Archiwa tagu: głos doradczy

Głos, który nie jest głosem

Skoro papier wartościowy nie jest papierem, akcji na okaziciela nie można okazać, spółka jednoosobowa nie jest spółką osobową itd., nie powinno już dziwić, że głos doradczy, o którym wspomina Ksh, nie jest głosem w rozumieniu Ksh. Niemniej głos doradczy budzi u Czytelników tego blogu tyle wątpliwości, tyle pytań, że uznałem za wskazane poświęcić mu kolejny wpis w rozdziale PYTAQ (czyli odpowiedzi na pytania dotyczące corporate governance).

I. CO TO JEST GŁOS DORADCZY? JAKA JEST DEFINICJA TEGO POJĘCIA?
Prawo nie zawiera definicji terminu „głos doradczy”, a Ksh używa go raz tylko, w art. 390 § 2: „Jeżeli rada nadzorcza została wybrana w drodze głosowania odrębnymi grupami, każda grupa ma prawo delegować jednego spośród wybranych przez siebie członków rady nadzorczej do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Członkowie ci maja prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu z głosem doradczym. Zarząd obowiązany jest zawiadomić ich uprzednio o każdym swoim posiedzeniu”. Ksh używa zatem pojęcia, którego nie objaśnia. W komentarzu do Ksh autorstwa „4 panów S” prof. Janusz Szwaja trafnie objaśnia, że głos doradczy nie upoważnia do bezpośredniego udziału w podejmowaniu decyzji przez zarząd i do głosowania nad jego uchwałami, ani do czynności, dla których wymagana jest uchwała rady nadzorczej.

Niemniej, w moim przekonaniu, cytowany przepis zasługuje na krytykę z innego powodu: nie wyjaśnia pojęcia „grupa”. Czy chodzi o grupę akcjonariuszy utworzoną na podstawie art. 385 Ksh? Jestem zdania, że tak, inna interpretacja byłaby wbrew naturze spółki akcyjnej. Lecz wyrażane bywają poglądy, że może chodzić o pracowników spółki jako grupę uprawnionych do wyboru członków rady nadzorczej. Źródłem wątpliwości jest niedopatrzenie ustawodawcy: cytowany przepis został, w ogólnym zarysie, przejęty z Kodeksu handlowego z 1934 r., lecz przed uchwaleniem Ksh weszły w życie przepisy o przedstawicielstwie pracowników w radzie nadzorczej.

II. KOMU PRZYSŁUGUJE GŁOS DORADCZY?
Głos doradczy, który – jak już wiadomo – nie upoważnia do udziału w głosowaniu, przysługuje na posiedzeniu zarządu spółki akcyjnej członkowi rady nadzorczej wybranemu w głosowaniu oddzielnymi grupami akcjonariuszy i delegowanemu przez grupę, która go wybrała, do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych (nie mylić z innymi postaciami delegowania członka rady nadzorczej!). Głos doradczy, który nie jest głosem w rozumieniu art. 4 § 1 pkt 9) Ksh, nie jest oddawany w toku głosowania, a wygłaszany w toku dyskusji. Mamy więc do czynienia z niepodważalnym uprawnieniem do przedstawiania głosu doradczego, który – jako głos mniejszości – zarządu nie wiąże i na niczym nie waży. Przy czym jeżeli zarząd jest jednoosobowy, może on nie odbywać formalnych posiedzeń, a wtedy uprawniony członek rady nadzorczej nie będzie miał gdzie i kiedy korzystać z głosu doradczego. Ponadto zarząd może zaprosić na posiedzenie wszystkich członków rady nadzorczej, zaprosić ich do dyskusji, wygaszając w ten sposób szczególny charakter uprawnienia delegowanego /delegowanych do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych.

III. CZEMU SŁUŻY GŁOS DORADCZY?
Delegowanie wybranego przez grupę akcjonariuszy członka rady nadzorczej do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych jest instrumentem kontroli zarządu przez mniejszość, która powołała grupę, a pośrednio – przez radę nadzorczą, skoro delegowany powinien składać radzie sprawozdania ze swojej pracy. Natomiast głos doradczy służy zapoznaniu zarządu ze stanowiskiem mniejszości (nie grupy, która uległa rozwiązaniu po zakończeniu procedury wyboru grupami). Zarząd nie jest zobowiązany do brania tego stanowiska pod uwagę.

IV. CZY GŁOS DORADCZY MOŻE BYĆ NEGATYWNY?
Jak najbardziej. Gdyby miał wspierać zarząd, nie byłby potrzebny; najczęściej służy on przeciwstawieniu się planom lub działaniom zarządu.

V. CZY NALEŻY PROTOKOŁOWAĆ GŁOS DORADCZY?
Ksh tego nie wymaga. Protokołuje się wyniki glosowania i zdania odrębne; głos doradczy nie jest brany pod uwagę w toku głosowania, nie jest też zdaniem odrębnym. Często protokołuje się dyskusję lub jej streszczenie, ale nie wiem, po co: liczą się uchwały, nie wystąpienia, choćby płomienne. Piastuni spółki ponoszą odpowiedzialność za swoje działania (czyli uchwały) lub zaniechania, nie za przemówienia. Zdarza się, że ktoś w toku dyskusji daje się przekonać i przed głosowaniem zmienia zdanie, zaprotokołowany przebieg dyskusji tego nie odzwierciedli. Lecz skoro przebieg dyskusji nie musi, a moim zdaniem nawet nie powinien, być protokołowany, przeto jeżeli nie jest – po owym głosie doradczym nie pozostanie nawet ślad.

VI. CZY GŁOS DORADCZY LICZY SIĘ DO KWORUM?
Nieporozumienie, nawet piętrowe. Po pierwsze, do kworum liczy się uprawnionych do udziału w głosowaniu, nie do udziału w dyskusji. Po drugie, na posiedzeniach zarządu spółki akcyjnej (a tylko tam głos doradczy ma zastosowanie) kworum nie jest wymagane przez ustawę.

Czytaj także:
2002.09.02 Głos doradczy
2003.09.15 Kodeks do poprawki

Dwie domeny [2005]

Współpraca zarządu i rady nadzorczej nie może skutkować wkraczaniem przez jeden organ w domenę drugiego. W jednym z paneli podczas konferencji Corporate Governance XIX (marzec 2005) Maria Wiśniewska przedstawiła kilka wymownych „scen z życia” rad nadzorczych. Oto jedna z nich. Zbiera się rada, wysłuchuje (lub nie) bieżącej informacji zarządu, po czym przewodniczący rady wygłasza zwyczajową formułę: „To my już zarządowi pięknie dziękujemy, chcemy pozostać sami…”. Kiedy zamkną się drzwi za zarządem, rada przystępuje do debaty na temat sytuacji spółki. A skąd rada zna ową sytuację? Z urzędu.

Tak bywa! Relacje pomiędzy nadzorem i zarządem pozostawiają wiele do życzenia. Rada nadzorcza i zarząd to odrębne organy; mają one odmienne zadania, inne kompetencje, specyficzne procedury, własne regulaminy, pracują w różnych rytmach, ale działają dla dobra tej samej spółki, tych samych akcjonariuszy. Stosunki między nimi wywierają wpływ na wartość spółki. Dlatego ważne, by rada współpracowała z zarządem, nie poprzestając na lekturze dokumentów dostarczanych jej przez zarząd, na zamówienie rady lub z własnej inicjatywy.

Sprawa ma trzy aspekty. Pierwszy dotyczy potrzeby krzewienia obyczaju zapraszania zarządu do systematycznego udziału w pracach rady nadzorczej. Drugi to potrzeba ochrony domeny rady nadzorczej przed ingerencją zarządu. Trzeci to potrzeba ochrony domeny zarządu przed ingerencją nadzoru. Tylko pierwszy z tych aspektów wynika z przyjętego w polskim prawie ustroju spółki akcyjnej, opartego na zasadzie odrębności zarządu i rady nadzorczej. Dwa pozostałe mają zastosowanie także, aczkolwiek w innym zakresie, do jednolitej rady dyrektorów, skupiającej funkcje zarządcze i nadzorcze.

W Polsce utarł się już pogląd, że rada nadzorcza powinna zapraszać zarząd do udziału w swoich posiedzeniach, to znaczy – do udziału w tych punktach porządku obrad, które nie dotyczą wewnętrznych spraw rady, oceny zarządu, ustalania jego wynagrodzeń, itp. Często zaprasza się zarząd w pełnym składzie, niekiedy także osoby spoza zarządu, ale pełniące ważne stanowiska.

Obecnie w radach nadzorczych kształtuje się praktyka korzystania z komisji problemowych, przeto wyłania się kwestia współpracy komisji z zarządem. Zapewne komisje audytu będą, w miarę potrzeby, dopraszać do swoich prac prezesa zarządu (CEO), i/lub członka zarządu odpowiadającego za finanse (CFO), pracowników pionów finansów, audytu wewnętrznego itd., a także – w miarę potrzeb – specjalistów spoza spółki. Z kolei komisje do spraw nominacji i wynagrodzeń zapewne będą na niektóre posiedzenia dopraszać prezesa spółki, szefa kadr, specjalistów z firmy doradczej. Im bardziej upowszechnią się komisje, im więcej zbiorą doświadczeń, tym lepiej ułoży się współpraca rad z zarządami.

Przed laty rada nadzorcza jednego z dużych banków uzasadniała nieoczekiwane odwołanie prezesa zarządu zarzutem, iż nie udostępniał on zarządowi opinii i zaleceń rady. Co stało na przeszkodzie, by rada sama czytelnie wyjaśniała swoje stanowisko zarządowi in pleno? Zresztą ów prezes miał ponoć znać stanowisko rady głównie dzięki zainstalowanemu w sali jej posiedzeń podsłuchowi.

Za mało mówi się w Polsce o potrzebie ochrony domeny rad nadzorczych przed ingerencją zarządów. Prawo poniekąd wynosi radę nadzorczą ponad zarząd, więc nie dostrzega niebezpieczeństwa uzależnienia rady od zarządu. W praktyce bywa różnie. Niekiedy zarząd miarkuje radzie nadzorczej dostęp do informacji o spółce. Jeżeli rada pogodzi się z tym, nie będzie ona w stanie wywiązać się ze swoich obowiązków (rady godzą się z taką praktyką, jeżeli nie są świadome, że zarząd selekcjonuje dostarczane im informacje).

W statutach niektórych spółek straszy nadto osobliwy przepis, iż członkowie zarządu mogą uczestniczyć, z głosem doradczym, w posiedzeniach rady nadzorczej. Owszem, mogą, acz tylko jeżeli zostaną zaproszeni; bez zaproszenia – wara im od rady! Pojęcie „głos doradczy” nie oznacza niczego mądrego. Zasady dobrej praktyki wymagają, by rada nadzorcza przedstawiała akcjonariatowi własną, niezależną od zarządu, ocenę sytuacji spółki. Aby ją wypracować, rada nadzorcza powinna przynajmniej co pewien czas spotkać się w swoim gronie, nawet poza siedzibą spółki.

Prawo dostrzega natomiast potrzebę ochrony domeny zarządu przed ingerencją rady. Stąd rada nie może wydawać zarządowi wiążących poleceń dotyczących prowadzenia spraw spółki. Stąd w posiedzeniach zarządu mogą bez zaproszenia stale uczestniczyć (też ze wspomnianym już „głosem doradczym”) tylko członkowie rady wybrani do niej w drodze głosowania oddzielnymi grupami i delegowani przez macierzyste grupy do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Innych członków rady zarząd może zapraszać na swoje posiedzenia tylko pod warunkiem, że zaprosi wszystkich. Rada może więc wybierać zapraszanych, zarząd – nie.
Tekst został ogłoszony 14 III 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Kodeks do poprawek [2003]

Przepisy dotyczące działania spółki akcyjnej powinny odzwierciedlać potrzeby naszych czasów.

Corporate governance to bezustanne dążenie ku większej przejrzystości. Chodzi nie tylko o przejrzystość finansów spółki. Liczy się także przejrzystość procesów podejmowania decyzji w spółce. Oraz przejrzystość rynku, na którym spółka działa. Oraz przejrzystość prawa, które reguluje jej działalność.

Prawo nie rodzi się w próżni. Najczęściej nowe ustawy powstają na zrębie starych. Stąd w aktach prawnych współistnieją z sobą rozwiązania lub pojęcia z różnych epok. Czas zmienia znaczenie słów. Dlatego dzisiaj papier wartościowy najczęściej nie jest papierem. Dlatego akcji na okaziciela najczęściej nie można okazać. Dlatego spółka jednoosobowa jest wbrew zdrowemu rozsądkowi spółką. Dlatego wbrew logice nie jest ona spółką osobową. Zapewne nie ma potrzeby korygowania tej terminologii. W kodeksie spółek handlowych dostrzegam jednak przepisy siejące wątpliwości. Gdyby doszło do zapowiadanej nowelizacji kodeksu, powinny one zostać wygładzone.

Mój pierwszy postulat dotyczy wyraźnego dopuszczenia przez kodeks możliwości podejmowania uchwał przez zarząd spółki akcyjnej w trybie innym, niż na posiedzeniu. Rada nadzorcza może podejmować uchwały bez odbycia posiedzenia, w trybie korespondencyjnym. Rada może także podejmować uchwały i odbywać posiedzenia przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Kodeks dopuszcza udział członka rady nieobecnego na jej posiedzeniu w głosowaniu nad znanym zawczasu projektu uchwały. Zarząd nie korzysta z tych ułatwień; w świetle kodeksu, może on podejmować uchwały wyłącznie na posiedzeniu, rozumianym w sposób tradycyjny. Jest to rozwiązanie archaiczne, wywodzące się z odległych czasów, kiedy członkowie zarządu urzędowali w spółce codziennie od ósmej do trzeciej. Nie przystaje ono do epoki, w której spółki prowadzą działalność na znacznych terytoriach, często wykraczających poza granice państw; w której dysponujemy nowoczesnymi środkami łączności i komunikacji.

Istnieje pogląd, jakoby podejmowanie przez zarząd uchwał drogą korespondencyjną, albo na posiedzeniach odbywanych za pośrednictwem środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość, o czym kodeks milczy, mogło zostać dopuszczone regulaminem zarządu. Mam tutaj poważne wątpliwości. Kodeks dopuszcza takie ułatwienia w stosunku do rady nadzorczej jedynie pod warunkiem, gdy tak stanowi statut. Natomiast regulamin zarządu jest aktem wewnętrznym spółki. Często nie znają go jej kontrahenci, a nawet akcjonariusze. Wprawdzie uchwalone przez giełdę zasady dobrej praktyki wymagają, by spółka ogłaszała ten dokument na swojej witrynie internetowej, lecz wiele spółek ignoruje ów wymóg. Skoro zarządy wielu spółek podejmują już uchwały poza formalnie odbywanymi posiedzeniami, lepiej wyraźnie dopuścić w przepisach Ksh możliwość nowoczesnego procedowania przez zarząd.

Drugi postulat dotyczy usunięcia z kodeksu spółek handlowych mętnego pojęcia „głos doradczy”. Przysługuje on na posiedzeniu zarządu spółki akcyjnej członkowi rady nadzorczej wybranemu do niej w drodze głosowania oddzielnymi grupami i delegowanemu przez swoją grupę do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Taki członek rady ma prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu, a zarząd ma obowiązek zawiadomić go uprzednio o swoim posiedzeniu. Wszystko jest jasne – z wyjątkiem znaczenia pojęcia „głos doradczy”, który wcale nie jest głosem w rozumieniu kodeksu. Jest to pojęcie zgoła niepotrzebne. Chodzi wszak o to, aby członek rady uprawniony do uczestniczenia w posiedzeniach zarządu miał wgląd w działalność spółki i prace jej zarządu, a nie o to, by cokolwiek radził. Nie bierze on udziału w głosowaniach, a gdyby wystąpił z jakąś radą, za jej skutki odpowie nie on, a ci którzy rady posłuchają.

Z kodeksu „głos doradczy” rozprzestrzenił się do statutów spółek. Niektóre z nich budują zgoła odwrotną konstrukcję, przyznając członkom zarządu prawo (bądź prawo i obowiązek) uczestniczenia z „głosem doradczym” w posiedzeniach rady nadzorczej. Pomijam, że zarząd powinien uczestniczyć w posiedzeniach rady, ale jedynie w sytuacjach, gdy zostanie na nie zaproszony. Statut, który uprawnia członków zarządu do uczestniczenia w posiedzeniach rady nawet bez zaproszenia, godzi w naturę spółki. Statut, który przyznaje członkom zarządu „głos doradczy” na posiedzeniu rady, krzewi nonsensy. Grozi on podporządkowaniem nadzoru zarządowi. Jak zarząd podejmuje uchwały suwerennie, nie kierując się „głosami doradczymi” członków rady uprawnionych do uczestniczenia w posiedzeniach zarządu, tak rada jest suwerenna względem zarządu spółki. Nie musi ona nie tylko kierować się „głosami doradczymi” członków zarządu, ale nawet wysłuchiwać ich. Ów „głos doradczy” to termin będący zbędną pozostałością innej epoki.

Tekst ogłoszony 15 września 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2000.08.21 Grupami do rady
2002.09.03 Wehikuł czasu

Razem czy osobno? [2002]

Bez względu , kim jest inwestor strategiczny i jakie ma nawyki, w polskiej spółce obowiązuje polskie prawo.

W anglosaskim modelu spółki zarząd i nadzór sprawowane są przez jednolity organ. W systemie kontynentalnym zarząd i rada nadzorcza to dwa odrębne organy. Prowadzone są namiętne spory o wyższość pierwszego rozwiązania nad drugim, albo drugiego nad pierwszym. Oba mają wady i zalety. Niektóre systemy prawne dopuszczają, aby spółka sama wybrała rozwiązanie, jakie jej najbardziej odpowiada. Inne rozstrzygają sprawę za nią, jednoznacznie narzucając spółce strukturę jej organów.

Należy do nich polski system prawny. Oddziela on wyraziście zarząd i radę nadzorczą. Oba organy mają odrębne kompetencje, a z ich wykonywaniem wiąże się odpowiednio odpowiedzialność ich członków. Członkowie zarządu i rady ponoszą odpowiedzialność za działalność na swoich poletkach. Jeżeli rada nadzorcza wtargnie w domenę zarządu, nie zdejmie przecież odpowiedzialności ciążącej na jego członkach. Podobnie jeżeli zarząd wtargnie w domenę rady, nie zdejmie z członków rady ciążącej na nich odpowiedzialności. Nie znaczy to oczywiście, że członkowie rady i zarządu nie współpracują z sobą i spotykają się tylko na walnym zgromadzeniu, w którym mają obowiązek uczestniczyć (czy uczestniczą, to już inna sprawa). Oba organy, jakkolwiek inaczej, służą tej samej spółce, temu samemu akcjonariatowi, tym samym interesom. Ich harmonijna współpraca jest bardzo pożądana. Powinny one zatem w każdej spółce stworzyć odpowiednie do jej potrzeb mechanizmy i formy kontaktów.

W praktyce sprawa wcale nie jest prosta. Otóż na polskim rynku nie zdołaliśmy jeszcze wypracować wzorów kultury współpracy organów spółki akcyjnej, zgodnych z prawem, ale jednocześnie czytelnych dla inwestorów, którzy przybyli do Polski z innego systemu prawnego, gdzie zarządzanie i nadzór skupione są w jednym organie. Tacy inwestorzy dominują w licznych spółkach publicznych, w tym także w instytucjach finansowych.

Wytrwale oręduję za praktyką, że rada nadzorcza regularnie zaprasza zarząd do udziału w jej posiedzeniach. Regularnie, zatem nie tylko od czasu do czasu. Zarząd w pełnym składzie, zatem nie tylko prezesa. Rada powinna widzieć w zarządzie cennego partnera i wysłuchiwać go, a nie tylko wzywać na dywanik, by udzielić mu (zasłużonej, lub nie) reprymendy. Nawiązanie dialogu z zarządem, otwarcie przed nim drzwi, ułatwi radzie wykonywanie stałego nadzoru nad działalnością spółki. Statuty niektórych spółek przyjmują założenie, że zarząd zawsze ma prawo, nawet bez zaproszenia, uczestniczyć w posiedzeniach rady. Jest to poważne nieporozumienie. Niekiedy statut idzie jeszcze dalej, wprowadzając na obrady rady obserwatora z ramienia związków zawodowych. Takie rozwiązania trzeba tępić. Są to herezje statutowe. Rada ma bowiem suwerenne prawo obradowania we własnym gronie. Odebranie radzie tego prawa jest sprzeczne z naturą spółki. Może ona zapraszać kogo chce, ale z własnej nieprzymuszonej woli, a nie na mocy statutu. Przecież nawet w systemie anglosaskim uciera się praktyka, że członkowie rady zajmujący się nadzorem systematycznie spotykają się we własnym gronie, nawet bez udziału kolegów zajmujących się sprawowaniem zarządu.

Z kolei rada nadzorcza nie ma wstępu w domenę zarządu. Wyjątek dotyczy członka rady wybranego w drodze głosowania oddzielnymi grupami i delegowanego – przez grupę, nie przez radę – do stałego indywidualnego wykonywania nadzoru. Ma on prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu (‘z głosem doradczym’, co nic nie oznacza). Inny wyjątek dotyczy członka rady delegowanego do czasowego wykonywania czynności członka zarządu. Czytam, że przewodniczący rady nadzorczej jednej z instytucji finansowych (PTE) miał uczestniczył w posiedzeniach zarządu. Zabierał głos. Wyrażał opinię. Wydawał polecenia. Prawem kaduka. Bo też czego szukał na posiedzeniach zarządu? UNFE (z czasem zastąpiony przez KNUiFE) uznał to za niedopuszczalną inwazję w domenę zarządu i ukarał towarzystwo za nieprawidłowości w jego organizacji. Towarzystwo zaskarżyło decyzję do NSA, wywodząc przed sądem, że na posiedzeniach zarządu przewodniczący rady tylko dzielił się doświadczeniami, zaś wypowiadał się jako ekspert. NSA nie dopatrzył się w tej praktyce rażącego naruszenia prawa, przeto uchylił karę.

Hulaj dusza, piekła nie ma? Ależ jest! Niuanse prawne nie zmienią istoty rzeczy, że za uchwały zarządu, nawet podyktowane kategorycznym głosem przewodniczącego rady nadzorczej – nie ów przewodniczący poniesie odpowiedzialność. Albowiem ścisły rozdział kompetencji między organy spółki oznacza rozdział odpowiedzialności. W tym przypadku ciąży ona na członkach zarządu. Zresztą prócz sądu – jest jeszcze krytyczny osąd opinii. A także swąd, bo przewodniczący rady PTE zlekceważył i polskie prawo, i członków zarządu. Na szczęście inwestor, który go powołał, pakuje już manatki i wraca do Zurychu. Szerokiej drogi!

Tekst ogłoszony 3 grudnia 2002 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Głos doradczy [2002]

Jeżeli kodeks zawiera mętne pojęcie, ktoś kiedyś użyje go w celu niezamierzonym, ale też mętnym. W gąszczu przepisów prawa spółek błąka się pojęcie osobliwe, budzące wątpliwości co też naprawdę oznacza. Chodzi o „głos doradczy”. Dysponują nim na posiedzeniach zarządu członkowie rady nadzorczej spółki akcyjnej delegowani do stałego indywidualnego wykonywania nadzoru. Kodeks spółek handlowych stanowi, że jeżeli rada nadzorcza została wybrana w drodze głosowania oddzielnymi grupami, wówczas każda grupa ma prawo delegować jednego spośród wybranych przez siebie członków rady do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Należy do nich prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu z głosem doradczym. Aby owo prawo nie pozostało na papierze, zarząd obowiązany jest uprzednio zawiadamiać delegowanych o każdym swoim posiedzeniu.

Co to jest głos doradczy? Z pewnością chodzi o głos, który nie jest głosem w rozumieniu kodeksu spółek handlowych. Kodeks bowiem definiuje głosy. W jego rozumieniu są nimi głosy „za”, „przeciw” lub „wstrzymujące się” oddane podczas głosowania w sposób zgodny z ustawą, umową albo statutem spółki. Głos doradczy nie jest oddawany podczas głosowania, przeto nie może być głosem ani „za”, ani „przeciw”, ani „wstrzymującym się”. Lecz nie należy czepiać się słówek. W wielu ustawach współistnieją z sobą przepisy pochodzące z różnych epok. Są one wyrażone słownictwem swoich czasów, które współcześnie znaczy co innego. Stąd papier wartościowy nie jest papierem, akcji na okaziciela nie można okazać, spółka jednoosobowa jest wbrew zdrowemu rozsądkowi spółką, za to wbrew logice nie jest spółką osobową. Nic przeto nadzwyczajnego, że i głos doradczy nie jest głosem. Tylko w wojsku obowiązuje rozumowanie, że nazwa jest adekwatna do wskazanego przez nią desygnatu: „Jak sama nazwa wskazuje, chlebak służy do noszenia granatów. Bo jak się niesie granaty, to one chlebocą”.

Z nazwy wynika, że głosem doradczym można doradzać, lecz owe dorady w żadnym wypadku nie wiążą zarządu. Z natury spółki akcyjnej wynika zresztą, że delegowany jest uprawniony do uczestniczenia w posiedzeniach zarządu dla uzyskania tą drogą pełnego obrazu spółki, a nie dla doradzania. Gdyby więc zarząd pokierował się udzieloną mu w tym trybie radą, a sprawy spółki poszły w złym kierunku, odpowiedzialność za to poniesie tylko zarząd, a nie dysponent głosu doradczego. Reprezentuje on zresztą wcale nie radę nadzorczą, a interesy grupy, która go wybrała i delegowała, przeto i głos doradczy nie jest głosem rady, a ułamka akcjonariatu.

Prawo delegowanego do uczestniczenia w posiedzeniach zarządu daje mu wstęp na terytorium, gdzie z zasady nadzór nie wstępuje. To wystarczy! Uczestnicząc w posiedzeniach zarządu, delegowany ma dostęp do informacji i możliwość prezentowania swojego stanowiska. Podczas zapowiedzianej nowelizacji kodeksu, można śmiało skreślić „głos doradczy”. Jeżeli bowiem kodeks zawiera mętne pojęcie, bywa ono wykorzystywane w celach odwrotnych od zamierzonego, zresztą także niewątpliwie mętnych. Oto w statutach spółek buduje się więc odwrotne konstrukcje, przyznające członkom zarządu prawo uczestniczenia w posiedzeniach rady nadzorczej z głosem doradczym. Albo prawo i obowiązek uczestniczenia w posiedzeniach rady z głosem doradczym. Nawet najbardziej zagorzali zwolennicy systemu one–tier board (czyli praktykowanego zwłaszcza przez Anglosasów wspólnego organu zarządczo–nadzorczego) przyznają, iż członkowie takiego organu zajmujący się nadzorem coraz powszechniej przyjmują zasadę, by chociaż raz do roku, jeżeli nie częściej, obradować we własnym, ścisłym gronie, bez udziału kolegów zajmujących się bieżącym zarządzaniem spółką.

Przyznanie zarządowi bezwzględnego prawa uczestniczenia w posiedzeniach rady to nazbyt daleka ingerencja zarządu w nadzór. A skoro nie wiadomo, co to jest głos doradczy, grozi on w takiej sytuacji zdominowaniem nadzoru przez zarząd. Stąd wychodzę z założenia, że rada nadzorcza powinna systematycznie zapraszać zarząd na swoje posiedzenia, prosić go o opinie i wysłuchiwać je, ale przyznawanie zarządowi prawa uczestniczenia w posiedzeniach rady, w dodatku z owym głosem doradczym, to przecież gruba przesada.

W konkursie na najbardziej mętny przepis statutu wysoką pozycję rokuję takiemu oto: „Organizacje związkowe działające w Spółce, które zrzeszają co najmniej 25 procent członków załogi, są uprawnione do delegowania jednego przedstawiciela do składu rady nadzorczej w charakterze członka obserwatora, z głosem doradczym we wszystkich sprawach, które dotyczą pozycji pracownika, jego praw i obowiązków w zakładzie pracy”. Przedstawiciel związku delegowany do składu rady jako członek – obserwator nie jest wcale członkiem rady! Gdyby z kodeksu skreślić głos doradczy, może w statutach byłoby mniej głupot.

2002.09.02 tekst został ogłoszony w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2013.07.28 Za, a nawet przeciw
2001.04.09 Wyjście z pata

Grupami do rady [2000]

Miejsce w radzie z wyboru grupami jest cenniejsze od uzyskanego w normalnym trybie!

Poważni akcjonariusze, jak mężczyźni ze znanego powiedzenia, myślą wyłącznie o jednym. O miejscu w radzie nadzorczej. Daje ono poważne korzyści. Zwiększa wartość inwestycji w spółkę. Przedstawicielstwo w radzie to dostęp do informacji o sytuacji spółki i jej planach, oraz realny wpływ na sytuację spółki i jej plany.

Do miejsca w radzie nadzorczej można dojść różnymi sposobami. Jednym z nich jest nabycie liczącego się udziału w kapitale. Lecz udziałowi w kapitale spółki nie zawsze odpowiada proporcjonalny udział w liczbie głosów na walnym zgromadzeniu. Bywają przecież akcje dające przywileje w postaci aż kilku głosów. Społeczność akcjonariuszy jest wtedy rozwarstwiona, jak stany w feudaliźmie. Pora znieść przywileje. Są anachroniczne i szkodliwe. Tamują rozwój rynku. Kiedy w spółce nie ma przywilejów, akcje są niby wszystkie takie same, lecz każda z licznych waży znacznie więcej, niż taka sama z nielicznych. Kto pragnie znaleźć się w radzie nadzorczej, akumuluje akcje. Im większy popyt na członkostwo w radzie, tym większy popyt na akcje, co widać po notowaniach. Lecz na przeszkodzie wejściu akcjonariusza do rady może skutecznie stanąć koalicja innych akcjonariuszy.

W takiej sytuacji można żądać wyboru rady nadzorczej przez głosowanie oddzielnymi grupami. Jest to instrument po dwakroć korzystny dla mniejszości. Ułatwia jej dostęp do rady, a w radzie daje jej szczególnie rozległe prawa. Ułatwienie w dostępie do rady polega na tym, że przy wyborach do rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami uprzywilejowanie akcji co do siły głosu nie ma zastosowania. Liczy się czysty kapitał. Polega ono też na tym, że w tym trybie mniejszość może wybrać swojego członka rady, nawet jeżeli statut przewiduje inny sposób powołania rady nadzorczej (np. mianowanie, kooptacja).

Wystarczy zebrać przynajmniej jedną piątą kapitału akcyjnego i zgłosić stosowny wniosek, a najbliższe walne zgromadzenie przystąpi do wyboru rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami (chyba, że w składzie rady jest choćby jedna osoba wyznaczona przez władzę państwową lub samorządową). Szczególnie rozległe prawa osób wybranych do rady przez głosowanie grupami polegają na tym, że każda grupa wybranych ma prawo delegować jednego członka do stałego indywidualnego wykonywania czynności kontrolnych (wszystkich, nie poszczególnych!). Delegowani mają prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu z głosem doradczym. Da im to szczególnie wnikliwą wiedzę o sprawach spółki, na równi z członkami zarządu. Są oni wówczas objęci, na równi z członkami zarządu, zakazem konkurencji.

Prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu gaśnie w sytuacji, gdy zarząd jest jednoosobowy, lecz w Polsce takie zarządy należą do rzadkości: wszak kolektyw wszystkim, jednostka zerem! Statuty najczęściej przewidują, że zarząd bywa kilkuosobowy. Czasem jest to wymóg ustawowy (prawo bankowe stanowi, że zarząd banku jest przynajmniej 3-osobowy). Lecz nawet gdyby delegowany nie mógł korzystać z prawa uczestniczenia w posiedzeniach zarządu, może on samodzielnie „przeglądać każdy dział czynności spółki, żądać od zarządu i pracowników spółki sprawozdań i wyjaśnień, dokonywać rewizji majątku, tudzież sprawdzać księgi i dokumenty”. Te prawa, szczególnie rozległe, są przywiązane nie do miejsca w radzie, ale do trybu wyboru. Rada wyłoniona w innym trybie może co najwyżej delegować jednego lub więcej członków do indywidualnego wykonywania poszczególnych (tylko ściśle oznaczonych) czynności kontrolnych, z czym już nie wiąże się prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu i buszowania w spółce, oraz żądania sprawozdań i sprawdzania ksiąg i dokumentów, poza ramami delegacji udzielonej przez radę. Dlatego żądanie wyboru rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami bywa często wykorzystywane w celu innym, niż dobro mniejszości. Czasem napastnik, miast szturmować spółkę, wkrada się do niej tym trybem, dla niepoznaki przebrany za mniejszość, która korzysta z ochrony. Czasem korzysta z tego instrumentu mniejszość destrukcyjna i kłótliwa. Każdy medal ma przecież trzy strony: awers, rewers i kant.

Dlatego też obrońcy status quo uciekają się często do sztuczek, mających udaremnić wybór rady w drodze głosowania grupami, lub uzyskanie przez mniejszość reprezentacji w radzie. Traktują mniejszość jak wrogów, spółkę jak Okopy Świętej Trójcy. Sama litera prawa nie poskromi takiego podejścia. Ustawodawca nie może rywalizować z kombinatorami, kto kogo przechytrzy. Prawo zakłada, że spółka jest harmonią interesów. Kładzie więc nacisk zarówno na torowanie dróg ku spełnieniu owych interesów, jak powściąganie wspólników w czynieniu sobie wbrew. Reszty dopełnią zdrowy rozsądek i poczucie przyzwoitości.
Artykuł ukazał się 21 sierpnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2013.09.15 Mniejszość w spółce, czyli kłopot
2004.01.26 Gdzie wzrok nie sięga