Archiwa tagu: CSR

Prawdziwy twórca CSR

JAN BLOCH (1836 – 1902). Kapitalista, pacyfista, filantrop. Pod redakcją Andrzeja Żora. Fundacja im. Jana Blocha – Wydawnictwo Trio 2014. Stron 196.

Do pojęcia corporate social responsibility podchodzę z rezerwą. Trzy są po temu powody. Pierwszy: nie korporacje są, lub powinny być, społecznie odpowiedzialne, nie ogólnie pojmowany biznes, a ludzie, którzy uprawiają biznes, działają w korporacjach, nie tylko na ich szczytach, także u podstaw. Już Edward Thurlow (1731-1806), brytyjski lord kanclerz za panowania Jerzego III, zauważył: „A corporation has no soul to be damned and no body to be kicked”. Rozwinął tę myśl amerykański myśliciel Henry David Thoreau (1817-1862): “It is truly enough said that a corporation has no conscience. But a corporation of conscientious men is a corporation with a conscience”.

Drugi powód: odrzuca mnie współczesna formuła CSR jako środka na poprawę reputacji nadwątlonej niepohamowanym dążeniem spółki do zysku. A powód trzeci to wrzawa podnoszona przez pracownice działów public relations z powodu byle „projektu”, w jaki angażuje się ich firma, czy będzie to wspieranie biegu przełajowego, czy kampania promowania mycia uszu.

Wszystkim prawdziwie zainteresowanym tematyką społecznej odpowiedzialności biznesu zalecam refleksję nad dziełem Jana Gottlieba Blocha, jednego z najbogatszych ludzi świata, a także najbardziej zasłuzonych postaci swojej epoki. Z inicjatywy Fundacji im. Jana Blocha ukazała się właśnie kolejna pozycja o carze kolei. Poprzednią, bardzo ciekawą, ogłosił amb. Andrzej Żor pod mylącym tytułem „Figle historii” (zob. odsyłacz poniżej). Obecną Żor współtworzył, zredagował, opatrzył przedmową. Jego wkładem są ogłoszone na prawach rozdziałów świetne szkice „Kronenberg i Bloch. Studium porównawcze” oraz „Postać Jana Blocha w utworach literackich”.

O Kronenbergu wiemy znacznie więcej. Pamięć o nim pielęgnują Bank Handlowy w Warszawie i jego fundacja. Bloch nie jest w Polsce szerzej znany, a światu często jawi się, jako Iwan, Rosjaninem. Nieprzypadkowo przecież, gdyż z jego inicjatywy car Mikołaj II zwołał w 1899 r. do Hagi powszechną konferencję pokojową, nazywaną dzisiaj Pierwszą Haską; jej plonem były ważne konwencje o prawie pokoju i wojny. Nieprzypadkowo i z tego powodu, że w Rosji stworzył Bloch fundamenty wielkiego majątku, co zadziwia, ponieważ nie wiemy, jak młodociany niedouk, siódmy z dziewięciorga dzieci ubogiego farbiarza z Radomia, szybko zdobył pieniądze i wpływy. Zamieszkał i działał w Warszawie, a z troski o jej bezpieczeństwo na wypadek wojny przedsięwziął zakrojone na ogromną skalę badania nad pokojem. Przyniosły one jego monumentalną pracę o przyszłej wojnie, stworzyły podwaliny pod przyszłą polską służbę statystyczną, pod pierwsze w świecie Muzeum Wojny i Pokoju, Politechnikę Warszawską – i wiele innych osiągnięć, nawet klub Związku Banków Polskich działa w budynku lazaretu wzniesionego przez Blocha. Jednak „kapitalista, pacyfista, filantrop” nie był lubiany, pisano przeciw niemu za pieniądze podłe paszkwile, szargano opinię, godzono w zaufanie. Józef Ignacy K. poszedłby dzisiaj do ciupy za opluwanie godności zasłużonego biznesmena, który lubo kiedyś ewangelik, później katolik, lubo uszlachcony, obsypany honorami, tytułami, był w antysemickim imperium postrzegany głównie jako Żyd.

Książka zawiera także „wywiad – rzekę” (rzeczkę?), jaki z Blochem przeprowadził w epoce Pierwszej Konferencji Haskiej William T. Stead, artykuł Katarzyny Szwarc „Jan Bloch i Muzeum Wojny i Pokoju w Lucernie”, wartościowy szkic Elżbiety Mazur i Krystyny Pawlak „Bogactwo w służbie społeczeństwa” o społecznej wrażliwości Blocha i jego osiągnięciach, oraz odkrywczy (przynajmniej dla mnie) artykuł Justyny Guze „Jan Gottlieb Bloch – kolekcjoner rysunków na skalę europejską. W stulecie daru Emilii z Kronenbergów Blochowej”. Całości dopełniają obszerna bibliografia i indeks nazwisk. Przyznam, że nie mam pojęcia, czy i gdzie można omawianą książkę nabyć. Otrzymałem egzemplarz od Krzysztofa Szwarca, przewodniczącego Rady Fundacji im. Jana Blocha, z przemiłą dedykacją. Prócz Pana Krzysztofa pamięci Jana Blocha wielce zasłużyli się także: niestrudzony autor Andrzej Żor i nieżyjący już dr Andrzej Werner. Chylę cylinder.

Czytaj także:
2005.10.10 Opowieść o tytanie

(P)oszukiwanie sponsora

Czytam, że od 1 sierpnia reprezentacja Polski w piłce nożnej będzie miała nowego sponsora. Czytam dalej, by dowiedzieć się, kto będzie owym sponsorem; kto wyda ciężkie miliony, żeby za własne pieniądze spaprać swój wizerunek utożsamiając się z gromadą nieudaczników. Otóż tego jeszcze nie wiadomo. Wzmianka o nowym sponsorze wynika z tego, że dotychczasowy nie przedłuży umowy wygasającej 31 lipca. Dziennikarz uznał za rzecz oczywistą, że skoro zwolni się miejsce sponsora reprezentacji, znajdzie się chętny, by wejść w jego buty.

Dotychczasowy sponsor reprezentacji piłkarskiej zrezygnował po 12 latach i zainwestowaniu w polską piłkę ponad 100 mln zł. Pieniądze poszły nie tylko na wsparcie reprezentacji, także na piłkę młodzieżową i tzw. ekstraklasę, która ani nie jest ekstra, ani nie ma klasy. Chodzi o spółkę Orange Polska, czyli przechrztę po Telekomunikacji Polskiej. Ciekaw jestem, jakimi kalkulacjami kierowała się Tepsa porywając się na ten mecenat. Ciekaw jestem, jak przygodę z finansowaniem reprezentacji oceniają dawcy kapitału – akcjonariusze spółki. Czy gdyby te pieniądze pozostały w spółce, może nie byłaby ona zmuszona do tak drastycznego obcinania dywidendy? Czy w związku z mecenatem nad piłkarzami przybyło Tepsie klientów? Czy wzrosła jej reputacja? Czy był to dobry biznes?

Nie chodzi o wyniki, te można przecież kupić za pieniądze, przynajmniej w polskich ligach. Chodzi o atmosferę w piłce i wokół niej. Czy strumień pieniędzy z Tepsy odmienił klimat boisk? Czy zmobilizował zawodników do sportowego wysiłku? Czy wzmocnił ducha fair play? Czy przeciwnie – datki trafiły do Fryzjera i jemu podobnych, do przekupnych zawodników i trenerów, ślepych arbitrów, obłudnych działaczy? Co w zamian za szczodre wsparcie dały sponsorowi polska piłka i jej społeczne otoczenie? Przede wszystkim wstyd za skorumpowane środowisko piłkarskie i zwyrodnialców mieniących się kibicami.

Znane jest powiedzenie, że połowa pieniędzy wydawanych na reklamę idzie w błoto, tylko nie wiadomo, która połowa. Nurtuje mnie pytanie, jaka część pieniędzy wydawanych przez spółki pod hasłem społecznej odpowiedzialności biznesu ma biznesowy sens? Otóż każda forma działalności podmiotu gospodarczego powinna mieć na celu korzyści gospodarcze. Tzw. CSR (corporate social responsibility) może wspierać zarabianie przez spółkę pieniędzy lub bezpośrednio służyć zarabianiu. Z moich obserwacji wynika, że w niektórych spółkach CSR służy raczej wydawaniu pieniędzy, nawet bezrozumnemu. Spodoba się prezesowi asystentka, więc awansuje się ją na utworzone dla niej stanowisko szefa działu CSR, bądź powoła się fundację, da się dziewczynie budżet, niech wydaje.

Problemu nie rozwiąże utyskiwanie blogera. Do poprawy sytuacji może się natomiast przyczynić inicjatywa biegłych rewidentów podejmujących wysiłki ku obiektywizowaniu ocen oddziaływania spółek na środowisko i wypracowaniu metodologii badań sprawozdań spółek na temat CSR. Spółki powinny zatem nauczyć się przejrzystego, rzetelnego informowania o swoich działaniach w tej dziedzinie i zamieszczania tych informacji w raportach rocznych badanych przez biegłych. Po wprowadzeniu przez spółki systemu sprawozdawania, a przez biegłych – systemu badania tych sprawozdań, będziemy mogli ocenić, czy pod szyldem społecznej odpowiedzialności biznesu pieniądze są wydawane naprawdę odpowiedzialnie. W maju Krajowa Izba Biegłych Rewidentów zorganizuje w Warszawie ciekawą konferencję na ten temat, postaram się wziąć udział. Może dowiem się, czy Tepsa vel Orange zrobiła dobry interes wspierając reprezentację.

Szkopuł tkwi w tym, że akcjonariusze – jak wnioskuję z dyskusji prowadzonych na walnych zgromadzeniach i na forach – nie są specjalnie zainteresowani, na co spółki wydają budżety poświęcone społecznej odpowiedzialności. Nie dopytują o biznesowe uzasadnienie tych budżetów. Nie oceniają, czy wydawane środki rzeczywiście przyczyniają się do kreowania wokół spółki przychylnego nastawienia do biznesu. Przyjmują do wiadomości istnienie powinności biznesu wobec jego otoczenia, nie wymagają w zamian powinności owego otoczenia wobec biznesu.

Pora wymagać. Od interesariuszy, prawdziwych (stakeholders) i urojonych (mistakeholders). Od regulatorów, skłonnych mnożyć regulacje, często zbędne. Od poborcy podatków, niskich wprawdzie, lecz ściąganych z przekonaniem, że przedsiębiorcy kantują, więc trzeba ich nękać kontrolami. Od polityków, tak pochłoniętych wzajemnymi swarami, że zapominają o racjach państwa i biznesu. Od prokuratorów, niezdolnych do odróżnienia przedsiębiorcy od przestępcy. Od związków zawodowych, gotowych podpalić państwo i gospodarkę dla swoich interesów. Od społeczeństwa, które zapomina, że jedzie na gapę w pojeździe napędzanym mozolnie przez biznes. Od państwa, które jest bezwzględnie powinno wspomagać biznes.

Mógłbym tak pisać bez końca… Ale już napisałem, w dodatku przed wielu laty. Odsyłam więc do tekstów archiwalnych. Ironia losu sprawiła, że jeden z nich pochodzi – co do dnia – sprzed dziesięciu lat, a nie zmieniłbym w nim ani słowa.

Czytaj także:
2004.03.15 Nie ma powinności bez wzajemności
2003.11.17 Grzęzawisko ryzyk

Powiew bojkotu

Nad forami internetowymi cieniutką smużką smrodu unosi się afera LPP. Emitent powiadomił o przeniesieniu praw do niektórych znaków towarowych do swojej spółki na Cyprze, a stamtąd do kolejnej swojej spółki w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Ta wyrafinowana operacja pozwoli spółce „zachować optymalną strukturę podatkową”. Jak wiadomo, LPP osiąga wysokie przychody, jest modelowym wzorem rentowności i cieszy się uznaniem inwestorów.

Pierwsze reakcje internautów były podzielone. Jedni wiwatowali: tak właśnie należy postępować, bo państwo oszukuje, gnębi przedsiębiorców podatkami. Inni poczuli niesmak, skrytykowali spółkę za manipulacje podatkowe, wezwali do bojkotu jej produkcji: niech LPP, pisali, sprzedaje swoje „szmaty” na Cyprze i u Arabów. Fanpejdż firmy kipi od emocji. Krytycy spółki nie tylko okazali się znacznie liczniejsi od krytyków fiskusa, także górują nad tymi drugimi argumentacją i kulturą wypowiedzi. Pozytywnym następstwem afery jest ujawnienie faktu, że w społeczności zainteresowanej produktami LPP tak wiele osób myśli rozsądnie i propaństwowo.

Czas przystąpić do rozpatrywania takich spraw w kategoriach społecznej odpowiedzialności biznesu. Mnóstwo osób propaguje te ideę, akronim CSR (corporate social responsibility) jest tak rozpoznawalny, że nie przekłada się go już na polski. Nie kryję pewnej rezerwy wobec tematyki CSR, ponieważ w polskich realiach bywa ona często sprowadzana do wątków dobroczynnych: pomoc ubogim i niepełnosprawnym, słodycze dla domów dziecka, sprzęt dla sportowców wiejskich. Chylę cylinder przed szlachetnymi gestami, lecz podkreślam: są to tylko gesty, brak w nich przemyślanej polityki. Odpowiedzialność społeczna biznesu jest jedną z postaci biznesu. Powinna ona przynosić korzyści tak darczyńcom, jak beneficjentom. Dla mnie ważnym, może najważniejszym aspektem CSR jest lojalność podatnika względem społeczeństwa. Fiskus jest tylko poborcą podatków, ich administratorem, korzyść z nich czerpią wszyscy. Cieszy mnie, że klienci LPP podzielają ten punkt widzenia. Ciekaw jestem, czy ich krytyczne reakcje rzeczywiście zaowocują bojkotem produktów sprzedawanych pod markami należącymi do LPP.

Bojkotu w Polsce jeszcze nie było, warto więc wyjaśnić to pojęcie. Charles Cunningham Boycott (1832–1897) to żywy przypis do historii. Anglik, syn pastora, dosłużył się w armii stopnia kapitana, po czym osiadł w Irlandii na roli w hrabstwie Mayo. Nie był to lekki chleb. Kraj trapiony był okresowo nieurodzajem i głodem, a permanentnie lenistwem. Dzierżawcy i wspierająca ich Liga Rolna żądali ulg w czynszu. Boycott odmówił i w 1880 roku uzyskał pierwsze nakazy eksmisji dzierżawców. Zawrzało. Dzierżawcy, ulegając apelom Ligi, zerwali wszelkie stosunki z wszystkimi, którzy nie okazali im uległości. Boycott sprowadził siłę roboczą aż z Ulsteru, ale ochrona pracowników zabsorbowała dziesięciokroć liczniejszy kontyngent wojska. Doznawszy powszechnej odmowy utrzymywania z nim stosunków, poddany ostracyzmowi, traktowany per non est i jako persona non grata, po prostu bojkotowany – kapitan Boycott opuścił Irlandię, gdzie nikt po nim nie płakał.

Bojkot firm może wyrządzać im doraźne szkody, ale żadnej chyba z rynku nie zmiótł. Pisałem o tym przed kilkunastu laty, w przywołanym niżej artykule. Wiele zmieniło się od tamtych czasów, lecz polskie spółki krytyk nadal się nie boją. Sokołów przetrwał test parówek, a LPP wykazała znaczną odporność reputacyjną, gdy w Bangladeszu zawaliła się wytwórnia, której zlecała szycie – w nieludzkich warunkach – swoich wyrobów. Teraz zapewne klienci zgorszą się, inwestorzy pokochają spółkę mocniej, fiskus sięgnie po klauzulę obejścia prawa podatkowego; pewne jest tylko, że zmieni się moda.

Czytaj także:
2003.09.22 Od Ożarowa do Jarosławia

Opowieść o tytanie [2005]

Andrzej Żor, Figle historii. Wydawnictwo Adam Marszałek 2005. Stron 399.

Dobra książka o Janie Blochu, postaci nieprzeciętnej, tajemniczej. Oraz o Europie i Warszawie tamtych ciekawych czasów. Ale czy finansiści sięgną po książkę z figlami w tytule? Kto domyśli się, że dzieło Andrzeja Żora to rozprawa o Janie Gottliebie Blochu, człowieku o wielu wcieleniach: finansiście, przedsiębiorcy, wizjonerze? Jedynym finansiście w bogatych dziejach ojczystych, którego dokonania wyszły daleko poza ziemie polskie. Nigdy ani przedtem, ani potem, nie było w rodzimych dziejach postaci tak znaczącej na europejskiej scenie gospodarczej. Figiel historii polega więc na tym, że ten wybitny człowiek został wyrugowany z pamięci pokoleń, pokryty pyłem zapomnienia. Inny zaś figiel sprawił, że Blocha wciąż nie da się otrzepać z tego pyłu, bo nadal przesłania go ważny, nieprzenikniony, pasjonujący sekret. I kilka innych zagadek.

GDYBY ŻYŁ DZISIAJ …byłby najbogatszym z Polaków. Zawartość jego teczki w IPN budziłaby powszechną ciekawość, a niedyskrecje kustoszy pamięci narodowej szkalowałyby go pomówieniami. Służby specjalne miałyby go na oku jeszcze baczniej niż carska ochrana, inspirując dziennikarzy śledczych do grzebania w jego pochodzeniu i działalności. Popularne dzienniki wymyślałyby sensacje o przekonaniach i praktykach religijnych. Każdy reporter telewizyjny marzyłby o tym, by przed kamerą rzucić mu w twarz pytanie, jak zarobił swój pierwszy milion. A on pewnie prowadziłby interesy na europejską skalę. Może nie spotkałby się z Ałganowem, ale z Putinem już tak. Och, i to niejednokrotnie.

W tytułach kolejnych rozdziałów biografii Bloch pojawia się jako „dorobkiewicz, kolaborant, burżuj, Żyd, pacyfista”. To błyskotliwy zabieg redaktorski: Andrzej Żor zręcznie stawia pytania, podsyca napięcie, lecz nie zaspokoi ciekawości. Albowiem wielu faktów nie udało się przecież ustalić. Do dzisiaj wszak nie wiadomo, jak chłopiec–niedouk ze skromnej żydowskiej prowincjonalnej rodziny tak szybko sięgnął szczytów powodzenia w stolicy wielkiego cesarstwa? Jaki mgnieniu oka zbił imponujący majątek? Jak zdołał nakłonić koncert mocarstw do zebrania się na I Konferencji Haskiej i podjęcia usiłowań wokół kodyfikacji praw i zwyczajów wojennych?

POSĄG, KTÓREGO NIE MA. Ponieważ wiele faktów jest wciąż skrytych za kurtyną dziejów, biograf Blocha mógł ulec pokusie puszczenia wodzy fantazji. Lecz zachował ścisłą dyscyplinę. Andrzej Żor, od lat bankowiec (pełnił różnorodne funkcje w BRE), wcześniej urzędnik państwowy i dyplomata, pisze kompetentnie i ciekawie, a nade wszystko sprawnie posługuje się warsztatem historyka. Nie ukrywa ubóstwa danych źródłowych na temat Jana Blocha, wobec czego o niektórych ważnych okresach jego życia wiadomo niewiele lub nic. Autor cofa się przeto o krok, malując panoramę czasów Blocha, współczesną mu Warszawę (miasto Blochowi najbliższe, które poniekąd dało inspirację dziełu jego życia), cesarstwo rosyjskie, Europę. Wobec tego poznajemy Blocha czynu – budowniczego kolei, Blocha twórczej myśli – autora fundamentalnych prac na temat Rosji, wreszcie Blocha idei – racjonalnego pacyfistę, autora „Przyszłej wojny”, a to wszystko na barwnym tle epoki. To właśnie kombinacja działalności gospodarczej i pisarskiej czyni z Blocha postać nieprzeciętną, ów posąg, którego – jak pisał Aleksander Bocheński – w Polsce nie ma.

Żor wskazuje, że najważniejsze dzieło Blocha, monumentalny traktat „Przyszła wojna” zrodził się z troski o losy Warszawy na wypadek wojny. To właśnie finansista pierwszy zwrócił uwagę na takie aspekty problemu, jak zaopatrzenie miasta w żywność i wodę, opieka medyczna, ewakuacja ludności. Co nie znaczy, że we wszystkim Bloch miał rację. Sprzeciwiał się na przykład planom Starynkiewicza w kwestii budowy w Warszawie kanalizacji (ale miał własny projekt).

Jan Bloch, prekursor globalnego myślenia o sprawach świata, był bardzo poważnym kandydatem do pokojowej nagrody Nobla. Lecz zmarł przedwcześnie i rychło został zapomniany. Dobrze napisana, starannie wydana książka Żora powstała z inspiracji i przy wsparciu aż trzech fundacji: Fundacji BRE Banku, Fundacji im. Jana Blocha (nie mylić z zasłużonym Towarzystwem im. J. Blocha) i działającej przy BGK Fundacji im. Jana Kantego Steczkowskiego.

Notka ukazała się w tygodniku Gazeta Bankowa 10 października 2005 r.
Czytaj także:
2014.07.04 Prawdziwy twórca CSR

Dwa oblicza Nestle [2005]

Czasem spółce łatwiej wypełniać misję społeczną, niż stosować zasady porządku korporacyjnego.

Forum Odpowiedzialnego Biznesu nadesłało mi z, ciepłą rekomendacją, opracowanie zatytułowane The Nestle commitment to Africa. Jest to interesujący raport obrazujący działalność korporacji na niwie społecznej. Płynie z niego przesłanie, że Nestle sumiennie wypełnia misję odpowiedzialnego biznesu, czego przykładem działalność spółki na kontynencie afrykańskim. Zapewne to tylko jeden z przykładów, bo Nestle, największy koncern spożywczy świata, działa na skalę globalną. Niemniej Afryka została wybrana nieprzypadkowo. Nestle to koncern o długiej historii, notowany na giełdzie od 1873 roku (pierwotnie jako Anglo Swiss Condensed Milk Co.) i opromieniony sukcesami, na których kładzie się cień historycznego skandalu.

W latach siedemdziesiątych zarzucono koncernowi, że jego działalność przyczynia się do kryzysu Afryki. Organizacja Baby Milk Action wzywała do bojkotu Nestle na naruszenie międzynarodowych zasad marketingu substytutów naturalnego pokarmu matki. Mleko nie spełniało wymogów Międzynarodowej Organizacji Zdrowia (WHO), co skutkowało plagą niedożywienia dzieci. Bojkot ugodził w renomę firmy, a przy okazji w sprzedaż kawy. Szwajcarzy wyciągnęli z lekcji wnioski. W omawianym raporcie przedstawiono m.in. przeprowadzony przez Bureau Veritas audyt zgodności postępowania Nestle w trzech krajach afrykańskich z zasadami marketingu substytutów naturalnego pokarmu matki. Bureau Veritas to jedna z nielicznych firm specjalizujących się w dziedzinie social reporting – ocenie sprawozdawczości spółek dotyczących ich odpowiedzialności wobec społeczeństwa (corporate social responsibility, CSR). Audyt wypadł pozytywnie, ale nie bez zastrzeżeń, bowiem stwierdzono trzy przypadki złamania tych zasad, z których winą za dwa obciążono bezpośrednio Nestle.

Nie przesłania to dokonań korporacji na kontynencie. Pozytywów jest wiele. Nie tu miejsce na ich wyliczanie. Ważne, że Nestle przeciwdziała ubóstwu i marazmowi społecznemu, wspiera wolny rynek, przedsiębiorczość, twórczą inicjatywę. Obecna w Afryce od lat osiemdziesiątych XIX wieku, spółka otworzyła tam swoją pierwszą fabrykę już w 1921 roku, ma więc na tyle bogate i ciągłe doświadczenie, że jest autorytetem w kwestii pespektyw trwałego i zrównoważonego rozwoju kontynentu. Jego motorem, twierdzi Nestle, jest sektor prywatny. Oraz należycie sprawowane władztwo na wszystkich szczeblach – good governance. Potwierdza to obserwację, zwolna torującą sobie drogę przez co światlejsze umysły, że współczesna gospodarka potrzebuje nie tylko wiedzy, także dobrego władztwa. Postępowi społecznemu i rozwojowi najlepiej przysłuży się harmonia gospodarki opartej na wiedzy, knowledge-based economy, z gospodarką opartą na władztwie, governance-based economy.

W tym świetle jest nie bez znaczenia, jak Nestle na własnym podwórku radzi sobie z kanonami porządku korporacyjnego. Audyt sumienia i społecznej odpowiedzialności wypada w spółce lepiej, niż audyt corporate governance. Otóż Nestle, jak niedawno pisał The Economist, płynie pod prąd współczesnych reform na rzecz corporate governance. Podczas kwietniowego walnego zgromadzenia w Lozannie zadecydowano, wbrew sprzeciwom mniejszości, że Peter Brabeck-Lemathe, od ośmiu lat prezes spółki, zresztą dobry menedżer, obejmie także przewodnictwo rady. Wcześniej piastował je Rainer Gut, który musiał ustąpić po ukończeniu 72 lat – wieku zakreślonego przez miejscowe prawo jako uniemożliwiający dalsze pełnienie stanowisk.

Obecnie większość europejskich spółek rozdziela stanowiska szefów zarządu i rady. W niektórych krajach, jak Polska lub Niemcy, wymaga tego prawo. W innych, jak Wielka Brytania lub Francja, jest to dopuszczalne, ale już źle widziane. Większość szwajcarskich spółek rozdzieliła te funkcje, chociaż niektóre, jak Novartis i Roche, jeszcze trwają przy unii personalnej. Decydując się na ich połączenie, Nestle jest czarną owcą.

O tym, kiedy przewodniczący rady osiągnie wiek emerytalny, wiadomo było od dawna. Nie wyszukano następcy. Zastrzeżenia mniejszości wobec skupiania pełni władzy spółce na jednym stołku zostały odrzucone argumentem, że wyrażają „dogmatyczne podejście” do corporate governance. Mniejszość, której rzecznikiem jest fundusz emerytalny Ethos, domagała się także skrócenia kadencji rady z pięciu lat do trzech (wniosku nie rozpatrzono z powodu braku kworum wymaganego dla zmiany statutu), a także zmniejszenia progu uprawniającego do przedkładania wniosków walnemu zgromadzeniu z miliona do 100 tysięcy akcji. I ta propozycja nie przeszła. Brabeck-Lemathe i jego koledzy zareagowali histerycznie, grożąc zbiorową rezygnacją ze stanowisk, gdyby postulaty mniejszości znalazły uznanie akcjonariuszy. Była to jałowa demonstracja, skoro najbardziej wpływowym akcjonariuszem spółki jest… sama spółka.
Tekst ogłoszony 4 lipca 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Nie ma powinności bez wzajemności [2004]

Społeczna odpowiedzialność biznesu wymaga odpowiedzialności państwa i społeczeństwa wobec biznesu!

Idea społecznej odpowiedzialności biznesu staje się coraz bardziej popularna, lecz jest niebezpiecznie wieloznaczna. W swoim obecnym, jeszcze mglistym kształcie, sprowadza się ona do tego, żeby uświadomić biznesowi powinności wobec otoczenia, które samo nie poczuwa się do żadnych powinności w stosunku do biznesu. Na owo otoczenie składa się nie tylko społeczeństwo. Jego elementem jest też państwo. To właśnie ono jest najbliższym partnerem biznesu. To właśnie kształt stosunków między biznesem a państwem rzutuje na stosunki biznesu ze społeczeństwem. Jeżeli państwo żąda od biznesu cokolwiek ponad przestrzeganie prawa i sumienne płacenie podatków, zakłóca to harmonię biznesu ze społeczeństwem. Także jeżeli regulacje prawne dotyczące działalności gospodarczej są nazbyt rozbudowane, podatki za wysokie – odbywa się to kosztem społeczeństwa.

Dyskusję o społecznych powinnościach ciążących na biznesie należy wesprzeć refleksją o polityce państwa wobec społeczeństwa i biznesu. Uważam, że w Polsce państwo w stosunkach ze społeczeństwem lekceważy treści biznesowe, natomiast w stosunkach z biznesem pomija treści społeczne. Społeczna odpowiedzialność biznesu najlepiej rozwinie się wtedy, gdy polityka społeczna przestanie być wyłączną domeną biurokracji, a stanie się przedmiotem partnerstwa publiczno–prywatnego.

Wielu uczestników dyskusji poświęconych krzewieniu społecznej odpowiedzialności biznesu nie rozumie potrzeby biznesowej odpowiedzialności społeczeństwa. Nie rozumieją jej rozwielmożnione, szczególnie w Polsce, związki zawodowe. Nie dostrzegają jej niektóre ruchy i organizacje ochrony środowiska albo praw konsumentów. Czyniony przez nie zamęt nierzadko bywa słuszny, lecz często gdzieś w tle jasnych spraw czają się niejasne interesy. Wielu zachodnich intelektualistów stawia społeczną odpowiedzialność biznesu na jednej platformie z uznaniem małżeństw homoseksualnych. Zaczynają od litanii ogólników poświęconych prawom kobiet i mniejszości, po czym z wdziękiem przechodzą do modnej dzisiaj kwestii gay marriage, która z biznesem nie ma nic wspólnego.

W wielu korporacjach sprawami społecznej odpowiedzialności nie zajmują się osoby kształtujące politykę spółki, ani jej aspekty finansowe, handlowe, produktowe, a w szczególności członkowie zarządów i rad nadzorczych, tylko osoby odpowiedzialne za public relations. Nie mają one wpływu na zachowanie spółki, za to starają się dorobić spółce korzystny wizerunek. Zaśmiecają one rynek mnóstwem niechcianych, nieistotnych informacji. Nie ulega jednak wątpliwości, że działy public relations dostrzegły ważne zjawisko: społeczna odpowiedzialność to coraz ważniejsza płaszczyzna konkurowania spółek. Konkurowania nie tylko o prestiż w społeczeństwie lub sympatię opinii publicznej, ale przede wszystkim o pieniądze konsumentów i inwestorów. Społeczna odpowiedzialność nie powinna być przy tym jedynie chwytem marketingowym; jest ona sensem spółki. Dlatego i u nas niebawem ta tematyka wkroczy do sal posiedzeń zarządów i rad nadzorczych, będzie prezentowana w raportach rocznych spółek (gdzie do tej pory nie jest poruszana, lub bywa poruszana wybitnie nieudolnie), omawiana na walnych zgromadzeniach.

Racja bytu spółki to nie tylko zbieżność interesów inwestorów, to także gotowość do współdziałania z otoczeniem gospodarczym i społecznym. Wielu menedżerów protestuje przeciwko nakładaniu na podmioty gospodarcze brzemienia jeszcze jednej postaci odpowiedzialności. Mówią oni, że odpowiedzialnością biznesu jest po prostu biznes. Cytują Miltona Friedmana, iż jest tylko jedna i jedyna postać społecznej odpowiedzialności biznesu, mianowicie wykorzystywanie jego sił i środków dla zwiększania zysku. Lecz kiedy oponentów społecznej odpowiedzialności biznesu wciąga się w dyskusję, często wychodzi na jaw, że uprawiają oni biznes ze wszech miar odpowiedzialny. Dbają o wysokie standardy etyczne, o corporate governance, o prawa i pieniądze inwestorów, o interesy klienteli, o pracowników, o harmonijny rozwój lokalnych społeczności, o środowisko, o dobre stosunki z bankami, nawet o sympatię dziennikarzy, co nie przeszkadza im pracować z myślą o zwiększeniu zysku i osiągać ten cel.
Skąd przeto niechęć polskich menedżerów do wspominania o tym, co robią znakomicie? Z podejrzliwości wobec otoczenia. Z populizmu politycznej tłuszczy, pragnącej wygodzić wszystkim, a przede wszystkim sobie, kosztem spółek, inwestorów, rozwoju gospodarczego. W imię społecznej odpowiedzialności oczekuje się czasem od spółek działań sprzecznych z interesem społeczeństwa.

Oczekując wiele od biznesu, zarazem strzelamy mu w plecy. Parafrazując Johna Kennedy’ego: nie pytaj, co biznes może zrobić dla społeczeństwa, ale co społeczeństwo może zrobić dla biznesu.

Tekst został ogłoszony 15 marca 2004 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.

Czytaj także:

2014.03.15 (P)oszukiwanie sponsora
2004.03.15 Grzęzawisko ryzyk

Grzęzawisko ryzyk [2003]

Społeczna odpowiedzialność to nie kaprys, kosztowny zbytek, a instrument kreowania wartości spółki.

Jedna z najpoważniejszych postaci polskiego rynku z niepokojem zareagowała na coraz częstsze w moich tekstach wtręty o społecznej odpowiedzialności spółek. W przesłanym do mnie listelu pyta, czy nie sądzę,

że skoro jesteśmy dopiero w szkole podstawowej ładu korporacyjnego, to zbyt dużym wymaganiem jest stawianie zadań na miarę uniwersytetu, czyli odpowiedzialności społecznej korporacji? Nie umiemy jeszcze porządnie obsadzić rady nadzorczej czy poprowadzić walnego zgromadzenia (a to zaledwie tabliczka mnożenia), a Pan pisze o corporate social responsibility i każe rozwiązywać całki… Rozumiem, że trzeba uczniom uświadamiać, co ich czeka w dalszej edukacji, ale czy nie należy zarazem dawkować materiału? Nie jestem wrogiem całek, ale wszystko w swoim czasie… Tylko kiedy ten ‘swój’ czas nastąpi i kto to określi?

Nie jest to pogląd odosobniony. Podobne stanowisko zajmują zarządy spółek. Wykonują one trudną pracę. Zmagają się z problemami, o których opinia publiczna nie ma nawet bladego pojęcia. Mozolnie walczą o wynik, bo od wyniku zależą ich płace, a nawet stanowiska. Mają na głowie przeróżne kontrole. Konkurencja nie daje spokoju. Związki zawodowe rozrabiają. Prasa się czepia. Nadto spółki są molestowane różnymi wymaganiami dotyczącymi jakiegoś tam „ładu” lub „porządku” korporacyjnego. Trzeba pogodzić się z nimi, ponieważ cały świat aż huczy na ten temat. Dlatego zarządy spółek (wcale nie tylko publicznych!) obecnie zatrudniają specjalistów do spraw porządku korporacyjnego. Wprawdzie porządku korporacyjnego w niektórych spółkach nie ma, a nawet ma go nie być, lecz specjalista – jest. Tyle, że rada nadzorcza jest po staremu tylko ornamentem, a walne zgromadzenie to w istocie walne zwyrodnienie.

Ledwo opędzono jeden problem, a tu pojawia się drugi: społeczna odpowiedzialność. Czy dorośliśmy już do niej? Co po społecznej odpowiedzialności, skoro gospodarka ledwo zipie? Najpierw ugaśmy pożary. Wtedy nastanie czas na pielęgnację róż. Wszak nawet banki, z natury liderujące wszelkim innowacjom, nadto obyte w świecie za sprawą obecności inwestorów strategicznych z pierwszej ligi, nie zawracają sobie jeszcze głowy jakąś społeczną odpowiedzialnością. W raportach rocznych wielu polskich banków albo nie ma na ten temat słowa, albo pod takim nagłówkiem wspomina się przedsięwzięcia natury charytatywnej…

Jedno nie ulega wątpliwości: spółka jest po to, by dawała zysk. Porządek korporacyjny, społeczna odpowiedzialność, etyka korporacyjna – to narzędzia wspomagania tego celu. Porządek korporacyjny oznacza bowiem taką organizację spółki i jej stosunków z akcjonariuszami, która umniejszy ryzyko, że ze spółki wyciekną aktywa. Społeczna odpowiedzialność oznacza, że spółka tak kształtuje stosunki z otoczeniem, by zmniejszyć wszelkie ryzyka czyhające na nią na tym polu.

Albowiem spółka działa na bezkresnych obszarach ryzyka. Jego niektóre postacie są już całkiem dobrze rozpoznane. Dotyczy to w szczególności ryzyk ekonomicznych. O innych wiemy mało. Dotyczy to w szczególności mnogości ryzyk na stykach spółki ze społeczeństwem. Tu rozpościera się prawdziwe grzęzawisko, przez które trudno przebrnąć. Spółka może stracić na nim impet, a nawet może całkiem się zatracić.

Albowiem społeczeństwo ma inne priorytety niż działające wśród niego podmioty gospodarcze. Dla niego wzrost gospodarczy jest zjawiskiem bardzo pożądanym, lecz nie jest absolutem. Za to liczą się prawa człowieka. Ochrona środowiska. Postęp społeczny i zrównoważony rozwój. Nie są to sprawy nowe. Świadomość ich znaczenia towarzyszy nam przecież od dawna. Lecz wcześniej brzemię odpowiedzialności za urzeczywistnienie płynących z nich postulatów nakładano wyłącznie na państwa. Na arenie międzynarodowej nie liczył się przecież nikt inny. Dzisiaj – na naszych oczach! – zmienia się ten stan rzeczy. Zmniejsza się rola państw, przede wszystkim w sferze gospodarki. Zwiększa się za to rola podmiotów gospodarczych. Globalne korporacje zyskały większy wpływ na losy naszej planety, na kształt cywilizacji, niż parlamenty lub rządy. Budżet niejednej takiej korporacji zdecydowanie przewyższa budżety większości państw świata.

Spółki zawsze działały pośród społeczeństwa. Zawsze też na spółkach spoczywała odpowiedzialność wobec społeczeństwa. Zmienia się natomiast wymiar sprawy. Rozrasta się współzależność spółki i społeczeństwa. W społeczeństwie dojrzewa świadomość, że na biznesie ciążą znaczące powinności wobec niego. Spółka, która nie dostrzeże powinności wobec otoczenia, w jakim działa, może utonąć w grzęzawisku ryzyk. Zostanie przez nie wessana bez reszty. Jeżeli spółka pragnie uchronić swoją wartość (a pomnażanie wartości jest przecież racją jej bytu), lepiej niechaj uświadomi sobie i zacznie spełniać swoją społeczną odpowiedzialność.

Tekst został ogłoszony 17 listopada 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Czytaj także:
2014.03.15 (P)oszukiwanie sponsora
2004.03.15 Nie ma powinności bez wzajemności

Od Ożarowa do Jarosławia [2003]

Więcej przejrzystości! To hasło jednoczy dążenia do porządkowania polityki i gospodarki. Przejrzyste państwo lepiej służy obywatelom. Przejrzysty rynek nie tylko jest bardziej efektywny, jest także bardziej bezpieczny. Żądanie coraz większej przejrzystości dotyczy również uczestników rynku. Przy czym nie chodzi już jedynie o to, czy przejrzysta jest struktura spółki, czego możemy wymagać raptem od dwustu firm notowanych na warszawskiej giełdzie, lecz nie od samej giełdy. Chodzi także o przejrzystość celów i metod działalności, czego możemy wymagać od wszystkich. Współcześnie żaden z uczestników rynku nie może wygasić świateł i oznajmić opinii publicznej, że nic nie powinno ją obchodzić, ku jakim celom korporacja zmierza i jakimi metodami działa.

Spółka istnieje pośród społeczeństwa. Znaczenie tego wymiaru jej działalności, jaki umownie nazywamy społeczną odpowiedzialnością spółki, zwolna dorasta znaczeniu wyniku finansowego. Nieodwracalnie przeminęły czasy, kiedy w imię lepszego wyniku uchodziło naruszać etykę, lekceważyć interesy lokalnej społeczności, pomijać dobro interesariuszy. Za takie postępowanie może spotkać spółkę sroga kara. Jej najwyższym wymiarem jest bojkot. Doświadczyło go już sporo spółek. Przed laty Baby Milk Action wzywała do bojkotu Nestle na naruszenie międzynarodowych zasad marketingu substytutów naturalnego pokarmu matki. Mleko nie spełniało wymogów Międzynarodowej Organizacji Zdrowia. Bojkot ugodził w renomę firmy, a przy okazji w sprzedaż kawy. Kampania „Shell out of Nigeria” (1995) wynikała z przekonania, że zaangażowanie koncernu w Nigerii prowadziło do prześladowań rdzennej na terenach roponośnych ludności Ogoni. Nigeria dokonała egzekucji 9 aktywistów występujących w obronie Ogoni; ich przywódca, Ken Saro–Wiwa był zgłaszany do pokojowej nagrody Nobla. W tym czasie ostro krytykowano Shella także za zniszczenie platformy Brent Spar, co spowodowało znaczne szkody w środowisku. Coca Cola oberwała za wspieranie reżymu Nigerii, Pepsi za takież postępowanie względem Birmy (Myanmar), a Bacardi – Kuby. Producenci odzieży Nike i Reebok byli obiektami bojkotu za urągające prawom człowieka warunki pracy w fabrykach na Dalekim Wschodzie. Latem 2000 roku antyrasiści wzywali do bojkotu portalu Yahoo! za dopuszczanie stron internetowych gloryfikujących nazizm. Portal bywał krytykowany już wcześniej za aukcje pamiątek po hitleryźmie.

Bojkot niekiedy dotyka instytucji finansowych. Barclays Bank ucierpiał z powodu współpracy ze wspierającym politykę apartheidu reżymem RPA. Nie tylko społeczeństwa bojkotują: niekiedy czynią to pewne profesje lub instytucje. Holenderskie stowarzyszenie brokerów wzywało do bojkotu polis Nationale–Nederlanden po fuzji towarzystwa z NMB Postbank (wynikiem fuzji było zawiązanie ING Groep). W Polsce nie było dotychczas sensownej kampanii obywatelskiej ani wezwań do bojkotu. Na Wybrzeżu związkowcy obrzucali bilonem placówki Pekao SA, ponieważ bank (słusznie!) nie wspomógł zbankrutowanej stoczni. Palili też opony, za co powinni zostać zbojkotowani przez ekologów. Nikt nie wezwał do bojkotu Vitay, programu lojalnościowego PKN Orlen, promowanego kiedyś uwłaczającą godności kobiet i głupią reklamą radiową (dwaj zarozumiali kretyni przyznawali kobietom punkty za powierzchowność, aż jeden zdyskwalifikował „swoją” Beatę).

Nie było też warunków sprzyjających skutecznemu bojkotowi. Nie było ich w Łodzi, gdzie wbrew protestom załogi ale z pożytkiem dla miasta likwidowano rzeźnię. Nie było w Ożarowie, gdzie butna Telefonika zamknęła fabrykę na szkodę załogi i regionu . Lecz oto są w Jarosławiu: LU Polska, jedna ze spółek koncernu Danone, zamierza zamknąć zakłady cukiernicze SAN. Skoro nie wyjaśniono powodów takiej decyzji, lekceważąc Jarosław i region – tamtejszy PSS Społem podjął bojkot wyrobów Danone. Czołem przed Społem!

Przed kilku laty w Lipsku koncern Brau und Brunnen, znany i u nas z niefortunnej inwestycji w Okocimiu, postanowił zamknąć tamtejszy browar Brauhaus zu Reudnitz. Sasi wezwali do bojkotu wszystkich produktów koncernu, zbierali podpisy pod protestem, organizowali masówki. W kościołach odbywały się modlitwy o oświecenie zarządu koncernu duchem Bożym. Wielu wybitnych polityków, ludzi kultury i liderów gospodarki wsparło mieszkańców Lipska. Mieszkańców Jarosławia wspiera (jak czytam) kościół, ale władze Podkarpacia pozostały bierne. Niech lepiej żywo wezmą się do dzieła. Chodzi wszak o to, aby spółki zachowywały się odpowiedzialnie, przejrzyście, spolegliwie. A także o to, by zachowywały się tak nie tylko wobec akcjonariuszy, lecz także względem interesariuszy. Na spółce ciążą przecież społeczne powinności. Może bojkot pomoże wychować spółki obecne na polskim rynku? Może czas wezwać Polaków: niech nie jedzą ciastek Danone!

Artykuł ukazał się 22 września 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa. Wzmianka o giełdzie dotyczy faktu, że nie była ona wówczas notowana.

Czytaj także:
2014.01.05 Powiew bojkotu

Społeczne oblicze spółki [2003]

W trudnych czasach instytucje finansowe muszą pracować na zaufanie równie wytrwale, jak na zyski.

Spółka nie działa w próżni. Nie jest ona prostym automatem do nabijania zysków. Uważa się, że spółka powinna tworzyć wartość, przede wszystkim dla akcjonariuszy, którzy dostarczyli jej kapitał, a ponadto dla swojego otoczenia. Są nim ci, którzy w spółce pokładają swoje interesy – klienci, pracownicy, lokalne społeczności, organizacje pozarządowe. Stosunki między akcjonariuszami a interesariuszami to materia bardzo delikatna, wciąż pełna niedomówień. Warto ją zdefiniować. Wiele spółek kwituje tę kwestię kilkoma budującymi akapitami raportu rocznego. Tylko nieliczne próbują wyjść poza ogólniki.

Należy do nich grupa ING. 23 czerwca ogłoszono doroczny raport pod hasłem ‘ING w społeczeństwie’. Jest to ciekawa lektura. Pisałem tu niedawno, że ING zmienia oblicze, modyfikuje swój porządek korporacyjny. Raport na temat społecznych aspektów działalności grupy ING wykracza poza domenę corporate governance. A raczej – wzbogaca ją o wymiar zaufania, praw człowieka i społecznej odpowiedzialności. Do grona swoich interesariuszy grupa zalicza klientów (jest ich ogółem 60 milionów), akcjonariuszy, pracowników (jest ich, w przeliczeniu na pełne etaty, 115.815) i społeczeństwa (grupa działa w 60 krajach).

ING czyni wiele w kierunku otwartości i przejrzystości grupy. Raporty roczne traktują o spolegliwości finansowej. Raporty społeczne wzbogacają obraz spółki o jej wymiar społeczny, etyczny, oraz o kwestie związane z ochroną środowiska. Ponadto spółka kilkakroć do roku ogłasza wydawnictwa periodyczne, ‘Shareholders’ News’ i ‘Shareholders’ Bulletin’; są one wszystkie powszechnie dostępne. Tematem przewodnim raportu społecznego 2002 jest zaufanie: wartość szczególna, budowana żmudnie, w każdym segmencie rynku, w każdej społeczności z osobna; wartość szczególnej troski, z czasem krzepnąca potęgą procentu składanego.

Dla polskiego czytelnika niektóre dociekania raportu społecznego mogą wydawać się obce, wręcz egzotyczne. Kto u nas dba o to, ile firma produkuje odpadów na pracownika? Ile dwutlenku węgla? Jaki jest udział kobiet na ścieżkach awansu zawodowego? Czy dostawcy spełniają kryteria społecznej poprawności? Czy wśród nich mają preferencje firmy prowadzone przez kobiety lub mniejszości? Dowiadujemy się, że pracownicy placówek ING w Holandii wypijają 26 milionów porcji kawy (po 900 na pracownika rocznie) dostarczanej z firmy spełniającej kryteria. Dowiadujemy się, że bank wprowadził restrykcje kredytowe wobec firmy powiązanej z Birmą, gdzie naruszane są prawa człowieka. Oraz wobec przemysłu papierniczego i wytwórców oleju palmowego – nie z powodów ekonomicznych, lecz mając na uwadze ochronę środowiska.

Ważne są informacje o zamyśle zmiany polityki wynagradzania zarządu (rada nadzorcza zamierza uwzględnić realia światowych rynków), krytycznym odzewie społecznym na takie propozycje, oraz rozważnym, rozłożonym w czasie wprowadzaniu ich w życie. Ważne, że spółka zmienia swoją politykę świadczeń na rzecz potrzebujących od pasywnych donacji w stronę aktywnego mecenatu. Ważne, że spółka dostrzega możliwość konfliktu interesów między akcjonariuszami zainteresowanymi coraz wyższym zwrotem z kapitału, a pracownikami zainteresowanymi bezpieczeństwem zatrudnienia. Bardzo ważne, że spółka wzbogaca swoją politykę przesłaniem wynikającym z Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Uchwalona przed 55 laty, deklaracja adresowana była wówczas do rządów i społeczeństw; dzisiaj światową scenę zapełniają także korporacje ponadnarodowe mające większy wpływ na społeczne i ekonomiczne, a nawet kulturalne aspekty życia ludzkości, niźli niejeden rząd. Globalne spółki już widzą, że będą oceniane nie tylko przez pryzmat wskaźników obrazujących ich rozwój, także przez pryzmat ich stosunku do praw człowieka, ponieważ która spółka nie uszanuje tych praw – utraci zaufanie i akceptację społeczną, przekreśli szanse na rozwój.

ING prowadzi działalność na sześciu kontynentach, ale ostentacyjnie nie przypisuje większego znaczenia pozyskiwaniu życzliwości rządów. W tym kontekście nie wspomniano Polski, której rząd lubi wywierać naciski na prywatne instytucje finansowe, by wykładały pieniądze na stocznie lub kopalnie. Nie tak dawno, podczas konferencji Corporate Governance XII, wiceminister finansów prof. Jan Czekaj publicznie powołał się na opinie anonimowych prezesów banków z kapitałem zagranicznym, którzy ponoć wyznawali mu w sekrecie, że ich inwestorzy strategiczni nie dbają o interes polskiej gospodarki narodowej. Replikowałem, prosząc o przykłady. Nie usłyszałem konkretów.

Dzisiaj o zaufanie muszą zabiegać nie tylko podmioty gospodarcze, także rynki, społeczeństwa, rządy. Niestety ani rynek, ani społeczeństwo, ani rząd nie zdają sobie sprawy z tej powinności. Polska powinna dokonać surowego rachunku sumienia, co czyni by przychylnie usposobić do siebie kapitał.

Tekst ogłoszony 7 lipca 2003 r. w tygodniku GAZETA BANKOWA

Czytaj także 2003.03.17 ING zmienia oblicze

Śpiąca Królewna [2001]

Kulturze brakuje pieniędzy. Pieniądzom nie brakuje kultury, potrafią ją wspomagać. Zwłaszcza w czasach dobrej koniunktury. Lecz czynią to doraźnie i kapryśnie, a ich zasługi nie są dostatecznie eksponowane w mediach…

Ma rację prof. Jerzy Hausner: wiele instytucji kulturalnych działa niezgodnie z prawami rynku. Przypominają one skansen lat minionych. Bywa, że teatr ogłasza dwumiesięczną przerwę wakacyjną; muzeum zatrudnia więcej pracowników, niż przez miesiąc przyciąga odwiedzających; galeria urządza wystawy uczęszczane tylko w dniu otwarcia. Finansowanie kultury wymaga rewolucji. Przeznaczamy na ten cel tak mało, że trzeba skromnymi środkami gospodarować bardziej racjonalnie.

Nie zdziwię się, jeżeli środowisko zarządzających instytucjami kulturalnymi zaoponuje przeciwko konfrontowaniu ich poczynań z rynkiem. Pamiętam, jaką burzę wywołał w latach osiemdziesiątych ub. w. prof. Hieronim Kubiak, odpowiedzialny za kulturę z ramienia Sekretariatu KC PZPR, kiedy zaproponował muzealnikom zbycie na wolnym rynku mniej cennych eksponatów, zalegających na wieki piwnice.

Zalecam jednak ostrożność w rachubach na usprawnienie finansowania kultury dzięki udziałowi w tym procesie organizacji pozarządowych. Są one dotknięte znaczącą wadą: większość swoich funduszy wydają na własne potrzeby. Na płace personelu, czynsze, rachunki za światło, telefon etc. Niewiele z nich potrafi bądź samodzielnie zarabiać na własne utrzymanie, bądź gromadzić środki na działalność z innych źródeł niż dotacje budżetowe. Są to najczęściej organizmy mikre, przy tym działające w rozdrobnieniu. Owszem, niektóre są rozpoznawalne dzięki barwnym hasłom lub działaniom, ale jedynie nieliczne zdobyły autorytet. Ofiarowane im środki na wspieranie inicjatyw kulturalnych gotowe są one przejeść same, bez publicznego pożytku. W świecie organizacji pozarządowych często królują prywatne ambicje i interesy. Finanse są mało przejrzyste, w praktyce wyjęte spod kontroli. Mam także wątpliwości wobec tezy Jerzego Hausnera dotyczącego wspierania kultury przez biznes. Tej kwestii pragnę poświęcić kilka uwag.

PASKUDNA ŻABA. Istnieje przekonanie, że kultura jest podobna do Śpiącej Królewny, którą może wybudzić jedynie pocałunek wyciśnięty na jej ustach przez Paskudną Żabę. Oto i Żaba, w jedwabnym cylindrze, z pokaźnym worem pieniędzy – przeto nie taka znów ona Paskudna… Biznes, często pogardzany przez twórców kultury, przecież wspiera ją godziwie. Szczególnie zasłużone bywają na tej niwie instytucje finansowe. Niemniej, niewiele korporacji uprawia politykę kulturalną. Finansują one kulturę raz po pańsku, szczodrze, raz oszczędnie, najczęściej chaotycznie, pod wpływem kaprysów koniunktury, a także kaprysów prezesów.

Korporacje narzekają, że ich zasługi jako mecenasów bywają przemilczane. Media zadają sobie wiele trudu, by nie wspomnieć o mecenasie – wszak byłaby to „kryptoreklama”. Same nieskromnie podkreślają za to swoje rzekome zasługi jako „patronów medialnych”. Z drugiej strony, korporacje nie potrafią komunikować swojej polityki wspierania kultury i innych szlachetnych przedsięwzięć.

„KULTURALNE PIENIĄDZE”. Jakiś czas temu (2003 – 2005) redagowałem „Gazetę Bankową”, podówczas niezależny tygodnik o finansach, bankach, ubezpieczeniach. Przyjąłem, że pismo powinno odnotowywać wszelkie akty i przejawy mecenatu instytucji finansowych nad kulturą. Gromadziliśmy je na kolumnach zatytułowanych Kulturalne Pieniądze. Wywodziliśmy: owszem, kulturze często brakuje pieniędzy, lecz pieniądzom (tu utożsamionym z instytucjami finansowymi) kultury nie brakuje. Mecenasują one sztuce filmowej, teatrom, muzyce, wystawom, wydawnictwom; nagradzają twórców i inspiratorów wydarzeń kulturalnych. Ambicją pisma było systematyczne honorowanie przynajmniej znaczących przykładów światłego mecenatu.

Otóż nie było to łatwe. Próżno było oczekiwać, że mecenasi sami będą nas informowali o swoich przedsięwzięciach. Finansowanie kultury leżało w gestii pionu marketingu, kontakty z mediami – w gestii rzecznika prasowego. Bywało, że rzecznicy spławiali dziennikarzy dopytujących o koncert (spektakl, wystawę) pod patronatem ich firmy. Sam tego doświadczałem. W raportach rocznych spółki wspominały tylko mimochodem o swoich mecenatach. Kulturę, sport, ochotnicze straże pożarne, akcje charytatywne – omawiano łącznie, lakonicznie, pod niefortunnym tytułem „sponsoring”, jak gdyby instytucje, których misją jest zarabianie pieniędzy, wstydziły się poczynań na polu dobroczynności. Finansowanie kultury przez biznes jest pożądane, lecz wymaga to zarówno zmian w podatkach, jak przeobrażeń procesu społecznego komunikowania.

MIĘDZY DWIEMA STOLICAMI. Na przekór kłopotom finansowym, w polskiej kulturze dzieje się niemało. Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław lub Poznań tętnią ciekawym życiem kulturalnym. Im dalej od nich, tym trudniej. Tym mniej zasobna kasa. Tym mniejsze możliwości pozyskiwania środków ze źródeł pozabudżetowych. Współczesna Polska została rozpięta między dwoma stolicami, administracyjną i kulturalną. Stolicą administracyjną jest Warszawa. Stolicą kulturalną jest Mława. Albowiem to kultura na prowincji wyznacza „średnią krajową”. Instytucje finansowe gotowe są wspierać ośrodki, w których już mają klientów, bądź pragną ich pozyskać. Inne korporacje postępują podobnie. Mecenaty podporządkowane celom marketingowym utrwalą nierówności w dostępie do kultury. Siła nabywcza „Polski B” jest niska, więc i mecenat nad nią będzie mniej opłacalny…

Aby ułatwić godzenie interesów mecenasa (dawcy) z interesem powszechnym (odbiorcy), warto pomyśleć o opracowaniu zbioru dobrych praktyk mecenatu. Pozwoli to zapewnić mecenasowi należny mu rozgłos, jego działaniom niezbędną przejrzystość, a społeczeństwu – bardziej zrównoważone korzyści.

Tekst ukazał się w efemerycznym (jak się okazało) „Miesięczniku Społeczno-Kulturalnym Po Ziemi” nr 16/II listopad-grudzień 2001.