Archiwa tagu: głos

O sile głosu z akcji, czyli zamachu czasu na kapitał

Inwestycja długoterminowa to często nieudana inwestycja krótkoterminowa. Z takiego punktu widzenia miał rację Oskar Wilde, że czas to wcale nie pieniądz, lecz marnotrawstwo pieniędzy. Jego rozumowanie przyswoili sobie menedżerowie wielu funduszy hedgingowych kalibrujący swoje inwestycje nie na lata, miesiące, tygodnie, lecz na minuty lub ułamki sekund. Wprawdzie procent składany dowodzi, że czas kreuje wartość, lecz nie dotyczy to giełdy. Papier wartościowy w portfelu inwestora może z czasem przybrać na wartości, lecz giełda z tego nic nie będzie miała, wszak utrzymuje się ona z obrotu, ma się tym lepiej, im częściej walory przechodzą z rąk do rąk. Inwestor, który obejmuje akcje i trzyma je przez lata w nadziei na wzrost ich ceny lub sute dywidendy, nie generuje obrotu. Stąd postulowane przez laików zwolnienia lub ulgi podatkowe dla inwestorów długoterminowych wcale nie leżą w interesie giełd, są one utrzymywane przez day-traderów, spekulantów, a także panikarzy, którzy w popłochu wyprzedają akcje na byle plotkę o bessie nadlatującej na miotle nad rynek. Tym ostatnim sprzyja zwłaszcza maj, zgodnie z ludowym bajaniem, że trzeba sprzedać w maju i wyjechać na urlop do raju (sell in May and go away).

Za trzymaniem akcji z całych sił opowiedział się niedawno w Harvard Business Journal profesor zarządzania Uniwersytetu w Toronto Roger L. Martin. Szanowany skądinąd periodyk opublikował jego dysertację „What If Investors Who Held Their Shares Longer Got More Voting Power?” (Co byłoby, gdyby inwestorzy, którzy trzymają swoje akcje dłużej mieli większą siłę głosu?). Uczony wyszedł z założenia (może nawet wyliczył, ale tych wyliczeń nie okazał), że gdyby amerykańskie spółki były bardziej zorientowane ku przyszłości, przybyłby im bilion (ameryk. trillion) dolarów, pracownicy zyskaliby pięć milionów dodatkowych stanowisk, a PKB Stanów Zjednoczonych powiększyłby się o bilion (ameryk. trillion) USD. Brzmi to równie przekonująco, co Plan Morawieckiego.

Aby skorzystać z tych dobrodziejstw oraz skłonić menedżerów i akcjonariuszy do myślenia o przyszłości Autor proponuje stałe zwiększanie siły głosu z akcji z upływem czasu. Każdy dzień, przez który inwestor przetrzymałby akcję, dawałby mu dodatkowy głos z tej akcji. Kto trzymałby akcję 10 dni, miałby z niej 10 głosów; kto trzymałby ją przez 10 lat, dysponowałby 3.650 głosami (uczony profesor nie wziął pod uwagę lat przestępnych). Operacje pomnażania siły głosu nie kosztowałyby nawet centa ani spółkę, ani inwestorów. Rzecz w tym, że nie dostrzegam żadnych realnych korzyści z tych kreatywnych rachunków. Przy tym głęboko wątpię, że nikt na takim cudactwie nie straci.

Spółce nie przybędzie kapitału. Nie zmieni się jej wynik. Ani kapitalizacja. Ani zdolność emisyjna. Akcjonariuszom nie przybędzie dywidend. Postulowane rozwiązanie byłoby korzystne głównie dla inwestorów pasywnych. Dzięki trzymaniu akcji w nieskończoność będą mieli większą siłę głosu niż inwestorzy millisekundowi, lecz ci ostatni w walnych zgromadzeniach raczej nie uczestniczą. Rozsiedli na akcjach naciągających z czasem na ilości przypadających na nie głosów, to oni podejmowaliby decyzje o fuzjach lub przejęciach spółek, o zatwierdzaniu strategii, emisjach akcji i obligacji, wyborze piastunów spółki, udzielaniu im absolutorium, i tak dalej. Czy gdyby przeforsowali split akcji w stosunki 1:10, liczba należnych im głosów wzrosłaby dziesięciokrotnie? Poskromilibyśmy agresywnych spekulantów z funduszy hedgingowych, w zamian wykreowalibyśmy leniwych, acz jakże potężnych inwestorów wieloletnich. Czy rynek odniósłby z tego korzyść?

Zburzona byłaby fundamentalna zasada corporate governance, że każda akcja daje jeden głos, a każdy głos ma taką sama wartość. Owszem, zdarzają się w spółkach akcje uprzywilejowane co do liczby głosów, albo do udziału w dywidendzie. Bywają akcjonariusze uprzywilejowani w taki sposób, że nie ima się ich voting cap. Bądź, że dysponują złotą akcją. Jakiekolwiek formy preferowania jednych, względnie ograniczania innych akcjonariuszy, nie sprzyjają rozwojowi rynku. Nie krzewią zaufania, a ono jest podstawą gospodarki. Lepiej, by po staremu pozycję w spółce kreował zaangażowany w niej kapitał, nie zegar lub kalendarz.

Co napisałem nie oznacza przecież, bym nie dostrzegał zalet inwestycji długoterminowych. Zwłaszcza, że niedawno zobaczyłem w serwie LinkedIn nader krzepiący wpis: „Jeżeli masz zły dzień – wspomnij, że pod dzisiejszą datą w 1976 roku Ronald Wayne zbył swój 10-procentowy udział w Apple za 800 USD. Dzisiaj wartość tego pakietu to 58 065 210 000 USD”. I chyba wzrosła w czasie, kiedy pisałem ten tekst. I może jeszcze wzrośnie podczas jego lektury przez Czytelnika.

Prerogatywa na szali

Prerogatyw prezesa zarządu lub przewodniczącego rady nadzorczej nie można przenosić na inne osoby. Istota prerogatywy polega właśnie na tym, że jest ona nierozdzielnie związana z określoną funkcją, czyli przysługuje wyłącznie piastunowi tej funkcji w czasie jej pełnienia. Przykładem uprawnienie przewodniczącego rady nadzorczej – a także prezesa zarządu – do rozstrzygnięcia głosowania w razie równości głosów. Z tą różnicą, że w takiej sytuacji głos przewodniczącego rady „rozstrzyga” wynik głosowania (art. 391 § 1, zdanie drugie Ksh), natomiast głos prezesa zarządu „decyduje” o wyniku głosowania (art. 371 § 2 zdanie drugie Ksh). Nie widzę tu różnicy, chociaż zapewne można na ten temat napisać habilitację. Powodzenia!

W przypadku obu organów ustawa przewiduje, jako zasadę, podejmowanie uchwał bezwzględną większością głosów (nie dotyczy to z natury rzeczy zarządu w składzie jednoosobowym). Statut może wprowadzić wyjątki od tej zasady. Wyjątki rozmaite. Może więc sformułować wymóg większości kwalifikowanej co do liczby głosów (na przykład warunkować przyjęcie uchwały od oddania na nią ¾ głosów). Może warunkować ważność uchwały od udziału w głosowaniu prezesa zarządu lub przewodniczącego rady nadzorczej, a nawet od oddania przezeń głosu za. Może też zawierać inne postanowienia podwyższające lub obniżające warunki przyjmowania uchwał, w tym znieść wymóg bezwzględnej większości głosów, a wtedy przyznać prezesowi zarządu i/lub przewodniczącemu rady nadzorczej prawo przeważenia szali w razie równości głosów. Anglosasi nie odróżniają głosu „decydującego” od „rozstrzygającego”, używają terminu casting vote. Radzę nie mylić go z terminem casting couch, znaczeniowo bliskiemu prawu pierwszej nocy. Ksh nie wyposaża przewodniczących rad w taki przywilej (może szkoda?), niemniej prezesi jakoś sobie radzą.

Utarło się, że większość polskich rad nadzorczych podejmuje większość uchwał jednomyślnie, bo któż śmiałby wychylić się ze swoim zdaniem, jeżeli go nie ma? Utarło się, że wiele (może nie większość, ale – na oko – blisko połowy) statutów spółek publicznych uznaje, że w razie równości głosów można głosem rozstrzygającym wykreować większość bezwzględną, z czym się nie zgadzam (o tym obszerniej kiedy indziej!). Utarło się wreszcie, że prerogatywą przewodniczącego rady nadzorczej pod jego nieobecność statuty obdzielają wiceprzewodniczącego, bądź nawet członka rady prowadzącego, pod nieobecność obu, głosowanie. Jest to nieporozumienie.

Fantazji bywało więcej. W jednej ze spółek przewodniczącemu rady nadzorczej przysługiwał, w razie równości głosów, głos podwójny (!). W innej, niegdyś dość głośnej, doszło do sytuacji osobliwej. Statut nie przewidywał głosu rozstrzygającego prezesa zarządu, w skład dwuosobowego zarządu wchodzili: członek zarządu i członek rady nadzorczej oddelegowany do czasowego pełnienia obowiązków prezesa. Doszło do głosowania w sprawie niebagatelnej, bo dotyczącej zmiany terminu walnego zgromadzenia. W obliczu równego rozkładu głosów p.o. prezesa uparł się, że jego głos przeważa. Obu tych spółek nie ma już na giełdzie.

W niektórych spółkach kwestię głosu rozstrzygającego uregulowano nie w statucie, a w regulaminie zarządu i/lub rady nadzorczej. Regulamin nie może dotykać spraw zastrzeżonych dla statutu spółki, ponieważ statut leży w gestii walnego zgromadzenia, a regulamin – niekoniecznie. Nawet nie o to chodzi, że regulacja płynie z niewłaściwego źródła, ani o to, że często jest ona niezgodna z prawem – lecz przede wszystkim o to, że nikomu to jakby nie przeszkadza. Sorry, taki mamy rynek.

Czytaj także:
2013.07.28 Za, a nawet przeciw
2001.04.09 Wyjście z pata

O sztuce głosowania

Głosowanie jest sztuką. Sztuką wspierania przez głosującego jego poglądów (w wyborach powszechnych) lub interesów (w spółce). Nie umiemy głosować w wyborach, o czym świadczy zatrważająco wysoka liczba głosów nieważnych. Nie umiemy też głosować w spółce. Od 25 lat uważnie obserwuję głosowania w spółkach akcyjnych (przez poprzednie 25 lat uważnie obserwowałem głosowania w systemie Narodów Zjednoczonych i na konferencjach międzynarodowych). Kilka wpisów poświęcę sztuce głosowania.

W głosowaniu możliwe są różne postawy. Głosów oddanych ZA (ang. in favour) nie ma co komentować. Wszystko jest jasne.

Bardziej złożone bywają sytuacje, w których oddano głos PRZECIW (ang. against) uchwale. W spółce akcyjnej głos przeciw może zostać wzmocniony. Na walnym zgromadzeniu wzmocni go zgłoszenie po głosowaniu sprzeciwu wobec wyniku niekorzystnego dla głosującego przeciw, połączone z żądaniem zaprotokołowania sprzeciwu, co otwiera drogę do zaskarżenia uchwały. Nie każdy żądający zaprotokołowania sprzeciwu wytoczy później powództwo o uchylenie, lub o stwierdzenie nieważności, zaskarżonej uchwały, lecz to już inna historia.

Natomiast w zarządzie i radzie nadzorczej głos przeciwny uchwale, która została powzięta, może zostać wzmocniony zdaniem odrębnym. Wprawdzie nie zmieni ono wyniku głosowania, za to zwolni wnoszącego takie zdanie od odpowiedzialności za niekorzystne skutki kontestowanej uchwały. Niestety, zdanie odrębne bywa wnoszone rzadko, gdyż brakuje nam kultury głosowania, hołdujemy fałszywemu dążeniu do jednomyślności. Uwaga: komitety rady nadzorczej nie podejmują uchwał, więc nie zachodzi potrzeba przeprowadzania w nich formalnych głosowań.

Najwięcej nieporozumień dotyczy głosu WSTRZYMUJACEGO SIĘ (ang. abstention). Uważa się powszechnie, że głos wstrzymujący się nie jest głosem ani na TAK, ani na NIE; że jest neutralny jak Szwajcaria. Za ilustrację takiego myślenia niechaj posłuży przypadek znanego prawnika, autorytetu w zakresie prawa spółek. Po wejściu w życie przepisu Ksh dopuszczającego tzw. split voting (czyli możliwość głosowania odmiennie z każdej z akcji, którymi akcjonariusz uczestniczy w walnym zgromadzeniu) nabył on dla frajdy trzy akcje spółki notowanej na GPW i wziął udział w walnym zgromadzeniu, każdą z akcji głosując inaczej: z jednej oddał głos za, z drugiej przeciw, a z trzeciej wstrzymał się. Po czym oświadczył, że jego głosy zniosły się wzajemnie, przeto nie wpłynęły na wynik głosowania. Otóż nie zniosły się, ponieważ głos oddany jako wstrzymujący się był w istocie liczony tak samo jak głos oddany przeciw – z tą różnicą, że nie uprawniał do wniesienia sprzeciwu i żądania odnotowania tego w protokole.

GŁOS WSTRZYMUJACY SIĘ jest głosem oddanym i liczonym (podobnie jak głosy PRZECIW) przeciwko głosom oddanym ZA. Jest jednak w porównaniu z głosami przeciw ułomny, ponieważ nie otwiera możliwości zaskarżenia uchwały walnego zgromadzenia, ani wniesienia (w zarządzie lub radzie nadzorczej) zdania odrębnego, które pozwoli uchylić się od odpowiedzialności za szkodę spowodowaną kwestionowaną uchwałą. Przypuszczam, że większość członków zarządów i rad nadzorczych, nie wspominając już akcjonariuszy, nie zdaje sobie z tego sprawy.

Jest wreszcie czwarta postawa: uprawniony do oddania głosu jest w czasie głosowania NIEOBECNY (absent). Powody bywają różne. Ktoś spóźni się na głosowanie, ktoś nie weźmie w nim udziału, bo śpieszy się na samolot, ktoś wyjdzie z sali obrad, żeby telefonować. Jak pogodzić to z wymogiem kworum? Pewien profesor prawa, słynący z tego, że podczas posiedzeń rad nadzorczych większość czasu spędza z komórką na korytarzu, przed wyjściem z sali obrad zawsze prosi: „Gdyby było jakieś głosowanie, jestem za”. Czy to jest aby zgodne z prawem spółek? Oczywiście nie. Ale profesor jest lubiany, sympatyczny, któż śmiałby protestować?

Piąta możliwa postawa polega na tym, że uprawniony po prostu GŁOSU NIE ODDAJE, chociaż bywa obecny (present and no voting). Bo przysnął, zagapił się, albo nie zdążył w porę opuścić obrad, a zajmować stanowiska nie chce, gdyż jego interesom najlepiej służy milczenie. W polityce międzynarodowej zdarza się to dość często.

Bywają akcje uprzywilejowane co do głosu. Bywają dla odmiany akcje nieme, czyli bez głosu. Są tajne głosowania i zbędne komisje skrutacyjne do liczenia głosów, których policzyć nie można. Bywają głosowania imienne. Bywa, że statut przyznaje prezesowi zarządu i/lub przewodniczącemu rady nadzorczej głos decydujący (rozstrzygający – ang. casting vote). Bywa też osobliwość w postaci głosu oddanego przez członka rady nadzorczej na piśmie za pośrednictwem innego członka rady. Czy jeszcze ktoś może przeczyć tezie, że głosowanie jest sztuką?

Czytaj także:
2014.06.07 Głos kulawy i szkodliwy
2013.07.28 Za, a nawet przeciw

Głos kulawy i szkodliwy

Głos wstrzymujący jest traktowany przy ustalaniu większości podobnie jak głos przeciw, ale nie daje on przywilejów związanych z głosowaniem przeciw.

Molierowski („Mieszczanin szlachcicem”) Monsieur Jourdain nie wiedział, że od 40 lat mówi prozą. Dzisiaj niejeden uczestnik obrotu gospodarczego nie wie, że wstrzymując się od głosu, przecież głosuje. Pierwszy był nuworyszem, drugiemu brak obycia w głosowaniach w organach spółek handlowych. Pierwszy nie znał manier, drugi nie zna prawa. Kodeks spółek handlowych stanowi, że głos „wstrzymujący się” jest głosem oddanym, podobnie jak głosy „za” i „przeciw”. Jako głos oddany, głos wstrzymujący jest traktowany przy ustalaniu większości podobnie jak głos przeciw, ale nie daje on przywilejów związanych z głosowaniem przeciw. Z tego względu jest głosem kulawym. A z racji braku u głosującego świadomości skutku takiego głosu – jest on nadto zjawiskiem szkodliwym.Jeżeli przepis wymaga bezwzględnej większości głosów jako warunku powzięcia uchwały (czyli arytmetycznej przewagi głosów za nad sumą głosów przeciw i wstrzymujących się), głos wstrzymujący się będzie liczony na równi z głosem przeciw, ale postawi wstrzymującego się w gorszej sytuacji prawnej niż głosującego przeciw.

Kto w organach spółki akcyjnej głosuje przeciw, nabywa związane z tym przywileje. Głos oddany przeciwko uchwale powziętej przez walne zgromadzenie uprawnia głosującego do żądania zaprotokołowania sprzeciwu, co otwiera drogę do wytoczenia powództwa o uchylenie uchwały lub stwierdzenie jej nieważności. Głos wstrzymujący się zostanie policzony przy ustalaniu większości na równi z głosem przeciw, lecz nie da podstawy do zgłoszenia sprzeciwu. Głos oddany przeciwko uchwale zarządu lub rady nadzorczej uprawnia głosującego do zgłoszenia zdania odrębnego, które zostanie zaprotokołowane. Funkcją zdania odrębnego jest wyłączenie głosującego przeciwko uchwale od odpowiedzialności za negatywne następstwa uchwały. Głos wstrzymujący się zostanie policzony przy ustalaniu większości na równi z głosem przeciw, lecz nie daje podstaw do zgłoszenia zdania odrębnego i wyłączenia odpowiedzialności. Innymi słowy: kto wstrzymuje się od głosu, oddaje w istocie głos przeciw, ale niepełnoprawny, bo pozbawiony praw płynących z głosu oddanego przeciw, nawet niepełnosprawny, kulawy.

Iks mówi: Nie chciałem wpływać na wynik głosowania, więc wstrzymałem się od głosu.Nieprawda, wpłynął na wynik, ponieważ uczestniczył w głosowaniu i oddał ważny głos – tyle, że wstrzymujący się. Głos został policzony i, wbrew intencji Iksa, arytmetycznie potraktowany jako głos przeciw. Iks jest członkiem rady nadzorczej jednej z najważniejszych spółek w Polsce, ale nie zna przepisów; akurat pod tym względem zalicza się do większości. Ygrek mówi: byłem przeciwko podjęciu tej uchwały i ostro gardłowałem, ale inni milczeli, więc kiedy przyszło do głosowania, wstrzymałem się, bo u nas w zarządzie nikt nigdy nie
głosował przeciw prezesowi. A teraz akcjonariusze wnoszą przeciwko nam wszystkim powództwo o naprawienie szkody; mnie chyba powinni dać spokój, skoro nie byłem za.

Ygrek dwakroć nie ma racji. Nie liczy się, co mówił na posiedzeniu zarządu, a tylko jak głosował; zresztą protokół zarządu nie zawarł (słusznie!) przebiegu dyskusji, skoro nic z niej nie wynika. Głos wstrzymujący się nie zwalnia od odpowiedzialności. Kto pragnie uniknąć wpływu na wynik głosowania, niech nie bierze w nim udziału, nie głosuje. Uczestnik walnego zgromadzenia może na czas takiego głosowania wyrejestrować akcje, członek zarządu lub rady nadzorczej może na czas takiego głosowania opuścić salę obrad i żądać zaznaczenia tego w protokole.

Nie znam argumentów przemawiających za oddaniem głosu wstrzymującego się. W polityce taka sytuacja oznacza niemy sprzeciw, tak postąpili posłowie koła Znak podczas głosowania w 1976 r. nad poprawkami do Konstytucji PRL. W spółce akcyjnej sprzeciw wcale nie musi być niemy, zarówno akcjonariusz uczestniczący w walnym zgromadzeniu, jak członek zarządu lub rady nadzorczej uczestniczący w głosowaniu, może skorzystać z instrumentu prawnego wspierającego jego indywidualny sprzeciw.

Głośny był niegdyś opisany w Parkiecie głosowania nad absolutorium dla prezesa notowanej na GPW spółki z większościowym udziałem Skarbu Państwa. Inwestorzy instytucjonalni głosowali za absolutorium (wkrótce wyszło na jaw, że niesłusznie, ponieważ prezes spółki sprowadził ją na złą drogę). Głosami Skarbu Państwa dysponowała pani dyrektor z MSP. Nie otrzymała instrukcji z resortu, bądź pogubiła się – dość, że wstrzymała się od głosu. W tej sytuacji uchwała o udzieleniu prezesowi absolutorium nie mogła zostać powzięta. Urzędniczka nie kryła zdziwienia, dlaczego tak się stało i jak w ogóle mogło dojść do tego. Przecież w jej ręce była większość głosów i nie zostały one oddane przeciw… Podobno od tej pory na walne zgromadzenia resort wysyła bardziej rozgarniętych. Podobno.
Tekst ukazał się 16 czerwca 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2013.07.28 Za, a nawet przeciw
2001.06.26 Arytmetyka rady

Niezależność jest publiczna

Czy niezależny członek rady nadzorczej powinien, na żądanie akcjonariusza, ujawniać jak głosował?

STAN FAKTYCZNY: spółka notowana na GPW nabyła od swojego akcjonariusza znaczące aktywa. Inwestorzy instytucjonalni (obecne w spółce fundusze emerytalne i inwestycyjne) mieli liczne wątpliwości co do zasadności transakcji, a zwłaszcza co do ceny. Jeden z funduszy zwrócił się do niezależnego członka rady nadzorczej, którego kandydaturę do rady wcześniej zgłosił, z prośbą o ujawnienie, jak głosował nad wnioskiem zarządu do rady o zgodę na transakcję. Niezależny członek rady miał wątpliwości, czy powinien ujawnić zajęte przez siebie stanowisko.

MOJA OPINIA brzmiała: jeżeli akcjonariusz zażądał ujawnienia stanowiska zajętego przez niezależnego członka rady nadzorczej w głosowaniu nad uchwałą budzącą czyjekolwiek wątpliwości, niezależny członek rady powinien publicznie ujawnić swój głos, a jeżeli złożył do niego zdanie odrębne – także treść uzasadnienia zdania odrębnego. W żadnym wypadku nie wystarczy ujawnienie głosu członka rady akcjonariuszowi, który zgłaszał kandydaturę niezależnego podczas wyboru rady nadzorczej; taki krok pozbawiłby w moich oczach członka rady nadzorczej przypisanego mu przymiotu niezależności. Ujawnienie treści głosu powinno być adresowane do wszystkich zainteresowanych, czyli bezwzględnie mieć charakter publiczny.

UZASADNIENIE mojego stanowiska składa się z dwóch argumentów. Po pierwsze, nie należy mylić powszechnie uznawanej poufności obrad rady nadzorczej z tajnością wyników jej prac, czyli powziętych przez nią uchwał. Rozumiem tych, którzy oponują przeciwko ujawnianiu przebiegu dyskusji na posiedzeniach rady lub w toku głosowania poza posiedzeniami. Sam opowiadam się nawet przeciwko protokołowaniu przebiegu takiej dyskusji, ponieważ jest to czynność niepotrzebna. Lecz uchwały rady nadzorczej nie powinny być obejmowane klauzulą tajności. Śmieszą mnie zresztą sytuacje, gdy rada nadzorcza podejmuje w głosowaniu tajnym uchwały inne niż w sprawach personalnych. Tajność nie ma sensu, skoro każdy członek rady ma prawo zgłosić zdanie odrębne względem każdej uchwały powziętej przez radę przy jego sprzeciwie. Nie widzę przeto przeszkód dla publicznego ujawniania przez niezależnych członków rady nadzorczej, jak głosowali w poszczególnych sprawach, a nawet dlaczego tak głosowali. Niezależność nie jest tajna – jest publiczna.

Po drugie, członkowie niezależni są w radzie nadzorczej po to, by ograniczyć w niej wpływy inwestora dysponującego szczególną pozycją w spółce. Wiele spółek notowanych na GPW ma przecież inwestorów rozporządzających bezwzględną większością głosów w spółce lub większością głosów wśród akcjonariuszy uczestniczacych w walnych zgromadzeniach. Pierwsza polska redakcja dobrych praktyk w spółkach publicznych (2002) przewidywała więc, (zasada 19 c) iż:

„Bez zgody przynajmniej jednego niezależnego członka rady nadzorczej nie powinny być podejmowane uchwały w sprawach:
 świadczenia z jakiegokolwiek tytułu przez spółkę i jakiekolwiek podmioty powiązane ze spółka na rzecz członków zarządu;
 wyrażenia zgody na zawarcie przez spółkę lub podmiot od niej zależny istotnej umowy z podmiotem powiązanym ze spółką, członkiem rady nadzorczej albo zarządu oraz z podmiotami z nimi powiązanymi;
 wyboru biegłego rewidenta dla przeprowadzenia badania sprawozdania finansowego spółki”.

Towarzyszyło temu założenie, że członkowie niezależni powinni stanowić przynajmniej połowę składu rady nadzorczej. Było to założenie nierealne: wówczas jeszcze mało kto w Polsce słyszał o niezależnych członkach rady nadzorczej, był to na naszym rynku gatunek niezmiernie rzadki, więc – jako realista – ostro krytykowałem pomysł by nagle, z marszu, oddawać niezależnym przynajmniej połowę miejsc w radach. Pisałem: to rozwiązanie idzie o jeden most za daleko. Albo o dwa. Nie kwestionowałem natomiast uprzywilejowania niezależnych, wyposażenia ich w swoiste veto wobec uchwał rady w wymienionych sprawach. Z czasem zaniechano starań o szczególną pozycję niezależnych członków w radzie nadzorczej, a nieudana ustawa o biegłych rewidentach (2009) odebrała im nawet możliwość posiadania akcji nadzorowanej spółki.

Wspomniany wyżej niezależny członek rady nadzorczej, którego ogarniały wątpliwości, czy powinien ujawnić swój głos, kilka lat wcześniej był entuzjastą cytowanej zasady Dobrych praktyk 2002.

Wniosek pierwszy: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Niezależny członek rady nadzorczej publicznie ogłaszający swoją opozycję wobec poczynań znaczącego inwestora naraża się przecież na to, ze inwestor zablokuje jego reelekcję do rady. Z kolei gdyby uległ on inwestorowi akceptując jego poczynania, inwestor instytucjonalny nie zgłosiłby ponownie jego kandydatury do rady.

Wniosek drugi: nie należy szukać w prawie spółek wskazówek, jak postąpić w omawianej sytuacji. Ksh nie zna instytucji niezależnego członka rady nadzorczej, jak zresztą wielu innych instytucji corporate governance. To zrozumiałe, ponieważ corporate governance nie jest przedłużeniem prawa lecz treścią stosunków rozpościerających się pomiędzy prawem a rynkiem.

Czytaj także:
2003.03.31 O jeden most za daleko
2003.06.23 Niezależni: odrzut z importu

Prezesura do kasacji?

Jedna ze spółek notowanych na rynku New Connect zadała sobie trud dokonania zmiany statutu polegającej na usunięciu z niego funkcji prezesa zarządu i przyjęciu zasady, że „członkowie zarządu prowadzą sprawy spółki samodzielnie; jednakże w przypadku, gdy przed podjęciem danej czynności choćby jeden z członków zarządu wyraził swój sprzeciw, dla dokonania takiej czynności konieczne jest podjęcie uchwały przez zarząd”. Takie rozwiązanie zbliża ustrój wspomnianej spółki, chociaż akcyjnej, do spółki z ograniczoną odpowiedzialnością pod rządami Kodeksu handlowego z 1934 r. Lecz nawet w spółce akcyjnej funkcja prezesa zarządu nie jest obligatoryjna, jej zniesienie nie narusza porządku prawnego lub natury spółki, nie godzi też w niczyje interesy. Prawdopodobnie we wspomnianej spółce żaden z kilkorga znaczących akcjonariuszy nie chciał oddać innemu inicjatywy w zarządzaniu, a nie stać jej na wynajęcie zawodowego menedżera.

Odstępując od obsadzania funkcji prezesa zarządu, spółka zrezygnowała z kilku użytecznych instrumentów. Jednym z nich jest głos rozstrzygający, którym prezes może przesądzić o wyniku głosowania w sytuacji równej ilości głosów za uchwałą z jednej strony oraz przeciw i wstrzymujących się z drugiej. Oczywiście, głos rozstrzygający może zostać użyty tylko wtedy, gdy statut dopuszcza taką możliwość. Tylko przez prezesa zarządu (w radzie nadzorczej przez przewodniczącego), nigdy przez innego członka zarządu (lub rady), bez względu na to, czy funkcja prezesa (lub przewodniczącego) jest obsadzona, czy nie. I tylko wtedy, gdy statut znosi wymóg większości bezwzględnej, dopuszczając zwykłą.

Statut może przyznać prezesowi zarządu (lecz przewodniczącemu rady nadzorczej już nie) określone w nim uprawnienia w zakresie kierowania pracami zarządu. Kodeks nie zawiera katalogu takich uprawnień, a spółki rzadko wprowadzają do swoich statutów stosowne postanowienia, bo też statuty bywają sporządzane na jedno kopyto, według kiepskiego wzorca w komputerze kancelarii prawnej. Lecz można wskazać, że statutowe uprawnienia prezesa obejmują na przykład ustalanie i zmienianie porządku obrad, ograniczanie czasu wystąpień, decydowanie o osobach zaproszonych na posiedzenie zarządu, przydzielanie członkom zarządu spraw do załatwienia lub podział obowiązków między nich, decydowanie o kolejności załatwiania spraw, zarządzanie przerw i wznawianie obrad. Czyli wszystko w granicach zasady, że prezes nie jest przełożonym członków zarządu.

Statut może nawet uzależnić możliwość podjęcia przez zarząd uchwały od udziału prezesa w głosowaniu (przed czym stanowczo przestrzegam, ponieważ daje to prezesowi nieuzasadnioną możliwość obstrukcji procedowania). Zdarza się także, że statut przyznaje akcjonariuszowi pełniącemu funkcję prezesa zarządu prawo powoływania jednego lub więcej członków rady nadzorczej; przywilej ów płynie wszelako nie z racji pełnienia stanowiska, a z tytułu posiadania akcji, niemniej zniechęcam do takiej praktyki, ponieważ wyznaczony przez prezesa członek rady nadzorczej będzie zwykłym „słupem”. Jakakolwiek zależność członka rady nadzorczej od członka zarządu godzi bowiem w naturę spółki. Bywa wreszcie, że to prezes jest słupem: przed laty Lewiatan sp. z o.o. (proszę nie mylić z konfederacją Lewiatan Henryki Bochniarz), niegdyś wydawca pisma „Lewiatan”, w procesie o zapłatę, wytoczonym przez „Studio er” podnosiła, że prezes spółki Andrzej A. reprezentował ją tylko gwoli podniesienia jej prestiżu (o wdzięku już nie wspomniano), zaś de facto rządził dyrektor operacyjny. Osobliwe.

W historycznym Kodeksie handlowym nie przewidziano żadnych wyróżników dla prezesa zarządu, nawet sam tytuł „prezes” został incydentalnie przypisany przewodniczącemu rady nadzorczej. W przedsiębiorstwach przekształcanych w spółki pod rządami ustawy o prywatyzacji do zarządów powoływano zazwyczaj członków dyrekcji, przeto prezesem zostawał dyrektor naczelny czy generalny, a tytuł prezesa długo traktowany jako pośledni. Zmieniło się to niedawno. Lecz spółka może skasować funkcję prezesa i właściwie nic się nie stanie – najwyżej straci pewne możliwości usprawniania prac zarządu.

Za, a nawet przeciw

Bywa, że sprawy najprostsze w praktyce przysparzają najwięcej kłopotów. W spółce akcyjnej do takich spraw należy głos. Głos bywa więc oddany, albo oddany na piśmie za cudzym pośrednictwem, bywa rozstrzygający, bywa doradczy. Za „głosy” Ksh uważa głosy „za”, „przeciw” lub „wstrzymujące się” oddane podczas głosowania w sposób zgodny z ustawą lub statutem spółki. Nie liczą się więc głosy puste, nieważne, nieoddane, ale oddane niezgodnie z przyjętą procedurą, na przykład w sposób jawny w głosowaniu tajnym, albo w sposób tajny w jawnym głosowaniu imiennym. Prawo nie przewiduje głosów „za, a nawet przeciw”, ponieważ z głosem wiąże się odpowiedzialność. W przypadku głosu „przeciw” można próbować uchylić się od odpowiedzialności za uchwałę składając zdanie odrębne. Oddanie głosu „wstrzymującego się” jest w gruncie rzeczy czynnością bezsensowną: dla obliczenia większości ma on takie samo znaczenie jak głos „przeciw”, ale wobec głosu „przeciw” jest kulawy, ponieważ nie może zostać wzmocniony zdaniem odrębnym.

Zgodnie z Ksh statut spółki może przewidywać, że członkowie rady nadzorczej (nie zarządu!) biorą udział w podejmowaniu uchwał oddając głos na piśmie za pośrednictwem innego członka rady. Nie jest on pełnomocnikiem decydującym o treści głosu, w istocie jest listonoszem. Oddanie głosu na piśmie nie może dotyczyć spraw wprowadzonych do porządku obrad rady już na posiedzeniu. Głos na piśmie jest ważny, jeżeli jest „oddany”, czyli wyraża stanowisko „za” lub „przeciw”, albo „wstrzymuje się”. Gdyby członek rady napisał: „głosuję jak przewodniczący rady”, nie oddałby głosu ważnego. Ciekawostka: głos oddany w takim trybie liczy się do większości, ale głosujący w tym trybie nie liczy się do kworum.

Ksh przewiduje, że w spółce akcyjnej zarząd i rada nadzorcza podejmują uchwały bezwzględną większością głosów (to „więcej niż połowa głosów oddanych”, nie połowa plus jeden, jak błędnie liczą niektórzy!). Statut może stanowić inaczej: wymagać większości kwalifikowanej, lub uchylić wymóg większości bezwzględnej. Może też wyposażyć prezesa zarządu i /lub przewodniczącego rady w głos rozstrzygający (ang. casting vote) w przypadku równości głosów. Uwaga: prezes i przewodniczący nie dysponują głosami podwójnymi, lecz pojedynczymi ze wskazaniem. W przypadku równości głosów decydują oni o wyniku głosowania tylko jeżeli statut dopuszcza zwykłą większość, ponieważ większości bezwzględnej głos rozstrzygający nie jest w stanie wykreować. Cóż z tego, skoro liczne statuty zawierają wewnętrznie sprzeczny przepis: „Uchwały zarządu (odpowiednio: rady nadzorczej) zapadają bezwzględną większością głosów. W razie równości głosów decyduje głos prezesa zarządu (odpowiednio: przewodniczącego rady)”. Wymyślił to nieszczęśnik, który odpadł z pierwszego roku prawa, bo oblał egzamin z logiki. A teraz jeszcze otwierają zawody prawnicze.

Czyli: głos rozstrzygający może zostać przyznany prezesowi zarządu i /lub przewodniczącemu rady nadzorczej tylko przez statut, nie przez regulamin. Tylko pod warunkiem uchylenia w statucie wymogu większości bezwzględnej. I tylko prezesowi i /lub przewodniczącemu, nie ich zastępcom bądź osobom prowadzącym głosowanie pod ich nieobecność. Lecz w praktyce znaczy to niewiele. Po pierwsze, zarządy i rady nadzorcze podejmują większość uchwał jednomyślnie. Po drugie, prawnicy klecą tak pokrętne i mętne statuty, że sami nie są ich w stanie zrozumieć. Po trzecie, komentarze najczęściej kwitują problem kilkoma zdawkowymi uwagami. I, po czwarte, nikt nie kontroluje, czy uchwały zarządów i rad nadzorczych zapadają zgodnie z prawem i statutem spółki.

W ksh straszy jeszcze „głos doradczy”. Dysponuje nim członek rady nadzorczej wybrany w głosowaniu oddzielnymi grupami i delegowany przez grupę do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Ma on prawo uczestniczyć w posiedzeniach zarządu „z głosem doradczym”, co nie oznacza nic. Ciekawe, jak ustawodawca wyobraża sobie uczestnictwo takiego członka rady w posiedzeniu zarządu jednoosobowego.

Czytaj także:
2002.09.02 Głos doradczy
2001.04.09 Wyjście z pata

Arytmetyka rady [2001]

W radzie nadzorczej niekiedy dochodzi do kryzysu. Jego manifestacją jest niemożność podjęcia uchwały z powodu braku większości, kiedy różnice stanowisk symetrycznie dzielą członków rady. Ponieważ uchwała bywa jedynym owocem prac rady, niemożność jej podjęcia paraliżuje radę. Paraliż rady nadzorczej może udzielić się spółce. Dlatego ustrój spółki powinien usprawniać dochodzenie przez radę do uchwał.

Kodeks spółek handlowych przewiduje, iż uchwały rady nadzorczej zapadają bezwzględną większością głosów, lecz statut spółki może ustanowić odmienne rozwiązania. Może on przeto zaostrzyć rygory wymagając, by uchwały rady (najczęściej tylko w określonych sprawach) zapadały większością kwalifikowaną. Praktyka dowodzi jednak, że obliczanie większości przychodzi spółkom z trudem. Anegdotyczny jest przykład Agory, której statut posługuje się pojęciem ‘bezwzględnej większości ¾ głosów’. Stąd już tylko krok do dopuszczenia głosów ‘za, a nawet przeciw’…

Według kodeksu spółek handlowych bezwzględna większość głosów to więcej niż połowa głosów oddanych. Uwzględnia się głosy ‘za’, ‘przeciw’ i ‘wstrzymujące się’, oddane podczas głosowania w sposób zgodny z ustawą lub statutem spółki. Uprawniony do udziału w głosowaniu, który wstrzymuje się, niby wcale nie oddaje głosu, ponieważ nie zajmuje stanowiska ani ‘za’, ani ‘przeciw’, niemniej oddaje on głos w tym znaczeniu, że ów głos zostanie policzony i wpłynie na wynik głosowania. Bezwzględną większość głosów uzyskuje się przeto w sytuacji, gdy liczba głosów ‘za’ przewyższa sumę liczby głosów ‘przeciw’ i liczby głosów ‘wstrzymujących się’.

Głos wstrzymujący się zostanie zatem dodany do sumy głosów przeciwko uchwale. W radzie nadzorczej głos wstrzymujący się jest więc w praktyce głosem oddanym przeciw uchwale.
Jeżeli w głosowaniu uczestniczy 9 lub 8 członków rady, bezwzględna większość wyniesie 5 głosów ‘za’. Jeżeli w głosowaniu uczestniczy 7 lub 6 członków rady, bezwzględna większość wyniesie 4 głosy ‘za’. Jeżeli w głosowaniu uczestniczy 5 lub 4 członków rady, bezwzględna większość wyniesie 3 głosy ‘za’. Jeżeli w głosowaniu uczestniczy 3 lub 2 członków rady (a dopuszczalne jest podjęcie przez radę uchwały), bezwzględna większość wyniesie 2 głosy ‘za’.
Odpowiednio: jeżeli statut przewiduje większość ¾ głosów, a w głosowaniu uczestniczy 9 członków rady – wymagana większość wyniesie 7 głosów ‘za’; gdy uczestniczy 8 członków rady – wymaga większość wyniesie 6 głosów ‘za’, gdy 6 – wyniesie 5, gdy 5 – wyniesie 4, gdy 4 – wyniesie 3, natomiast gdy w głosowaniu uczestniczy 3 lub 2 członków rady (a dopuszczalne jest podjęcie przez radę uchwały), wymagana większość głosów ‘za’ równa się liczbie członków rady uczestniczących w głosowaniu.

Statut spółki może uchylić ustawowy wymóg podejmowania uchwał przez radę nadzorczą bezwzględną większością głosów. Mianowicie może on dopuścić, że w przypadku równości głosów rozstrzyga głos przewodniczącego rady nadzorczej. Takie rozwiązanie zapobiega paraliżowi nadzoru, a nawet całej spółki, gdy w podzielonej radzie brak większości. W podzielonej radzie przewodniczący może być arbitrem, więc o to stanowisko niekiedy toczy się walka. Ostatnio rada nadzorcza Ireny ponoć wybrała dwóch różnych przewodniczących. Stanowczo należy unikać rozpowszechnionego w polskich spółkach dualizmu rad nadzorczych, bądź ich przewodniczących. Takie praktyki negatywnie ciążą nie tylko na wycenie samych spółek. Są one fatalnym świadectwem sytuacji polskiego rynku.

Statut może jednak wyposażyć w rozstrzygający głos w radzie tylko jej przewodniczącego! W żadnym wypadku – jego zastępcę, nawet jeżeli wiceprzewodniczący prowadzi posiedzenie pod nieobecność przewodniczącego. Ani szarą eminencję w radzie. Ani panią Basię. Wiele spółek uważa inaczej i wyposaża w głos rozstrzygający ‘osobę prowadzącą posiedzenie rady nadzorczej’, bądź tylko wiceprzewodniczącego rady, w przypadku nieobecności przewodniczącego. Ostatnio taką zmianę do statutu wprowadził Bank Ochrony Środowiska. Moim zdaniem jest to rozwiązanie niezgodne z kodeksem spółek handlowych. Pisałem już o tym niedawno. Niestety, coraz częściej przychodzi mi pisać o tym, że w Polsce prawo jest lekceważone.

Tekst ukazał się 25 czerwca 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.
Czytaj także:
2014.06.17 Głos kulawy i szkodliwy
2013.07.28 Za, a nawet przeciw