Archiwa tagu: dobre obyczaje

O co skarżyłbym Farmacol, gdybym był akcjonariuszem

Do zejścia z parkietu szykuje się Farmacol. Pożegnam tę spółkę bez żalu. Nie wniosła udziału w rozwój rynku. Nie miała corporate governance i nie starała się mieć. Wprawdzie udanie zainwestowała środki z pierwszej oferty publicznej, lecz nie dzieliła się z inwestorami zyskami z działalności, wszystko ciułała pod siebie, bez końca wzbogacając kapitał zapasowy. Nie dbała o należytą komunikację z rynkiem. Jest typową polską familiadą: rodzina panująca zachowuje większość głosów na walnym zgromadzeniu, sama sobą obsadza większość miejsc w radzie nadzorczej. Co najważniejsze: przez lata spółka działała, i nadal działa, w oparciu o statut będący jawną obrazą prawa. Z tej przyczyny nigdy nie powinna zostać dopuszczona do obrotu giełdowego.

Jest zrozumiałe, że założyciele spółki, osoby szczególnie dla niej zasłużone, pragną zachować niektóre przywileje nawet po jej upublicznieniu. Kodeks spółek handlowych dopuszcza przywileje przypisane do niektórych akcji oraz osobiste uprawnienia przyznane indywidualnie oznaczonym akcjonariuszom. Chociaż warunkiem korzystania z osobistych uprawnień jest udział w akcjonariacie spółki, przecież nie płyną one z tytułu posiadania akcji, ale z racji imiennego oznaczenia nosicieli tych uprawnień przez statut i opisania tamże charakteru tych uprawnień. Przysługują one indywidualnie oznaczonym podmiotom tak długo, póki są one akcjonariuszami spółki. Stosowny przepis Ksh brzmi jednoznacznie: „Statut może przyznać indywidualnie oznaczonemu akcjonariuszowi osobiste uprawnienia. W szczególności mogą one dotyczyć prawa powoływania lub odwoływania członków zarządu, rady nadzorczej lub prawa do otrzymywania oznaczonych świadczeń od spółki” (art. 354 § 1).

PRZYMIOTY NIEZBYWALNE I ZBYWALNE
Katalog przyznawanych przez statut osobistych uprawnień nie jest zamknięty, działa tu zasada swobody umów, zatem dopuszczone są wszelakie uprawnienia mieszczące się w ramach bezwzględnie obowiązujących norm prawa, natury spółki akcyjnej i dobrych obyczajów. Mamy tu do czynienia z oczywistym wyjątkiem od zasady jednakowego traktowania akcjonariuszy. W praktyce najczęściej treścią osobistych uprawnień jest niezbywalne prawo indywidualnie oznaczonego akcjonariusza do powoływania i /lub odwoływania członka /członków organu /organów spółki.

Na przykład statut Prokom Software zawierał postanowienie, że „przewodniczącego rady nadzorczej wyznacza Ryszard Krauze” (tak oznaczony akcjonariusz wyposażony był także w prawo powoływania jednego członka rady nadzorczej). Osobiście uprawniony wyznaczał na przewodniczącego rady nadzorczej sam siebie. Także w statucie Petrolinvestu akcjonariusz dysponujący prerogatywą powoływania i odwoływania wiceprezesa zarządu i jednego z członków rady nadzorczej został oznaczony jako „Ryszard Krauze”. Imię i nazwisko to – w odróżnieniu od akcji – przymioty niezbywalne. Nie mnie sądzić, czy przywołane postanowienia były korzystne dla wspomnianych spółek, ale przynajmniej były zgodne z prawem.

Natomiast statut Farmacol SA zawiera postanowienie, iż przewodniczącego rady nadzorczej wskazują spośród osób wybranych do rady akcjonariusze posiadający akcje serii „A”. Ci sami akcjonariusze określają wynagrodzenie przewodniczącego rady. Ponadto mają oni prawo odwołania każdego z członków rady nadzorczej wybranych przez walne zgromadzenie. Z kolei akcjonariusze posiadający akcje serii „C” wskazują spośród osób wybranych do rady nadzorczej jej wiceprzewodniczącego, a także określają jego wynagrodzenie.

BŁĘDY SPOD SZTANCY
Rzecz ciekawa: takie same rozwiązania zawierał statut konkurującej z Farmacolem spółki Prosper SA – z tą różnicą, ze przywilej wskazywania wiceprzewodniczącego rady przyznano akcjonariuszom posiadającym akcje serii „B”. Chodzi nie o to, że jakaś podrzędna kancelaria prawna obdarzyła różne spółki kleconym przez siebie statutem, lecz o to, że ów statut został sklecony źle, z podstawowymi błędami, a mimo to w przypadku Farmacolu (bo Prospera już nie ma) przetrwał kilkanaście lat. Otóż tytuł do osobistych uprawnień nie wynika z posiadania akcji danej serii, a z indywidualnego oznaczenia uprawnionego akcjonariusza w statucie.

Posiadacze akcji Farmacolu serii A i C nie zostali indywidualnie oznaczeni. Ze statutu nie wynika przecież, do kogo należą akcje serii A (65.000 akcji) i serii C (1.935.000 akcji): imienne, uprzywilejowane w ten sposób, że na każdą z tych akcji przypada pięć głosów na walnym zgromadzeniu. Akcje te są swobodnie zbywalne, tylko do końca roku 2001 ich zbycie wymagało zgody rady nadzorczej. Także do końca roku 2001 nie mogły one zostać zamienione na akcje na okaziciela, co spowodowałoby utratę ich uprzywilejowania. Brak indywidualnego oznaczenia jako osobiście uprawnionych nie daje posiadaczom serii A i C prawa do korzystania ze wspomnianych przywilejów.

Z PRYWATNYCH SZKATUŁ
Nawet gdyby uprawnieni akcjonariusze zostali w statucie prawidłowo oznaczeni imionami i nazwiskiem (względnie firmą) i dzięki temu mogli korzystać z przywileju wyznaczania przewodniczącego i wiceprzewodniczącego rady nadzorczej, i tak nie mieliby oni prawa do określenia wypłacanych ze środków spółki wynagrodzeń swoich nominatów. Mogliby określać te wynagrodzenia tylko wtedy, gdyby wypłacali je sami, z własnych środków, z prywatnych szkatuł. Żaden akcjonariusz, choćby największy, najbardziej zasłużony, nie ma prawa samodzielnie dysponować środkami spółki. Określanie wynagrodzenia poszczególnych członków rady nadzorczej należy wyłącznie do walnego zgromadzenia, które może dokonać tego w statucie lub w uchwale (art. art. 392 § 1 i 390 § 3 Ksh). Ponieważ wynagrodzenie ze środków spółki przysługuje członkom rady nadzorczej wyłącznie z woli walnego zgromadzenie – i tylko w wysokości określonej przez walne zgromadzenie – jest ono jawne dla akcjonariuszy.

Walne zgromadzenie Farmacol SA określiło wynagrodzenie członków rady nadzorczej na 500 zł za udział w posiedzeniu. Nie jestem zwolennikiem płacenia członkom rady nadzorczej za udział w posiedzeniu, ponieważ uczciwie pracująca rada nadzorcza wykonuje znaczną część swojej pracy poza posiedzeniami. Ustalenie wynagrodzenia członka rady nadzorczej na 500 złotych świadczy, że rada ma charakter ornamentacyjny, jest – bo musi być, ale nie ma ambicji sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności, a ponadto wykonania zadań należących do komitetu audytu, którego nie wyłoniła.

TAKŻE FISKUS MOŻE SIĘ UPOMNIEĆ
Wynagrodzenie członka rady nadzorczej Farmacol SA Jana Kowalewskiego wyniosło w 2015 roku 1.500 zł, Anny Olszewskiej 3.500 zł, Macieja Olszewskiego 3.500 zł. Rok wcześniej rada widocznie spotykała się częściej, skoro Jan Kowalewski otrzymał 6.000, zaś Anna i Maciej Olszewscy po 8.000 zł. Przewodniczący rady nadzorczej Andrzej Olszewski, którego wynagrodzenie określili akcjonariusze posiadający akcje serii A, w roku 2015 otrzymał 187.176 zł, a wiceprzewodnicząca Zyta Olszewska, której wynagrodzenie określają akcjonariusze posiadający akcje serii C, w roku 2015 otrzymała 159.154 zł. W roku 2014 wynagrodzenia te były wyższe: Andrzej Olszewski otrzymał 229.493 zł, a Zyta Olszewska 208.451 zł. Gdybym był akcjonariuszem Farmacolu, domagałbym się zwrotu spółce wszelkich kwot pobranych z niej przez Andrzeja i Zytę Olszewskich bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia. Z odsetkami.

Także fiskus może upomnieć się o swoje. Kwoty wypłacane przez spółkę przewodniczącemu i wiceprzewodniczącej rady nadzorczej bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia są świadczeniami nienależnymi i spółka nie powinna ich zaliczać do kosztów uzyskania przychodów. Dochodziło bowiem do systematycznego naruszania obowiązujących przepisów prawa, które nie dopuszczają do wypłaty przez spółkę przewodniczącemu i wiceprzewodniczącej rady nadzorczej wynagrodzeń określonych nie przez walne zgromadzenie, a poza walnym zgromadzeniem przez poszczególnych akcjonariuszy. Dochodziło przy tym do obrazy natury spółki akcyjnej. Dysproporcje pomiędzy wysokością wynagrodzeń legalnie wypłacanych członkom rady nadzorczej na podstawie uchwały walnego zgromadzenia, a wysokością wynagrodzeń wypłacanych przewodniczącemu i wiceprzewodniczącej świadczą o naruszeniu standardu dobrych obyczajów.

DLACZEGO NIE JESTEM UDZIAŁOWCEM?
Farmacol SA jest spółką dochodową, bardzo obiecującą, jest jednak kilka powodów, dla których nie zostałem jej akcjonariuszem. Pierwszym był statut. Przedmiot działalności spółki obejmuje także prowadzenie restauracji, pozostałych placówek gastronomicznych, hoteli i moteli z restauracjami; nie rozumiem, po co. Drugim powodem były obawy, że nie zdołam zarejestrować się na walnym zgromadzeniu, skoro statut spółki przewiduje (§ 9.6) iż „posiadacz akcji na okaziciela ma prawo uczestniczyć w walnym zgromadzeniu, jeżeli przynajmniej na tydzień przed terminem walnego zgromadzenia złoży w spółce swoje akcje”, co jest niewykonalne. Trzecim – niejasności co do sposobu procedowania rady nadzorczej, która może odbywać posiedzenia „w trybie pisemnym”, do jej protokołów dołączane są „nadesłane później sprzeciwy członków nieobecnych na posiedzeniu rady” (czego miałyby dotyczyć?), a w posiedzeniach rady mają prawo i obowiązek uczestniczyć, z głosem doradczym, członkowie zarządu. Czwartym powodem była ogłoszone przez Andrzeja Smugę uzasadnienie jego rezygnacji z funkcji prezesa zarządu: „Powodem rezygnacji jest brak możliwości skutecznego pełnienia funkcji spowodowany działaniem rady nadzorczej Farmacol SA ingerującej w kompetencje i uprawnienia zarządu oraz prowadzenie działań leżących w kompetencjach zarządu spółki bez jego wiedzy i zgody” (Parkiet 20 VII 2013). Są pytania?

AUTORZY STATUTÓW, WYSTĄP!
Nie tylko w statucie Farmacolu tkwią oczywiste błędy i niezgodności z prawem. Farmacol i Prosper czerpały statuty z jednego źródła, z zatrutej studni. Takich zatrutych studni jest na rynku więcej, niż na obrazach Jacka Malczewskiego. Gdyby wprowadzić wymóg podpisywania projektów statutów przez kancelarie, skutki byłyby dwojakie: ubyłoby może błędów, ale usługi kancelarii prawnych znacznie potaniałyby.

Wprowadziłbym też wymóg składania przez inwestorów instytucjonalnych oświadczeń o zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować. Wkładają oni w ciemno pieniądze uczestników, a później łapią się za głowę. Ostatnio pięć funduszy, w sumie przedstawiających ok. 27 proc. kapitału Farmacolu, zapowiedziało, że nie odpowiedzą na wezwanie do sprzedaży akcji po cenie, która nie odpowiada ich wartości godziwej. Wcześniej nie przyszło im do głowy upomnieć się o stosowanie przez spółkę dobrych praktyk, budowę ładu korporacyjnego. W istocie rzeczy, nie fundusze tracą, a ich uczestnicy.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 29 października 2016 r.
Czytaj także:
2002.07.15 Wynagrodzenie rady
2002.07.22 Z własnej szkatuły
2014.09.18 Między przepisem a praktyką

Czy należy zrezygnować z instytucji absolutorium?

Absolutorium jest instytucją wymyśloną przez dżentelmenów na użytek dżentelmenów. W ich rękach jest narzędziem (aczkolwiek nie jedynym) oceny działań, wyników, osiągnięć i niepowodzeń poszczególnych piastunów spółki w rozpatrywanym okresie. Lecz o dżentelmenów coraz trudniej, coraz więcej natomiast szubrawców. W ich rękach absolutorium jest instrumentem tak groźnym, jak brzytwa w łapie małpy. Albowiem 2016-11-03_rn_na-posiedzeniu_bannerabsolutorium zakłada odpowiedzialną ocenę kwitowanego. Dzisiaj na polskim rynku, zwłaszcza – niestety! – w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, ocenia się menedżerów bez znajomości rzeczy, bez kultury, natomiast z prostackich pobudek politycznych. Jeżeli ktoś pełnił funkcję w czasach poprzedniej władzy, nawet nie z jej nadania, a z racji kwalifikacji, talentów i doświadczeń, prawdopodobnie już został, albo niebawem zostanie, wyrzucony z posady i pozbawiony absolutorium.

Przed kilku laty tak oto zdefiniowałem w Słowniku Wyrazów instytucję absolutorium w spółce akcyjnej: „Czynność prawna o mglistym znaczeniu podejmowana (wyłącznie) przez walne zgromadzenie. Niby jej treścią jest stwierdzenie, że imiennie oznaczony piastun spółki należycie wykonywał swoje powinności w danym roku obrachunkowym. Lecz niekoniecznie: otóż a. nie daje immunitetu przed ewentualnym dochodzeniem roszczeń, zwłaszcza jeżeli ich podstawa nie była znana w chwili udzielania a. Gorszące są przypadki odmowy udzielenia a. z powodów politycznych, bądź nawet uchylenia udzielonego a. bez rzeczowego uzasadnienia. Fantazję akcjonariuszy winny miarkować dobre obyczaje.”

Jest przeto coraz gorzej. Dobre obyczaje poszły w kąt. Uchwały w sprawie udzielenia absolutorium podejmowane są przez walne zgromadzenie niejako z marszu, bez wnikliwej dyskusji nad każdym z piastunów spółki. Odmowy udzielenia absolutorium nie wynikają wprost z uchwał podejmowanych na taki właśnie wniosek, lecz są dorozumiane z tego powodu, że projekt uchwały o udzielenie absolutorium nie zyskał wymaganej większości głosów. Niekiedy uchwała nie zapada, chociaż głosów przeciwnych nie było, jej podjęcie uniemożliwiła liczba głosów wstrzymujących się. Zdarza się nawet, że głosy wstrzymujące się oddawane są bez świadomości, iż są de facto głosami przeciwko powzięciu uchwały… Postronni mogą się uśmiać, gdy przedstawicielka Skarbu Państwa wyraża głębokie zdumienie, bo jakże uchwałę odrzucono, skoro ona, dysponentka większości głosów na walnym, nie głosowała przeciw, a „tylko” wstrzymała się od głosu? Sytuacja piastuna spółki, który pozostał bez absolutorium, jest trudna nie dlatego, by groziły mu powództwa samej spółki albo akcjonariuszy, wszak w Polsce jeszcze nikogo nie puszczono bez skarpetek – ale dlatego, że nie znajdzie on już pracy w żadnej spółce w orbicie wpływów Skarbu Państwa.

Takie praktyki są jawnie niezgodne z zasadami współżycia społecznego. Kwestia absolutorium jest uregulowana bardzo niejednoznacznie. Kaprys nieudzielania absolutorium – bez dania racji – byłym lub odchodzącym piastunom spółek rozpowszechnił się nawet w sercu rynku kapitałowego, względem i na Giełdzie Papierów Wartościowych. Polityk, który wydał dyspozycję użycia siły głosów Skarbu Państwa dla zdyskredytowania nielubianych przezeń menedżerów nie owym menedżerom zaszkodził przede wszystkim, nie giełdzie, którą rządzący starają się wykończyć, lecz interesom państwa.

W komentarzu do jednego z moich wpisów bardzo ważnego tematu dotknął Czytelnik, Mariusz T. Kłoda, przygotowujący dysertację na temat absolutorium: z jakiego stosunku prawnego wynika prawo menedżera do uzyskania merytorycznej oceny? Komentator trafnie zwrócił uwagę na przyjętą przez Skarb Państwa praktykę „absolutorium politycznego”; bierze mnie zazdrość, że to nie ja ukułem to celne powiedzenie. Instytucja absolutorium jest w prawie spółek ujęta tak mgliście, iż rzeczywiście warto zadać pytanie o naturę stosunku prawnego między pomiędzy kwitującym a kwitowanym. Wspomniałem powyżej o dobrych obyczajach i zasadach współżycia społecznego. Dodam, iż kiedy prawo kreuje konkretną instytucję – w tym przypadku absolutorium – należy traktować ją poważnie, nie zaś jak „przepis przydrożny”, mijany bez zwracania nań uwagi…

23 września 2008 r., przeto przed kilku już laty, Polski Instytut Dyrektorów ogłosił (zredagowane i podpisane przeze mnie) „Stanowisko w sprawie potrzeby przywrócenia powagi instytucji absolutorium”. Uczestnikom walnych zgromadzeń zaleciliśmy odpowiedzialne traktowanie absolutorium; eliminowanie gier związanych czy to ze zmianami właścicielskimi, czy z polityką; podejmowanie uchwał w przedmiocie absolutorium z rozwagą; uzasadnianie względami merytorycznymi uchwał o odmowie udzielenia absolutorium bądź o cofnięciu prawidłowo udzielonego absolutorium; rozstrzyganie spraw związanych z absolutorium zgodnie z interesem spółki, wszakże z szacunkiem dla dóbr osobistych i reputacji biznesowej menedżera.

Nie cofam tych apeli. Lecz skoro na polskim rynku jest w omawianych kwestiach coraz gorzej, skoro powagę instytucji prawnych ośmieszają zagrywki szubrawców, zastanawiam się, czy w tej sytuacji nie zabrać małpie brzytwy i zrezygnować z instytucji absolutorium, której nie potrafimy traktować należycie?

Czytaj także:
2015.06.20 Głowy do pozłoty?
2013.01.17 Rada w przeciągu

Między cedułą a kulturą

Narodziny warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych (XXV-lecie za pasem!) przyjmowano jako błahą ciekawostkę. Uwagę mediów przykuły czerwone szelki maklerów drużyny Igora Chalupca w scenerii dawnego Komitetu Centralnego. Zlecenia złożone na pierwszą sesję 12 kwietnia 1991 roku kojarzono na pożyczonych komputerach, notowano akcje pięciu spółek, obrót wyniósł 2.000 złotych (20 milionów sprzed denominacji). Lecz było to wydarzenie historyczne; z dzisiejszej perspektywy widać, że wcześniej nie było w Polsce, ani za ziemiach polskich, prawdziwego rynku i prawdziwej giełdy. Dzisiaj mamy i jedno, i drugie.

GPW powstała jako platforma prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Z tej roli wywiązała się chwalebnie. Nie tylko sprzedano poprzez giełdę papiery licznych spółek, ale – co najważniejsze! – osiągnięto wysokie standardy procesu prywatyzacji. Transakcje były przejrzyste. Wzbudziły zainteresowanie rynkiem kapitałowym. Przysporzyły mu zaufania inwestorów krajowych i zagranicznych. Nie obyło się bez lamentów nad wyprzedażą majątku narodowego za niewielki ułamek wartości. Krytykom często chodziło o wartość domniemaną, bezkrytycznie pomnożoną przez emocje, natomiast giełdowe wyceny, kreowane grą podaży i popytu, są liczone w prawdziwych pieniądzach.

Z czasem proces prywatyzacji wyhamował, przygasło też zaufanie do państwa jako wspólnika, bo mimo wyzbywania się własności nie wyzbywało się ono wszechwładztwa nad upublicznianymi spółkami. Dysponując nierzadko udziałem rzędu 30%, Skarb Państwa dzieli i rządzi jak gdyby miał w portfelu po 330% udziału w sprzedanych już spółkach. Lecz nie można winić za to giełdy, która sama mocno ucierpiała, wiążąc swój wizerunek z zapóźnioną, nieudaną akcją Akcjonariatu Obywatelskiego, poległą gdzieś na dnie szybów Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Zresztą i GPW, będąca tytularnie spółką publiczną notowaną na własnym parkiecie, jest powszechnie uznawana w świecie za instytucję państwową, co wydatnie utrudniało jej ekspansję.

Z czasem na plan pierwszy wyszła inna funkcja giełdy jako platformy pozyskiwania kapitału przez spółki prywatne, ambitne, innowacyjne, także zagraniczne. W miarę, jak kurczyć się będą obroty walorami spółek surowcowych i energetycznych (ostatnio angażujących się w kontrowersyjne przedsięwzięcia inwestycyjne), a także instytucji finansowych, zwiększy się udział w obrotach, a więc także w indeksach, spółek od zawsze prywatnych. Należy to wziąć pod uwagę w procesie budowy strategii rozwoju polskiego rynku kapitałowego, nowej Agendy Warsaw City 2020 (a może 2025?).

Wielkie giełdy słyną z wielkich afer. Warszawska jeszcze do wielkiej afery nie dorosła. Owszem, w ćwierćwieczu nie brakło przekrętów, ale za żaden z nich nie można winić giełdy. Wszędzie wokół parkietów kręcą się aferzyści, rodzimi i zagraniczni. „Dezyderata” śpiewana w krakowskiej Piwnicy Pod Baranami zaleca ostrożność w interesach, bowiem dokoła pełno jest oszustwa. W kabarecie zwanym polityką populiści plotą o kasynie, ignoranci o ruletce. Przekładając mowę kabaretów na język rynku kapitałowego należy dostrzegać ryzyko czające się na giełdach, gdzie pieniądze płyną z rak do rąk, aż wpływają we właściwe ręce. Lecz warto mieć na uwadze, że warszawska giełda tylko raz – raz jeden w całym ćwierćwieczu ! – dała pożywkę prasie sensacyjnej. Chodziło, przypomnę, o sprawę związaną z niedochowaniem standardu dobrych obyczajów w działalności biznesowej, gdzie obowiązują wymogi nieporównanie wyższe niż w polityce.

Przez lata rodzima polityka trzymała się daleko od parkietu. Politycy wstydzili się przyznać, że nie rozumieją mechanizmów giełdy. Nieodżałowany Krzysztof A. Lis, architekt polskiego rynku kapitałowego, powiadał że swoista autonomia warszawskiej giełdy od rozgrywek politycznych jest zasługą opieki, jaką nad tą instytucją roztacza Najświętsza Panienka. Wkrótce po wypadku, w którym zginął, Panienka wyjechała na wakacje, więc politycy od czasu do czasu przecież dobierają się do giełdy lub do jej otoczenia (pamiętny rajd Jana Rostowskiego na Otwarte Fundusze Emerytalne), z czego nic dobrego nie wynika.

Rynek jest żywiołem. Warszawska giełda dąży do poddania go rygorom dobrych obyczajów. Służą temu przyjmowane przez nią, systematycznie od kilkunastu lat, dobre praktyki spółek notowanych na GPW. Ich najnowsza redakcja weszła w życie 1 stycznia 2016 r. Dobre praktyki nie mają mocy obowiązującej, nie niosą z sobą nakazów i zakazów, a na ich straży nie stoi państwo ze swoimi organami i sankcjami. Wyrażają one wartości godne ochrony i promocji, wypracowane z udziałem rynku i zalecone mu przez giełdę. Zawierają wskazówki postępowania spółek giełdowych, służące rynkowi do ich oceny, a międzynarodowym inwestorom do oceny rynku. Od ich dobrowolnego stosowania przybywa zaufania, na którym opiera się gospodarka.

Warszawską giełdę można oceniać według rozlicznych kryteriów, biorąc pod uwagę jej wkład w rozwój rynku, liczbę notowanych spółek, ich kapitalizację, obroty, wielkość kapitału pozyskanego dzięki giełdzie przez notowane na niej spółki, innowacyjność i różnorodność oferowanych produktów i usług. Nie należy jednak zapominać o kulturotwórczej woli GPW, o jej zaangażowaniu w budowę systemu wartości służących rozwojowi gospodarczemu i etycznemu Polski, o roli giełdy w krzewieniu dobrych obyczajów handlowych oraz kultury i czystości obrotu. Przed dwudziestu pięciu laty nikt nie śmiał oczekiwać, że otrzymamy od giełdy aż tyle.

Tekst ogłoszony 2 kwietnia 2016 r. w dzienniku Parkiet

Karencja

„Karencja” jest terminem wieloznacznym. Im wyższa kultura rynku kapitałowego, tym więcej zastosowań tego słowa. Albowiem karencja to okres, określony przepisami lub zwyczajem, jaki powinien upłynąć, aby coś nastąpić mogło lub powinno. Na rynkach mniej rozwiniętych przepisy przeważają nad zwyczajem, na bardziej rozwiniętych rola zwyczaju wzrasta.

I. KARENCJA NOWYCH CZŁONKÓW RADY NADZORCZEJ
Istnieje dobry obyczaj, że nowopowołany członek rady nadzorczej nie uczestniczy w podejmowaniu decyzji, dopóki nie zapozna się ze spółką. W Polsce nie jest to praktykowane. Bywa, że walne zgromadzenie powołuje nową radę nadzorczą, złożoną w całości z osób, które o spółce nie mają pojęcia (im większy w spółce udział Skarbu Państwa, tym bardziej prawdopodobna bywa taka sytuacja), a niezwłocznie po walnym rada zbiera się i odwołuje prezesa spółki albo cały zarząd. Nieobyczajne jest także delegowanie do zarządu członka rady nadzorczej – tzw. zrzutka, który ledwo wszedł do rady nadzorczej i nie zdążył jeszcze poznać spółki, ale jest dyspozycyjny wobec tego, kto go zrzucił. Rada nadzorcza Energi delegowała właśnie do zarządu prof. Waldemara Kamrata, który do rady wszedł kilka dni temu – chociaż akurat on dysponuje znajomością spółki.

Aby skrócić karencję, nowopowołanym członkom rady warto zorganizować tzw. orientation, czyli szkolenie poświęcone spółce, a także branży, w jakiej spółka działa. Raz tylko spotkałem się z sytuacją, że po moim powołaniu do rady nadzorczej prezes zarządu uznał, że należy mnie wnikliwie zapoznać ze spółką i jej sytuacją, przyjechał z Warszawy do Krakowa i poświęcił mi cały dzień. Dzięki temu mogłem już na pierwszym posiedzeniu rady świadomie uczestniczyć w podejmowaniu uchwał. To ważne, ponieważ często właśnie pierwszy okres pracy w spółce wyzwala u członków rady entuzjazm i świeże idee.

II. KARENCJA PRZED PRZESIADKĄ NA FOTEL PRZEWODNICZĄCEGO
Spotykane są przypadki złej praktyki, gdy prezes spółki po zakończeniu swojej misji w zarządzie (upłynęła mu kadencja lub został odwołany) przechodzi do rady nadzorczej i z marszu obejmuje funkcję przewodniczącego. Taka przesiadka z fotela na fotel nie jest dobrze widziana na rynku, ponieważ zachodzi obawa, że były prezes będzie – z pozycji szefa rady – oceniał swojego następcę według wzoru własnych zachowań. Dlatego zalecana jest karencja, której długość nie jest określona, wiele zależy przecież od niuansów. Jeżeli były prezes zostanie przewodniczącym rady nadzorczej kilka lat po wygaśnięciu jego mandatu w zarządzie, sytuacja nie wzbudzi zastrzeżeń. Najlepiej, by dopiero wtedy wchodził do rady nadzorczej.

III. KARENCJA DLA NIEZALEŻNYCH
Jeżeli członek rady nadzorczej był związany, osobiście lub poprzez najbliższych, z nadzorowaną spółką, nie reprezentuje on w radzie przymiotu członka niezależnego, co jest szczególnie ważne w spółkach notowanych na rynkach regulowanych. Uważa się, że będzie mógł on nabyć status niezależnego dopiero z upływem kilku lat od chwili, w której on lub osoby mu najbliższe zakończyły pracę w spółce, lub w której ustały przyczyny, z powodu których nie mógł on korzystać z przymiotu niezależności.

IV. KARENCJA DLA POLITYKÓW
Wielu polityków planuje lub rozważa przejście do biznesu. Nie bez znaczenia jest możliwość osiągnięcia znacznie wyższych zarobków. Posady w zarządach dużych spółek są bardzo dobrze płatne, natomiast politykom, nie tylko w Polsce, płaci się nieporównanie mniej (taka jest potęga obłudy!). Lecz w wielu krajach przepisy i dobre obyczaje wymagają od polityka, który opuszcza stanowisko, karencji przed objęciem funkcji w spółce, zwłaszcza jeżeli jej udziałowcem jest państwo. W Polsce powszechne zgorszenie wywołał przypadek Igora Ostałowicza, odpowiedzialnego w kancelarii premiera za jego wizerunek, który natychmiast po odejściu z administracji miał wejść do zarządu PKN Orlen. Lecz przypuszczam, że społeczne emocje zostały rozgrzane nie z tego powodu, iż trudno było sobie wyobrazić, co piarowiec ma robić w zarządzie poważnej spółki, ani z powodu braku karencji, ale za sprawą wiadomości o czekających nominata zawrotnie wysokich zarobkach. Konflikty interesów możemy jakoś przełknąć, pieniędzy – nie.

Czytaj także:
2003.05.26 Dwa fotele z przesiadką

O ochronie informacji przed… mediami

Wieczne urzędowanie racz im dać, Panie! Zza biurek, zza stert dokumentów, eksperci z UKNF nie dostrzegają tego, co dzieje się na rynku.

Fundamentem corporate governance jest przejrzystość rynku i notowanych na nim spółek. O tę przejrzystość dbają liczni nadzorcy instytucjonalni, jak KNF, UOKiK i rozmaite resorty. Niemniej nadzór instytucjonalny, chociaż rozwija się imponująco, nie zastąpi nadzoru nad rynkiem sprawowanego przez akcjonariuszy – dostawców kapitału i interesariuszy, czyli po prostu wszystkich świadomych, że od rynku zależy pomyślność pokoleń. Rosnące zainteresowanie rynkiem kapitałowym jaskrawo kontrastuje z mierną frekwencją na walnych zgromadzeniach. Kilka jest przyczyn takiego stanu rzeczy, na pierwszym miejscu wymienię skuteczne zabiegi wielu spółek ku zniechęceniu akcjonariatu do uczestnictwa w walnych zgromadzeniach, nierzadko przekształcanych w walne zwyrodnienia. Tym większego znaczenia nabiera obecność mediów na walnych zgromadzeniach spółek publicznych.

Temat ma długą i burzliwą historię. Pojawił się z początkiem stulecia wraz z podjęciem przez grono zapaleńców prac nad redakcją pierwszego polskiego zbioru dobrych praktyk. Z jednej strony występowali zwolennicy zagwarantowania dziennikarzom prawa do obecności na walnych zgromadzeniach spółek publicznych. Z drugiej strony podnoszono argumenty, że obecność dziennikarzy na walnym zgromadzeniu bywa zbędna, wręcz szkodliwa (?), a decyzja o ich dopuszczeniu do obserwowania obrad zawsze należy do akcjonariuszy. Bywało, że przeciwko obecności dziennikarzy na walnym zgromadzeniu występowały zawczasu zarządy. Bywało, że świadczono dziennikarzom łaskę pozwalając im śledzić w innej sali przeznaczoną tylko dla nich transmisję obrad (dbając, by w czasie przerw „pismaki” nie miały kontaktu z akcjonariuszami….) Ale bywały też spółki chętnie goszczące media na walnych zgromadzeniach.

Nie ma tu miejsca na wyliczanie spółek blokujących udział dziennikarzy na walnych zgromadzeniach. Redakcje, które rzeczywiście były zainteresowane informowaniem o przebiegu walnych zgromadzeń, uczestniczyły w walnych zgromadzeniach nabytą w tym celu akcją. Zdarzyło się, pod koniec walnego zgromadzenia, gdy większość akcjonariuszy zdążyła już opuścić wielogodzinne obrady, że obecnego jeszcze dziennikarza – pełnomocnika redakcji usiłowano wybrać do rady nadzorczej spółki, jednej z najważniejszych i największych…

Upowszechniający się na rynku obyczaj transmitowania w internecie przebiegu walnych zgromadzeń nie przekreśla konieczności zapewnienia mediom dostępu do walnych zgromadzeń. Oko kamery nie pokaże wszystkiego, często nie uchwyci atmosfery walnego zgromadzenia, nastroju akcjonariuszy, nie ogarnie nieformalnych dyskusji kuluarowych, czyli nie zastąpi dziennikarza. Jego sprawozdanie z walnego zgromadzenia nie zmierza do tego, by odtwarzać to, co spółka sama ogłasza w raporcie bieżącym. Wciąż wiele walnych zgromadzeń wręcz kipi emocjami, wciąż dokonywane są zamachy na prawa akcjonariuszy, naruszana bywa procedura, obrażane dobre obyczaje, najwięksi inwestorzy pyszą się i panoszą, mniejsi bywają krzywdzeni. Relacja dziennikarska na temat wydarzeń, nastrojów, zachowań akcjonariuszy na walnym zgromadzeniu ma przecież większą wartość niż słany przez spółkę na rynek gładki raport bieżący lub ogłoszony w prasie grzeczniutki wywiad z prezesem.

Dlatego jestem zdumiony, że w toku prac nad nową redakcją dobrych praktyk spółek notowanych na GPW pojawiła się próba ograniczenia obecności dziennikarzy na walnych zgromadzeniach. Podjął ją Urząd Komisji Nadzoru Finansowego, ponoć w dbałości o zapobieganie rozpowszechnianiu informacji poufnych. Zdaniem urzędników dziennikarze mogą, owszem, być obecni na walnych zgromadzeniach spółek publicznych, ale tylko wtedy, kiedy walne jest transmitowane w internecie w czasie rzeczywistym. Jeżeli zgromadzenie nie jest transmitowane, dla dziennikarzy nie ma na nim miejsca! Oto, do czego dochodzi: ktoś pragnie chronić informacje przed mediami powołanymi przecież do ich rozpowszechniania.

Wieczne urzędowanie racz im dać, Panie! Zza biurek, zza stert dokumentów, eksperci z UKNF nie dostrzegają tego, co dzieje się na rynku. Obecność mediów na walnym bywa najbardziej pożądana wtedy, kiedy obrady nie są transmitowane w sieci, a bywa, że dlatego nie są transmitowane, gdyż wiele jest do ukrycia przed opinią publiczną, przed rynkiem, a w pierwszej kolejności przed Komisją Nadzoru Finansowego. Cenię dorobek Komisji, chylę przed nią cylinder, ale wyznaję pogląd, że nadzorcy instytucjonalni nie wyręczą nadzorców społecznych. Swobodny dostęp mediów do walnych zgromadzeń spółek publicznych jest fundamentem corporate governance. Jeżeli dzisiaj zakwestionujemy prawo dziennikarzy do obecności na walnych i relacjonowania ich przebiegu, jutro będziemy gotowi pozbawić wstępu na walne także akcjonariuszy, bo niechże który zgrzeszy telefonem, twitem albo mailem i informację poufną wyjawi, światu przekaże? Strach o tym nawet myśleć!

Tekst ogłoszony 16 maja 2015 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2012.12.04 Piekielny kocioł z Rafako
2005.12.09 Co wolno pismakom?
2003.01.27 Banki, szanujcie pismaków!

Bal maskowy

Rynek nie powinien tolerować żonglowania nazwami spółek. Prawo dostarcza instrument ochrony przed takimi breweriami.

Firma spółki podlega ochronie, ale nie przed nią samą. Firma to nazwa spółki, jej tożsamość. Jej funkcją jest indywidualizacja spółki i jej identyfikacja w obrocie. Firma jest nośnikiem wartości kreowanej przez reputację spółki, czyli przez zaufanie pokładane w niej przez rynek. Brak zaufania do spółki oznacza, że nie ma ona dobrej reputacji, a jej firma ma znikomą wartość. W takiej sytuacji spółka ma dwa wyjścia. Może ona podjąć żmudne i długotrwałe wysiłki ku pozyskaniu zaufania rynku. Może też ona zmienić swoją nazwę i udawać, że jest innym bytem, za którym nie wlecze się, jak za kometą ogon, odór przeszłych błędów, oszustw lub niepowodzeń. Na polskim rynku kapitałowym wiele spółek wybiera drugie wyjście. Przybierają sobie nową nazwę (najczęściej niedorzeczną), by pod jej osłoną rozpocząć nowe życie, albo uciec i zmylić pogonie.

Specjalista corporate governance rzadko zagląda na New Connect, bo też nie ma po co. Wyjątek uczyniłem dla Veno, spółki budzącej emocje na forach dyskusyjnych. Zwołała ona nadzwyczajne walne zgromadzenie z jednym merytorycznym punktem porządku obrad, dotyczącym zmiany nazwy spółki. Tę kwestię dyskutowano już w lutym 2013 r. na innym nadzwyczajnym zgromadzeniu (im gorzej idzie spółkom prowadzony przez nie biznes, tym chętniej zwołują one nadzwyczajne walne zgromadzenia). Wówczas krewki pełnomocnik zgłosił wniosek, by nazwę Veno S.A. zastąpić bardziej jego zdaniem adekwatną do charakteru prowadzonej działalności nazwą Oszuści i Złodzieje S.A. Projekt uchwały nie został przyjęty. Ciekaw byłem, jak tym razem uzasadniono projekt nowej nazwy, uzasadnienia wszakże nie poznałem. Spółka ma teraz działać pod nazwą Erne Ventures S.A.

Kodeks spółek handlowych daje spółkom szeroki zakres dowolności w ustalaniu brzmienia firmy spółki akcyjnej. Przyjmuje się, że dowolność obejmuje nie tylko spółki zawiązywane, także już działające, przeto zmiana przez nie brzmienia firmy nie są niedozwolona. Lecz z owej dowolności niektóre spółki korzystają bez opamiętania. Ciekawym przykładem jest Hardex z Krosna Odrzańskiego, spółka działająca w branży drzewnej, która poszła w ciąg i w dwa lata zdążyła przeobrazić się kolejno w Librę, Global Energy, a później Starhedge, zmieniając także branżę i siedzibę. Taka maskarada godzi w powagę rynku kapitałowego, w autorytet giełdy. Giełdę dotykają różne plagi, jak masakra Otwartych Funduszy Emerytalnych, bessy, oszustwa – lecz najbardziej dolegliwa jest śmieszność. GPW energicznie podjęła wyzwanie rzucone jej przez spółki groszowe: które nie scalą akcji – zostaną wyrzucone z parkietu. Pora podjąć wyzwanie rzucone przez spółki traktujące obecność na parkiecie jak zabawę na balu maskowym, gdzie tożsamość zmienia się bezkarnie. Kiedyś zażartowałem, że warszawska giełda powinna uruchomić infolinię o aktualnych nazwach spółek–przecht. Lecz maskarada przestała mnie śmieszyć.

Uważam, że przyznana przez Kodeks spółek handlowych założycielom swoboda wyboru firmy zawiązywanej spółki nie jest absolutem. Rynek nie powinien tolerować żonglowania nazwami spółek. Prawo dostarcza instrument ochrony przed takimi breweriami. Jest nim możliwość uchylenia przez sąd uchwały walnego zgromadzenia o zmianie nazwy spółki, jeżeli jest ona sprzeczna z dobrymi obyczajami lub ma na celu pokrzywdzenie akcjonariusza. Zmiana firmy, za która nie stoją względy merytoryczne, może być uznana za mającą na celu pokrzywdzenie akcjonariusza, który pokryje koszty operacji i poniesie jej konsekwencje, jak podważenie pewności obrotu. Zmiana firmy co pół roku lub rok jest moim zdaniem sprzeczna z dobrymi obyczajami.

Akcjonariusze wszystkich spółek łączcie się! Nie wahajcie się skarżyć takich uchwał w drodze wytoczonego przeciwko spółce powództwa o ich uchylenie. Natomiast GPW ma w ręku inny instrument: za zmianę nazwy notowanej spółki może pobierać opłatę, której wysokość otrzeźwi inicjatorów zmiany.

Tekst ukazał się 26 stycznia 2015 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Czytaj także:
2013.07.26 Przechrzty
2013.01.21 A przedtem Radziwiłł

Piekielny kocioł z Rafako [2012]

Wyrzucanie dziennikarzy z walnych zgromadzeń spółek publicznych narusza dobre praktyki i obyczaje.

Jedna z zasad Dobrych Praktyk Spółek Notowanych na GPW stanowi jednoznacznie: „Przedstawicielom mediów powinno się umożliwiać obecność na walnych zgromadzeniach”. Wraz z rozwojem rynku kapitałowego zasada ta zyskuje na znaczeniu. Rynek powinien być rzetelnie informowany o przebiegu walnych zgromadzeń spółek publicznych, zwłaszcza kiedy dochodzi na nich do wydarzeń mających wpływ na los spółki, niepokojących akcjonariuszy i opinię publiczną. Z jednej strony, wiele spółek nie zna umiaru w zwoływaniu nadzwyczajnych walnych zgromadzeń. Z drugiej – akcjonariusze mniejszościowi, szczególnie posiadacze niewielkich pakietów akcji, są na różne sposoby, o czym wspominam tu często, zniechęcani przez spółki do udziału w walnych zgromadzeniach. Wprawdzie obecność dziennikarzy na walnym zgromadzeniu nie gwarantuje, że nie stanie się ono walnym zwyrodnieniem, ale przynajmniej daje zainteresowanym szansę dowiedzenia się o przebiegu obrad, a nie tylko o treści uchwał ogłoszonych w raporcie bieżącym.

Czytam w Parkiecie (27 listopada) o wyproszeniu mediów z walnego zgromadzenia Rafako. Osobliwe wydarzenia w tej spółce i wokół niej skupiły na niej uwagę rynku, nie tylko lokalnego. Przeciwko obecności dziennikarzy na obradach wypowiedział się jeden z akcjonariuszy. Nie wyobrażam sobie, by działał on w czystej intencji. Będzie się w piekle smażyć w kotle. Solidnym, bo z Rafako.

Zasada dobrych praktyk o umożliwianiu przedstawicielom mediów obecności na walnym zgromadzeniu adresowana jest właśnie do akcjonariuszy. W takich przypadkach spółki tłumaczą się, że nie mają wpływu na swój akcjonariat. Na wolnym rynku akcjonariuszem spółki publicznej może przecież zostać każdy. Dlatego chcemy patrzeć – oczami mediów – akcjonariuszom na ręce. To z mediów właśnie, nie z uczelni przecież, nie z kursów podyplomowych, menedżerowie dowiedzieli się, co to jest corporate governance, na czym polegają dobre praktyki i jakie jest ich znaczenie, jakie zachowania są wskazane, a jakie piętnowane. To media uświadomiły inwestorom indywidualnym, owym „prostym dawcom kapitału”, jakie mają prawa i jak mogą ich dochodzić. To media uczyły spółki, że na rynku nie wszystko jest dozwolone, nawet jeżeli nie jest zabronione. Uczyły cały rynek, prawodawców, regulatorów, nadzorców. Inspirowały giełdę, by więcej czyniła w kierunku porządkowania rynku.

Lecz przede wszystkim media relacjonowały, co się dzieje. Rzucały światło na sprawy wstydliwie skrywane przed rynkiem. Na nieprawidłowości, zdziczenie obyczajów, przekręty, zwyrodnienia. Dociekliwość dziennikarzy brała górę nad wysiłkami rzeczników prasowych i zatrudnianych przez spółki agencji public relations, by wszystko wyglądało jak najlepiej. To dzięki mediom nie doszły do skutku niektóre oferty publiczne. Dziennikarze obserwują i relacjonują przebieg walnych zgromadzeń nie dla własnych korzyści, a dla dobra rynku. Za tym pojęciem kryje się nie tylko sprawność techniczna giełdy, jej kapitalizacja, przejrzystość regulacji, poziom corporate governance. Chodzi także o jakość obsługi prasowej wydarzeń związanych z rynkiem. Im ona lepsza, tym mniej konfliktów interesów ujdzie powszechnej uwadze. A o to właśnie chodzi.
Artykuł ukazał się 4 grudnia 2012 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Kwadratura komina [2005]

Płace zarządu spółki powinny być ustalane w samej spółce, nie w parlamencie lub resorcie.

Niedawna konferencja Polskiego Instytutu Dyrektorów (Corporate Governance XXI) traktowała o kontraktach menedżerskich, ich naturze i strukturze, korzyściach i ułomnościach, warunkach stosowania i ograniczeniach, opodatkowaniu, ubezpieczeniu, rozliczaniu… Temat budzi zainteresowanie, zresztą został on zadany organizatorowi przez uczestników poprzednich konferencji z tego cyklu, lecz w obradach przezierała spoza niego zupełnie inna sprawa – nieszczęsna ustawa kominowa i jej katastrofalne skutki dla gospodarki.

Potoczna nazwa ustawy trafnie oddaje jej cel. Jest nim przeciwdziałanie tzw. kominom płacowym. To pojęcie wywodzi się z czasów tzw. rozwiniętego socjalizmu. Albowiem socjalizm był jak papier toaletowy: im bardziej go rozwijano, tym mniej pozostawało. Komin płacowy polegał zaś na tym, że ktoś zarabiał więcej niż inni. Uznano, że takie zjawisko godzi w ludowe pojęcie sprawiedliwości. Zwalcza je przeto ustawa z 3 marca 2000 roku o wynagradzaniu osób kierujących niektórymi podmiotami prawnymi. Owe niektóre podmioty to spółki prawa handlowego, w których udział skarbu państwa przekracza 50 proc. kapitału zakładowego lub 50 proc. liczby akcji. Osoby kierujące nimi (a wyliczone w ustawie) mogą zarabiać nie więcej, niż sześciokrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku w czwartym kwartale roku poprzedniego, ogłoszonego przez Prezesa GUS. W 2005 roku daje to 15.276,84 PLN; ponadto menedżerowie objęci regulacją ustawy mogą otrzymać nagrodę roczną w wysokości maksymalnie trzykrotności wynagrodzenia miesięcznego przyznanego w roku poprzedzającym przyznanie nagrody. Ustawa godzi nie tylko w interes kadry kierującej objętymi przez nią spółkami, także w interes tych spółek i – szerzej – gospodarki narodowej.

Lecz ustawa kominowa przecież nie wytrysnęła z próżni. Była ona reakcją na zwyrodnienia polityki płacowej w spółkach z dominującym udziałem Skarbu Państwa. Rady nadzorcze tych spółek wyznaczały zarządom zarobki oderwane od realiów. Nie brano pod uwagę ani wyników spółki, ani rozmiarów prowadzonej przez nią działalności. Ale to samo dotyczy ustawy kominowej: ona także wyznacza zarobkom pułap oderwany od realiów, od wyników spółki i od skali prowadzonej przez nią działalności. Minister Jacek Socha zwraca przy tym uwagę na nielogiczność regulacji ustawowej. Oto spółka objęta pułapem tzw. sześciokrotności wynagrodzeń wchodzi do struktury holdingowej, więc od tej chwili stosuje się do niej pułap czterokrotności wynagrodzeń, ale jej spółki zależne nie są już krępowane ustawą kominową…

Spotyka się przeto postulat, by zadanie wyznaczania wynagrodzeń zarządów przenieść na ministra skarbu. Podobnie jak ustawa kominowa, wynika on z nieufności do rad nadzorczych spółek skarbu państwa. Rzeczywiście, w spółkach skarbu państwa nierzadko tworzą one, wraz z zarządami, grupy wzajemnej adoracji. Pochodzą one przecież – przynajmniej w tej części jej składu, na jaką wpływ ma skarb państwa – z politycznego nadania. Wynagrodzenie ich członków też bywa oderwane od wyników spółki i rozmiarów prowadzonej przez nią działalności. Wobec tego nie powinno dziwić, że rada nie potrafi powiązać płac zarządu z dobrze pojętym interesem spółki i jej akcjonariatu. Rada nadzorcza często wcale nie czuje tego interesu. Nawet w spółkach publicznych przeważająca większość członków rad bądź nie posiada akcji nadzorowanych spółek, bądź posiada pakiety tak skromne, że przyrost albo spadek wartości tych pakietów nie waży na majątku członków rad. W takich przypadkach i w spółce publicznej, i w spółce skarbu państwa, ustalając wynagrodzenie zarządu – dysponują oni cudzymi pieniędzmi.

Przeniesienie uprawnień do abstrakcyjnego ustalania pułapu (lub pułapów) wynagrodzeń menedżerów spółek z udziałem skarbu państwa z ustawodawcy na jedno z ministerstw – w istocie niewiele zmieni. W dalszym ciągu istotne dla spółki decyzje będą zapadać poza nią. Płace zarządu powinny być ustalane w spółce przez jej organy: walne zgromadzenie lub radę nadzorczą. Nic nie stoi na przeszkodzie powierzeniu tego zadania walnemu zgromadzeniu. Pozwoli to rozwiązać dylemat kwadratury komina.

Skoro Skarb Państwa dysponuje w spółce większością głosów na walnym zgromadzeniu, on będzie w praktyce decydować, ile zarobią członkowie zarządu. Będzie decydować nie jako organ państwa, lecz jako akcjonariusz. Będzie decydować w sposób jawny, na oczach i przy udziale innych akcjonariuszy. Oraz ze świadomością, że gdyby uchwała o ustaleniu zasad i wysokości wynagrodzeń członków zarządu okazała się sprzeczna z dobrymi obyczajami i godziła w interes spółki lub miała na celu pokrzywdzenie akcjonariusza – może ona zostać uchylona przez sąd z powództwa każdego z akcjonariuszy, który spełni wymogi formalne.

Tekst ogłoszony 20 czerwca 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Ich troje [2001]

Inwestorzy instytucjonalni powinni ignorować spółki publiczne dopuszczające trzyosobowy nadzór.

W Polsce udało się uniknąć nadmiernej liczebności rad nadzorczych. Świat już zdążył odchorować ten przypadek. Szczególnie tłumne rady lęgły się zwłaszcza w bankach (rady brytyjskich banków liczyły kilka dziesiątek członków) oraz w japońskich spółkach. Podawany jest przykład Toyoty (55 osób w radzie) i fuzji Banku Tokio (35 członków rady) z Bankiem Mitsubishi (36), co po redukcji kadrowej dało 69–osobową radę połączonej instytucji. Liczna rada jest zbędna, kosztowna, mało operatywna, nadto najczęściej nieodpowiedzialna, ponieważ jej członkowie ani nie myślą krytycznie, ani nie działają energicznie, za to oglądają się na innych. Kiedy liczebność rady wymyka się spod kontroli, nietrudno zarządowi wymknąć się spod nadzoru.

Liczebność rady zależy od potrzeb spółki, albo od interesów jej akcjonariatu. Wielu akcjonariuszy woli liczniejszą radę, byle tylko obsadzić w niej miejsce, co da im wgląd w sprawy spółki. Służy temu procedura wyboru rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Uruchamia ją wniosek akcjonariuszy reprezentujących co najmniej jedną piątą kapitału. Grupę mogą utworzyć osoby reprezentujące na walnym zgromadzeniu tę część akcji, która przypada z podziału liczby reprezentowanych akcji przez liczbę członków rady. Jeżeli więc na walnym zgromadzeniu reprezentowanych jest milion akcji, a rada liczy 5 członków, do utworzenia grupy wybierającej jednego członka rady potrzeba 200.000 akcji; jeżeli rada liczy 10 członków, do utworzenia grupy itd. wystarczy 100.000 akcji. Czyli im rada liczniejsza, tym łatwiej utworzyć grupę. Ale jeżeli rada liczy mniej niż pięć osób, wspomniana jedna piąta kapitału wprawdzie wystarczy do uruchomienia procedury wyboru grupami, lecz może nie wystarczyć do utworzenia grupy na walnym zgromadzeniu.

Do niedawna rada nadzorcza spółki akcyjnej składała się z mocy prawa z przynajmniej pięciu członków.Kodeks spółek handlowych dopuścił radę trzyosobową. Ma to sens w firmie rodzinnej, gdzie w radzie figurują żona, córka i szwagier głównego akcjonariusza, zarazem prezesa zarządu. Tam nie ma możliwości i potrzeby wyboru rady nadzorczej grupami. Sprawa wygląda inaczej, gdy akcje są rozproszone, a akcjonariat liczny, szczególnie w spółce publicznej. Trzyosobowy skład rady oznacza, że z głosowania grupami ten skorzysta, kto zdoła pozyskać aż jedną trzecią akcji reprezentowanych na walnym zgromadzeniu. Jest to niekorzystne dla mniejszości i nie daje rękojmi należytego wykonywania nadzoru. Zwłaszcza, jeżeli uchwała trzyosobowej rady zapada większością głosów. Zwłaszcza, że w Polsce nie ma zasad dobrej praktyki nadzoru. Zwłaszcza, że na rynku brak kultury współżycia większości z mniejszością. Zwłaszcza, że wiele spółek widzi w akcjonariuszu już nie ‘prostego dawcę kapitału’, a zwyczajnego frajera, który za swoje pieniądze nie nabywa wobec spółki realnych praw.

Rada i zarząd giełdy zajęły stanowisko, że statut spółki giełdowej winien ustalać liczbę członków rady nadzorczej na co najmniej pięcioro. Nie wymaga to niczego więcej, niż powstrzymania się od zmiany statutu. Niestety, liczne spółki zlekceważyły tę prośbę. Na wyścigi zmienia się statuty; dopuszcza się, lub wprowadza, trzyosobowe rady. Owe spółki zachowują się jak poborowi po wyjściu do rezerwy: nie ważąc na nic, ani na nikogo, a już szczególnie na cichych i słabych – nadużywają wolności.

Szkoda, że stanowisko rady i zarządu giełdy (tzw. list pasterski) zostało zignorowane. Szkoda, że sprzeczne z nim zachowanie bardzo wielu spółek nie spotkało się z powszechnym potępieniem inwestorów i komentatorów. Nie wszystko, co jest prawnie dozwolone, wypada czynić w dobrym towarzystwie. Kodeks pozwala urągać mniejszości, skutecznie pozbawić ją prawa do miejsca w radzie nadzorczej i wglądu w sprawy spółki, ale rynek pozostaje wolny. Nic nie przymusi mniejszości, by pozostała w spółce, która jest jej nieprzychylna. Najwyższa pora, by inwestorzy instytucjonalni, zaczęli oceniać spółki nie tylko według prognoz ich wyników, wskaźników, wstęg i świec – ale także według ich stosunku do dobrych obyczajów. Porządek korporacyjny kreuje wartość spółki, jego brak spółkę dyskwalifikuje. Spółka, która ma za nic prośbę rady i zarządu giełdy w sprawie tak mało dla niej kosztownej lub uciążliwej, jak przynajmniej pięcioosobowy skład jej organu nadzoru, ma za nic cały rynek. Nie apeluję, aby ją ukarać, lecz aby jej unikać.

Niekiedy można do czasu zarabiać nawet na akcjach spółki będącej całkiem na bakier z porządkiem korporacyjnym (przykładem Universal), lecz nie podważa to ogólnej prawidłowości, że ryzyko bywa tu ogromne. Wszak spółka źle traktuje swoich mniejszościowych inwestorów po to, żeby nie dać im zarobić, bowiem większość chce zagarnąć wszystko.

Tekst ogłoszony 3 września 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.
Czytaj także: 2004.05.24 Nadzór na opak

Festiwal złych obyczajów [2000]

Gdzie podsłuchy, anonimy i fałszywki, tam dziennikarze niemile widziani. Kto utrudnia im pracę – osłania grandę.

Rada nadzorcza ma w spółce akcyjnej bardzo rozległe, poważne, odpowiedzialne zadania. Sprowadzanie jej do roli miotły nie służy ani spółce, ani akcjonariuszom. Polega ono na tym, że nasyła się radę do spółki, żeby wymiotła prezesa, bądź nawet cały zarząd. Nie oczekuje się za to, by rada sprawowała stały nadzór nad działalnością spółki. Tak jest w spółkach grupy PZU: powołuje się rady nadzorcze wyłącznie do wymiatania, bo przecież nie do nadzoru. Jedni wymietli drugich, lecz wkrótce wymieceni sami dosiedli mioteł i nadlecieli chmarą, by wymieść wymiatających. Spoza tumanów kurzawy dochodzą gniewne okrzyki po polsku i portugalsku.

Byłoby to szalenie zabawne, gdyby nie było szkodliwe. Albowiem traci na tym reputacja wszystkich spółek grupy PZU, a ponadto wiarygodność Polski. Świat znowu nas nie zrozumie, nie doceni, nie doinwestuje. W Brukseli lub w Lizbonie nie znają wszak etosu nowosądeckich Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Zdobyte w nich doświadczenie pozwalają ministrowi Skarbu Państwa przekształcać resort w Zakłady Naprawcze Prywatyzacji.

Czytam relacje z walnego zgromadzenia PZU SA. Z sali obrad usunięto dziennikarzy. Towarzystwa ubezpieczeniowe chyba nie lubią prasy. W Warcie – spółce publicznej! – kiedyś nie dopuszczono na walne zgromadzenie dziennikarza „Rzeczypospolitej”. PZU nie jest notowaną spółką, ale dzieją się tam wydarzenia ogromnie prasę interesujące, bo godzące w interes społeczny, jak podsłuchy, anonimy i fałszywki. Należy je wyjaśnić. Pomoże to zamknąć festiwal nikczemnych obyczajów. Warto zamknąć też nikczemnych osobników instalujących podsłuchy.

Przebieg walnego zgromadzenia spółki źle świadczy o Skarbie Państwa. To jego przedstawiciel żądał usunięcia dziennikarzy i gmatwał procedurę. Wybrany przewodniczącym walnego zgromadzenia – złożył funkcję, wywołując tym niemałe zamieszanie. Wylęgli więc na majdan harcownicy. Opisałem ich przed trzema tygodniami w felietonie p.t. „Czarne chmury”, jak poczynali sobie na walnym zgromadzeniu VII NFI. Wspierali tam Skarb Państwa występujący w postaci niewinnej, skrzywdzonej sarenki. Tym razem Skarb Państwa wystąpił w postaci groźnego jelenia, biorącego rywala na rogi. Wybódł go z rykowiska i pognał precz, do sądu. Kiedy zapadnie prawomocny werdykt, inny rząd będzie musiał płacić odszkodowania. I dobrze mu tak.

Sąd może rozstrzygnąć spór między Skarbem Państwa i Eureko, lecz czy osądzi sprawców instalowania podsłuchów wykrytych (wiemy to z prasy) w gabinetach członków zarządu PZU SA? Podsłuchiwanie zarządu godzi w żywotne interesy spółki. Zarząd korzysta z wielu poufnych informacji, podejmuje poufne decyzje, zatem ma prawo osłaniać swoją działalność kurtyną dyskrecji. Podsłuchiwanie rady (co zarzucano kiedyś prezesowi jednego z krakowskich banków) jest oczywiście naganne, lecz ma już mniejszy ciężar gatunkowy, skoro najczęściej jej członków, odmiennie niż członków zarządu, nie obejmuje zakaz konkurencji. Sali posiedzeń rady nie spowija tajemnica na wzór pokoju narad sędziowskich. Zaś walne zgromadzenie tym różni się od loży masońskiej, że chociaż krąg uprawnionych do uczestnictwa w nim jest zdefiniowany i zamknięty – w spółkach publicznych i dotykających ważnego interesu publicznego dopuszcza się powszechnie udział obserwatorów z mandatu opinii publicznej. Są nimi dziennikarze.

Od wielu lat współpracuję z urzędnikami resortu. Wysoko cenię ich prawość, oddanie służbie państwowej oraz kompetencje zawodowe. Stąd nie mogę pojąć, jak urzędnik wynagradzany z budżetu może utrudniać prasie dostęp do informacji dotyczących publicznych pieniędzy. Czy chodzi o blokadę informacji dotyczących polityki Skarbu Państwa, czy o próbę osłaniania sprawców zamieszania wokół PZU?

Kto bowiem zakłada podsłuchy? Kto mąci, rozsyła anonimy i fałszywki? Odpowiem całkiem nie wprost, anegdotą z podróży przed laty. Środek Półwyspu Pirenejskiego wypada w Madrycie. Środek Madrytu wypada na placu Puerta del Sol. Tam znajduje się Kilometr Zero – punkt, z którego odmierza się odległości do innych miejscowości Hiszpanii. Nie jest to obelisk, jak w Warszawie, lecz skromnie zaznaczone miejsce przy krawężniku chodnika przed jednym z gmachów. Wcale niełatwo je znaleźć. W przewodniku wyczytałem radę, by rozglądnąć się za „Generalną Dyrekcją Ubezpieczeń”. Nic podobnego! Gdy natrafiłem na Kilometr Zero, ujrzałem obok kilka dżipów, w nich – groźnie uzbrojonych mundurowych. Otóż autor przewodnika mylnie przetłumaczył nazwę instytucji. Chodziło bowiem o… Generalną Dyrekcję Bezpieczeństwa. Pomyłka była prorocza. Dzisiaj nierzadko, jak w pamiętnym wierszu, mówimy „towarzystwo ubezpieczeniowe”, myślimy „towarzysze z bezpieczeństwa”.

Tekst ogłoszony 20 XI 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2003.01.27 Banki, szanujcie pismaków
2005.12.19 Co wolno pismakom?