Archiwa tagu: Familiada

Giełdowy Kraków i rodzinne związki

Z New York Timesa odeszła Gretchen Morgenson. Przez blisko dwie dekady pisała o rynku kapitałowym. Amerykańskim, ponieważ z perspektywy Nowego Jorku niełatwo dostrzec resztę świata. Prowadziła kolumnę „Fair Game”. O to właśnie chodzi na rynku: by gra toczyła się fair, zgodnie z zasadami. Są nimi regulacje prawne i dobre obyczaje, często ujęte w postać dobrych praktyk. Morgenson wspierała swoim piórem obyczajowość rynku. Kolekcjonuje nagrody Pulitzera. Wysoko ceni kartkę świąteczną sprzed lat: „Dziękuję za pisanie prawdy”. Też chciałbym taką dostać…

Odeszła niedaleko, do Wall Street Journal. Ostatnim tekstem w NYT oddała pożegnalną salwę ku chwale fair game. Zwróciła uwagę, że przecież następuje na rynku poprawa. Przytoczyła wspomnienie Nell Minow, autorytet corporate governance, jak to kiedyś O.J. Simpson zasiadał w pięciu radach dyrektorów (a w Infinity Broadcasting przewodniczył komitetowi audytu), zaś szefem komitetu wynagrodzeń w pewnej radzie był… ojciec prezesa zarządu.

O.J. Simpson to postać szczególna, dla mnie odrażająca. Gwiazdor futbolu amerykańskiego wywinął się z zarzutów o zabójstwo byłej żony i jej znajomego, ponieważ przysięgłych dobrano pod kątem sprzyjającego mu koloru skóry. I tak później trafił do więzienia, chociaż z innego powodu. Nie ma, nie było w polskich radach nikogo, kogo można do niego przyrównać. Natomiast tatuś w radzie jest w polskich spółkach często spotykany. Podobnie jak żona prezesa (w giełdowym slangu „Madame”) i jego dalsi krewni. Nie tak dawno zszedł z giełdy Farmacol, w którym radę nadzorczą na lata opanowali członkowie rodziny Olszewskich, posiadającej znaczny pakiet akcji. Nikt przeciw temu nie zaprotestował, żaden inwestor instytucjonalny… Nie ma u nas fair game.

Wyjaśniał mi pewien inwestor większościowy, że przecież on powinien mieć w radzie nadzorczej kogoś, komu ufa. Nie przyjął do wiadomości, że chodzi o to, by zaufanie mógł pokładać w radzie akcjonariat spółki, nie jej prezes, któremu rada ma patrzeć na ręce. – Ależ to moja spółka! – protestował. – Moja spółka, moje pieniądze, moja żona. Ta ostatnia to może i owszem; lecz spółka należy do akcjonariuszy, a jej pieniądze – do niej.

Często przytacza się fundamentalny argument na rzecz prywatyzacji: dopóki znaczącym akcjonariuszem jest Skarb Państwa, w spółce nie ma fair game, jest kolesiostwo, nepotyzm. To oczywista prawda, lecz w spółkach notowanych spotykamy te same zjawiska. Obsadzanie rad nadzorczych krewnymi, często pozbawionymi stosownych kwalifikacji, jest tego wymownym przykładem. Osławioną spółkę IDM nadzorowali zgodnie tatusiowie panów prezesów. Z wiadomym rezultatem. Alma w niesławie upadła, radzie nadzorczej szefowała w niej żona prezesa. Ten nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, może czekają nas odeń kolejne niespodzianki? Integer niechlubnie spłynął z giełdy, także w tej spółce radzie przez pewien czas szefowała żona prezesa. Kraków jest miastem nadzwyczaj rodzinnym – wspomniałem tu zaledwie trzy tutejsze spółki dotknięte plagą nepotyzmu. Nie wymieniam z nazw innych, które się jeszcze trzymają, więc życzę im najlepiej. Pomijając zasługujące na ostry wytyk zjawisko nepotyzmu cieszą się one dobrą opinią, niektóre są poważane i uznawane za obiecujące. Ale na naszym rynku owa dobra opinia często wynika z niewiedzy, jak naprawdę spółka funkcjonuje. Gotów jestem zrozumieć, że na ślepo wnosi do spółek środki inwestor indywidualny; gorszy mnie, gdy tak czyni powiernik cudzych pieniędzy.

Morgensen przypomina, że przyszło jej komentować na bieżąco cztery wielkie kryzysy. Pierwszy to upadek funduszu hedgingowego Long-Term Capital Management (1998). Drugi to pęknięcie bańki spółek internetowych (dot.com crisis, 2000). Trzeci to seria upadków wielkich korporacji uprawiających fałszywą księgowość (Enron 2001, WorldCom 2002). Czwarty, jej zdaniem najpoważniejszy, to kryzys kredytów hipotecznych (Lehman Bros i inne, 2008). W tym kontekście afera Wells Fargo zdaje się mniej godna wzmianki. Niektóre z tych fatalnych zjawisk z czasem przyniosły pozytywne skutki, jak Sarbanes-Oxley Act – ustawa, która działa. Innym plusem jest większe zaangażowanie członków rad dyrektorów. Nierozwiązanym problemem są natomiast płace menedżerów. I bierność analityków, ślepo wierzących danym przekazywanym im przez zarządy. Czas rozejrzeć się dokoła także po polskim rynku.

Tekst ogłoszony 25 XI 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także, m.in.:
2017.02.28 Gorszący przypadek Farmacolu
2017.02.15 Pan Właściciel. ornamentariusze, oraz kwestia odpowiedzialności
2014.09.30 Obawiam się familiady

Gorszący przypadek Farmacolu

Koniec przygody Farmacolu z giełdą podpowiada kilka smutnych wniosków. Pierwszy: spółka nie powinna zostać wpuszczona na warszawski parkiet, jej statut obrażał prawo, otwierał kanał służący wyprowadzaniu pieniędzy ze spółki do kieszeni jej założycieli. Drugi: akcjonariusze nie zwracali uwagi na statut, inwestowali w spółkę w przeświadczeniu, że skoro prowadzony przez nią biznes przynosi niemałe dochody, będą w tych dochodach uczestniczyć. Trzeci: skoro spółka ani nie płaciła dywidendy, ani płacić jej nie zamierzała, nie dbała o komunikację z rynkiem, nie miała corporate governance, nie stosowała wielu dobrych praktyk, w radzie nadzorczej zasiadali tłumnie członkowie rodziny panującej – rodzą się pytania, co w takiej spółce robili inwestorzy instytucjonalni, oraz na co liczyli wnosząc do Farmacolu pieniądze uczestników? Jesienią ogłosiłem analizę „O co skarżyłbym Farmacol gdybym był akcjonariuszem”, wytykając spółce liczne nieprawidłowości. Teraz pora zastosować naming & shaming (wytykanie i zawstydzanie) wobec funduszy emerytalnych, które wspierały nieprawidłowości lekkomyślnie inwestując w spółkę. Należały do nich otwarte fundusze emerytalne ING, Aviva, Metlife, PZU, PKO BP – instytucje pretendujące w swoim czasie do miana zwolenników corporate governance.

Uważam, że inwestorzy instytucjonalni powinni składać oświadczenia o wnikliwym zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować pieniądze uczestników. W statutach tkwią bowiem dziury, przez które wyciekają pieniądze akcjonariuszy.

Kolejne wnioski maja charakter ogólny. Nie widzę racji obecności na parkiecie spółek, które nie będą już w stanie pozyskać przez giełdę kapitału. Farmacol miał marną reputację, nie budził zaufania, nie byłby w stanie przeprowadzić podniesienia kapitału. Niestety, takich spółek mamy na giełdzie sporo. Pozyskiwały pieniądze w pierwotnej ofercie publicznej przeprowadzonej w sprzyjającej chwili, ale o inwestorów nie zamierzały dbać. Niepokoi mnie także obyczaj, jaskrawo obecny w Farmacolu, wypełniania rad nadzorczych familiadą. Czasy nie sprzyjają niezależnym, boi się ich panicznie Skarb Państwa, niektóre spółki wolą nasycić skład rady nadzorczej rodziną założyciela lub jego przyjaciółmi. Niekoniecznie jestem przeciwnikiem instytucji małżeństwa, ale brzydzi mnie żona prezesa jako osoba mająca sprawować stały nadzór nad działalnością spółki. Alma niedawno upadła, ambitny Integer przeszarżował, złapał zadyszkę; jak żony cezarów powinny pozostawać poza podejrzeniami, tak żony założycieli spółek powinny pozostawać poza radami nadzorczymi. W Farmacolu do rady nadzorczej wpakowały się cztery osoby o takim samym nazwisku, co podważa istotę nadzoru.

Rodzina panująca w Farmacolu sama sobie określała wynagrodzenia za pracę (pracę? – mam wątpliwości, czy tu użyłem właściwego słowa) w radzie nadzorczej. Chodzi o wynagrodzenia wypłacane nie z prywatnych szkatuł, ale ze środków spółki należących nie do „państwa właścicieli”, a do akcjonariatu. Andrzejowi i Zycie Olszewskim wypłacono zatem spore kwoty bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia, wbrew interesom akcjonariuszy, a także fiskusa, który nie powinien uznawać tych kwot za koszty uzyskania przez spółkę przychodu. Lecz to już inna historia.
Czytaj także:

2016.11.06 O co skarżyłbym Farmacol gdybym był akcjonariuszem
2017.02.15 „Pan Właściciel”, ornamentariusze, oraz kwestia odpowiedzialności

O co skarżyłbym Farmacol, gdybym był akcjonariuszem

Do zejścia z parkietu szykuje się Farmacol. Pożegnam tę spółkę bez żalu. Nie wniosła udziału w rozwój rynku. Nie miała corporate governance i nie starała się mieć. Wprawdzie udanie zainwestowała środki z pierwszej oferty publicznej, lecz nie dzieliła się z inwestorami zyskami z działalności, wszystko ciułała pod siebie, bez końca wzbogacając kapitał zapasowy. Nie dbała o należytą komunikację z rynkiem. Jest typową polską familiadą: rodzina panująca zachowuje większość głosów na walnym zgromadzeniu, sama sobą obsadza większość miejsc w radzie nadzorczej. Co najważniejsze: przez lata spółka działała, i nadal działa, w oparciu o statut będący jawną obrazą prawa. Z tej przyczyny nigdy nie powinna zostać dopuszczona do obrotu giełdowego.

Jest zrozumiałe, że założyciele spółki, osoby szczególnie dla niej zasłużone, pragną zachować niektóre przywileje nawet po jej upublicznieniu. Kodeks spółek handlowych dopuszcza przywileje przypisane do niektórych akcji oraz osobiste uprawnienia przyznane indywidualnie oznaczonym akcjonariuszom. Chociaż warunkiem korzystania z osobistych uprawnień jest udział w akcjonariacie spółki, przecież nie płyną one z tytułu posiadania akcji, ale z racji imiennego oznaczenia nosicieli tych uprawnień przez statut i opisania tamże charakteru tych uprawnień. Przysługują one indywidualnie oznaczonym podmiotom tak długo, póki są one akcjonariuszami spółki. Stosowny przepis Ksh brzmi jednoznacznie: „Statut może przyznać indywidualnie oznaczonemu akcjonariuszowi osobiste uprawnienia. W szczególności mogą one dotyczyć prawa powoływania lub odwoływania członków zarządu, rady nadzorczej lub prawa do otrzymywania oznaczonych świadczeń od spółki” (art. 354 § 1).

PRZYMIOTY NIEZBYWALNE I ZBYWALNE
Katalog przyznawanych przez statut osobistych uprawnień nie jest zamknięty, działa tu zasada swobody umów, zatem dopuszczone są wszelakie uprawnienia mieszczące się w ramach bezwzględnie obowiązujących norm prawa, natury spółki akcyjnej i dobrych obyczajów. Mamy tu do czynienia z oczywistym wyjątkiem od zasady jednakowego traktowania akcjonariuszy. W praktyce najczęściej treścią osobistych uprawnień jest niezbywalne prawo indywidualnie oznaczonego akcjonariusza do powoływania i /lub odwoływania członka /członków organu /organów spółki.

Na przykład statut Prokom Software zawierał postanowienie, że „przewodniczącego rady nadzorczej wyznacza Ryszard Krauze” (tak oznaczony akcjonariusz wyposażony był także w prawo powoływania jednego członka rady nadzorczej). Osobiście uprawniony wyznaczał na przewodniczącego rady nadzorczej sam siebie. Także w statucie Petrolinvestu akcjonariusz dysponujący prerogatywą powoływania i odwoływania wiceprezesa zarządu i jednego z członków rady nadzorczej został oznaczony jako „Ryszard Krauze”. Imię i nazwisko to – w odróżnieniu od akcji – przymioty niezbywalne. Nie mnie sądzić, czy przywołane postanowienia były korzystne dla wspomnianych spółek, ale przynajmniej były zgodne z prawem.

Natomiast statut Farmacol SA zawiera postanowienie, iż przewodniczącego rady nadzorczej wskazują spośród osób wybranych do rady akcjonariusze posiadający akcje serii „A”. Ci sami akcjonariusze określają wynagrodzenie przewodniczącego rady. Ponadto mają oni prawo odwołania każdego z członków rady nadzorczej wybranych przez walne zgromadzenie. Z kolei akcjonariusze posiadający akcje serii „C” wskazują spośród osób wybranych do rady nadzorczej jej wiceprzewodniczącego, a także określają jego wynagrodzenie.

BŁĘDY SPOD SZTANCY
Rzecz ciekawa: takie same rozwiązania zawierał statut konkurującej z Farmacolem spółki Prosper SA – z tą różnicą, ze przywilej wskazywania wiceprzewodniczącego rady przyznano akcjonariuszom posiadającym akcje serii „B”. Chodzi nie o to, że jakaś podrzędna kancelaria prawna obdarzyła różne spółki kleconym przez siebie statutem, lecz o to, że ów statut został sklecony źle, z podstawowymi błędami, a mimo to w przypadku Farmacolu (bo Prospera już nie ma) przetrwał kilkanaście lat. Otóż tytuł do osobistych uprawnień nie wynika z posiadania akcji danej serii, a z indywidualnego oznaczenia uprawnionego akcjonariusza w statucie.

Posiadacze akcji Farmacolu serii A i C nie zostali indywidualnie oznaczeni. Ze statutu nie wynika przecież, do kogo należą akcje serii A (65.000 akcji) i serii C (1.935.000 akcji): imienne, uprzywilejowane w ten sposób, że na każdą z tych akcji przypada pięć głosów na walnym zgromadzeniu. Akcje te są swobodnie zbywalne, tylko do końca roku 2001 ich zbycie wymagało zgody rady nadzorczej. Także do końca roku 2001 nie mogły one zostać zamienione na akcje na okaziciela, co spowodowałoby utratę ich uprzywilejowania. Brak indywidualnego oznaczenia jako osobiście uprawnionych nie daje posiadaczom serii A i C prawa do korzystania ze wspomnianych przywilejów.

Z PRYWATNYCH SZKATUŁ
Nawet gdyby uprawnieni akcjonariusze zostali w statucie prawidłowo oznaczeni imionami i nazwiskiem (względnie firmą) i dzięki temu mogli korzystać z przywileju wyznaczania przewodniczącego i wiceprzewodniczącego rady nadzorczej, i tak nie mieliby oni prawa do określenia wypłacanych ze środków spółki wynagrodzeń swoich nominatów. Mogliby określać te wynagrodzenia tylko wtedy, gdyby wypłacali je sami, z własnych środków, z prywatnych szkatuł. Żaden akcjonariusz, choćby największy, najbardziej zasłużony, nie ma prawa samodzielnie dysponować środkami spółki. Określanie wynagrodzenia poszczególnych członków rady nadzorczej należy wyłącznie do walnego zgromadzenia, które może dokonać tego w statucie lub w uchwale (art. art. 392 § 1 i 390 § 3 Ksh). Ponieważ wynagrodzenie ze środków spółki przysługuje członkom rady nadzorczej wyłącznie z woli walnego zgromadzenie – i tylko w wysokości określonej przez walne zgromadzenie – jest ono jawne dla akcjonariuszy.

Walne zgromadzenie Farmacol SA określiło wynagrodzenie członków rady nadzorczej na 500 zł za udział w posiedzeniu. Nie jestem zwolennikiem płacenia członkom rady nadzorczej za udział w posiedzeniu, ponieważ uczciwie pracująca rada nadzorcza wykonuje znaczną część swojej pracy poza posiedzeniami. Ustalenie wynagrodzenia członka rady nadzorczej na 500 złotych świadczy, że rada ma charakter ornamentacyjny, jest – bo musi być, ale nie ma ambicji sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności, a ponadto wykonania zadań należących do komitetu audytu, którego nie wyłoniła.

TAKŻE FISKUS MOŻE SIĘ UPOMNIEĆ
Wynagrodzenie członka rady nadzorczej Farmacol SA Jana Kowalewskiego wyniosło w 2015 roku 1.500 zł, Anny Olszewskiej 3.500 zł, Macieja Olszewskiego 3.500 zł. Rok wcześniej rada widocznie spotykała się częściej, skoro Jan Kowalewski otrzymał 6.000, zaś Anna i Maciej Olszewscy po 8.000 zł. Przewodniczący rady nadzorczej Andrzej Olszewski, którego wynagrodzenie określili akcjonariusze posiadający akcje serii A, w roku 2015 otrzymał 187.176 zł, a wiceprzewodnicząca Zyta Olszewska, której wynagrodzenie określają akcjonariusze posiadający akcje serii C, w roku 2015 otrzymała 159.154 zł. W roku 2014 wynagrodzenia te były wyższe: Andrzej Olszewski otrzymał 229.493 zł, a Zyta Olszewska 208.451 zł. Gdybym był akcjonariuszem Farmacolu, domagałbym się zwrotu spółce wszelkich kwot pobranych z niej przez Andrzeja i Zytę Olszewskich bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia. Z odsetkami.

Także fiskus może upomnieć się o swoje. Kwoty wypłacane przez spółkę przewodniczącemu i wiceprzewodniczącej rady nadzorczej bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia są świadczeniami nienależnymi i spółka nie powinna ich zaliczać do kosztów uzyskania przychodów. Dochodziło bowiem do systematycznego naruszania obowiązujących przepisów prawa, które nie dopuszczają do wypłaty przez spółkę przewodniczącemu i wiceprzewodniczącej rady nadzorczej wynagrodzeń określonych nie przez walne zgromadzenie, a poza walnym zgromadzeniem przez poszczególnych akcjonariuszy. Dochodziło przy tym do obrazy natury spółki akcyjnej. Dysproporcje pomiędzy wysokością wynagrodzeń legalnie wypłacanych członkom rady nadzorczej na podstawie uchwały walnego zgromadzenia, a wysokością wynagrodzeń wypłacanych przewodniczącemu i wiceprzewodniczącej świadczą o naruszeniu standardu dobrych obyczajów.

DLACZEGO NIE JESTEM UDZIAŁOWCEM?
Farmacol SA jest spółką dochodową, bardzo obiecującą, jest jednak kilka powodów, dla których nie zostałem jej akcjonariuszem. Pierwszym był statut. Przedmiot działalności spółki obejmuje także prowadzenie restauracji, pozostałych placówek gastronomicznych, hoteli i moteli z restauracjami; nie rozumiem, po co. Drugim powodem były obawy, że nie zdołam zarejestrować się na walnym zgromadzeniu, skoro statut spółki przewiduje (§ 9.6) iż „posiadacz akcji na okaziciela ma prawo uczestniczyć w walnym zgromadzeniu, jeżeli przynajmniej na tydzień przed terminem walnego zgromadzenia złoży w spółce swoje akcje”, co jest niewykonalne. Trzecim – niejasności co do sposobu procedowania rady nadzorczej, która może odbywać posiedzenia „w trybie pisemnym”, do jej protokołów dołączane są „nadesłane później sprzeciwy członków nieobecnych na posiedzeniu rady” (czego miałyby dotyczyć?), a w posiedzeniach rady mają prawo i obowiązek uczestniczyć, z głosem doradczym, członkowie zarządu. Czwartym powodem była ogłoszone przez Andrzeja Smugę uzasadnienie jego rezygnacji z funkcji prezesa zarządu: „Powodem rezygnacji jest brak możliwości skutecznego pełnienia funkcji spowodowany działaniem rady nadzorczej Farmacol SA ingerującej w kompetencje i uprawnienia zarządu oraz prowadzenie działań leżących w kompetencjach zarządu spółki bez jego wiedzy i zgody” (Parkiet 20 VII 2013). Są pytania?

AUTORZY STATUTÓW, WYSTĄP!
Nie tylko w statucie Farmacolu tkwią oczywiste błędy i niezgodności z prawem. Farmacol i Prosper czerpały statuty z jednego źródła, z zatrutej studni. Takich zatrutych studni jest na rynku więcej, niż na obrazach Jacka Malczewskiego. Gdyby wprowadzić wymóg podpisywania projektów statutów przez kancelarie, skutki byłyby dwojakie: ubyłoby może błędów, ale usługi kancelarii prawnych znacznie potaniałyby.

Wprowadziłbym też wymóg składania przez inwestorów instytucjonalnych oświadczeń o zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować. Wkładają oni w ciemno pieniądze uczestników, a później łapią się za głowę. Ostatnio pięć funduszy, w sumie przedstawiających ok. 27 proc. kapitału Farmacolu, zapowiedziało, że nie odpowiedzą na wezwanie do sprzedaży akcji po cenie, która nie odpowiada ich wartości godziwej. Wcześniej nie przyszło im do głowy upomnieć się o stosowanie przez spółkę dobrych praktyk, budowę ładu korporacyjnego. W istocie rzeczy, nie fundusze tracą, a ich uczestnicy.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 29 października 2016 r.
Czytaj także:
2002.07.15 Wynagrodzenie rady
2002.07.22 Z własnej szkatuły
2014.09.18 Między przepisem a praktyką

Rada nadzorcza wysiaduje

System wynagradzania wyłącznie za udział w posiedzeniach niesie z sobą czytelne przesłanie: od członków rady nie oczekujemy niczego poza odsiadywaniem posiedzeń.

Na temat wynagrodzeń rad nadzorczych utarły się w Polsce trzy przykre stereotypy. Pierwszy głosi, że członkowie rad nadzorczych zarabiają krocie. Drugi, że zarabiają niezasłużenie, ponieważ niewiele robią. Trzeci, że znikomy z nich pożytek, ponieważ najczęściej nie mają stosownych kwalifikacji.

Postanowiłem zilustrować temat przykładem spółki Berling. Jest to familiada: nazwisko z firmy spółki powtarza się w jej zarządzie i radzie nadzorczej. Typowy przypadek spółki rodzinnej, która wprawdzie poszła na rynek, by zasilić się kapitałem, ale nie oddała inwestorom przypadającej na nich cząstki władzy. Świadczy o tym los czerwcowego walnego zgromadzenia: zwołano je prawidłowo, lecz nie wiadomo po co, ponieważ statut stawia wymóg kworum w postaci 50% kapitału, w większości posiadanego przez członków rodziny i ich sojuszników, którzy swoją absencją uniemożliwili odbycie zgromadzenia (zabłąkał się na nie jedynie inwestor instytucjonalny, a co sobie pomyślał, nawet nie wypada się domyślać).

Ostatecznie walne odbyło się pod koniec lipca. Jednogłośnie zatwierdzono sprawozdania, udzielono absolutoria, uchwalono dywidendę. Uchwalono także, aczkolwiek nie bez kontrowersji, zasady wynagradzania członków rady nadzorczej, Nie o wysokość kwot poszło, ale o sposób ich naliczania. Ostatecznie przyjęto, że przewodniczący rady nadzorczej otrzymuje miesięczne wynagrodzenie w kwocie 2.500 zł. Jego zastępca otrzymuje 1.200 zł „za każdy udział w posiedzeniu rady nadzorczej”, a członek rady 800 zł „za każdy udział w posiedzeniu” rady (kwoty brutto). Uchwała zapadła jednomyślnie, jednak wcześniej zgromadzenie odrzuciło zgłoszony przez Aviva Investors projekt uchwały przyznającej wiceprzewodniczącemu i członkom rady nadzorczej kwoty wprawdzie te same, lecz wypłacane miesięcznie.

Przeto pierwszy ze wspomnianych stereotypów jest w tym przypadku fałszywy. Rada nadzorcza została uposażona bardzo, bardzo skromnie. Co więcej: takie kwoty nie budzą zdziwienia, wiele mniejszych spółek równie podle, albo jeszcze podlej, wynagradza swój organ nadzoru. Nie budzą także zdziwienia, ani zgorszenia, proporcje wynagrodzenia przewodniczącego do wynagrodzeń pozostałych członków rady. Przewodniczący przeważa nad radą ciężarem obowiązków, zakresem zadań, odpowiedzialnością, więc zasługuje na odpowiednio wyższe wynagrodzenie.

Trudno ocenić prawdziwość drugiego stereotypu, nie mam przecież wglądu w prace rady nadzorczej Berling SA. Wiele wskazuje jednak, że spółka nie oczekuje wiele od swojego organu nadzorczego. Świadczy o tym osobliwy system wynagradzania członków rady za udział w posiedzeniu. Dla należycie pracującej rady nadzorczej posiedzenia są tylko epizodami w procesie jej działalności. Poza posiedzeniami rada może wykonać poważną część swojej pracy, czy to w komitetach, czy poprzez delegowanie członków rady do poszczególnych zadań, czy wreszcie podejmując uchwały bez odbywania posiedzeń. System wynagradzania wyłącznie za udział w posiedzeniach niesie z sobą czytelne przesłanie: od członków rady nie oczekujemy niczego poza odsiadywaniem posiedzeń. A skoro członkowie rady robią tak niewiele, w dodatku nawet nie głową, głównie tą częścią ciała, która spoczywa na krześle, nie zasługują przecież na kokosy.

Trzeci stereotyp dotyczy kwalifikacji członków rady nadzorczej, a ściśle – ich braku. Nie wyobrażam sobie, by ktoś z pełnymi kwalifikacjami do pracy w radzie nadzorczej (do pracy właśnie, nie tylko do członkostwa!) najął się do niej za 800 zł od posiedzenia. Udział w radzie nadzorczej nie jest już źródłem prestiżu, najczęściej nie jest też źródłem godnego wzmianki dochodu, natomiast w każdej sytuacji rodzi odpowiedzialność, przede wszystkim majątkową. Chociaż nikogo jeszcze nie pokarano za niedbały nadzór, nie puszczono bez skarpetek, niemniej słyszę już uszami wyobraźni kroki zmierzających do tego prawników.

Skoro rada nadzorcza ma tylko wysiadywać, w dodatku na lichy grosz, rodzi się przypuszczenie, że brak jej kwalifikacji do sprawowania prawdziwego nadzoru. Nie dotyczy to członków familii, do której należy większościowy udział w spółce: oni w radzie doglądają interesu, nie dbają o wynagrodzenie, a świadectwem ich kwalifikacji jest przynależność do rodziny, która dominuje nad spółką z rynku kapitałowego.

Profesjonalna, niezależna rada wprawdzie nie da gwarancji, że wyniki spółki będą lepsze, ale zwiększy prawdopodobieństwo, że ktoś wynikom uwierzy.

Tekst ogłoszony 7 września 2015 r. w dzienniku PARKIET

Żony, córki, matki, wnuk

Upychanie do rady nadzorczej żon i najbliższych krewnych nie jest wyłącznie rodzimą praktyką. Tak samo bywa nawet w największych spółkach Europy. Zwraca na to uwagę ciekawy raport na temat naboru do rad nadzorczych wydany właśnie przez Europejską Konfederację Stowarzyszeń Dyrektorów (ecoDa) i Korn Ferry. Rodziny trzymają się mocno. Trzymają się stołków.

Przykładem sekwencja wydarzeń w liderującej strefie eura Grupo Santander. Straciła ona niemało na wyśmienitej wcześniej reputacji kiedy Ana Botin z impetem dopadła fotela po ojcu. Zmarły w 2014 r. Emilio Botin był szanowanym przywódcą, charyzmatycznym bankierem; tytułem Any do stanowiska były przede wszystkim więzy krwi. Światowa finansjera z żalem przyjęła do wiadomości, że Santander stracił okazję do wyzwolenia się spod panowania dynastii i przyjęcia powszechnie uznanych standardów governance.

Lecz Ana Patricia Botin-Sanz de Satuola O’Shea przynajmniej miała za sobą łańcuch osiągnięć dłuższy niż nazwisko. Żadnych osiągnięć lub doświadczeń nie miał 25-letni Jean-Victor Meyers zainstalowany we władzach kosmetycznego giganta L’Oreal dzięki protekcji babki, Liliane Bettencourt, osławionej dziedziczki fortuny. Akcjonariusze uznali, że sprawa cuchnie, lecz skandal nie wyszedł poza granice Francji.

Najbardziej piętnowanym przez akcjonariuszy i media przypadkiem bezczelnego nepotyzmu było w sierpniu 2012 r. zainstalowanie Ursuli Piëch w radzie nadzorczej Volkswagena, pracującej podówczas pod przewodnictwem jej męża Ferdinanda. Owszem, Hon. Prof. Dr. techn. h.c. Dipl.-Ing. ETH Ferdinand K. Piech to były prezes spółki, znaczący jej akcjonariusz i reprezentant legendarnej dynastii związanej z niemieckim przemysłem samochodowym od jego narodzin, lecz Ursula to z zawodu przedszkolanka, czyli klasyczna ornamentariuszka, do tego w dwudziestoosobowej radzie koncernu piąta przedstawicielka dynastii Piëch-Porsche, więc nie obyło się bez porównań do piątego koła u wozu. Inna sprawa, że Volkswagen dopuścił się na niwie corporate governance jeszcze większych skandali. Koncern zjednywał sobie życzliwość pracowników wybranych do rady nadzorczej fundując im rozpustne wycieczki (niem. Lustreisen) do Brazylii, by nacieszyli się tamtejszymi kobietami wielodostępnymi. Zakładano fasadowe spółki, by za ich pośrednictwem czerpać korzyści z łapówek. Koniec byłby zapewne żałosny, ale oni tam jednak potrafią produkować doskonałe auta i kółka wciąż się kręcą.

W Polsce instalowanie w radzie nadzorczej żony, córki, matki lub teściowej prezesa-założyciela nie wywołuje burzliwych reakcji. Akcjonariusze są wyrozumiali, nie oczekują rygorystycznego poszanowania dobrych obyczajów, stosowania się do dobrych praktyk; złupionym przez polityków funduszom emerytalnym już nie w głowie corporate governance, a giełda zdaje sobie sprawę, że kiedy płoną lasy, nie czas żałować róż. Między innymi rzecz dotyczy spółek darzonych szacunkiem i nadzieją, innowacyjnych, twórczych. Prezesi-założyciele wnieśli do nich pasję i pomysły, wytrwałą pracę, kapitał, więc chcą mieć w radzie nadzorczej kogoś zaufanego, czemu się trudno dziwić.

Przedsiębiorczości w Polsce nie brakuje, zaufania brakuje dotkliwie. Produkt Krajowy Brutto rośnie, wskaźnik Zaufania Krajowego Netto, gdyby istniał, zapewne dotknąłby zera absolutnego.

Sądeczaninem z urodzenia będąc, kibicowałem Optimusowi, chociaż względem corporate governance spółka była na bakier. Kiedy wchodziła na giełdę, miała w radzie nadzorczej matkę prezesa, rencistę, przedstawicielkę diecezji itp. Prezes-założyciel wzmacniał swoją osobą raz zarząd, raz radę nadzorczą. Zapowiadał, że kiedyś na dobre wycofa się do rady: „Wtedy powołam taką radę, jakiej jeszcze nie było. W jej skład wejdą najtęższe mózgi w Polsce”. Nawet bez najtęższych mózgów w Polsce spółka poradziła sobie jakoś. Kiedy prezesa skrzywdzono, nie szukał pomocy w diecezji, tylko u najlepszych adwokatów. Jego przypadek dowiódł, że lepiej ufać matce, która nie ma MBA, niż państwu, które uchwala głupie przepisy i nikczemnie krzywdzi menedżera godnego zaufania i szacunku.

Różnica między rodzimym rynkiem kapitałowym a rozwiniętymi rynkami Europy polega na tym, że tam własność jest rozproszona, tu natomiast prezes-założyciel nierzadko nadal skupia w swojej ręce większość kapitału. Żalił się niedawno założyciel innowacyjnej spółki, że chociaż dysponuje bezwzględną większością głosów na walnym zgromadzeniu, nie może wziąć udziału w głosowaniu nad udzieleniem mu absolutorium. Widocznie jest uczciwy, wszak gdyby przepisał udziały na członków najbliższej rodziny, mógłby głosować na siebie jako ich pełnomocnik.

Tekst ogłoszony 22 sierpnia 2015 r. w dzienniku PARKIET

Czytaj także:
2014.09.30 Obawiam się familiady
2012.08.20 Oczy szeroko zamknięte

Obawiam się familiady

Poczta elektroniczna przyniosła niedawno ciekawy listel (listel = list elektroniczny) zatytułowany „Przemyślenia o udziale kobiet w radach nadzorczych”. Nawiązał on do niedawnego artykułu Gazety Wyborczej na temat kobiet w radach nadzorczych i cytowanej w nim mojej wypowiedzi. Gazeta podniosła kwestię, że w radach nadzorczych polskich spółek jest bardzo mało kobiet; ja wskazałem na korzyści płynące z udziału kobiet w radzie, lecz wystąpiłem przeciwko kwotom lub parytetom. Podniosłem, że Polski Instytut Dyrektorów prowadzi listę kandydatów na profesjonalnych członków rad nadzorczych, ale kobiet jest na niej niewiele, nie garną się na listę mimo namów.

Autorką listelu jest S., osoba zaprzyjaźniona, doświadczona finansistka z bogatym dorobkiem zawodowym. Poznałem ją przed laty, gdy pracowała w sektorze prywatnym. Przeszła do firmy państwowej, zajmowała w niej kluczowe stanowisko szczebel poniżej zarządu, ostatnio została zwolniona i teraz rozgląda się po rynku. W jej ostatniej firmie bardzo często zmieniają się zarządy, na „ścianie płaczu” zabrakło już miejsca na portrety kolejnych prezesów, każdy kolejny zarząd ciągnie na stanowiska swoich protegowanych, aż w końcu doszło do tego, że S. musiała odejść. Teraz pisze m.in.:

„Parę dni temu znowu przeczytałam w Gazecie Wyborczej o parytetach w radach nadzorczych. Przy okazji zacytowano Twoją opinię, że kobiety w zarządach i radach nadzorczych oczywiście powinny być, ale nie dzięki parytetom. Niestety! Sądzę, że bez parytetów nie uda się wprowadzić do tych organów wielu kobiet. Choćby z tego prostego względu, że oprócz wiedzy i doświadczenia w biznesie potrzebne jest również posiadane doświadczenie w tych organach. Ale jak je zdobyć? I nie przekonuje mnie stwierdzenie, że jeżeli ktoś posiada wiedzę, kompetencje i chęci – to na pewno zostanie wybrany. To nie wystarcza. Wiesz doskonale, że nie wszyscy członkowie organów wybierani są ze względów merytorycznych.

Podano również informację o prowadzeniu listy osób rekomendowanych przez PID do organów nadzorczych, na której jest mało kobiet, ponieważ się nie zgłaszają. Ale chęć zgłoszenia się nie wystarcza, przecież PID oczekuje od takiej osoby przynajmniej jednego absolutorium z tytułu pełnienia funkcji w orgnach spółki. I tak koło się zamyka. Moją opinię potwierdzają doświadczenia innych krajów, które wprowadziły parytety. Udział kobiet w radach nadzorczych wzrósł tam zdecydowanie i niekoniecznie było to związane z obniżeniem jakości zarządzania bądź nadzoru”.

Wywód S., w sumie trafny, wymaga jednak sprostowań. Po pierwsze, nikt nigdy nie twierdził, „że jeżeli ktoś posiada wiedzę, kompetencje i chęci – to na pewno zostanie wybrany”. Po drugie, PID oczekuje nie „przynajmniej jednego absolutorium”, a znacznie więcej. Udział kobiet w radach nadzorczych jest w Polsce bardzo niski, ale w spółkach notowanych na GPW jest w praktyce jeszcze gorzej, niż to pokazuje statystyka, ponieważ niejedna kobieta zasiada w radzie wcale nie z tytułu swoich kwalifikacji, ale jako żona, córka, ciotka lub teściowa głównego akcjonariusza. Pisałem tutaj kiedyś, że obłudnie pomstujemy na nepotyzm w spółkach z udziałem państwa, podniecamy się kłamliwym hasłem „sprywatyzujmy wszystko, nie będzie nepotyzmu!” – nie dostrzegając, że w spółkach giełdowych pleni się familiada.

Proszę wziąć pod uwagę moje obawy przed ustanowieniem kwot, albo parytetu, w zarządach i radach nadzorczych. Po pierwsze, wprowadzenie kwot, względnie parytetu, udziału kobiet w organach spółek będzie oznaczać daleko idącą ingerencję państwa w ustrój spółki publicznej. Ostatnia taka ingerencja, jakże nieudolnie wprowadzony do rad nadzorczych komitet audytu, chociaż podjęta w najlepszych intencjach, obnażyła kompromitującą niekompetencję państwa. Po drugie, postawienie kwoty lub parytetu przed kwalifikacjami usprawiedliwi praktykę powoływania do rad żon, córek, ciotek, a nawet teściowych ważnych akcjonariuszy jako wypełniaczek parytetu. Co wcale nie oznacza, że w polskich radach nadzorczych tylko kobiety bywają skrajnie niekompetentne, zapewne znacznie wyższy jest odsetek mężczyzn żywcem wyjętych z serialu o Kiepskich. Przeto, po trzecie, zacznijmy wymagać kwalifikacji, a problem niedostatku kobiet w radach rozwiąże się samoistnie.

Wymogu kwalifikacji nie wyegzekwuje państwo, które nie potrafi należycie skomponować składu rad nadzorczych w spółkach ze swoim udziałem. Wyegzekwują go akcjonariusze, kiedy nauczą się dbałości o swoje pieniądze. Wyegzekwują go, pociągając do odpowiedzialności święte krowy z rad nadzorczych. Wtedy zrobi się tam miejsce dla należycie wykwalifikowanych, obdarzonych doświadczeniem i rozumem, kobiet i mężczyzn. Lecz do tej pory nie ma o tym mowy, wszak jeszcze żaden członek rady nadzorczej nie został puszczony bez skarpetek z tytułu niedbalstwa w nadzorze.

Czytaj także wcześniejsze wpisy na temat kobiet w radach nadzorczych, doliczyłem się tu dwunastu.

Inwestorzy w kominiarkach

Nie inwestuję w spółki, o których nie wiem, do kogo należą znaczne pakiety akcji!

Corporate governance jest kluczem do zaufania. Potocznie mówimy o zaufaniu do rynków względnie spółek. Lecz rynek jest mgławicą. Spółka ma wprawdzie osobowość prawną, lecz nie ma osobowości (różnica między tymi pojęciami jest mniej więcej taka, jak między krzesłem elektrycznym a krzesłem). Zaufania nie pokłada się w osobowościach prawnych, lecz w osobach. Osobach piastunów spółek: członków zarządów i rad nadzorczych. Osobach znaczących inwestorów, znanych z imienia i nazwiska; nierzadko mają oni większy wpływ na spółkę niż piastuni.

Niestety, często nie wiemy, kim są akcjonariusze, nawet dysponujący znacznymi pakietami. Nie ujawniają oni tożsamości nawet na walnych zgromadzeniach, kryją się za pretensjonalnymi nazwami tzw. wehikułów inwestycyjnych, reprezentowanych przez prawników o nierzadko osobliwej reputacji. Nie wiedząc, do kogo należą wspomniane wehikuły – nie wiemy, kto rządzi w spółce. Wystrzegam się takich podmiotów. Nie inwestuję w spółki, o których nie wiem, do kogo należą znaczne pakiety akcji. Lecz często sprawy wcale nie są proste. Mogę przecież inwestować w spółkę, w której rozdaje karty inwestor powszechnie znany z imienia i nazwiska, przy tym cieszący się dobrą opinią. Jutro sprzeda on swoje udziały cypryjskiej skrytce pocztowej, o której nie dowiem się nigdy, do kogo należy.

Tak stało się niedawno w polskiej spółce. Poszarpały ją wiatry i burze, na miotle krąży nad nią Ciotka Bessa, skarlały notowania, lecz nadzieja umiera ostatnia, więc trzymają się jej inwestorzy i walczą o swoje interesy. Rodzina dysponująca znacznymi udziałami sprzedała je hen, na Cypr. Może i stało się dobrze, ponieważ zabawa w familiadę ewidentnie spółce nie służyła, jej wartość nikła w oczach. Rzecz w tym, że nie wiadomo, kto jest szczęśliwym nabywcą. Wiceprezes spółki przekonuje, że nowi akcjonariusze „na tym etapie nie chcą się ujawniać”. Ten etap – to walne zgromadzenie! Jakież mroczne tajemnice spowiły ten przypadek? Wyobraźnia podpowiada czarne scenariusze: udziały nabyli syryjscy dygnitarze, albo bank Watykanu, albo dyktator wygnany z Afryki…

Nie domagam się ujawniania nazwisk i stanu posiadania pomniejszych akcjonariuszy. Nie widzę natomiast powodu, dla którego wielcy inwestorzy mieliby korzystać z dyskrecji. Wiem, dlaczego noszą kominiarki uczestnicy zadym politycznych i niektórzy kibice z sektora nazywanego Żyletą. Inwestorom kominiarki nie przystoją. Zwłaszcza, że kto prowadzi wehikuł, nierzadko po bezdrożach, zakłada jeszcze gogle.

Po zamachach na World Trade Center naiwnie zawierzyłem, że na rynkach zapanuje jasność, że dla powszechnego bezpieczeństwa omieciemy światłem ciemne kąty i zedrzemy maski z twarzy tych, którzy są po ciemnej stronie mocy. Dzisiaj już wiem, że w maskach działają nie tylko terroryści, także pospolici złodzieje, pracze pieniędzy, uciekinierzy przed fiskusem, mężowie ukrywający majątek przed byłą lub obecną żoną – oraz im podobni aferzyści. Ich poczynania mogą zagrozić interesom pozostałych akcjonariuszy, spółek, nawet rynku, któremu psują opinię. Za sprawą inwestorów w kominiarkach ubywa zaufania.

Prawo jest w tej kwestii nieskuteczne. Możemy jednak przyjąć, w postaci dobrej praktyki, całkiem roztropną zasadę: posiadacze znacznych pakietów akcji ujawniają swoją tożsamość, nie kryją się za nazwami tzw. wehikułów. Spółki prawdopodobnie sprzeciwią się takiej zasadzie: skąd mamy wiedzieć, spytają, kto coś kombinuje tam na Cyprze? Podniosą zgodnym chórem, że nie odpowiadają za swoich akcjonariuszy. Lecz kiedy powszechnie i zgodnie zastosujemy naming and shaming, piętnowanie takich spółek i zawstydzanie ich przed całym rynkiem, inwestorzy przecież zrozumieją, że albo szybko zdejmą kominiarki, albo ich inwestycje odczuwalnie stracą na wartości, ponieważ rynek odwróci się od nich.

Czas sprzyja tej inicjatywie. Warszawska giełda dojrzewa do uwspółcześnienia dobrych praktyk. Powinny one położyć większy niż dotąd nacisk na rosnące kompetencje i odpowiedzialność członków rad nadzorczych, potrzebę ich wysokich kwalifikacji i niezależności od spółki, czystość transakcji powiązanych, przejrzystość walnych zgromadzeń – a także przeciwdziałanie anonimowości posiadaczy znacznych pakietów akcji.

Artykuł został ogłoszony 7 stycznia 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Oczy szeroko zamknięte [2012]

Prywatyzacja nie jest lekarstwem na nepotyzm. Jest nim natomiast ład korporacyjny.

Łatwiej stwierdzić chorobę (nepotyzm) niż wskazać skuteczną kurację. Niektórzy uważają, że jest nim prywatyzacja. Argumenty brzmią przekonująco: własność prywatna ma na względzie zysk, nepotyzm mu nie służy, więc na tej niwie został skutecznie wykorzeniony. Własność państwowa i samorządowa nie są poddane ciśnieniu ku osiągnięciu zysku, za to poddane są presji różnych interesów politycznych, bywają więc podatne na nepotyzm. Sprywatyzujmy wszystko, a pozbędziemy się tej strasznej plagi.

Otóż prywatyzacja ma bardzo wiele zalet, lecz wcale nie jest lekarstwem na wszystkie przypadłości gospodarki. Po pierwsze, własność prywatna nie chroni przed nepotyzmem. Po drugie, oceny nepotyzmu bywają zróżnicowane. Po trzecie, rynek często otwarcie toleruje takie praktyki, bądź nawet je zaleca. Kiedy nepotyzm rozkwita w firmach, gdzie własność skupiona jest w rękach rodziny, spotyka się z pochwałami, wręcz budzi zachwyt, że oto służy pielęgnowaniu wartości i tradycji. Kiedy natomiast nepotyzm praktykowany jest w spółkach giełdowych, najczęściej nie budzi reakcji.

Rynkowi nic do tego, co dzieje się w firmie rodzinnej finansowanej pieniędzmi rodziny. Uważa się, że nepotyzm ułatwia sukcesję władztwa oraz transmisję majątku między pokoleniami. Założyciele firm harują z myślą o dzieciach i wnukach, chcą im zapewnić pomyślność, więc otwierają przed nimi możliwości awansu na skróty. Sytuacja jest całkiem inna, kiedy firma należąca do rodziny, bądź zdominowana przez rodzinę lub rodzinno-biznesowe powiązania, pozyskuje kapitał na rynku. Zmienia się wtedy jej struktura właścicielska, firma nabywa status spółki publicznej i wchodzi do notowań, wypełnia obowiązki informacyjne – lecz w istocie rzeczy pozostaje siedliskiem nepotyzmu. Nie trzeba go wykrywać, wszak wszystko jest na wierzchu, skład organów spółki jest powszechnie dostępny. Ileż w zarządach i radach nadzorczych spółek giełdowych jest osób rodzinnie powiązanych z założycielem albo głównym akcjonariuszem!

Czy każdy syneczek, ojciec, brat, teść lub szwagier, każda córuchna, żona, matka, siostra, teściowa, szwagierka założyciela spółki lub najważniejszego inwestora reprezentuje kwalifikacje predestynujące do pracy w zarządzie lub radzie? Owszem, zapewne są takie osoby, lecz większość krewnych w zarządach i radach to pospolici ornamentariusze, niezdolni do udziału w procesach podejmowania ważnych dla spółki decyzji. Argument, że tak się nie dzieje, bo byłoby to nieopłacalnie, przecież własność prywatna bezbłędnie wyczuwa interes spółki i konsekwentnie kieruje się nim – raz na zawsze włóżmy między bajki. Furda interes spółki, często jest ona jedynie narzędziem do zebrania kapitału, a kapitał zostanie rozprowadzony pomiędzy, lub tylko uszczknięty przez, rodzinę panującą.

Co ciekawe: akcjonariat takich spółek zachowuje się nad wyraz biernie. Inwestorzy instytucjonalni obracają środkami swoich uczestników, więc łatwiej im pogodzić się z własną niemocą. Inwestorzy indywidualni tak bardzo chcą zarobić, że inwestują na ślepo. Ani jedni, ani drudzy nie dokonują analizy spółek, które zasilają kapitałem, pod kątem ładu korporacyjnego: czy spółka działa przejrzyście, czy w jej organach pracują członkowie niezależni, kompetentni, reprezentujący doświadczenie i reputację. Inwestorzy przymykają oczy na ustrój, skład organów i corporate governance spółek, w które pakują pieniądze. Publiczność „bije pianę” na temat nepotyzmu, a łatwowierni zaklinają się, że tylko prywatyzacja uwolni nas od niego. Otóż niekoniecznie.. Prywatyzacja nie jest lekarstwem na nepotyzm. Jest nim natomiast ład korporacyjny. Lecz trzeba go wprowadzić.

Artykuł ukazał się 21 sierpnia 2012 r. w Gazecie Giełdy Parkiet

Dream team [2000]

Ten zna się na tym, tamten na owym: można zmontować z nich składak, ale nie radę nadzorczą.
Tylko pod jednym względem rada nadzorcza spółki przypomina drużynę sportową: chociaż liczy się jedynie wynik, to najgorętsze spory toczą się wokół składu. Drużynę zestawia trener, radę nadzorczą wyłania społeczność akcjonariuszy. Selekcjoner komponuje zespół pod kątem, kto gra lepiej. Akcjonariat komponuje radę pod kątem, kto gra dla kogo. Na uwagi, że o składzie rady wcale nie decydują kryteria merytoryczne, odpowiadam dwoma pytaniami. Po pierwsze, czy powinny decydować? Po drugie, jak osądzić, które kryteria mają charakter merytoryczny? Przecież mniej liczy się, kto wejdzie do rady nadzorczej, a bardziej – po co wejdzie. Osobiste cechy kandydata, jak jego reputacja, doświadczenia w dziedzinie nadzoru, albo znajomość branży – mają niewielkie znaczenie. Jeszcze mniej liczą się dyplomy i tytuły, bo rada nadzorcza spółki to nie rada wydziału uczelni. O wszystkim decyduje, kto rekomenduje kandydata i czyich interesów będzie on w radzie strzegł.

Różne są mechanizmy kształtowania składu rad nadzorczych. Często radę wybiera w całości walne zgromadzenie. Gdy akcjonariat jest zróżnicowany, każdy ciągnie w swoją stronę, pragnie obsadzić jak najwięcej miejsc. Stąd tylko krok do wyboru rady w drodze głosowania grupami. Ale statut może przewidywać, że znaczny wpływ na skład rady będzie bezpośrednio przypisany któremuś z akcjonariuszy, lub grupie akcjonariuszy, lub że skład rady będzie dopełniany w drodze kooptacji. Im bardziej zróżnicowana społeczność akcjonariuszy, im więcej mechanizmów kształtujących skład rady nadzorczej, tym mniej prawdopodobne skomponowanie rady według jednego kryterium.

Jest to możliwe w spółkach, gdzie decyduje jeden akcjonariusz. Jeżeli jest nim Skarb Państwa, albo samorząd, skład rady bywa owocem powiązań politycznych (nazywam to „alotażem”). Jeżeli jest nim zagraniczna firma, wypełnia radę ziomkami (tak jest w wielu towarzystwach ubezpieczeniowych), zapewne kompetentnymi, chociaż znam przykłady wręcz przeciwne. Jeżeli jest nim rodzimy przedsiębiorca, w radzie pracują szwagier i teściowa. Wprawdzie nie mają oni szczególnych kwalifikacji do sprawowania nadzoru, ale mają zaufanie inwestora. Kiedy wchodził na rynek Optimus, miał w radzie matkę prezesa, przedstawicielkę diecezji, rencistę itd. Prezes zapowiadał, że w przyszłości przejdzie do rady nadzorczej. „Wtedy powołam taką radę, jakiej jeszcze nie było. W jej skład wejdą najtęższe mózgi w Polsce”. Lecz i bez najtęższych mózgów w radzie spółka poradziła sobie świetnie.

Niedawno wybitny polski ekonomista postawił kategoryczną tezę: „rada nadzorcza powinna być skomponowana z ekspertów następujących dziedzin: finanse, przemysł, zarządzanie zasobami ludzkimi, informatyka, organizacja, mających doświadczenie rynkowe, również międzynarodowe”. Przypomina mi to plebiscyty sprawozdawców sportowych głosujących po mistrzostwach w piłce nożnej na zespół marzeń – dream team. Zestawia się na papierze nazwiska zawodników, którzy nigdy w takim składzie nie zagrają. Otóż takiej idealnej rady nie było, nie ma, nie będzie. Rad nie buduje się z klucza, jak budowano ogniwa Frontu Jedności Narodu (profesor, prządka, postępowy rolnik). Takie struktury są martwe. Rada jest wykładnikiem zmiennego układu sił w łonie akcjonariatu, gdzie nie toczy się konkurs na obsadę miejsc w radzie według kwalifikacji, ale rywalizacja o wpływy i pieniądze. Dopiero wynik tej rywalizacji przesądzi o składzie rady.

Prawda, że w radzie nadzorczej przydatna bywa wiedza z wielu dziedzin. Bardzo potrzebna jest znajomość rynku, a doświadczenie międzynarodowe wzbogaca każdą specjalność. W postulowanej radzie nie widzę natomiast prawnika. Ile warte rady bez prawników, przekonaliśmy się niejednokrotnie. Wkrótce powrócę do tego tematu. Z faktu, że rada obowiązana jest wykonywać stały nadzór nad działalnością spółki we wszystkich gałęziach przedsiębiorstwa, nie wynika, że powinna być złożona ze specjalistów każdej z tych gałęzi. Tak montuje się składaki, a nie rady. Budowano już (na przykład w Stoczni Gdańskiej) rady złożone głównie z przedstawicieli branży. To rozwiązanie nie sprawdziło się. Kolega po fachu nie jest w stosunku do kolegi ani skuteczny w nadzorze, ani obiektywny w ocenie.

Inaczej, niż na boisku – w radzie nie grywa się na wyznaczonych pozycjach. Wszyscy zajmują się wszystkim. W każdym razie, za wszystko po równo ponoszą odpowiedzialność. Nie można uchylić się od niej, na przykład argumentem, że ktoś jest od przemysłu, więc nie odpowiada za finanse, na których zna się kolega. Tu nie jest się skrzydłowym, bramkarzem lub łącznikiem. Tu wykonuje się nadzór totalny.

Tekst ukazał się 31 lipca 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka. Dzisiaj napisałbym to samo… 