Archiwa tagu: GPW

Jak wymodlić powrót Najświętszej Panienki na giełdę?

Niezależność od polityki zawdzięcza warszawska giełda opiece Najświętszej Panienki – powiadał twórca polskiego rynku kapitałowego dr Krzysztof Lis (1948 – 2005). Nawet agnostycy przyznawali, że coś jest na rzeczy. Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie SA rozpoczęła działalność w 1991 r. w przychylnej atmosferze społecznej i politycznej. Przez 15 lat prowadził ją kompetentnie dr Wiesław Rozłucki, jak ognia unikając polityki. Wprawdzie politycy niekiedy kołatali do drzwi giełdy to czyniąc wrzutkę do składu zarządu, to uderzając prezesa po premii, ale – szczęściem! – poprzestawali na takich demonstracjach.

O krok dalej poszli w roku 2005: po zwycięstwie wyborczym PiS ogłoszono konkurs na stanowisko prezesa GPW, Rozłucki taktownie nie wziął w nim udziału, niemniej wynik konkursu został pozytywnie przyjęty przez rynek: prezesem został dr Ludwik Sobolewski, wiceprezes związanego z GPW Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Swoją posługę pełnił z większym niż Rozłucki animuszem, lecz za to z mniejszą rozwagą; po kilku latach niekwestionowanych sukcesów odszedł ze stanowiska na tle kontrowersji dotyczących konfliktu interesów.

Jego następcą został bliski współpracownik i oczywisty sukcesor Adam Maciejewski, który jak mało kto, albo wręcz nikt, znał giełdę i jej mechanizmy, ale z upływem kadencji nie został ponownie wybrany. Zastąpił go Paweł Tamborski, wcześniej epizodyczny podsekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa, jednak powszechnie postrzegany jako człowiek rynku kapitałowego. Niestety! Najświętsza Panienka chyba wyjechała na wakacje pozostawiając giełdę bez swojej bezcennej opieki.

Ponowne zwycięstwo wyborcze PiS (rok 2015) oznaczało powrót polityki. Tym razem weszła ona na GPW metodą „na rympał”. Tamborskiemu miano za złe prywatyzację Ciechu; w istocie skutkuje ona tym, że Skarb Państwa pozbył się kłopotu. Nasłano na prezesa służby, w środku dnia wyprowadzono z budynku, paski w telewizyjnych programach ekonomicznych alarmowały świat jakoby został aresztowany (co było nieprawdą, ale sensacja zapewne została celowo wywołana). Wkrótce minister Skarbu zażądał od prezesa rezygnacji.

Giełdę powierzono prof. Małgorzacie Zaleskiej, co przyjąłem z nadzieją. Pani profesor miała doświadczenie zdobyte w Bankowym Funduszu Gwarancyjnym (była prezesem) i w Narodowym Banku Polskim (była członkiem zarządu). Jej osobliwy afekt względem SKOKów nie miał moim zdaniem większego znaczenia. Lecz okazało się, że całkiem nie rozumie ona giełdy i rynku, jej prezesura była nieprzerwanym pasmem niepowodzeń, giełda nic nie zyskała, za to traciła cennych pracowników. Polityka przetrzebiła Radę Giełdy, wymiotła z niej specjalistów, niektóre nominacje wywołały pośród ludzi rynku rozpacz i śmiech pusty.

Obrany prezesem GPW Rafał Antczak nie zyskał wymaganej aprobaty Komisji Nadzoru Finansowego; mogła ona wskazać na brak jednego z wymogów formalnych, ale wolała czekać, aż kandydat zniechęci się i zrezygnuje. Takie maniery nie przystoją powadze organu państwa. Walne zgromadzenie GPW obrało kolejnego prezesa, ale i on nie spełnia tego samego wymogu, w dodatku jego kwalifikacje merytoryczne nie są szeroko znane i uznane. Komisja znowu marudzi, bierze sprawę na przeczekanie, nie potrafi jej rozstrzygnąć. Daje to zaczyn osobliwym spekulacjom. Boli mnie mieszanie przez media do tych intryg osoby prezesa Narodowego Banku Polskiego. Nikt nikomu już w Polsce nie ufa, lecz prezes NBP powinien – jak dotąd bywało – pozostawać z boku, poza podejrzeniami. Rząd mamy do niczego, siły zbrojne teraz też, sądy mają zostać rozwalone, niech utrzyma się chociaż waluta.

Nikogo nie może dziwić, iż Rzeczpospolita i Parkiet alarmują (23 sierpnia), że brak prezesa szkodzi giełdzie. Według mediów, jeden z zagranicznych funduszy inwestycyjnych – akcjonariusz GPW skarży się, że sytuacja „nie mieści się w jego skali corporate governance”. Lubię niedopowiedzenia, lecz tak błyskotliwego przecież nie umiałbym sformułować! Bardziej dosadne oceny formułują eksperci Polskiego Instytutu Dyrektorów, Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych i Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych. „Skoro od 2012 r. nie było prezesa, który mógłby poprowadzić giełdę w horyzoncie pełnej kadencji, to trudno oczekiwać, by po pięciu latach dryfu instytucja ta była gotowa do walki konkurencyjnej, zwłaszcza w obliczu zmian regulacyjnych” – diagnozuje dr Mirosław Kachniewski, prezes SEG. Lecz nie jest wykluczone, że właśnie o to chodzi politykom.
Jak więc wymodlić powrót Najświętszej Panienki na giełdę?

Czytaj także:
2017.02.23 Złoty róg, czapka z piór, czyli zabawa hegemona giełdą
2017.01.02 Dlaczego warto rozważyć powierzenie szefostwa GPW obcokrajowcowi?
2016.12.24 Jak prezes GPW straciła okazję, żeby siedzieć cicho

Kłopoty z technologią na walnym zgromadzeniu

Podczas wirtualnych walnych zgromadzeń menedżerowie spółki potrafią lekceważyć akcjonariat, prześlizgują się nad trudnymi sprawami, ignorują niewygodne dla nich pytania. Technologia daje im osłonę przed dociekliwością inwestorów.

Wprowadzenie nowoczesnej technologii na walne zgromadzenie przynosi różne efekty. Może przysłużyć się spółce i jej akcjonariuszom, usprawnić komunikację spółki z inwestorami oraz jej otoczeniem społecznym i biznesowym, poprawić jej przejrzystość i wzmocnić reputację, zwiększyć zaufanie pokładane w spółce, podnieść jej pozycję rynkową. Może też przynieść odwrotne następstwa: otulić spółkę mgławicą, posłużyć jej za tarczę przed przejrzystością i przewidywalnością, zamazać czytelność wyników oraz sytuacji i perspektyw spółki. Takie przypadki dotyczą niektórych spółek amerykańskich.

Na polskim rynku zastosowanie technologii na walnym zgromadzeniu sprowadza się najczęściej do użycia elektronicznych czytników do głosowania za pomocą kart z zakodowaną na nich liczbą głosów. Prawo pozwala na więcej. Od 2009 r. statuty spółek akcyjnych, publicznych i niepublicznych, mogą dopuszczać udział w walnym zgromadzeniu przy wykorzystaniu środków komunikacji elektronicznej. W świetle Ksh e-WZ obejmuje trzy komponenty: (1) transmisję obrad zgromadzenia w czasie rzeczywistym, (2) dwustronną komunikację w czasie rzeczywistym, w ramach której akcjonariusze mogą wypowiadać się w toku obrad WZ przebywając poza miejscem obrad, oraz (3) wykonywanie (osobiście lub przez pełnomocnika) prawa głosu przed lub w toku walnego zgromadzenia. Wobec tego e-WZ nie jest wydarzeniem wirtualnym: akcjonariusz może uczestniczyć w nim zdalnie, ale walne odbywa się rzeczywiście w oznaczonym miejscu, w którym przebywa przynajmniej notariusz protokołujący uchwały oraz przewodniczący walnego zgromadzenia, zapewne z obsługą techniczną i organizacyjną.

Przed kilku laty Giełda Papierów Wartościowych wykazała śmieszną nadgorliwość obejmując Dobrymi praktykami notowanych na niej spółek wymóg organizowania przez nie elektronicznych walnych zgromadzeń. Był to strzał kulą w płot: ani spółki nie miały ochoty stosować tej zasady, ani akcjonariusze nie wykazali zainteresowania zdalnym uczestnictwem w walnych zgromadzeniach. Wyzwanie podjęło kilka spółek, ale kaliber i liczba zdalnych uczestników e-WZ nie uzasadniały podjętej fatygi. Giełda wydatnie zaszkodziła autorytetowi Dobrych praktyk (a przy okazji swojemu), ponieważ nowej zasady powszechnie nie stosowano; po kilku latach wycofała się z niej chyłkiem. Obecnie zasada dotycząca e-WZ obwarowana jest kilkoma warunkami: nie ma już przymusu, spółka podejmuje takie przedsięwzięcie jeżeli jest ono uzasadnione z uwagi na strukturę akcjonariatu lub zgłaszane spółce oczekiwania akcjonariuszy, oraz o ile spółka jest w stanie zapewnić (po swojej stronie) infrastrukturę techniczną niezbędną dla sprawnego przeprowadzenia e-WZ. Współczesne oczekiwania są więc mocno ograniczone, lecz wiele spółek nie stosuje nawet innej zasady, minimalistycznej, dotyczącej zapewnienia powszechnie dostępnej transmisji obrad WZ w czasie rzeczywistym. Mimo nacisków na innowacyjność, wiele walnych zgromadzeń, także spółek publicznych, przebiega podobnie do tych sprzed 150 lat. Różnicę słychać wtedy, gdy w sali obrad działają mikrofony.

Polskie prawo daje więc możliwość organizowania hybrydowych walnych zgromadzeń: akcjonariusz swobodnie decyduje, czy weźmie w nich udział fizycznie lub obeśle je pełnomocnikiem, czy też wykona swoje prawa zdalnie, wykorzystując internet. Hybrydowe walne zgromadzenia są dopuszczone i rozpowszechnione na wielu rynkach. Inna postać walnych to zgromadzenie w postaci wirtualnej: akcjonariusze nie mają wyboru formy komunikowania się między sobą i ze zgromadzeniem, w obradach mogą wziąć wyłącznie zdalny udział, bez fizycznego kontaktu ze spółką i pozostałymi uczestnikami walnego zgromadzenia. Taką możliwość dopuszcza od 2000 r. stan Delaware w USA. Stan jest niewielki, słynie z liberalnych przepisów prawa spółek, zatem jest w nim inkorporowana większość amerykańskich spółek, w tym dwie trzecie z indeksu Fortune 500.

Wirtualne walne zgromadzenia bywają coraz liczniejsze i coraz mocniej są krytykowane. Ponieważ w USA nie jest praktykowany nasz idiotyczny nawyk zwoływania po kilka nadzwyczajnych walnych w roku, doroczne zgromadzenie (dosłownie Annual General Meeting) dawałoby jedyną okazję do spotkania menedżerów spółki z jej akcjonariuszami. Wprawdzie i tam „fizyczne” walne zgromadzenia przebiegają według utartego rytuału, lecz dają akcjonariuszom sposobność zadania pytań i żądania odpowiedzi na nie, a przed menedżerami stawiają obowiązek spojrzenia inwestorom prosto w oczy. Natomiast podczas wirtualnych walnych menedżerowie spółki potrafią lekceważyć akcjonariat, prześlizgują się nad trudnymi sprawami, ignorują niewygodne dla nich pytania. Technologia daje im osłonę przed dociekliwością inwestorów, protestami, głosami krytyki, gniewnymi reakcjami.

Wirtualny charakter wydarzenia sprzyja manipulacjom informacjami i działaniom na niekorzyść spółki. Sprzyja kontrolowaniu, cenzurowaniu i ograniczaniu inwestorów. Dlatego w niektórych stanach, jak New York i Massachusetts, prawo nie dopuszcza takich fanaberii. Niemniej liczba spółek korzystających z krytykowanej możliwości rośnie. W 2015 r. było ich 21, w 2016 r. już 154, nie tylko małych, także 14 z indeksu Standard & Poor’s 500. Na obecny rok wirtualne walne zapowiedziały już m.in., Ford Motor, ConocoPhillpis, Alaska Air, Duke Energy. Inwestorzy finansowi nieprzychylnie oceniają tę praktykę, która zaciera różnice między pozycją wielkich i drobnych akcjonariuszy. Paradoks polega na tym, że w Polsce zachęca się spółki do korzystania z technologii, natomiast w USA zniechęca się je do tego, ponieważ często poszły za daleko.

Tekst ogłoszony 28 kwietnia 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2010.06.10 e-Zgromadzenie da się lubić
2012.05.14 e-WZ bez przymusu!
2016.06.03 Spółka aktywna, akcjonariat bierny (casus e-WZ Netii)

Złoty róg, czapka z piór, czyli zabawa hegemona giełdą

Wydarzenia toczące się wokół warszawskiej giełdy przestały być komiczne. Stają się niepokojące. Rzutują one negatywnie na cały rynek kapitałowy. Spółka, której brak corporate governance, zazwyczaj wpada w kłopoty. Wprawdzie tabela notowań akurat olśniewa zielenią, lecz nie zmienia to postaci rzeczy: tam dzieje się źle. Konsekwencje może odczuć gospodarka, a poprzez nią – my wszyscy.

Kolejne nadzwyczajne zgromadzenie uzupełniło właśnie skład Rady Giełdy o dwóch członków. Z lakonicznych oficjalnych życiorysów nie wynika, by mieli oni dostateczne doświadczenie na rynku kapitałowym. Odnoszę wrażenie, że dla pana hegemona nie ma to znaczenia. Polityka rządu wobec giełdy toczy się według znanego założenia: „Robimy, co nam strzeli do głowy i nie uznajemy sprzeciwów ani krytyk. Z urzędu mamy rację, to jest oczywista oczywistość. W tym kraju to my jesteśmy panami, mamy złoty róg, mamy czapkę z piór. Nikt nam nie zrobi nic!”

Skład organów giełdy zmienia się niepokojąco często. Od początku ubiegłego roku zmiany w zarządzie lub radzie znalazły się w porządku obrad wszystkich pięciu walnych zgromadzeń: czterech nadzwyczajnych, oraz zwyczajnego. Uzasadniano to ogólnikami o wzmacnianiu nadzoru nad działalnością spółki. Nieznośna lekkość zwoływania nadzwyczajnych walnych zgromadzeń przyprawia o zawrót głowy. Drobni akcjonariusze nie jeżdżą przez pół Polski, nawet przez pół Warszawy, by wziąć udział w głosowaniu, którego wyniki są właściwie znane z góry; wiedzą doskonale, że ich głos i tak nic nie znaczy. Nawet zwyczajne walne zgromadzenie odbyło się na raty. Na 30 dni odroczono kwestię absolutoriów dla piastunów spółki; kaprys pana hegemona sprawił, że nie wszystkim je udzielono.

Inna sprawa, że organy spółki są jak drzwi obrotowe: wchodzi się często po to, by pokręcić się i zaraz wyjść. Osoby powoływane na piastunów spółki często składają rezygnacje nawet zanim rozejrzą się wokół. Dwaj członkowie Rady Giełdy wybrani do niej 30 listopada 2016 r. niebawem złożyli rezygnacje ze skutkiem na 31 grudnia tegoż roku. Inny niecodzienny przypadek dotyczy odwołania z Rady Giełdy jej przewodniczącego i niebawem ponownego powołania go do rady.

Można tę karuzelę tłumaczyć wewnętrznymi rozgrywkami w PiS: pod dywanem pinczerki gryzą się z ratlerkami, ale ostatnie słowo i tak należy do kota. Chodzi o personalia, nie o sprawy merytoryczne. Na tych nikt w PiS się nie zna. Na dronach zresztą także, jedynie na andronach. Autor strategii 27-lecia zapomniał o rynku kapitałowym, ze znacznym opóźnieniem dopisywano mu slajd o GPW. Komisja Nadzoru Finansowego w odnowionym składzie zadziwiająco długo zwleka z zatwierdzaniem nominatów do zarządu GPW.

Na temat zmian w Komisji też mam krytyczne zdanie. Przed laty powiedział mi jeden ze znanych finansistów: „Zarabiam więcej niż prezydent Stanów Zjednoczonych, a boję się Kwaśniaka”. Sprawdziłem: mój rozmówca rzeczywiście zarabiał więcej niż Barack Obama; nie miałem podstaw, by wątpić, że czuje wielki respekt przed Wojciechem Kwaśniakiem. Wszyscy czuli. Tego życzę nowym zastępcom przewodniczącego KNF. Przewodniczący na respekt dla siebie będzie musiał jeszcze popracować. Ośmieszył się składaniem rezygnacji z Rady Polityki Pieniężnej; obracaniem kota ogonem, że to nie rezygnacja, a wniosek; po czym ponownym rezygnowaniem, gdy wyklarowała się sprawa nowej posady. Wstyd.

Czapkę wiatr poniesie, róg pohuka po lesie….

Dlaczego warto rozważyć powierzenie szefostwa GPW obcokrajowcowi?

Obcokrajowiec na czele warszawskiej giełdy… Niespełna trzy lata temu zgłosiłem taki pomysł pod rozwagę rynku. Kandydata nie wskazałem, nie opowiadałem się za kimś ani przeciwko komuś. Uważałem, że trzeba ruszyć z miejsca, w którym giełda utknęła na dobre. Byłem świadomy, że pomysł nie zostanie zrealizowany. Polsce już wtedy, wiosną 2014 roku, opadały skrzydła. Wspominano jeszcze, acz z niewiarą, o przejmowaniu Wiednia z plejadą giełd zależnych, inwestowano na rynku brytyjskim, ale mentalnie byliśmy już odklejeni od świata, który zdawał się coraz mniej potrzebny. W zarządach i radach nadzorczych spółek strategicznych – tych o największym znaczeniu dla państwa, gospodarki, społeczeństwa – rozsiedli się sami nasi. Ekspatów nie chciały już także pozostałe spółki z udziałem Skarbu Państwa, bądź firmy rodzinne, nawet spółki mieniące się innowacyjnymi.

2017-01-17_kaDzisiaj powtarzam tamtą propozycję, chociaż zdaję sobie sprawę, że jest ona nierealna. Polska stała się bardzo nieufna wobec obcokrajowców. Obawiamy się ich w przekonaniu, że mogą nas zdemaskować, więc lepiej zatrzasnąć się przed nimi. Zatrzaskujemy zatem drzwi i okna. Niemniej korzyści płynące z proponowanego rozwiązania byłyby liczne i niezaprzeczalne. Obcokrajowiec z natury byłby kimś spoza układów, nie byłby ani z Tamtych, ani z Naszych, co dawałoby mu niezbędną samodzielność. To nie jest, nigdy nie było i nie powinno być, stanowisko polityczne. Co więcej: szef GPW ma robić swoje bez oglądania się na polityków. Bez podpinania się pod tę czy inną partię, koterię, kamarylę. Nie powinien wyczekiwać, kiedy komuś odpowiedzialnemu w rządzie za gospodarkę napiszą wreszcie slajd, który wspomni o giełdzie. Powinien natomiast recenzować politykę gospodarczą rządu przez pryzmat interesów uczestników rynku kapitałowego.

Państwo nie zawsze kieruje się interesami swojego rynku kapitałowego, ale powinno je znać. Lecz rodzimi politycy, zwłaszcza ci z najwyższego obecnie szczebla władzy, nie znają rynku kapitałowego. Wiedzą o nim tyle, że to żywioł, którego państwo nie poskromi. To się im nie podoba, ponieważ pragną wzmacniać państwo, rozwijać je kosztem, między innymi, rynku. Giełda pragnie ukształtować zachowania uczestników rynku dobrymi praktykami – zasadami pozbawionymi mocy obowiązującej, wypracowanymi przez sam rynek i obwarowanymi wspólnymi interesami. Politykom nie mieści się w głowach, że można dobrowolnie stosować regulacje, za którymi nie stoi państwo ze swoim aparatem przymusu. Świat oparty na wzajemnym zaufaniu i wspólnocie interesów jest dla nich nie do przyjęcia, ponieważ sami nikomu nie ufają, zwłaszcza sobie; do wspólnoty się nie poczuwają; ewentualnego partnera mają za przeciwnika i zamierzają zniszczyć, a jego interesów nie chcą szanować lub realizować.

GPW zawsze była, i wciąż jest, krainą fachowości. Jej rozwój był możliwy dzięki dyskretnej kurtynie odgradzającej ją od polityki. Zapowiedź zmiany prezesa przez najbliższe walne zgromadzenie nie spowodowała ogłoszenia żałoby narodowej, ale na giełdzie wzbudziła niepokój. Jedni boją się desantu „bankomatów”, czyli specjalistów z sektora bankowego. Inni dowodzą, że przecież gorsi są urzędnicy. Wyrażane są obawy, by giełda nie stała się kolejną agendą realizacji strategii odpowiedzialnego rozwoju. Nie mam nic przeciwko rozwojowi, ale wolę go bez przymiotnika. Przymiotniki już były.

Dzisiejsza Polska oddala się od Europy, więc i nasz rynek dryfuje w nieokreślonym kierunku. Gdybyśmy jednak ogłosili międzynarodowy konkurs na stanowisko szefa GPW, zachęcając do udziału w nim także zagranicznych menedżerów, zapewne moglibyśmy pozyskać ciekawe zgłoszenia. Jeszcze nie wszystkie mosty są zerwane, jeszcze istnieją szanse, że taki krok zostałby przyjęty w dobrej wierze.

We wspomnianym już tekście pisałem: „Rynek kapitałowy to środowisko szczególnie wrażliwe na swobodę przepływu kapitału, idei, specjalistów. Skoro mógł ekspat zostać szefem rumuńskiej giełdy lub gubernatorem Banku Anglii, dlaczego nie mógłby starać się o posadę na Książęcej?” Dzisiaj z powtórzę tezę o szczególnej wrażliwości rynku na swobodę. Wszelką swobodę. Bez niej niczego nie było, czego doświadczyliśmy w okresie słusznie minionym, ani nie będzie dzisiaj lub w przyszłości.
Czytaj także:
2014.03.31 Obcy na Książęcej?

Jak prezes GPW straciła sposobność, żeby siedzieć cicho

GPW ogłosiła na Twitterze (23 grudnia) wypowiedź prezes Małgorzaty Zaleskiej: „Polska giełda jest w rozkwicie. Jesteśmy jednym z najlepiej zarządzanych parkietów na świecie”. Dwa zdania, trzy nieprawdy. Polska giełda nie jest w rozkwicie. Polski parkiet zarządzany jest źle. I w żadnej kategorii polska giełda nie lokuje się w światowej czołówce. Lepiej było pomilczeć.

Kandydaturę prof. Zaleskiej na funkcję szefowej GPW skomentowałem pozytywnie: „Not a bad news” (Twitter 7 stycznia 2016 r). Rynek obawiał się kogoś bez wiedzy i doświadczenia. Założyciel i wieloletni prezes warszawskiej giełdy, dr Wiesław Rozłucki przypominał, że pani profesor była już członkiem Rady Giełdy. Taktownie przemilczał, że w zasiadała w radzie krótko (co nie jest ewenementem: gdzie decyduje Skarb Państwa, do rad wchodzi się przez drzwi obrotowe, nierzadko po to, by niebawem wyjść), oraz iż nigdy nie zabrała głosu na posiedzeniach rady (co było ewenementem).
Odnosiło się jednak wrażenie, że wybór nie jest zły. Pani profesor ma za sobą błyskotliwą karierę naukową i doświadczenie pozyskane na odpowiedzialnych stanowiskach w świecie finansów. Reprezentuje wysoką kulturę osobistą i międzynarodowe obycie. Jest specjalistką bankowości, bezpieczeństwa rynków finansowych, nadzoru nad bankami. Wykłada na SGH, była prezesem Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Nie mogę zatem pojąć, dlaczego stanowczo i konsekwentnie wspierała system Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych (SKOK). Jak ma się on do bezpieczeństwa rynków finansowych?

W 2007 roku Małgorzata Zaleska weszła do zarządu NBP. Czas był niespokojny. Przypuszczam, że pani profesor nie miała bezpośredniego związku z kontrowersyjną sprawą nostryfikacji przez SGH dyplomu Sławomira Skrzypka, który wnioskował o jej powołanie do kierownictwa banku centralnego.

Prof. Zaleskiej przyszło szefować Giełdzie Papierów Wartościowych w epoce tzw. „dobrej zmiany”, czyli niepewności w gospodarce oraz odwrócenia wartości etycznych i znaczenia pojęć. Wicepremier kierujący polityką gospodarczą rządu, chociaż prezesował dużemu bankowi notowanemu na GPW, giełdy zdaje się nie rozumieć, nawet zapomniał o niej w niedawnej prezentacji Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, dopiero później dopisano mu slajd o giełdzie. Od początku nadmiernie ostrożna w kontaktach z pracownikami giełdy, środowiskami skupionymi wokół niej i rynkiem kapitałowym w ogólności, w tym spółkami, inwestorami, krajowymi i zagranicznymi funduszami, bankami inwestycyjnymi – prof. Zaleska dopiero ostatnio podjęła wzmożoną aktywność, niestety w stylu cytowanego na wstępie oświadczenia.

Trudno jest wskazać osobiste osiągnięcia prof. Zaleskiej na rynku kapitałowym i na samej giełdzie. Nie doprowadziła do stworzenia kompetentnego zarządu GPW, nie uporządkowała grupy kapitałowej. Nie zaprezentowała spójnej strategii działania. Wspomina o promowaniu idei wprowadzenia na giełdę funduszy REIT, ale inicjatywy w tej sprawie wychodzą z rynku, nie z giełdy. Dostrzega konieczność długoterminowego inwestowania Polaków, ale gdyby przez wiele lat przetrzymywali oni akcje licząc na zwolnienie z podatku od dochodów kapitałowych, giełdzie groziłby uwiąd z powodu spadku obrotów. Dostrzega możliwość wprowadzania na warszawski parkiet spółek z rynków ościennych, ale czy bierze od uwagę, że białoruskie spółki nie znają jeszcze godnych zaufania standardów rachunkowości? A zresztą: ile jest tam spółek godnych uwagi?

Kolejny projekt, o którym ostatnio głośno, ma długą brodę. Chodzi o krajową agencję ratingowa dozującą zaufanie dla lokalnych podmiotów, których nie stać na ratingi Wielkiej Trójki, ani po prawdzie ich nie potrzebują. Taki podmiot już kiedyś powołano, skonał zanim rozpoczął działalność, nikt go nie chce. Giełda znowu angażuje się w jego reanimację, co stawia ją w konflikcie interesów. I w konflikcie z rządem, który gotów sobie zażyczyć, by spółki z udziałem Skarbu Państwa zainwestowały w obligacje gasnących organizmów gospodarczych (jak kopalnie), a tu agencja ratingowa albo powie NIE – i będzie po inwestycji, albo powie TAK – i będzie po agencji. Albowiem rynek to emitenci i ich prawa oraz inwestorzy i ich prawa. Giełda, która ich lekceważy, unosząc się nad sobą, nie odegra pożądanej roli.

Zostawcie Giełdę w spokoju!

Już dzielą łupy po likwidowanym resorcie Skarbu Państwa. Największy apetyt ma imperium Morawieckiego, czyli ministerstwa rozwoju i finansów. Podobno „bierze” Azoty, LOT, PZU, coś jeszcze. Oraz Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych, wymieniany jednym tchem z Totalizatorem Sportowym; zapewne politycy zakładają, że te dwie firmy coś łączy. Czytam, że zapytany o los GPW wicepremier Morawiecki udzielił osobliwej odpowiedzi, iż „nadzór merytoryczny” sprawował będzie resort rozwoju, ale kwestia „nadzoru właścicielskiego” nie została jeszcze rozstrzygnięta. Coś dużo tych nadzorów… Ciekawe, jaką wartość merytoryczną mogą przysporzyć Giełdzie Papierów Wartościowych pracownicy resortu rozwoju… Dyrygowanie rynkiem spoza biurek Igor Postuła nader trafnie nazwał nadzorem urzędniczym.

Obejmując resort Skarbu Państwa, Dawid Jackiewicz zapowiadał „wygaszanie” prywatyzacji i likwidację ministerstwa. Akcje z portfela Skarbu Państwa miały zostać wniesione do agencji, nazywanej niekiedy holdingiem, „który pozwoli prezesom spółek (z udziałem – przyp. ASN) Skarbu Państwa realizować interesy państwa bez ponoszenia konsekwencji wynikających z Kodeksu spółek handlowych” – mówił min. Jackiewicz. Sam siebie widział na czele nowego podmiotu, „jednej dużej grupy kapitałowej spółek Skarbu Państwa”. Zapowiadał nieustające zmiany personalne. I ukrócenie dywidend. Skoro zuchy wygasiły konstytucję, wygaszą też Ksh. Hulaj dusza, piekła nie ma.

Włodarze majątku z domeny Skarbu Państwa nie rozumieją swojego mandatu. Nie przyjmują do wiadomości, że mają respektować także prawa i interesy innych akcjonariuszy. Oto jak Filip Grzegorczyk, podówczas wiceminister skarbu, objaśniał spadek akcji PZU: „Spadek kursu akcji nie oznacza spadku realnej wartości spółki, ale jest emanacją niezadowolenia części akcjonariuszy z faktu, że Skarb Państwa chce realizować swoją politykę. (…) Po to Skarb Państwa jest akcjonariuszem, żeby mieć z tego efekty”. Po co ja miałbym być akcjonariuszem, skoro efektów z tego ani nie mam, ani mieć nie będę, uczony minister nie wyjawił.

Martwi mnie przyszłość Giełdy Papierów Wartościowych. Dopóki była ona wyłączną domeną państwa, państwo trzymało się od niej na przyzwoity dystans, najwyżej od czasu do czasu na walnym zgromadzeniu surowa urzędniczka demonstrowała władztwo uderzając prezesa po premii. Od kiedy GPW została upubliczniona i wprowadzona na parkiet, państwo jakby przebudziło się, zaczęło dokazywać na szkodę rynku kapitałowego. Politycy oraz urzędnicy nie poczuwają się do odpowiedzialności za pomyślność pokoleń Polaków, do której Giełda może się przyczynić – jeżeli państwo zdoła poskromić swój aparat, nie mnożąc bez potrzeby instytucji mających ją nadzorować. Nadzór „merytoryczny” niewiele wniesie, ponieważ nie będzie merytoryczny, nadzór „właścicielski” zapewne tylko zaszkodzi, ponieważ państwo z natury jest dla giełdy kiepskim właścicielem. Niech ją zostawi w spokoju, a wszyscy skorzystamy.
Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2013.07.09 Nadzór urzędniczy

Rating, czyli dawkowanie zaufania

Nie wszyscy rozumieją istotę ratingu nadawanego papierom wartościowym. Ani zachowanie wielkich agencji ratingowych, które, jak wiadomo, zmówiły się przeciwko Polsce i na złość PiS obniżają nam rating lub jego perspektywę. Wielu nie odróżnia ratingu nadawanego państwu od nadawanego emitowanym w tym państwie papierom wartościowym. A już większość nie odróżnia ratingu i rankingu: i redakcja poważnego tygodnika, i międzynarodowej sławy profesor zarządzania sądzą, że gwiazdki Michelina to… ranking.

Przed kilku laty narodził się w Polsce pomysł utworzenia skromnej, lokalnej agencji ratingowej wydającej oceny obligacji korporacyjnych wprowadzanych na rynek Catalyst. Wielkie światowe agencje nie są zainteresowane ocenianiem papierów dłużnych małych i średnich spółek, spółek owych nie stać zaś na to, by owo zainteresowanie sobie kupić, uzyskując nobilitujący je rating. Pomysł nigdy nie został należycie dopracowany, zwłaszcza w kwestii, kto miałby za te oceny płacić. Czy emitenci, którym na ocenie najczęściej nie zależy, ponieważ ich obligacje zazwyczaj znajdują nabywców? Czy inwestorzy instytucjonalni, nabywający te papiery w ciemno? Czy animator rynku?

Pomysł wyszedł z kręgów skupionych wokół Europejskich Kongresów Finansowych. Do mnie zwrócił się w tej sprawie prof. Leszek Pawłowicz, proponując zaangażowanie w ten projekt Polskiego Instytutu Dyrektorów, którym wówczas kierowałem. Powołanie agencji ratingowej wymaga kilku komponentów: wiarygodności przedsięwzięcia, kompetencji i metodologii, oraz niezależności, przy czym chodzi zarówno o niezależność organizacyjną, jak materialną. Na wiarygodność trzeba zapracować wieloletnią i chwalebną działalnością. Agencja ratingowa oszczędnie dawkuje zaufanie, lecz sama musi je reprezentować bez żadnych ograniczeń. Kompetencję miał wnieść do projektu dr Błażej Lepczyński z Gdańska, on też mógłby podjąć prace nad metodologią przedsięwzięcia. O niezależności organizacyjnej miał świadczyć związek z Polskim Instytutem Dyrektorów, mającym reputację odpornego na wpływy zewnętrzne. Niezależność finansową, przynajmniej w czasie rozruchu, miała zapewnić giełda.

Pamiętam moją wizytę w tej sprawie u ówczesnego szefa GPW Adama Maciejewskiego. Powiedział, że giełda interesuje się projektem ocen obligacji notowanych na rynku Catalyst i gotowa jest wesprzeć go pieniędzmi. O skali finansowania prezes nie wspomniał, więc zadałem to niezręczne pytanie. Odpowiedział na okrągło, że „nawet milion złotych”. Co w praktyce zazwyczaj mogło oznaczać pół miliona, albo nawet mniej. Potrzeba było corocznie kilku milionów. Pożegnałem się z prezesem i z pomysłem angażowania Instytutu w hołubienie niechcianego dziecka.

Sukces wymaga znacznie więcej środków niż niepowodzenie. Lecz w tym przypadku chodziło nie tylko o pieniądze. Głównie o zaufanie. Rynek nie był zainteresowany wspieraniem lokalnej agencji ratingowej, nawet korzystaniem z jej ocen. Sam doświadczyłem, jak bardzo nie był także zainteresowany doskonaleniem corporate governance. Gdyby zarządzający funduszami angażowali własne pieniądze, pewnie dbaliby o nie. Lecz oni angażują cudze; jeżeli ze 100 złotych zostają im na koniec dnia 64 grosze, nikt ich nie osądzi, nie ukarze.

Ostatecznie zalążek agencji, pod nazwą Instytutu Analiz i Ratingu, powstał pod auspicjami GPW. To nie wróżyło niczego dobrego, wprawdzie prezes Maciejewski szerzej otwarł szkatułę i już pieniędzy tak bardzo nie skąpił, ale jako giełdowa przyssawka Instytut nie miał szans na wiarygodność. Giełda jest przecież państwowa, państwo uczestniczy w gospodarce łomem i maczugą, bezceremonialnie zarządza spółkami ze swoim udziałem nie bacząc na prawidła ekonomii. Wyobraźmy sobie, że taka giełdowa agencja ma nadać rating obligacjom spółki z portfela Skarbu Państwa, spółki uczestniczącej w procesie wspomagania projektów o dużym znaczeniu politycznym, ale gospodarczo nonsensownych. Rating zapewne byłby pozytywny, ale niezasłużony, przyznany na ryzyko inwestorów, których przed ryzykiem miał uchronić.

Niedawno czytałem w Parkiecie, że po dwóch latach członkowie zarządu agencji złożyli rezygnację; media nie wspominają, czy zdążyli opracować metodologię oceny papierów. Wygląda na to, że GPW słusznie chciałaby się pozbyć kłopotliwego podrzutka. Na jego przejęcie namawiany jest Polski Fundusz Rozwoju, czyli finansowe ramię Planu Morawieckiego. Mają tam mieć tyle pieniędzy, że stać ich będzie na ekstrawagancję. Lecz prezes PFR Paweł Borys to menedżer doświadczony i rozsądny. Czy dojrzy możliwości zarabiania na jakże pożytecznych, ale niechcianych przez rynek, ocenach wiarygodności emitentów obligacji korporacyjnych?

Historia GPW. ZA ROGIEM ZARAZA, NA ROGU STAŁ LIS

Im więcej czasu mija od startu transformacji, tej prawdziwie dobrej zmiany w Polsce, tym bezczelniej szerzy się legendy o sprzedawanych za bezcen klejnotach narodowej gospodarki, złodziejskiej prywatyzacji, zmarnotrawieniu wypracowanego w trudzie i znoju dorobku pokoleń.

Spór o prywatyzację wybuchł w Polsce zanim do niej doszło. Leszek Balcerowicz oczekiwał, że prywatyzacja dotrzyma kroku dynamicznie zapoczątkowanej transformacji polskiej gospodarki. Wiedział, że szybkość przemian zwiększa szanse na ich powodzenie. Rynek kapitałowy nie mógł ruszyć bez prywatyzacji, ale odpowiedzialny za te obszary Krzysztof A. Lis odrzucał drogę na skróty. Zamierzał prywatyzować w pełni profesjonalnie, a kiedy owej pełni brakowało – przynajmniej rozważnie, krok po kroku, unikając terapii szokowej. Uznano, że działa zbyt wolno, więc zepchnięto go na boczny tor. Lecz jego zasług nie da się przecenić.

Legendarna ekipa Balcerowicza zajmowała się naprawianiem gospodarki, przeprowadzaniem Polski na słoneczną stronę ulicy. Krzysztof Lis niczego nie naprawiał, przyszło mu tworzyć nowe, wcześniej niewyobrażalne. Miał dar wyłuskiwania talentów, skupiania ich wokół siebie, zarażania entuzjazmem. Współpracownikom powiadał żartem, że wie o prywatyzacji 10 procent tego, co chciałby wiedzieć, oraz że oni zdołali ogarnąć raptem 10 procent jego wiedzy, więc muszą się szybko uczyć. Zdołał sformować zastęp ludzi obdarzonych, jak on, wyobraźnią i odwagą, zjednać ich do udziału w niepowtarzalnym przedsięwzięciu. Stworzyli infrastrukturę prawną i organizacyjną rynku kapitałowego organizowanego wokół Giełdy Papierów Wartościowych – i wtedy przystąpili do prywatyzowania.

Najpierw była „pierwsza piątka”: Exbud, Kable, Krosno, Próchnik, Tonsil. Garstka spółek wybranych z ośmiu tysięcy przedsiębiorstw państwowych. Zastanawiano się jeszcze nad szóstą kandydaturą, Swarzędzem, ale odłożono ją na później, bo spółka miała kłopoty z płynnością. Im więcej czasu mija od startu transformacji, tej prawdziwie dobrej zmiany w Polsce, tym bezczelniej szerzy się legendy o sprzedawanych za bezcen klejnotach narodowej gospodarki, złodziejskiej prywatyzacji, zmarnotrawieniu wypracowanego w trudzie i znoju dorobku pokoleń. Otóż dorobek został zrujnowany już w latach osiemdziesiątych, kraj znalazł się na skraju katastrofy, w innej sytuacji ekipa rządząca w PRL nie oddałaby władzy. Spółki zdatne do prywatyzacji można było policzyć na palcach jednej ręki. Zresztą i tak dwie z nich niebawem wpadły w kłopoty. Nie powinniśmy pozwolić na fałszowanie historii.

Katastrofa polskiej gospodarki, zapoczątkowanie transformacji, podjęcie reformy ustroju – sprowokowały wysyp teoryjek o możliwości szybkiej powszechnej prywatyzacji, czy pracowniczej, czy obywatelskiej, poprzez rozdanie tytułów własności i ułatwienie obracania nimi. „Pomysł bezpłatnego rozdawania akcji obywatelom szerzył się wtedy w byłych krajach komunistycznych jak wirus grypy” – wspomina Jacek Kwaśniewski, przyjaciel i, w tamtym czasie, bliski współpracownik Lisa. Za rogiem czekało Polskę to, co wkrótce stało się z własnością i rynkiem kapitałowym w Czechosłowacji i Rosji.

KORDON SANITARNY. Ale na rogu stanął Lis i nie przepuścił zarazy powszechnego rozdawnictwa. Chciał prywatyzacji w oparciu o kapitał i wiarygodne wyceny. Jako pełnomocnik rządu do spraw przekształceń własnościowych stworzył strukturę nowego ministerstwa, obsadził ją dobranym zespołem, ale resortu nie objął. Wykluczył go Balcerowicz, rozczarowany skierowaniem prywatyzacji na tory fachowości. Lisowi przypisano opinię hamulcowego reform, zwolennika rozwiązań zachodnich, wręcz marudnego pedanta. Oraz impertynenta, który ponoć zraża sobie posłów. Ministrem został Waldemar Kuczyński, zausznik premiera Tadeusza Mazowieckiego, merytorycznie nieprzygotowany, ale świadomy tego. Krzysztof Lis współpracował z nim lojalnie jako sekretarz stanu. Aż doszło do zmiany rządu, ministrem został Janusz Lewandowski, współtwórca głośnej koncepcji powszechnej prywatyzacji, i Lis został z ministerstwa wyrzucony.

Nie pojechał do Sevres, by tam służyć za wzorzec pokrzywdzonego przez los. Został doradcą Banku Światowego, w tym charakterze pracował w państwach byłego Związku Radzieckiego. Był do tego zadania dobrze przygotowany. Warszawiak z rodziny inteligenckiej, studiował w Łodzi, bo tamtejszą ekonomię uważał za najlepszą. Zrobił doktorat z zarządzania, pracował naukowo, ale praktykował też doradztwo, prowadził pionierski butik konsultingowy, na owe czasy miał spore sukcesy. Swoje doświadczenia spożytkował w Rosji, Białorusi, na Ukrainie. Ceniono go, lubiano, wysłuchiwano z uwagą, lecz rad nie stosowano. Dzika prywatyzacja nie napotkała tam granic, kordonów.

WIELKI NIEŁAD KORPORACYNY. W słowach jakby wypowiedzianych dzisiaj Krzysztof Lis oponował pomysłowi budowy narodowej instytucji finansowej: „Wybraniec narodu, polityk, zaraz będzie chciał zaciągnąć ‘narodowy’ kredyt na szczególnych warunkach, a to by nas za drogo kosztowało. Otóż Skarb Państwa nie jest w stanie wypracować mechanizmów dających takiej ‘narodowej’ instytucji immunitet od nacisków politycznych”. Kwestie ewentualnego łączenia PKO z PZU uważał za „nieobyczajną”, skoro toczył się spór w arbitrażu co do tytułu własności tego, czym wówczas zamierzano zahandlować.

Krytycznie oceniał dwoistą rolę państwa na rynku: „Państwo jest regulatorem rynku, ale kiedy spełnia rolę właścicielską, staje się jego uczestnikiem. Nie ma w Polsce prawa, obyczaju, a także żadnych procedur pozwalających wyodrębnić jedną postać państwa od drugiej. W dodatku nie jest ono przygotowane do działania w tej drugiej postaci. Dlatego lepiej zapomnieć o postulatach ładu korporacyjnego w spółkach Skarbu Państwa, kiedy tylko zaczyna on sprawować rolę właścicielską. Tam jest jeden wielki nieład korporacyjny. Centralizacja, biurokracja i pełna nieprzejrzystość, która budzi niepokój, co się za tym kryje. Wniosek: albo państwo nadal będzie się zachowywać skandalicznie, albo – zachowując poważne udziały – stanie się inwestorem pasywnym.”

CZŁONEK Z RAMIENIA„. Po zakończeniu misji z ramienia Banku Światowego został Krzysztof Lis doradcą prof. Leszka Balcerowicza, wówczas wicepremiera w rządzie Jerzego Buzka. Liderzy transformacji znów pracowali zgodnie. A na przełomie stuleci, z właściwą sobie energią, Lis podjął nowe wyzwanie: uświadomienie uczestnikom rynku powołania naszych czasów do rozwijania corporate governance. W tym czasie i ja zająłem się tą tematyką, więc nasze drogi zeszły się niebawem. Współpraca z Panem Krzysztofem okazała się inspirująca, owocna, ale niełatwa. Odnosiłem wrażenie, że starannie rozgląda się wokół, ostrożnie ocenia nowych współpracowników. Czy ciążyły mu doświadczenia z przeszłości? Wspominał o karierach złamanych z tego powodu, że ktoś znalazł się w złym towarzystwie i zszargał nazwisko. Często powtarzał dewizę Stanisława Słonimskiego (ojca Antoniego): „Kiedy nie wiesz, jak należy się zachować – zachowaj się przyzwoicie”.

Krzysztof Lis usiłował zaszczepić na polskim rynku pojęcie ‘fiduciary duty” (powinność dołożenia należytej staranności w zawiadywaniu powierzonym mieniem) przeciwstawiając je rodzimemu, „nadwiślańskiemu” (nie)porządkowi korporacyjnemu. Wyśmiewał anatomiczne zwyrodnienie w postaci „członka z ramienia” – członka rady nadzorczej zasiadającemu w niej z ramienia inwestora, któremu zawdzięcza wybór i zafiksowanego na obronie interesów tego, kto przepchnął go do rady, nawet kosztem spółki i reszty akcjonariatu. „Pora zakorzenić na rynku świadomość, że członek rady nadzorczej reprezentuje tylko siebie i winien działać w interesie spółki, nie w interesie mocodawcy”.

Pod firmą Instytutu Rozwoju Biznesu Lis organizował cykl udanych konferencji na temat corporate governance, odbywanych to w warszawskiej siedzibie giełdy, to w ośrodku IRB w Serocku. Temat urzekał nowością, prezentowany bywał atrakcyjnie, wykształcił grono specjalistów, wokół niego skupiła się wnet społeczność interesariuszy. Krok po kroku zbliżaliśmy się do formalnego wyodrębnienia nowego organizmu – Polskiego Instytutu Dyrektorów. Doszło do tego już po śmierci inicjatora, mnie przypadło kontynuowanie przez lata jego zamierzeń. Mam świadomość, że zastąpić Pana Krzysztofa przecież nie zdołałem.

CERTFIKAT LISO. Najtrwalsze osiągnięcie Krzysztofa Lisa na polu corporate governance wyrosło z inicjatywy opracowania dobrych praktyk spółek giełdowych. Na kilku „wschodzących rynkach” po prostu skopiowano rozwiązania przejęte z Zachodu. Organizacje międzynarodowe przysłały specjalistów, którzy oświecali ciemny lud… Pobieżnie przekładano na rodzime języki cudze zasady dobrych praktyk. Odfajkowano sprawę. W Polsce było inaczej. Ruch na rzecz corporate governance rodził się oddolnie, samoistnie, skupiając wiele z najtęższych umysłów rynku kapitałowego. Fermentowi intelektualnemu, który udało się twórczo pobudzić, zaczyn dawał właśnie Krzysztof Lis. I nieustannie dążył, by nie tylko dyskutować – także działać.

W 2002 r. ujrzała światło dzienne pierwsza redakcja dokumentu, najnowsza weszła w życie z początkiem bieżącego roku, bardziej dojrzała, ale reprezentująca to samo przesłanie: dobre praktyki służą kreowaniu zaufania, a właśnie zaufania najbardziej potrzebuje rynek kapitałowy. W dyskusjach Lis często wracał do pomysłu audytowania spółek pod kątem corporate governance. Fantazjowałem wtedy, że będziemy, na wzór certyfikatów ISO, wydawać świadectwa LISO. Bawił się tym powiedzeniem.

Krzysztof Aleksy Lis (18 VIII 1948 – 31 I 2005) zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Odszedł zbyt wcześnie, w pełni sił, lecz pozostawił po sobie tak wiele: obiecujący i dojrzewający rynek kapitałowy, którego był prawdziwym twórcą. Zdążył jeszcze odebrać, jako pierwszy z pocztu laureatów, nagrodę im. Lesława Pagi, swojego ucznia. Nie doczekał publikacji napisanej wespół prof. Henrykiem Sterniczukiem (i grupą współpracowników) monografii „Nadzór korporacyjny”. Mógł jeszcze sporo dokonać

Tekst ogłoszony 6 czerwca w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Wielbłąd chwilami trójgarbny

Wiele spółek odwraca się tyłem do zasad Dobrych praktyk deklarując ich niestosowanie, a Skarb Państwa lekceważy je totalnie, dając zły przykład rynkowi.

Powiada się, że wielbłąd to koń zaprojektowany przez komitet. Przed kilku miesiącami weszły w życie Dobre praktyki spółek notowanych na GPW 2016. Redagował je – długo, mozolnie – komitet powołany przez warszawską giełdę. Długo (2 lata i 3 dni), ponieważ wszyscy uczestnicy zespołu redakcyjnego mieli na głowie wiele innych spraw, prace nad Dobrymi praktykami nie były dla większości priorytetem. Mozolnie, ponieważ w zespole ścierały się różne poglądy dyktowane partykularnymi interesami uczestników. Reprezentowaliśmy wszystkie ważne środowiska rynku, więc nasze stanowiska, punkty widzenia, niejednokrotnie różniły się znacznie, stąd w pracach nad dokumentem pojawiały się rozliczne wrzutki, bo ktoś zapragnął ugrać coś dla siebie, dla swojej instytucji, branży, profesji. Zanosiło się, że jak komitet z cytowanego wyżej powiedzonka, zamiast konia – stworzymy wielbłąda. Na szczęście GPW nie puściła sprawy na żywioł, na czele komitetu postawiła Agnieszkę Gontarek wspieraną przez Janusza Sochańskiego, więc ktoś pracował za nas…

Dorobek komitetu trafił przed Radę Giełdy, która na oślep wprowadziła zmiany. Miała do tego prawo, wszak jest najwyższą instancją. Wielbłąd zmienił kształt sylwetki, stał się dwugarbny. Warto jednak pamiętać, że wielbłąd ma przecież bezsporne zalety. Jest silny, wytrzymały, daje radę w warunkach pustynnych, obywa się długo bez wody, potrafi celnie pluć, a jego sierść jest surowcem cenionym przez elegantów. Porównanie Dobrych praktyk 2016 do wielbłąda wartości dokumentu nie uwłacza. Jest to dzielny wielbłąd z karawany, która konsekwentnie idzie naprzód oszczekiwana przez psiarnię. Dorobek komitetu też bywa oszczekiwany, wiele spółek odwraca się tyłem do zasad Dobrych praktyk deklarując ich niestosowanie, a Skarb Państwa lekceważy je totalnie, dając zły przykład rynkowi. Niemniej karawana pójdzie dalej.

Przyjęta przez giełdę procedura była najlepszą z możliwych. Pierwsza redakcja Dobrych praktyk (2002) była inicjatywą prywatną, przygotowaną przez zapaleńców, którym udało się zarazić prezesa giełdy Wiesława Rozłuckiego przekonaniem o słuszności przedsięwzięcia. Zostało ono zdominowane przez prawników z doświadczeniami na rynku, niekiedy ubogaconych stosowaniem praktyk bardzo złych. Druga redakcja (2005) coś wygładziła, coś dodała, nie odbiegając daleko od pierwszej. Trzecia (2008) była już zupełnie inna: giełda wyszła z roli kibica z pewną rezerwą obserwującego, co mędrcy klecą dla rynku, przejęła inicjatywę, zorganizowała serię spotkań z udziałem różnych środowisk, na koniec powstał tekst zasad spisanych przez prezesa Ludwika Sobolewskiego. Obejmowały one nie tylko zbiór wskazówek, jak spółki powinny postępować, także procedurę sprawozdawania o stosowaniu Dobrych praktyk. W następnych latach GPW coś dopisywała, coś zaniedbywała, coś dopisanego rozsądnie skreślała, ale substancja Dobrych praktyk 2008 zasadniczym zmianom nie uległa.

Obecna (2016) redakcja Dobrych praktyk jest lepsza od poprzednich. Zachowuje należyty umiar, nie reguluje wszystkiego. Jej zalety poznałem najlepiej w trakcie prac nad zleconym przez giełdę podręcznikiem (www.gpw.pl/pub/files/PDF/GPW_Poradnik_CG.pdf). Rzecz w tym, że napisałem, jak spółki powinny stosować Dobre praktyki, a wiele z nich wolałoby czytać, jak te zasady omijać, za to w sprawozdaniach wykazywać ich stosowanie. Chodzi zwłaszcza o to, w której rubryce postawić krzyżyk. Dzięki takiej postawie Dobre praktyki stają się zadaniem dla specjalistów relacji inwestorskich, zarządy i rady nadzorcze nie zajmują się tą tematyką.
Spółki niechętne Dobrym praktykom powinny błogosławić Giełdę Papierów Wartościowych, dziękować jej za łagodność, ponieważ gdyby – nie daj Boże! – GPW została przejęta przez którąś z większych giełd, spółki notowane na parkiecie byłyby poddane znacznie bardziej surowemu reżymowi zarówno stosowania Dobrych praktyk, jak sprawozdawania o ich stosowaniu. Na rozwiniętych rynkach problematyka corporate governance traktowana jest poważnie – nas też to z czasem czeka.

Zanim do tego dojdzie, muszą nastąpić radykalne zmiany w polityce Skarbu Państwa. Spółki z przeważającym udziałem Skarbu Państwa często Dobrych praktyk nie stosują, lub wycofują się z ich stosowania. Członków rad nadzorczych i zarządów dobiera się podług zaufania pokładanego w nich przez partię trzymającą władzę, nie podług kwalifikacji, doświadczenia, przymiotów zawodowych i osobistych. Niezależność członków rad nadzorczych nie mieści się w ciasnych głowach polityków. Wynagrodzenia piastunów spółek mają zostać przeregulowane, jak gdyby prawdziwą wartością była regulacja, nie umiar w niej dyktowany przez zdrowy rozsądek. Za sprawą Skarbu Państwa nasz wielbłąd chwilami staje się trójgarbny, dziwnie spokraczały. Gdyby otwarcie powiedzieć, że spółki z udziałem Skarbu Państwa nie podlegają pod Dobre praktyki, atmosfera stałaby się zdrowsza. To nawet pomogłoby oczyścić rynek z tych spółek, do czego wnet może dojść. Jucznemu wielbłądowi będzie lżej.
Tekst ogłoszony 14 maja 2016 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2016.01.03 Zanim nastąpi odpływ
2016.01.10 Trzecia strona medalu

Jak wspierać giełdę, by jej nie zaszkodzić?

Prezydent Rzeczypospolitej wziął udział w obchodach 25-lecia Giełdy Papierów Wartościowych i wygłosił okolicznościową mowę, z której wyłowiłem dwa motywy. Pierwszy to gratulacje dla giełdy za Dobre praktyki spółek notowanych na GPW 2016. Podzielam pogląd, że to osiągnięcie godne jest szacunku głowy państwa. Brawo giełda, brawo matkująca przedsięwzięciu dyr. Agnieszka Gontarek, brawo zespół redakcyjny! Gdyby tak jeszcze Dobre praktyki były stosowane w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, gdyby politycy także przyjęli do stosowania zbiór swoich dobrych praktyk – skorzystalibyśmy na tym wszyscy.

B_REIT_bannerDrugi motyw pogadanki prezydenta: należy wspierać giełdę. Zastanawiam się, jak przybrać w konkrety tę całkiem słuszną myśl. Jak powinno postępować państwo, by nie zaszkodzić giełdzie, będącej jego tytułem do chluby? Warto pamiętać, że giełdzie lepiej wiodło się wtedy, kiedy pozostawała poza sferą wpływów polityków. Giełda potrzebuje zaufania, jest ono podstawą gospodarki, osnową tkanki społecznej, ale nasi politycy go nie krzewią. By wesprzeć giełdę, powinni zaniechać szkodzenia gospodarce, wzniecania nastrojów wrogości, judzenia, mącenia w głowach w nadziei, że ciemny lud wszystko kupi. Bieda w tym, że kupuje. Rządzący powinni poskromić zapędy ku demolce obłudnie nazywanej dobrą zmianą.

Po pierwsze, nie należy psuć rynku absurdalnymi interwencjami w działalność spółek giełdowych z udziałem Skarbu Państwa. Przykładem nakłanianie zdrowych spółek energetycznych do zakażenia się od wspieranego przez nie górnictwa węgla kamiennego wirusem destrukcji. Akcjonariusze nie po to inwestowali w Tauron, by spółka trwoniła ich pieniądze w deficytowej kopalni. Inwazja polityki do spółek oznacza gorsze wyniki, niższe dywidendy, odpływ inwestorów.

Po drugie, nie należy demoralizować społeczeństwa powszechną i szkodliwą czystką kadr. Następuje „wymiecenie na czysto” (termin ukuty przez Churchilla zapowiadającego wysiedlenie Niemców z Polski, Czechosłowacji i Węgier, nieprzypadkowo sięgam do wojennej terminologii) członków zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa i zdominowanych przez PiS samorządów. Nawet jeżeli na miejsce wymiecionych przychodzą kompetentni – a przecież nie zawsze tak bywa! – noszą oni na sobie znamię owoców szkodliwej czystki i zatrutej nią na długo aury.

Po trzecie, nie należy dążyć do likwidacji OFE, dotkniętych już boleśnie poczynaniami Jana Rostowskiego. Fundusze miały swoje za uszami, ale służyły krzewieniu corporate governance w spółkach ze swoim udziałem. Ich likwidacja oznaczałaby faktyczną nacjonalizację licznych spółek ze znaczącym udziałem funduszy, co – biorąc pod uwagę realia – przyniosłoby dramatyczne straty akcjonariuszom tych spółek. Kiedyś pisałem, że nie inwestuję w spółki, w których nie ma funduszy emerytalnych. Dzisiaj z ostrożności nie inwestuję w spółki, w których udziały funduszy są znaczne, ponieważ obawiam się tego, o czym piszę w dwóch powyższych akapitach.

Po czwarte, należy unikać awantur politycznych, dynamizowania sporów, podsycania złych emocji. Napływ inwestycji na warszawską giełdę zależy od perspektyw polskiej gospodarki, a ich najbardziej miarodajnym dla światowych inwestorów wykładnikiem są ratingi nadawane Polsce. Agencje ratingowe biorą pod uwagę nie tylko reputację rynku kapitałowego i zakres stosowania wspomnianych Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW, także klimat polityczny. Kto burzy trójpodział władz, szkodzi rynkowi kapitałowemu, dewastuje giełdę, ponieważ sądy są nie tylko ostoją Rzeczypospolitej, także gwarancją poszanowania praw inwestorów w ewentualnym sporze z administracją.

Kiedy powstawała warszawska giełda, zakładano jej rychłą prywatyzację, mówiono o dwóch latach, ale czas płynął, dwuletni horyzont przesuwał się, oddalał. GPW została upubliczniona, jest notowana na własnym parkiecie, ale nie przestała być spółką państwową, w której akcjonariusze inni niż Skarb Państwa mają niewiele do powiedzenia. Lecz kto wie, jaki obrót przybrałaby sytuacja, gdyby giełdę rzeczywiście sprywatyzowano. Czy dokonałaby ekspansji na ościenne rynki? Czy zostałaby już przejęta przez większą konkurentkę? Jedno jest pewne: przyszłość GPW zależy przede wszystkim od koniunktury na rynkach. Hossa potrafi zamroczyć najbardziej rozważnych inwestorów, bessa ma wielkie oczy, wszędzie dostrzeże zagrożenia. A tych wokół warszawskiej giełdy nie brakuje.