. Z końcem roku obrachunkowego (30 czerwca) odeszła, po siedmiu i pół latach posługi, zasłużona dr Anne Stausboll. W październiku jej stanowisko objęła Marcie Frost. Jej niechlujnie sporządzone CV głosi, że kierowała działem HR w Department of Retirement Services stanu Washington. Oraz, że ma licencjat i nadal studiuje. Jakże skromne to kwalifikacje na stanowisku prezesa największego funduszu emerytalnego! W dodatku fałszywe. Wkrótce okazało się, że Marcie Frost ma nikłe pojęcie o human resources, a zwłaszcza o naturze funduszy emerytalnych, ponieważ na stanowisku głównego aktuariusza usiłowała zatrudnić osobę bez wymaganych kwalifikacji.

Kolejnym dopustem dla funduszu była dymisja niedawno zatrudnionego dyrektora finansowego, gdy wyszło na jaw, że w procesie rekrutacji Charles Asubonten udzielił fałszywych informacji o przebiegu swojej kariery zawodowej. Spółka, w której miał piastować stanowisko dyrektora zarządzającego, w ogóle nie istniała. Na koniec kompromitacja sięgnęła samego szczytu: również Marcie Frost wielokrotnie kłamała na temat swojej kariery zawodowej i wykształcenia. Oszukała także swojego poprzedniego pracodawcę. Znane powiedzenie głosi, że kłamcy powinni mieć dobrą pamięć, natomiast Frost w swoich życiorysach raz pisała, że uzyskała magisterium, innym razem, że jest w trakcie jego uzyskiwania, podawała także różne daty i fakty. A co najgorsze: przewodnicząca rady funduszu Priya Mahur usiłowała ukryć skandal, personel brał winę na siebie, a rzecznik prasowy niemal rzucał się pod koła autobusu zapewniając, że to on jest sprawcą nieporozumień.

Rzecz nie mieści się w głowie. Kiedy w Polsce przed laty, w epoce AWS, prezesurę Zakładu Ubezpieczeń Społecznych powierzono partyjnemu działaczowi bez kwalifikacji – ukułem termin „alotaż”, brzmiący z francuska (korektor Google poprawia mi pisownię na balotaż), lecz w pełni rodzimy, wywiedziony od nazwiska nominata. Kariera nieszczęśnika trwała krótko, ale należy przyznać, że niczego złego nie dokonał, więc został zapomniany. Także termin „alotaż” nie zrobił kariery, przyćmiła go niebawem formuła TKM („teraz, k…., my), zrazu użyta w tonacji szyderczej, niebawem podniesiona do rangi programu partii rządzącej. Gwoli ścisłości dodam, że za nominacją Marcie Frost, nie stoją, jak się wydaje, przesłanki polityczne. Oceny jej poczynań nie są jednak wolne od zarzutów o cronyism i featherbedding. Pierwszy z tych terminów oznacza kumoterstwo, drugi, m.in., poplecznictwo.

CalPERS ma ogromne zasługi w krzewieniu corporate governance w spółkach portfelowych na wielu rynkach kapitałowych. Uczestnicząc w walnych zgromadzeniach 11 tysięcy spółek, fundusz najczęściej przyjmuje aktywną, nawet waleczną postawę. Toczy i wygrywa spory z zarządami. Ponad 500 spółek portfelowych uległo naciskom funduszu na wprowadzenie, lub zwiększenie ilości kobiet w radach dyrektorów. Oraz zwiększanie różnorodności składu rad. Przy tym fundusz zapatruje się sceptycznie na propozycje wprowadzenia kwot (skarbnik Kalifornii John Chiang daremnie prosił CalPERS o wsparcie dla wymogu 30-toprocentowego udziału kobiet w radach). Szczególnie zasługuje na wyróżnienia działalność funduszu na rzecz krzewienia odpowiedzialności klimatycznej spółek i sprawozdawania przez nie na temat ekologicznych następstw ich działalności. Oraz opór przeciwko planom podnoszenia płac menedżerów.

Z drugiej strony fundusz bywa krytykowany za okazjonalne straty. Za przepłacanie marnych usług zarządzania jego aktywami przez private equity. Za częste i kosztowne przypadki naruszania praw autorskich. Za wewnętrzne intrygi i spory, których echa rozchodzą się daleko. Za wstrzemięźliwość wobec postulatu wycofania się z inwestycji w producentów i dystrybutorów broni palnej (CalPERS twierdzi, że więcej uczyni dla dobra sprawy jako wpływowy inwestor). Cieniem na reputacji funduszu kładzie się wreszcie niska ocena pracy pani prezes i przedziwna atmosfera wokół niej. Odnosi się wrażenie, że funduszowi przestało zależeć na utrzymaniu świetnej reputacji. Im większa instytucja finansowa, im bardziej spuchnięta od miliardów, tym mniejsza jej troska o opinię. Czyżby wielki nie musiał się starać? Czy wszystko mu uchodzi?

Czytaj także:

2017.05.16 Skaza na złotym wzorcu dobrych praktyk

2017.01.30 CalPERS, czyli etyka przed biznesem

2003.04.20 CalPERS, bicz rynku

Zanim wystrzelają wszystkich

Uzbrojony szaleniec wkracza do uczelnianego kampusu, otwiera ogień, zabija na oślep. Kiedy zaspokoi żądzę mordu, popełni samobójstwo. Albo ktoś go zastrzeli. Wiadomość o tragedii zyska status breaking news, będzie żyć kilka dni, aż jakiś kolejny szaleniec zrobi to samo w innym miejscu Stanów Zjednoczonych. Ponieważ masakry często dokonywane są w szkołach, prezydent Donald Trump pragnie im zapobiegać wyposażając nauczycieli w broń palną. Czyż nie miał racji Rex Tillerson określając go mianem kretyna?

Na straży fantazji szaleńców stoi druga poprawka do konstytucji Stanów Zjednoczonych o ochronie prawa posiadania i noszenia broni. Oraz niezwykle wpływowa National Rifle Association – stowarzyszenie miłośników broni palnej. Próby poddania prawa posiadania i noszenia broni rygorom zdrowego rozsądku są traktowane jako zamach na konstytucję, która jest tam darzona szacunkiem. Już przed laty narodził się pomysł odcięcia producentów brani palnej, amunicji i materiałów wybuchowych od źródeł finansowania. Powstały fundusze reprezentujące ideę inwestowania społecznie odpowiedzialnego (socially responsible investments) – szlachetną i nieskuteczną. Rychło bowiem okazało się, że funduszom finansującym produkcję broni, alkoholi, wyrobów tytoniowych lub przemysł pornograficzny, niepokojąco często zdarza się osiągać znacząco lepsze wyniki niż funduszom lokującym się po jasnej stronie mocy.

W marcu b.r. skarbnik stanu California John Chiang wezwał tamtejszych inwestorów finansowych do odejścia od inwestowania w spółki produkujące lub dystrybuujące zakazaną tam broń agresywną. Jeżeli tego nie uczynimy – powiedział (w pierwszej osobie liczby mnogiej, jako piastun stanowisk w radach funduszy emerytalnych) – podążymy wbrew nurtowi historii. Wsparła go opinia publiczna, poruszona do żywego lutową masakrą w Marjory Stoneman Douglas High School na Florydzie. Oraz październikową tragedią w Las Vegas, gdy podczas festiwalu muzycznego szaleniec zastrzelił 60 osób i poranił setki innych. Oraz ubiegłoroczną kwietniową strzelaniną w pobliskim San Bernardino. Oraz serią podobnych wydarzeń, wszak masowe egzekucje przypadkowych osób to w Stanach Zjednoczonych stałe fragmenty gry.

Rada największej z lokalnych firm inwestycyjnych, gigantycznego funduszu emerytalnego CalPERS (California Public Employees Retirement System) – stosunkiem głosów 9:3 odrzuciła tę inicjatywę. CalPERS dziesięciolecia pracował na opinię rzecznika corporate governance i wrażliwości społecznej. Niemniej zaangażował 850 milionów USD w akcje producentów i hurtowników uznawanych za agresywne broni palnych. Przeważyło stanowisko, że fundusz jest w stanie wywrzeć większy wpływ na spółki portfelowe, niż na spółki, które z portfela wyrzucił.

Lecz fundusz inwestuje w spółki portfelowe przede wszystkim z myślą o zyskach z tych inwestycji, nie zaś w celu wywierania umoralniającego wpływu na te spółki, by zrezygnowały z działalności przynoszącej zyski i zajęły się czymś pożytecznym. Skutecznym byłoby raczej odcięcie niegodziwców od źródeł finansowania. Lecz fundusz poniósłby na tym stratę. A niegodziwcy zapewne znajdą innych dostawców kapitału. Tam bowiem, gdzie chodzi o pieniądze, wrażliwość etyczna inwestorów często sprowadza się do wytartych sloganów. CalPERS woli pochwalić się wspieraniem udziału kobiet w radach dyrektorów oraz udziałem w inicjatywie Climate Action 100+ krzewiącej odpowiedzialność klimatyczną spółek. To mniej kosztuje.

Bardziej zdecydowane stanowisko wobec ekscesów z bronią palną zajął Black Rock, największy na świecie zarządca aktywów. W związku z lutową masakrą na Florydzie fundusz z początkiem marca wezwał do współdziałania sektor publiczny i prywatny. Z jednej strony Black Rock zapowiada konsultacje z uczestnikami (nazywa ich „klientami”) i mobilizowanie ich poparcia na rzecz odejścia od finansowania producentów broni palnej. Z drugiej – wraca do klasycznej koncepcji tworzenia funduszy wykluczających inwestowanie w tę branżę. Waga tych słów jest ogromna, Black Rock jest największym akcjonariuszem w dwóch znaczących firmach zaangażowanych w produkcję i hurt broni palnej przeznaczonej dla ludności cywilnej (Sturm Ruger & Co., Inc. i American Outdoor Brands Corp.) a także drugim pod względem skali zaangażowanie akcjonariuszem w trzeciej z takich firm. Lecz w głośnym styczniowym posłaniu funduszu do spółek portfelowych prezes Black Rock, Larry Fink, napisał jasno: w biznesie liczy się nie tylko biznes. Także społeczeństwo. Jestem za!

Tekst, ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 17 kwietnia 2018 r., wymaga SPROSTOWANIA. Sekretarz Stanu Rex Tillerson określił prezydenta USA Donalda Trumpa mianem imbecyla (a nie kretyna – jeżeli komuś czyni to różnicę).

Odpowiedzialność klimatyczna

Warto odnotować epizod z innego kontynentu, jakby z innego świata, które zapewne w bliskiej już przyszłości ukształtuje standard postępowania spółek względem jednej z najważniejszych spraw ludzkości. 12 maja doroczne walne zgromadzenie Occidental Petroleum Corp., jednej z wielkich firm wydobywczych i przetwórczych z siedzibą w Houston (Texas) zobowiązało spółkę do publicznego sprawozdawania na temat wpływu jej działalności na zmiany klimatyczne. Uchwała została powzięta większością głosów z inicjatywy funduszu emerytalnego California Public Employees’ Retirement System (CalPERS) dzięki poparciu jej przez największego akcjonariusza spółki, globalny fundusz inwestycyjny BlackRock.

Occidental ma mroczną historię. Spółka zyskała opinię szkodnika politycznego za sprawą działalności w Libii od roku 1965 do 1986, kiedy kraj został objęty sankcjami, oraz od 2004 do 2011, kiedy kraj uległ rozpadowi. Zyskała także opinię szkodnika środowiskowego, bo chociaż stosuje nowoczesne technologie poszukiwania złóż, ich wydobycia i przetwórstwa, emituje do atmosfery ogromne ilości toksycznych chemikaliów. Bywała też uwikłana w niezliczone skandale w Stanach Zjednoczonych (dramatyczne skutki zdrowotne gromadzenia odpadów w rejonie Love Canal, wyciek ropy w Pensylwanii) i w krwawe afery w Ameryce Łacińskiej (Kolumbia, Peru). Obecnie akcjonariusze wprowadzają drapieżną korporację na drogę cnoty. Brawo!

Inne kompanie naftowe już wcześniej podejmowały podobne uchwały: Royal Dutch Shell Plc, British Petroleum Plc oraz Statoil ASA raportują na temat polityki klimatycznej od 2015 roku. Przypadek Occidental z kilku powodów trzeba jednak uznać za znamienny. Jeszcze w ubiegłym roku podobna uchwała nie uzyskała większości głosów. Nie poparł jej wówczas BlackRock, który wobec braku postępu w dostosowaniu polityki klimatycznej Occidental do porozumienia paryskiego z 2015 r. ostatecznie zmienił stanowisko. Co najważniejsze: uchwała została powzięta wbrew obiekcjom rady dyrektorów Occidental, co w amerykańskiej praktyce zdarza się przecież rzadko. Aktywni inwestorzy ustanowili więc ważny precedens. 31 maja nad podobnym projektem uchwały głosować będą akcjonariusze Exxonu.

Polityka klimatyczna to coraz ważniejszy wymiar społecznej odpowiedzialności współczesnej korporacji wobec jej interesariuszy; globalizacja sprawia, że zaliczamy do nich nie tylko społeczności lokalne, także po prostu ludzkość. Sprawozdawanie o wpływie działalności na zmiany klimatyczne bywa dla wielu spółek kłopotliwe; dzisiaj przynosi ono tylko wstyd, niebawem posypią się surowe kary. Inwestycje zostaną skierowane głównie tam, gdzie praktykuje się odpowiedzialność klimatyczną. Fundusze emerytalne i inwestycyjne udanie poskramiają niedotykalne do niedawna koncerny naftowe. Warto zdać sobie sprawę, że uporczywe opieranie gospodarki na węglu, dyskryminowanie odnawialnych źródeł energii, osobliwe podejście do ochrony środowiska – nie zjednają Polsce sympatii światowych inwestorów. Ani ich pieniędzy.

Tekst ogłoszony 8 czerwca 2017 r. w dzienniku Rzeczpospolita
Czytaj także:
2017.06.24 Rynek za klimatem, polityka przeciw
2017.07.27 Akcjonariusze wszystkich spółek, łączcie się!

Skaza na złotym wzorcu dobrych praktyk

Od funduszy emerytalnych oczekuje się nie tylko dobrych wyników, także wysokich standardów. Przez lata wzorcem był CalPERS: California Public Employees’ Retirement System, nie tylko największy na świecie fundusz emerytalny, także inwestor instytucjonalny chlubiący się świetnymi wynikami, dobrą współpracą z uczestnikami oraz złotymi zasadami etycznymi. Ostatnio idzie mu gorzej. Stopa zwrotu już nie imponuje (o czym pisałem w tym miejscu 30 stycznia), mnożą się wątpliwości dotyczące wydatków funduszu, a w jego radzie doszło do zaskakującego konfliktu, którego nie zdołano szybko i sprawnie rozstrzygnąć. Jest przeto o czym pisać. Przy czym łatwiej postulować stosowanie dobrych praktyk i surowych standardów etycznych, niż odnosić się do sedna sporów, jakie wybuchają na tym tle.

Skandal wywołał jeden z członków trzynastoosobowej rady CalPERS, William J. Slaton, niespodziewanie zarzucając innemu z członków rady, J.J. Jelincicowi wielokrotne upublicznianie wewnętrznych materiałów i żądając ustąpienia przezeń z organu, a gdyby nie ustąpił – wykluczania go z udziału w zamkniętych sesjach rady i jej komitetów. Jelincic nie zastosował się do żądania złożenia rezygnacji zajmując stanowisko, że zarzuty są ogólnikowe, należy je sprecyzować, wskazując ujawnione dane lub dokumenty. Otóż Slaton tego nie uczynił ani występując z zarzutami, ani później, choć czasu miał sporo. Przewodniczący rady Rob Feckner stwierdził, że owszem, doszło do przecieku, ale nie zdradził szczegółów. Zamiast wskazać winowajcę i sprawę rozstrzygnąć, lub próbować wypracować rozstrzygnięcie, wykazał żałosną bierność. Nie takiego modelu przywództwa oczekuje się od przewodniczącego rady.

J. J. (Joseph John) Jelincic nie jest grzecznym chłopczykiem. Przemawia przeciwko niemu, że został przed kilku laty napiętnowany za seksualne molestowanie w środowisku pracy. Za nim przemawia natomiast, że zna się na swojej robocie. Przewodniczył związkowi pracowników stanu Kalifornia, pracował w departamencie inwestycyjnym CalPERS, do rady został wybrany w 2010 r. na czteroletnią kadencję jako przedstawiciel beneficjentów funduszu. Obecnie odbywa drugą kadencję i odbiera działania Slatona jako próbę uniemożliwienia mu wyboru na trzecią. Twierdzi, że skoro zarzuty są niejasne, dalekie od konkretu, nie dano mu możliwości obrony przed nimi. I wyśmiewa nałożoną nań sankcję w postaci obowiązku uczestniczenia 19 maja w konferencji kalifornijskiej palestry na wydziale prawa w Berkeley o zasadach ujawniania dokumentów: bez polecenia też wziąłby w niej udział. Nic więcej nie mogli mu zrobić, ponieważ rada nie jest władna wykluczyć członka z obrad lub utajnić je przed nim.

Odnoszę wrażenie, że źródłem kłopotów Jelincica jest jego dociekliwość, zakłócenie wygodnej ciszy, zadawanie kłopotliwych pytań, stawianie ponad wszystko interesów uczestników funduszu. Żądał on bowiem dostępu do danych i dokumentów, które przed nim skrywano. Szczególnie naraził się drążąc temat wynagrodzeń za niezbyt udane inwestycje wypłacanych zarządzającym portfelami CalPERSa funduszom private equity. „Ile wam płacimy? Za to wam płacimy? Gdzie są spodziewane rezultaty?” Wzywał do dyskusji, czy w ogóle warto korzystać z usług private equity i utrzymywać te portfele.

W istocie, bez niego byłoby w radzie funduszu przyjemniej. A w każdym razie – spokojniej. Wszak rada jest ugodowa, unika kontrowersji. Slaton, reprezentujący w niej stan Kalifornia, oraz niektórzy inni członkowie rady uważają, że taka postawa Jelincica szkodzi reputacji funduszu. Rozliczenia z private equity lepiej byłoby zamknąć w szafie, niż publicznie ujawniać, że marnej jakości usługi zostały przepłacone. Stąd wzięły się zarzuty, że JJJ ujawnia poufne materiały. Obserwując tę sprawę z dystansu odnoszę wrażenie, że Jelincic może bywa nieprzyjemny, może kiedyś kogoś molestował, ale dobrze zdaje sobie sprawę, na czym polega fiduciary duty – obowiązek starannej dbałości o interesy uczestników funduszu. Niemniej zarzuty zawisły w powietrzu, zatruły atmosferę. Wielka szkoda.

Tekst ogłoszony 9 maja 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2017.01.30 CalPERS, czyli etyka przed biznesem
2003.04.20 CalPERS, bicz rynku
2002.03.04 CalPERS po polsku

CalPERS czyli etyka przed biznesem

Lektura depesz ze świata umacnia mnie w przekonaniu, że corporate governance to w Polsce pojęcie wciąż obce. Oto największy na świecie fundusz emerytalny, CalPERS – California Public Employees’ Retirement System (kalifornijski fundusz emerytalny pracowników sektora publicznego), po wnikliwej dyskusji podtrzymał zasadę nieinwestowania środków swoich uczestników w przemysł tytoniowy. Zasada została wprowadzona w roku 2000. Analiza Wilshire Associates, konsultanta inwestycyjnego CalPERS, wykazała że w następstwie tego kroku fundusz utracił latach 2001 -2014 ok. 3 miliardy USD.

W grudniu 2016 r. rozważano, czy zasadę utrzymać, czy uchylić. Utrzymano ją znaczną większością głosów. Co więcej: zdecydowano o wycofaniu się przez fundusze afiliowane z inwestycji w akcje i obligacje spółek tytoniowych; chodzi o kwoty rzędu 547 milionów USD. Inny kalifornijski potentat emerytalny, CalSTRS – California State Teachers’ Retirement System (kalifornijski stanowy fundusz emerytalny nauczycieli) poszedł tą drogą już w 2009 r.
Decyzja nie była łatwa. Eksperci CalPERS wnioskowali o powrót do praktyki inwestowania w branżę tytoniową. Dyskusja chwilami przybierała tony emocjonalne. Jeden z menedżerów funduszu, Terry Brennand z Service Employees’ International Union, deklarował „Nie stanę przed moimi emerytami by im oświadczyć, że ich świadczenia zależą od firm produkujących choroby lub śmierć” (cyt. za dziennikiem Sacramento Bee). Ustalając politykę inwestycyjną funduszu wzięto więc pod uwagę opinie m.in. American Heart Association i American Cancer Society, że podejmując współpracę z firmami tytoniowymi CalPERS naraziłby się na ryzyko kroku, który mógłby zostać niewłaściwie odczytany przez potencjalnych palaczy.

Nasuwa się wniosek, że etykę postawiono przed biznesem. W polszczyźnie słowo etyka spotykam coraz rzadziej. Nie występuje ono w języku polityków, zostało wyparte z języka rynku kapitałowego. Należę do obrońców Otwartych Funduszy Emerytalnych, lecz nie wyobrażam sobie prezesa zarządzającego funduszem Powszechnego Towarzystwa Emerytalnego, który staje przed swoimi emerytami i oświadcza im cokolwiek. Może wśród przyczyn kryzysu OFE należy wymienić nie tylko błędy popełnione przy ich konstruowaniu, nie tylko kalkulacje budżetowe Jana Rostowskiego, nie tylko zamiary obecnego rządu odebrania przyszłym emerytom ich składek dla łatania nimi dziury w finansach państwa – także konsekwentne stawianie biznesu przed etyką, a z czasem polityki przed biznesem.

Ale sprawa nie jest aż tak prosta. Albowiem pod uwagę wzięto nie tylko etykę, także ideologię inwestowania społecznie odpowiedzialnego (Socially Responsible Investment), wspartą fałszywymi prognozami, że przemysł tytoniowy chyli się ku ruinie, że tylko patrzeć, jak zniknie. Słyszałem takie proroctwa już przed 20 laty. Decyzją CalPERS z 2000 r. sterowała nie tylko etyka, także błędne kalkulacje inwestycyjne. To one kosztowały fundusz (a właściwie jego uczestników) aż 3 mld USD. Niby niewiele, skoro jego środki wynoszą aktualnie 303,6 mld USD. Lecz najprawdopodobniej fundusze emerytalne nie zwiążą w przyszłości końca z końcem. CalPERS oficjalnie zakłada roczną stopę zwrotu z inwestycji na poziomie 7,5%, ale pospolitość skrzeczy: w ostatnim roku obrotowym uzyskano 0,61%, w poprzednim 2,4%.

CalPERS zyskał zasłużoną opinię rzecznika corporate governance. Owszem, może za daleko wyszedł na spotkanie idei inwestowania społecznie odpowiedzialnego, lecz przecież lepsze to, niż zaślepienie bezwzględnym podnoszeniem stopy zwrotu. Niemniej im słabsze CalPERS osiągał będzie wyniki, tym mniej nieba gwiaździstego nad nim będzie, tym mniej ładu moralnego w nim. Niepowetowana byłaby to szkoda!

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 14 stycznia 2017 r.

O “szlachetnym marnotrawstwie”

Co kieruje polityką inwestycyjną: interesy rynku, czy motywacje ideologiczne? Zdarza się nierzadko, że te drugie. Uwaga: nie chodzi o kaprysy „grupy trzymającej władzę z mandatu suwerena”, lecz o ekscesy funduszy uważanych na wcielony kanon corporate governance. Rzecz wcale nie dzieje się w Polsce, która sponiewierała obiecujące Otwarte Fundusze Emerytalne, lecz w Stanach Zjednoczonych, które też nie są wolne od zwyrodnień. I także cierpią na przerost polityki i ideologii względem prawideł rynku.

CalSTRS, czyli California State Teachers’ Retirement System, fundusz emerytalny o aktywach szacowanych na 179 miliardów dolarów, w lutym postanowił o wyjściu z inwestycji w amerykańskie kopalnie węgla. Nie dlatego, że na nich nie zarabiał, ale z powodu wstrętu do węgla i jego wpływu na środowisko. Natomiast Uniwersytet Kalifornijski ugiął się przed postulatami studentów zbywając warte ok. 30 milionów USD udziały w prywatnych spółkach zarządzających więzieniami. CalPERS, czyli California Public Employees’ Retirement System, fundusz o aktywach szacowanych na 279 miliardów USD, uważany za światowego czempiona corporate governance, wyrzekł się inwestowania w walory producentów broni, wytwórców wyrobów tytoniowych oraz wszelkich spółek konkurujących (lub mogących konkurować) o zamówienia z podmiotami lokalnymi lub stanowymi. W latach 2007-2013 CalPERS stracił 9,7 procent wartości swojego portfela inwestycji wspierających ochronę środowiska, zieloną energię i czyste technologie. Zarządzający portfelem uznał, że był to „szlachetny sposób marnotrawienia pieniędzy”. Lokalny „Orange County Register”, skąd zaczerpnąłem te dane, złośliwie podsumował: „Cóż, nie były to jego pieniądze”.

W toku ubiegłorocznej dyskusji nad zbyciem aktywów węglowych CalSTRS zarządzający inwestycjami funduszu Chris Ailman poinformował radę dyrektorów, że pięciokrotnie brał udział w procesach dezinwestycyjnych, pięciokrotnie w ich następstwie fundusz tracił pieniądze, a w żadnym z tych przypadków nie osiągnięto zamierzonych celów społecznych. Los Angeles Times cytuje pogląd Ivo Welcha, profesora Anderson School of Management Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, że gdyby z odpowiednim nastawieniem przejrzeć słynną listę 500 spółek magazynu Fortune, można byłoby sugerować dezinwestycję z wszystkich. Decyzję swojej uczelni w sprawie prywatnego więziennictwa profesor nazwał dopieszczaniem studenckich zachcianek. Amerykańskie uczelnie są świątyniami poprawności politycznej, niewielu uczonych zdobywa się na odwagę kwestionowania obowiązujących dogmatów tej wiary.

Napędzane dobrymi chęciami programy inwestowania społecznie odpowiedzialnego (socially responsible investment, SRI) często nie okazują się skuteczne pod względem pożądanych przeobrażeń społecznych, ani korzystne dla inwestorów i uczestników funduszy emerytalnych lub inwestycyjnych. Filozofia SRI zakłada harmonię celów biznesowych i społecznych. W praktyce często sprowadza się ona do unikania finansowania dziedzin uznanych za niewłaściwe, jak produkcja lub dystrybucja alkoholi, wyrobów tytoniowych, pornografii; jak przemysł zbrojeniowy, wydobycie niektórych kopalin, hazard. Popiera się natomiast inwestycje w odnawialne lub alternatywne źródła energii, czyste technologie, ochronę środowiska. Rachunek ekonomiczny często daje przewagę branżom krytykowanym przez purystów. Wartość whisky leżakującej w szkockich destylarniach przekracza wartość złota Banku Anglii; byłobyż złoto etycznie czyste, a rafinowana szkocka – brudna?

Wypracowanie równowagi celów uzasadnionych społecznie i racji ekonomicznych nie jest łatwe. Jak wskazują przytoczone przykłady, nie opłaca się chodzić na skróty pod wpływem moralizatorów. Od inwestorów instytucjonalnych zależy dobrobyt pokoleń, więc oczekujemy od nich zysków; nie spodziewajmy się nadto, że owe zyski będą ładnie perfumowane. Istnieją wprawdzie szlachetne sposoby marnotrawienia pieniędzy, lecz zarabianie ich dla wspierania pomyślności emerytów (do których się zaliczam), bądź innych inwestorów, jest bardziej szlachetnym posłannictwem. Jeden etyk ujrzy samo zło w gnębiącym dłużników komorniku, inny zobaczy w nim posłańca sprawiedliwości. Bezskutecznie usiłuję dociec, jakież zło dostrzegli kalifornijscy studenci w prywatnym więziennictwie? Dlaczego miałoby ono być gorsze od finansowanego z budżetu państwa?

Tekst ogłoszony 14 marca 2016 r. w dzienniku PARKIET

Czytaj także:
2000.07.24 Zysk z plusem

Tenura: co to takiego?

Na gruncie corporate governance tenura to okres sprawowania funkcji przez członka rady nadzorczej. Można dodać: nieprzerwanego sprawowania. Praktyka w polskich radach jest bardzo niejednorodna, mamy przecież zjawisko drzwi obrotowych (wybrani do rady wchodzą do niej, pokręcą się odrobinę i zaraz zostają odwołani), ale bywają i tacy, którzy spędzają w radzie wiele lat, zapuszczają w niej korzenie. Przedawniony weteran, który w radzie odsłużył wiele kadencji, zrósł się ze spółką, stracił względem niej zewnętrzną perspektywę – i oczywiście utracił przymiot niezależności, jeżeli w ogóle go posiadał.

Ani polskie prawo, ani Dobre praktyki spółek notowanych na GPW nie wyznaczają ram czasowych posługi w radzie nadzorczej. Nie określają terminu, po którym członek rady traci przydatność do pełnienia funkcji. Nie określają terminu, po którym członek rady przestaje być niezależnym, jeżeli wcześniej nim był. Nie określają także maksymalnego wieku członków rady w chwili wyboru. Nie limitują też liczby kadencji, jakie członek rady może w niej odsłużyć. Hulaj dusza!

Regulacje dotyczące tych kwestii występują w systemach prawnych, regulaminach giełd lub w zbiorach dobrych praktyki na wielu rynkach Unii Europejskiej. W Polsce nie mamy z nimi do czynienia, ponieważ przyjmujemy założenie, że prawo nie może wnikać wszędzie, a dobre praktyki nie powinny nakładać na spółki giełdowe ograniczeń innych, niż niezbędne dla elementarnego bezpieczeństwa obrotu i poszanowania praw akcjonariuszy. Niekiedy słyszę, że niektóre spółki podnoszą zarzuty w kwestii nadmiernej ingerencji dobrych praktyk w swobodę ich ustroju i działania. Odrzucam takie zarzuty. Są bałamutne, dyktowane złą wiarą. Oraz niewiedzą na temat sytuacji na innych rynkach. Jak kiepskiej baletnicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy, tak niektórym spółkom wadzą nie tylko dobre praktyki, także skierowany na nie wzrok inwestora zainteresowanego tym, czy spółka owe praktyki stosuje.

Dobrze zdać sobie sprawę z odmienności naszego rynku kapitałowego, a tenura w radzie nadzorczej może być dobrą tego ilustracją. Są zatem rynki, na których obowiązuje limit posługi w radzie nadzorczej. Na przykład: najwyżej 3 czteroletnie kadencje, ani dnia dłużej. Bywa, że po określonym czasie, na przykład po dwóch kadencjach, członek rady nie może być więcej uważany za niezależnego (a spółki są surowo rozliczane z ilości niezależnych). Są rynki, gdzie panują surowe ograniczenia w kwestii ilości rad spółek giełdowych, w których można jednoczenie zasiadać. Albo ograniczenia, w myśl których przewodniczyć można radzie tylko jednej spółki. Albo wymóg, że zgłaszający kandydata do rady, który osiągnął już wiek 70 lat (uważany za wieńczący okres „przydatności do spożycia”) powinien przedstawić walnemu zgromadzeniu szczegółowe uzasadnienie przekonujące akcjonariat, że senior jest jednak radzie szczególnie potrzebny. Niektóre spółki dopuszczają udział byłych członków zarządu w radzie nadzorczej (lub byłych zarządzających w radzie dyrektorów), inne nie.

Nasz barbarzyński zwyczaj wyrzucania całych rad nadzorczych z dnia na dzień, czy nawet z nocy na dzień, jest nie do pomyślenia na cywilizowanych rynkach. Bywa, że dobre praktyki wymagają od spółek opracowania kalendarza odchodzenia członków rady nadzorczej, czy z powodu upływu kadencji, czy na emeryturę, by zapobiec sytuacji, w której w składzie rady doszłoby nagle do znaczącej zmiany. W swoich najnowszych wytycznych dla funduszy emerytalnych CalPERS wskazuje, że spółki powinny zaniechać uważania przedawnionych członków rad dyrektorów (z 12-letnim lub dłuższym stażem) za niezależnych – lub wskazać powody, za sprawą których mogą oni być za niezależnych uznawani. Ale w Polsce fundusze emerytalne zostały już poważnie zredukowane, być może wkrótce zostaną dorżnięte.

Żadna z tych kwestii nie została dotknięta Dobrymi praktykami spółek notowanych na GPW 2016. Może to i dobrze, gdyż dobre praktyki pozostawiły spółkom rozległy obszar swobody. To zarazem źle, ponieważ może negatywnie zaważyć na ratingu przyznawanym polskiemu rynkowi; czy budzi on jeszcze zaufanie? W wahaniach między komfortem dychawicznych spółek a interesem rynku – wybieramy spółki. Nic dziwnego, że umilkły głosy, jakoby polski rynek przestał być już wschodzącym (emerging), a stał się rozwiniętym. I że ucichły rojenia o przejmowaniu przez Warszawę Wiednia z plejadą (też dychawicznych!) giełd innych krajów Europy Środkowej.

Tekst ogłoszony 29 lutego 2016 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

CalPERS, bicz rynku [2003]

Inwestorzy instytucjonalni zarabiają na wymuszaniu dobrej praktyki w spółkach, a korzysta na tym rynek.

Najbardziej wpływowy inwestor na światowych rynkach, CalPERS (California Public Employees’ Retirement System) corocznie ogłasza listę spółek budzących zastrzeżenia z powodu marnych wyników oraz – co idzie w parze – nienależytych praktyk na niwie corporate governance. Trafiają na nią nawet wielkie spółki, znane po obu stronach Atlantyku. Nie chodzi o to, aby im dokuczyć, ale aby je podreperować dla dobra całego rynku. Najświeższe badania wskazują, że spółki, które przeszły kwarantannę na czarnej liście CalPERSa, wielokrotnie doskonale na tym wyszły, z całkiem wymiernym pożytkiem dla swoich akcjonariuszy.

Ogłoszono właśnie studium na ten temat: ‘Shareholders Wealth Effect of Calpers Focus List’. Ocenia ono wyniki spółek, które w latach 1992 – 2001 trafiły na listę funduszu. Najlepiej wypadły spółki o największej kapitalizacji, którymi systematycznie interesują się analitycy z Wall Street. Przeciętnie ich wartość wzrosła aż o 24%. Dla tych spółek znalezienie się na czarnej liście CalPERSa było wyjątkowo dolegliwe, ale rodziło wyzwanie w kierunku poprawy wyników. Inne studium, tym razem opracowane przez niezależną instytucję, Wiltshire Associates, analizuje zachowanie 95 spółek napiętnowanych przez CalPERSa w latach 1987 – 1999. Zanim trafiły na listę funduszu, spółki te w poprzednich pięciu latach wyraźnie odstawały od indeksu Standard & Poor’s. W następnych pięciu latach przebiły one indeks aż o 14%, powiększając aktywa funduszu o 150 milionów dolarów rocznie.

Czarna lista nie powstaje z kapelusza. CalPERS zarządza aktywami o wartości 131 miliardów dolarów (jeszcze niedawno przekraczały one 150 miliardów!). Fundusz prowadzi stałą obserwację 1.900 spółek, a spośród nich corocznie wyłania 15 budzących najwięcej zastrzeżeń pod względem wyników i porządku korporacyjnego. Do tej puli wchodzą zwłaszcza spółki, w których ta sama osoba łączy stanowiska szefa zarządu i rady nadzorczej, bądź które w niewystarczającym stopniu korzystają z niezależnych członków rady. Fundusz bierze także pod uwagę kurs akcji oraz wartość kreowaną przez każdą z tych spółek. Latem lub wczesną jesienią fundusz podejmuje ścisły kontakt z obserwowanymi spółkami i przez kilka następnych miesięcy prowadzi z nimi dyskusje nad treścią swoich zastrzeżeń.

Niektóre spółki spełniają oczekiwania funduszu, ponieważ nawiązują z nim współpracę i deklarują gotowość szybkiego i pozytywnego reagowania na jego uwagi. Inne, najbardziej krnąbrne, trafiają na czarną listę ogłaszaną w lutym albo w marcu. Na tegorocznej, pośród sześciu spółek budzących najwięcej zastrzeżeń, znalazł się Xerox, piastun znakomitej, powszechnie znanej marki, ale też, zdaniem funduszu – jedna z najgorszych spółek, rozczarowujących długoterminowym zachowaniem na rynku. CalPERS żąda, by Xerox rozdzielił funkcji prezesa zarządu i szefa rady nadzorczej, skupione przez Anne Mulcahy, oraz zwiększył reprezentację niezależnych w radzie.

Zapewne kampania funduszu i tym razem okaże się skuteczna, a zyskają na tym także inni akcjonariusze, pasywni „pasażerowie na gapę”. Mark Anson, dyrektor inwestycyjny funduszu, uważa to zjawisko za całkiem naturalne. Jego zdaniem na inwestorach instytucjonalnych ciąży powinność podejmowania starań o zwiększenie wartości spółek portfelowych nie tylko dla własnego dobra, ale także w interesie rynku. Są oni w tych wysiłkach zdecydowanie wspierani przez prawodawcę (czego przykładem Sarbanes – Oxley Act) i administrację. Prezydent George W. Bush wykazuje determinację nie tylko w odległych sprawach Afganistanu lub Iraku; jest on także nieprzejednanym zwolennikiem ochrony inwestorów. Tych, którzy psują rynek nie zamierza on puszczać w skarpetkach; wolałby zakuwać ich w kajdanki.

Najbardziej liczy się jednak stanowisko nowojorskiej giełdy, zaliczającej do warunków notowań wymóg, by w radzie spółki większość stanowili niezależni, a także by tylko z nich składały się komisje do spraw audytu i do spraw wynagrodzeń, obligatoryjnie ustanawiane przez rady wszystkich notowanych spółek. Działając w takim środowisku, CalPERS – bicz rynku, stał się postrachem zarządów i ulubieńcem inwestorów. Albowiem CalPERS nie tylko inwestuje. Przede wszystkim – kreuje trend. Świeci przykładem, rozbudza i uskrzydla akcjonariuszy. Wspiera ich swoim wyjątkowym mirem, wyzwala ich aktywność, poskramia zachłanność zarządów i inwestorów strategicznych, krzewi dobrą praktykę sprzyjającą przejrzystości rynku i właściwemu postępowaniu spółek. Fundusz stawia wymagania i egzekwuje je. Kieruje się czytelnymi zasadami, jest stanowczy i nie waha się zawlec do sądu zarządu, który niesłusznie napycha sobie kieszenie, lub nadzoru, który zaniedbuje obowiązki. Największa zaleta funduszu polega na tym, że z góry wiadomo, czego można się po nim spodziewać. Charakteru!

Tekst ogłoszony 28 kwietnia 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.
Czytaj także: 2002.03.04 CalPERS po polsku

CalPERS po polsku [2002]

Kalifornijski gigant przybywa na polski rynek z mirem i złotem. Kadzidło mamy własne.

W trudnych czasach przeważają złe wiadomości, lecz oto, niczym łaska, spływa na nas bardzo dobra! Na polski rynek zamierza wejść CalPERS, jeden z największych w świecie funduszy emerytalnych, uznany rzecznik porządku korporacyjnego. Wraz z funduszem zawita do Polski nowe podejście do praw inwestora. Stary porządek już trzeszczy. Niech runie. Nie warto go żałować. Polska jest rynkiem nieprzyjaznym dla mniejszościowych akcjonariuszy. Szczególnie niekorzystnie bywają traktowani inwestorzy finansowi. Nie tylko przez zarządy wielu spółek, widzące w nich spekulantów. Także przez sądy. Wokół inwestujących w rachityczną polską gospodarkę powstaje klimat przypominający czasy Inspekcji Robotniczo–Chłopskiej. Nic dziwnego, że niektórzy inwestorzy pakują już manatki. Teraz sytuacja może ulec zmianie. Amerykański fundusz uwiarygodni giełdę, a wkrótce ją przeobrazi.

Kalifornijski fundusz emerytalny pracowników publicznych (California Public Employees’ Retirement System) jest największym w USA i trzecim w świecie funduszem emerytalnym. Dysponuje on aktywami o wartości przekraczającej 150 miliardów USD. Wywiera on ponadto wyjątkowy wpływ na światowe rynki. Albowiem CalPERS nie tylko inwestuje. Przede wszystkim – kreuje trend. Zmierza on ku rozbudzeniu akcjonariuszy, wyzwoleniu ich aktywności, poskromieniu zachłanności zarządów i inwestorów strategicznych, krzewieniu dobrej praktyki sprzyjającej przejrzystości rynku i właściwemu zachowaniu spółek. Fundusz kieruje się czytelnymi zasadami, jest stanowczy i nie waha się zawlec do sądu zarządu, który niesłusznie napycha sobie kieszenie, lub nadzoru, który zaniedbuje obowiązki. Największa zaleta funduszu polega na tym, że z góry wiadomo, czego można się po nim spodziewać. Charakteru!

Po pierwsze, CalPERS stawia wymagania. Są one adresowane do wszystkich rynków, na których fundusz działa i dotyczą rozwijania zasad dobrej praktyki, którymi mogą kierować się członkowie zarządów i rad nadzorczych. Kto nie kieruje się takimi zasadami, nie zobaczy pieniędzy funduszu. Po drugie, fundusz egzekwuje te wymagania. Przekształca środowiska inwestycyjne, w których działa. Pobudza procesy zmierzające ku poprawie porządku korporacyjnego nawet na tak rozwiniętych rynkach, jak Niemcy i Japonia. Po trzecie, CalPERS uskrzydla inwestorów, promując ich aktywne zachowania. Wspiera ich swoim wyjątkowym mirem.

Nie przypuszczam, by CalPERS skierował na polski rynek obfity strumień złota. Wartość inwestycji w akcje kilku wybranych spółek zapewne długo nie przekroczy kilkudziesięciu milionów USD. Lecz ciężar gatunkowy takich inwestycji będzie wręcz wyjątkowy. CalPERS w gronie akcjonariatu jest jak piękny brylant w kolii: rzuca się w oczy i uszlachetnia. Gdzie fundusz inwestuje, inni akcjonariusze czują się znacznie lepiej. Wiedzą, że trudniej będzie ich oszukać. Fundusz znajduje przeto naśladowców wtedy, kiedy inwestuje w spółkę. Znajduje ich zwłaszcza wtedy, kiedy ze spółki wychodzi. Jak wielu znaczących inwestorów finansowych, CalPERS często poprzestaje na przejęciu 1% kapitału spółki (w amerykańskich warunkach bywają to inwestycje rzędu setek milionów dolarów) i uważnie obserwuje jej zachowanie. Fundusz mistrzowsko posługuje się środkami dyplomatycznymi, wykorzystując dyskretne instrumenty nacisku na zarząd i nadzór, ale w potrzebie potrafi przemówić pełnym głosem, zjednać sobie opinię publiczną, zmobilizować akcjonariat, sięgnąć po środki prawne.

Kalifornijskiego giganta nie można porównywać z polskimi funduszami emerytalnymi. Chodzi nie tylko o grubość portfela. Liczą się zwłaszcza warunki i skala działalności. Potęga inwestorów finansowych polega przecież na tym, że mają oni nieograniczone możliwości inwestycyjne, a przy tym mogą szybko wyjść ze spółek, na których się zawiedli, zaś przede wszystkim mają dokąd pójść ze swoimi pieniędzmi. Polskie fundusze emerytalne działają na słabym lokalnym rynku, więc osiągają taki poziom zaangażowania w wybranych spółkach, że trudno im je opuścić, a zresztą – nie mają dokąd iść. Ani, jak CalPERS, nie wyruszą w świat, ani, jak CalPERS, nie zrobią porządku dokoła siebie. Zbyt skrępowane są różnorodnymi ograniczeniami. Oznacza to, że przyszli emeryci mają skromne szanse na pomyślność.

Potrzebna jest więc poważna dyskusja nad sensem trzymania funduszy emerytalnych na krótkiej smyczy. Zamiast niej mamy w mediach festiwal prezesa Cezarego Mecha, który demonstruje zadowolenie z siebie i polityki UNFE. Jak można sobie samemu tak kadzić? To całkiem jakby gdyby autor tych felietonów wychwalał pod niebiosa ich zalety. A miałby pretekst po temu, ponieważ właśnie mijają dwa lata, odkąd „Rada nadzorcza” zagościła w tym miejscu co tydzień.

Tekst ogłoszony 4 marca 2002 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka w cyklu „Rada nadzorcza” (III 2000 r – X 2002 r.).

Czytaj także: 2003.04.28 CalPERS, bicz rynku