Archiwa tagu: KNF

O sztuce wyboru firmy audytorskiej

Jeżeli wyboru dokonuje organ dokonujący wyboru, należy o tym fakcie informować. Skłonny byłbym informować dom wariatów, ale przepis wskazuje Komisję Nadzoru Finansowego.

Parlament mamy dwuizbowy, czyli pracuje dla nas 560 legislatorów. Poza występami w telewizji zajmują się oni legislacją. Zdarza się, że uchwalają przepisy prawniczo naganne, co gorsza – żałośnie śmieszne. Przykładem kwiatek w ustawie z 11 maja 2017 r. o biegłych rewidentach, firmach audytorskich oraz nadzorze publicznym. Przyjąłem ją z sympatią, ponieważ wyprostowała niektóre, nasycone andronami, regulacje dotyczące komitetów audytu zawarte w poprzedniej ustawie o biegłych (2009 r.). Tym razem jest lepiej, niemniej uwagę przykuwa osobliwa logika art. 133: „Jeżeli w jednostce zainteresowania publicznego wyboru firmy audytorskiej do przeprowadzenia badania jej sprawozdania dokonuje organ dokonujący wyboru, jednostka informuje o tym fakcie Komisję Nadzoru Finansowego.”

Tego tekstu nie ułożył kapral, chociaż nietrudno o myśl, iż chodzi o jednostkę wojskową. Błąd jest wynikiem niechlujstwa w pracach parlamentu. Sens przepisu jest taki, że jeżeli wyboru dokonuje organ dokonujący wyboru, należy o tym fakcie informować. Skłonny byłbym informować dom wariatów, ale przepis wskazuje Komisję Nadzoru Finansowego. Nie ona ponosi winę za ewidentny kiks legislacyjny, nawet dokonuje wykładni zagadkowego przepisu. 13 września b.r. Urząd Komisji wydał komunikat iż w rozumieniu ustawy „organ dokonujący wyboru” firmy audytorskiej to wcale nie każdy organ dokonujący wyboru, tylko dokonujący wyboru organ inny niż zatwierdzający sprawozdania; ten także może dokonać wspomnianego wyboru, ale jeżeli go dokona, nie będzie „organem dokonującym wyboru”.

Tłem tych nieporadnych zawiłości jest sprawa zasadnicza: kto powinien dokonać wyboru firmy audytorskiej. Ustawa o rachunkowości daje dwie możliwości: (1) wyboru firmy audytorskiej do przeprowadzenia badania sprawozdania finansowego dokonuje organ zatwierdzający sprawozdanie, chyba że (2) statut, umowa lub inne wiążące jednostkę przepisy stanowią inaczej. W praktyce statut spółki akcyjnej może powierzyć to zadanie walnemu zgromadzeniu lub radzie nadzorczej; oba człony tej alternatywy to procedury w pełni zgodne z prawem. Lecz w świetle ustawy o biegłych z 2017 r. powierzenie wyboru audytora radzie nadzorczej stawia spółkę w obliczu dodatkowego obowiązku informacyjnego względem KNF, a jego niezwłoczne pisemne niedopełnienie zagrożone jest karami wymierzonymi czy to spółce, czy jej piastunowi lub piastunom. Można więc wyrazić domniemanie, że MinFin jako „gospodarz” ustaw o rachunkowości i biegłych rewidentach zakłada, iż wybór audytora przez radę nadzorczą jest rozwiązaniem gorszego sortu. Jakież argumenty miałyby za tym przemawiać?

Za wyborem firmy audytorskiej przez walne zgromadzenie stoi interes drobnych inwestorów. Ich głosy nie przeważą ani za, ani przeciw, natomiast wypowiedzi w dyskusji mogą kreować atmosferę sprzyjającą, albo nie, wyborowi proponowanej firmy audytorskiej. Wszelako wcale nie zawsze dochodzi do dyskusji. Walne zgromadzenie nie jest klubem służącym wymianie poglądów, jest mechanizmem służącym sprawnemu podejmowaniu uchwał. Ta o wyborze audytora często bywa głosowana w dalekiej kolejności, zapewne już w atmosferze znużenia obradami. Nie służy to uczestnictwu drobnych inwestorów w zgromadzeniu. Gdyby inwestor miał poważne zastrzeżenia wobec proponowanej firmy, a nie mógł ich wysłowić w trakcie zgromadzenia, miałby jeszcze możliwość oddania głosu przeciw, ale wniesienie sprzeciwu wobec uchwały niewiele by mu dawało (poza etykietą pieniacza).

Wybór firmy audytorskiej przez radę nadzorczą mógł w przeszłości budzić zastrzeżenia. Oferty na badanie sprawozdania organizował zarząd, często przedkładał je radzie wraz z opiniami na temat zalecanego kandydata. Dużą wagę przywiązywano do kosztu badania. Rada, niekoniecznie rozgarnięta w sprawie, mogła podjąć uchwałę bez należytego rozeznania. Lecz komitety audytu powołuje się m.in. po to, by wybór audytora miał nareszcie charakter merytoryczny.

Komitet nie dokonuje wyboru firmy audytorskiej, powinien go natomiast przygotować, starannie badając sprawę we wszystkich jej aspektach, by zamknąć postępowanie dobrze uzasadnionym wnioskiem. Rola zarządu w procesie wyboru audytora zostaje sprowadzona do funkcji listonosza. Jeżeli organem właściwym do podjęcia decyzji jest rada nadzorcza – można liczyć, ze wniosek komitetu zostanie jeszcze przedyskutowany na posiedzeniu plenarnym. Jeżeli tym organem jest walne zgromadzenie – wniosek będzie mu zapewne przedstawiony z krótkim uzasadnieniem i szybko uchwalony, ponieważ spraw jest wiele, a czasu zawsze mało. Gdyby wnioskiem miało się zająć nadzwyczajne walne zgromadzenie, miałoby ono może więcej czasu, za to mniej uczestników. Doprawdy nie widzę argumentów za traktowaniem wyboru audytora przez radę nadzorczą jako mniej wartościowego. Przeto dodatkowy obowiązek informacyjny jest w tej materii zbędny. KNF i bez niego ma co robić.

Tekst ogłoszony 3 października 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2003.04.07 Kto wybiera rewidenta
2001.03.12 Randka w ciemno

Jak wymodlić powrót Najświętszej Panienki na giełdę?

Niezależność od polityki zawdzięcza warszawska giełda opiece Najświętszej Panienki – powiadał twórca polskiego rynku kapitałowego dr Krzysztof Lis (1948 – 2005). Nawet agnostycy przyznawali, że coś jest na rzeczy. Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie SA rozpoczęła działalność w 1991 r. w przychylnej atmosferze społecznej i politycznej. Przez 15 lat prowadził ją kompetentnie dr Wiesław Rozłucki, jak ognia unikając polityki. Wprawdzie politycy niekiedy kołatali do drzwi giełdy to czyniąc wrzutkę do składu zarządu, to uderzając prezesa po premii, ale – szczęściem! – poprzestawali na takich demonstracjach.

O krok dalej poszli w roku 2005: po zwycięstwie wyborczym PiS ogłoszono konkurs na stanowisko prezesa GPW, Rozłucki taktownie nie wziął w nim udziału, niemniej wynik konkursu został pozytywnie przyjęty przez rynek: prezesem został dr Ludwik Sobolewski, wiceprezes związanego z GPW Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Swoją posługę pełnił z większym niż Rozłucki animuszem, lecz za to z mniejszą rozwagą; po kilku latach niekwestionowanych sukcesów odszedł ze stanowiska na tle kontrowersji dotyczących konfliktu interesów.

Jego następcą został bliski współpracownik i oczywisty sukcesor Adam Maciejewski, który jak mało kto, albo wręcz nikt, znał giełdę i jej mechanizmy, ale z upływem kadencji nie został ponownie wybrany. Zastąpił go Paweł Tamborski, wcześniej epizodyczny podsekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa, jednak powszechnie postrzegany jako człowiek rynku kapitałowego. Niestety! Najświętsza Panienka chyba wyjechała na wakacje pozostawiając giełdę bez swojej bezcennej opieki.

Ponowne zwycięstwo wyborcze PiS (rok 2015) oznaczało powrót polityki. Tym razem weszła ona na GPW metodą „na rympał”. Tamborskiemu miano za złe prywatyzację Ciechu; w istocie skutkuje ona tym, że Skarb Państwa pozbył się kłopotu. Nasłano na prezesa służby, w środku dnia wyprowadzono z budynku, paski w telewizyjnych programach ekonomicznych alarmowały świat jakoby został aresztowany (co było nieprawdą, ale sensacja zapewne została celowo wywołana). Wkrótce minister Skarbu zażądał od prezesa rezygnacji.

Giełdę powierzono prof. Małgorzacie Zaleskiej, co przyjąłem z nadzieją. Pani profesor miała doświadczenie zdobyte w Bankowym Funduszu Gwarancyjnym (była prezesem) i w Narodowym Banku Polskim (była członkiem zarządu). Jej osobliwy afekt względem SKOKów nie miał moim zdaniem większego znaczenia. Lecz okazało się, że całkiem nie rozumie ona giełdy i rynku, jej prezesura była nieprzerwanym pasmem niepowodzeń, giełda nic nie zyskała, za to traciła cennych pracowników. Polityka przetrzebiła Radę Giełdy, wymiotła z niej specjalistów, niektóre nominacje wywołały pośród ludzi rynku rozpacz i śmiech pusty.

Obrany prezesem GPW Rafał Antczak nie zyskał wymaganej aprobaty Komisji Nadzoru Finansowego; mogła ona wskazać na brak jednego z wymogów formalnych, ale wolała czekać, aż kandydat zniechęci się i zrezygnuje. Takie maniery nie przystoją powadze organu państwa. Walne zgromadzenie GPW obrało kolejnego prezesa, ale i on nie spełnia tego samego wymogu, w dodatku jego kwalifikacje merytoryczne nie są szeroko znane i uznane. Komisja znowu marudzi, bierze sprawę na przeczekanie, nie potrafi jej rozstrzygnąć. Daje to zaczyn osobliwym spekulacjom. Boli mnie mieszanie przez media do tych intryg osoby prezesa Narodowego Banku Polskiego. Nikt nikomu już w Polsce nie ufa, lecz prezes NBP powinien – jak dotąd bywało – pozostawać z boku, poza podejrzeniami. Rząd mamy do niczego, siły zbrojne teraz też, sądy mają zostać rozwalone, niech utrzyma się chociaż waluta.

Nikogo nie może dziwić, iż Rzeczpospolita i Parkiet alarmują (23 sierpnia), że brak prezesa szkodzi giełdzie. Według mediów, jeden z zagranicznych funduszy inwestycyjnych – akcjonariusz GPW skarży się, że sytuacja „nie mieści się w jego skali corporate governance”. Lubię niedopowiedzenia, lecz tak błyskotliwego przecież nie umiałbym sformułować! Bardziej dosadne oceny formułują eksperci Polskiego Instytutu Dyrektorów, Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych i Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych. „Skoro od 2012 r. nie było prezesa, który mógłby poprowadzić giełdę w horyzoncie pełnej kadencji, to trudno oczekiwać, by po pięciu latach dryfu instytucja ta była gotowa do walki konkurencyjnej, zwłaszcza w obliczu zmian regulacyjnych” – diagnozuje dr Mirosław Kachniewski, prezes SEG. Lecz nie jest wykluczone, że właśnie o to chodzi politykom.
Jak więc wymodlić powrót Najświętszej Panienki na giełdę?

Czytaj także:
2017.02.23 Złoty róg, czapka z piór, czyli zabawa hegemona giełdą
2017.01.02 Dlaczego warto rozważyć powierzenie szefostwa GPW obcokrajowcowi?
2016.12.24 Jak prezes GPW straciła okazję, żeby siedzieć cicho

Złoty róg, czapka z piór, czyli zabawa hegemona giełdą

Wydarzenia toczące się wokół warszawskiej giełdy przestały być komiczne. Stają się niepokojące. Rzutują one negatywnie na cały rynek kapitałowy. Spółka, której brak corporate governance, zazwyczaj wpada w kłopoty. Wprawdzie tabela notowań akurat olśniewa zielenią, lecz nie zmienia to postaci rzeczy: tam dzieje się źle. Konsekwencje może odczuć gospodarka, a poprzez nią – my wszyscy.

Kolejne nadzwyczajne zgromadzenie uzupełniło właśnie skład Rady Giełdy o dwóch członków. Z lakonicznych oficjalnych życiorysów nie wynika, by mieli oni dostateczne doświadczenie na rynku kapitałowym. Odnoszę wrażenie, że dla pana hegemona nie ma to znaczenia. Polityka rządu wobec giełdy toczy się według znanego założenia: „Robimy, co nam strzeli do głowy i nie uznajemy sprzeciwów ani krytyk. Z urzędu mamy rację, to jest oczywista oczywistość. W tym kraju to my jesteśmy panami, mamy złoty róg, mamy czapkę z piór. Nikt nam nie zrobi nic!”

Skład organów giełdy zmienia się niepokojąco często. Od początku ubiegłego roku zmiany w zarządzie lub radzie znalazły się w porządku obrad wszystkich pięciu walnych zgromadzeń: czterech nadzwyczajnych, oraz zwyczajnego. Uzasadniano to ogólnikami o wzmacnianiu nadzoru nad działalnością spółki. Nieznośna lekkość zwoływania nadzwyczajnych walnych zgromadzeń przyprawia o zawrót głowy. Drobni akcjonariusze nie jeżdżą przez pół Polski, nawet przez pół Warszawy, by wziąć udział w głosowaniu, którego wyniki są właściwie znane z góry; wiedzą doskonale, że ich głos i tak nic nie znaczy. Nawet zwyczajne walne zgromadzenie odbyło się na raty. Na 30 dni odroczono kwestię absolutoriów dla piastunów spółki; kaprys pana hegemona sprawił, że nie wszystkim je udzielono.

Inna sprawa, że organy spółki są jak drzwi obrotowe: wchodzi się często po to, by pokręcić się i zaraz wyjść. Osoby powoływane na piastunów spółki często składają rezygnacje nawet zanim rozejrzą się wokół. Dwaj członkowie Rady Giełdy wybrani do niej 30 listopada 2016 r. niebawem złożyli rezygnacje ze skutkiem na 31 grudnia tegoż roku. Inny niecodzienny przypadek dotyczy odwołania z Rady Giełdy jej przewodniczącego i niebawem ponownego powołania go do rady.

Można tę karuzelę tłumaczyć wewnętrznymi rozgrywkami w PiS: pod dywanem pinczerki gryzą się z ratlerkami, ale ostatnie słowo i tak należy do kota. Chodzi o personalia, nie o sprawy merytoryczne. Na tych nikt w PiS się nie zna. Na dronach zresztą także, jedynie na andronach. Autor strategii 27-lecia zapomniał o rynku kapitałowym, ze znacznym opóźnieniem dopisywano mu slajd o GPW. Komisja Nadzoru Finansowego w odnowionym składzie zadziwiająco długo zwleka z zatwierdzaniem nominatów do zarządu GPW.

Na temat zmian w Komisji też mam krytyczne zdanie. Przed laty powiedział mi jeden ze znanych finansistów: „Zarabiam więcej niż prezydent Stanów Zjednoczonych, a boję się Kwaśniaka”. Sprawdziłem: mój rozmówca rzeczywiście zarabiał więcej niż Barack Obama; nie miałem podstaw, by wątpić, że czuje wielki respekt przed Wojciechem Kwaśniakiem. Wszyscy czuli. Tego życzę nowym zastępcom przewodniczącego KNF. Przewodniczący na respekt dla siebie będzie musiał jeszcze popracować. Ośmieszył się składaniem rezygnacji z Rady Polityki Pieniężnej; obracaniem kota ogonem, że to nie rezygnacja, a wniosek; po czym ponownym rezygnowaniem, gdy wyklarowała się sprawa nowej posady. Wstyd.

Czapkę wiatr poniesie, róg pohuka po lesie….

Bogdanko, trzymaj się!

Rozhuśtali Bogdankę. Intryga jest tak mroczna, że nie wszyscy dostrzegli jej sens. Nie wszystko, co jest dozwolone prawem, automatycznie staje się uczciwe, etyczne, przyzwoite!

Najpierw Enea wypowiedziała umowę o dostawę węgla. Odmiennie niż traktaty, pospolite umowy handlowe nie są zawierane wiekuiście, po wsze czasy, w imię Przenajświętszej Trójcy. Natomiast podobnie jak traktaty, zawierane są w oparciu o zasadę rebus sic stantibus, czyli „w takim (obecnym) stanie rzeczy”, więc zasadnicza zmiana okoliczności przekreśla ich użyteczność. Zmianą okoliczności jest kryzys polskiego górnictwa węglowego, państwowi konkurenci wyprzedają surowiec po cenach niższych od kosztów wydobycia, ponieważ spółek Skarbu Państwa nie obowiązuje rachunek ekonomiczny. Straty pokrywa podatnik. Bogdanka wytrwale pracowała nad uzyskaniem przewagi kosztowej, oparła na niej swoją strategię – i znalazła się w obliczu groźby wrogiego przejęcia.

Enea jest spółką publiczną, ale ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa. To państwo tasuje w niej karty, przeto opinia publiczna uznała, że za wypowiedzeniem umowy z Bogdanką stoi partykularny interes polityczny: zamiast nabywać węgiel od solidnego dostawcy, Enea będzie wspierać bankrutujące państwowe kopalnie. Wspierać kosztem akcjonariuszy LW Bogdanka SA, której kurs zanurkował na wiadomość o utracie strategicznego odbiorcy. Skarb Państwa, ani spółki z jego gestii, nie przejęły się tym wcale: Bogdanka jest w pełni prywatna, jej akcjonariuszami są fundusze emerytalne i inwestorzy indywidualni. Jednych i drugich państwo ostatnio bardzo nie lubi, funduszom już zaszkodziło, szkodząc przy okazji pokoleniom własnych obywateli, inwestorom też podkłada nogę poprzez antyrynkowe przedsięwzięcia.

Niebawem po uderzeniu w Bogdankę i jej kurs, Enea wystąpiła z wezwaniem na akcje kopalni. Działając, jak się wydaje, w granicach prawa, Enea godzi nie tylko w interes przedsiębiorstwa, z którym współpracuje. Godzi w powagę państwa, które plecie o potrzebie rozwijania rynku kapitałowego, akcjonariatu obywatelskiego, nawyku oszczędzania przez społeczeństwo na emerytury. Enea godzi w państwo, ponieważ wyprawia harce pod jego parasolem. Działając z przyzwoleniem Skarbu Państwa pragnie dokonać renacjonalizacji spółki pomyślnie sprywatyzowanej. Różne bywały już próby odwojowania przez Skarb Państwa tego, co zostało przezeń zaoferowane i sprzedane, ale próba przejęcie Bogdanki przez Eneę cuchnie odrażająco. Niedawno związkowcy Bogdanki postulowali powrót spółki w domenę Skarbu Państwa – pisząc tu o tym (poniżej odsyłam do tego artykułu) jeszcze nie wiedziałem, że to nie jakaś przypadkowa paplanina, ale przygotowanie artyleryjskie przed natarciem.

Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych zwróciło się do Komisji Nadzoru Finansowego o zbadanie sprawy. W kwestii wezwania Komisja, jak sądzę, uczyni ile może, czyli niewiele. Przewodniczący Komisji nie jest Dyżurnym Etykiem Kraju powołanym do piętnowania nieprzyzwoitości; najwyżej mógłby spłodzić córkę i nadać jej imię Bogdanka. Do zbadania pozostaje kwestia, czy między wypowiedzeniem umowy przez Eneę a ogłoszeniem przez nią wezwania na akcje Bogdanki nie doszło aby do manipulacji. Pierwsza kwestia ma charakter ustrojowy, druga prawnokarny.

Bogdanka była już, przed kilku laty, obiektem próby przejęcia przez New World Resources. Za jej akcje oferowano cenę znacznie wyższą niż obecnie. Fundusze emerytalne nie przystały na nią, ale wówczas były one jeszcze mocno związane z polskim rynkiem kapitałowym, upatrywały na nim swoją przyszłość. Później zniechęcono je do niego (same nie były bez winy). Dzisiaj nie wiadomo, czy nie pozbędą się akcji Bogdanki, by pozyskane środki zainwestować na obcych rynkach, w interesie obcej gospodarki. Związkowcy będą zachwyceni, podatnicy mniej.

Dawno, dawno temu Bogdan Łazuka śpiewał „Bogdan, Bogdan, trzymaj się!” Dzisiaj chciałbym, by trzymała się Bogdanka. Jej piastuni pracują nad wykształceniem w spółce należytej kultury korporacyjnej. Natomiast Enea nie ma czystej karty na polu corporate governance. Przed trzema laty poprzedni prezes spółki złożył rezygnację „z powodów osobistych”. Rzeczniczka resortu Skarbu oświadczyła, że to jego „suwerenna decyzja”. Okoliczności sprawy nie zostały publicznie ujawnione. Więcej mówiono o jej aspektach obyczajowych, o tragicznej śmierci partnerki menedżera, niż o metodach zarządzania majątkiem spółki. Zamieniono śmieci pod dywan. Nie dziwi przeto, że i dzisiaj Skarb Państwa pozwala spółce na swawole.

Kilka miesięcy temu radziłem radzie nadzorczej JSW, by postąpiła przyzwoicie. Teraz chciałbym poznać stanowisko rady nadzorczej Enei. Czy spółka lub Skarb Państwa ogłoszą: „Nie ma sprawy, nie ma stanowiska?”
Czytaj także:
2015.07.25 Powrót do macierzy
2015.02.06 Je suis Jarosław Zagórowski

Rozmiar ma znaczenie

Zarząd może z powodzeniem działać w składzie jednoosobowym, rada nadzorcza – w żadnym wypadku. Jej kolegialny charakter odzwierciedla skład akcjonariatu, zróżnicowanego, często skłóconego. Dlatego członkowie rady patrzą na ręce nie tylko zarządowi, także sobie nawzajem.

Liczebność rady nadzorczej spółki akcyjnej uznano za kwestię tak mało istotną, że Kodeks spółek handlowych z 2000 r. nawet w spółkach publicznych dopuścił rady trzyosobowe. Ten kiks ustawodawczy uderzał w interesy akcjonariuszy mniejszościowych, zdecydowanie utrudniając im dostęp do rady nadzorczej. Wcześniejsza regulacja kodeksu handlowego przewidywała, że „rada nadzorcza składa się przynajmniej z pięciu członków, wybranych przez walne zgromadzenie”. Po wejściu Ksh w życie spółki publiczne masowo zmieniały statuty, ograniczając minimalną liczbę członków rady; pisałem wtedy, że zachowywały się jak poborowi po wyjściu do rezerwy. Giełda wystosowała na rynek „list pasterski”, jak nazywano wspólne stanowiska zarządu i rady giełdy, nawołujący do utrzymywania przynajmniej pięcioosobowych składów rad. Daremnie! Błąd naprawiono nowelizując Ksh w 2003 roku, w spółkach publicznych rada składa się od tej pory co najmniej z pięciu członków. Ja użyłbym terminu „pięciorga”, jeszcze zanim Ksh wszedł w życie pisałem o korzyściach płynących z udziału kobiet w radach – lecz to temat na inną opowieść.

Spotykam się z pytaniami, dlaczego rada nadzorcza niekiedy bywa liczniejsza od zarządu. Otóż zarząd może z powodzeniem działać w składzie jednoosobowym, rada nadzorcza – w żadnym wypadku. Jej kolegialny charakter odzwierciedla skład akcjonariatu, zróżnicowanego, często skłóconego. Dlatego członkowie rady patrzą na ręce nie tylko zarządowi, także sobie nawzajem. Z badań Leszka Bohdanowicza z Uniwersytetu Łódzkiego wynika, że wzrost liczebności rad nadzorczych „wpływał negatywnie na wyniki księgowe spółek (ROA i ROE)”. Z własnych doświadczeń wiem, że wzrost liczebności rady nie oznacza wyższej jakości jej pracy. Często bywa odwrotnie. Spośród „moich” rad najbardziej efektywne były pięcioosobowe, najmniej – dziewięcioosobowe. W liczniejszych nie pracowałem.

Lepsza piątka niż trójka

Rzecz nie polega więc na tym, że trzyosobowa rada byłaby niezdolna do sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności. Trzy pracowite, kompetentne, niezależne osoby niezaprzeczalnie mogą przysporzyć spółce znacznie większej wartości niż tuzin mniej kompetentnych. Liczebność rady nadzorczej ma znaczenie przede wszystkim w procesie wyboru rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Wprawdzie skuteczny wniosek o takie głosowanie składają akcjonariusze reprezentujący co najmniej jedną piątą kapitału zakładowego, lecz od wniosku do wyboru rady grupami – droga daleka. Grupę mogą bowiem stworzyć osoby reprezentujące na walnym zgromadzeniu tę część akcji, która przypada z podziału ogólnej liczby reprezentowanych akcji przez liczbę członków rady. Jeżeli kapitał zgromadzony na walnym podzielić przez trzy (bądź przez cztery, gdyby wybierano radę czteroosobową) – jedna piąta kapitału może nie wystarczyć do utworzenia grupy wybierającej jednego członka rady. Twórcy kodeksu tego nie dostrzegli.

Nie oznacza to jednak, że im liczniejsza rada nadzorcza, tym łatwiej przyjdzie mniejszości umieścić w niej swojego wybrańca. Spółki, które mają liczne rady, często bowiem zastrzegają w statucie, że rada wybrana w drodze głosowania oddzielnymi grupami liczy pięcioro członków. Za liczniejszym składem rady przemawia kilka innych argumentów. Takiej radzie łatwiej tworzyć i obsadzić wyspecjalizowane komitety. Łatwiej delegować członków do czasowego wykonywania czynności „nieczynnych” członków zarządu. I łatwiej jej uniknąć zdekompletowania, gdyby ktoś z jej składu złożył rezygnację albo zmarł. Niektórzy uważają, że im ludniejsza rada, tym większy prestiż nadzorowanej spółki. Zmniejszeniu składu rady zapomnianego banku państwowego z 15 (!) osób do 6 towarzyszyły lamenty, iż nie wypada, by poważny bank miał taką małą radę…

Obchodzenie prawa na paluszkach

Zagraniczni specjaliści narzekają, że rady w ich krajach puchną, rozrastają się ponad potrzebę. W Polsce jest inaczej, głównie za sprawą ustawy z 2009 r. o biegłych rewidentach. Wprowadziła ona do rad nadzorczych „jednostek zainteresowania publicznego” (pojęcie to obejmuje m.in. spółki publiczne) obligatoryjny komitet audytu i powierzyła mu ważne zadania. Wprowadziła też wymóg, by w komitecie audytu znalazł się członek rady reprezentujący kwalifikacje w zakresie rachunkowości lub rewizji finansowej, a także przymiot niezależności. „Kwalifikacje” to udokumentowane kompetencje, ten wymóg nie budzi zastrzeżeń. Natomiast „niezależność” członka rady rozumiana jest podług kryteriów skrojonych dla biegłego rewidenta, nie może on posiadać akcji nadzorowanej spółki, co jest kolejnym przykrym kiksem legislacyjnym (jeszcze go nie poprawiono).

Ustawa o biegłych dała spółkom fatalną możliwość obejścia wymogu powołania komitetu audytu. Otóż jeżeli rada nadzorcza składa się z nie więcej, niż pięcioro członków, zadania komitetu audytu mogą zostać powierzone radzie nadzorczej. Spółki wysnuły z tego błędny wniosek, że wówczas można obejść wymóg wprowadzenia do rady nadzorczej kogoś z kwalifikacjami w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej – bo też skąd wziąć kogoś takiego, w dodatku za marne pieniądze? Przeżyliśmy kolejny festiwal zmniejszania składu rad do minimum, byle uniknąć powołania komitetu audytu.

Okłamać Giełdę to grzech

Przeżyliśmy też festiwal kłamstw: niektóre spółki informowały Giełdę, że nie powołały komitetu audytu, ponieważ mają „nieliczne rady nadzorcze” (okazywało się, że ich radom nadzorczym daleko do składu minimalnego). Giełda potraktowała grzeszników wyrozumiale, bardziej stanowczo zareagowała Komisja Nadzoru Finansowego. Wskazała, że konsekwencją braku komitetu audytu jest większe ryzyko działalności, o którym spółki same powinny ostrzegać rynek. Wskazała, że powierzenie radzie nadzorczej zadań komitetu audytu nie następuje poprzez zaniechanie powołania komitetu, wymaga natomiast uchwały walnego zgromadzenia. Stanęła na stanowisku, że brak w radzie nadzorczej komitetu audytu nie przekreśla wymogu wprowadzenia do rady osoby z kwalifikacjami w zakresie rachunkowości lub rewizji finansowej. Tylko z nieszczęsną „niezależnością” Komisja nic zrobić nie mogła, ponieważ nie ma inicjatywy ustawodawczej. Zresztą słusznie.

Niechęć spółek do powoływania komitetów audytu bywa zastanawiająca. Niedawno uczestniczyłem w walnym zgromadzeniu obiecującej spółki. Pytałem, dlaczego powierzać zadania komitetu audytu radzie nadzorczej in pleno, skoro są w radzie reprezentowane stosowne kwalifikacje. Odpowiedziano mi w sposób równie obszerny, co wymijający. Nie miałem podstaw do snucia domysłów, że rada to fasada, a komitet byłby ornamentem. Kiedy na rynku kapitałowym nastaną chude lata, zapewne inwestorzy okażą powściągliwość w wycenach spółek, które nie powołały komitetów audytu, wynagrodzeń, corporate governance…

Rada na widelcu

W ten sposób powraca temat liczebności rady nadzorczej. Czy jej minimalny skład pozwoli na obsadę pożądanych komitetów? Aby nie mnożyć członkostwa w radzie nadzorczej ponad prawdziwą i aktualną potrzebę, najlepiej elastycznie ustalać jej liczebność. Liczbę członków rady określa statut spółki. Najgorszym rozwiązaniem jest sztywne postanowienie, że rada liczy określoną liczbę członków, minimalną dopuszczoną prawem (pięcioro), lub wyższą (sześcioro, siedmioro, nawet jedenaścioro…). Wystarczy, że z takiej rady ubędzie jedna osoba, a już zajdzie konieczność zwołania nadzwyczajnego walnego zgromadzenia celem uzupełnienia składu rady. Koszty takiego walnego bywają symboliczne: ot, honorarium rejenta – lecz koszty niematerialne będą niepoliczalne. Akcjonariusze nie wezmą udziału, nie przyślą pełnomocników, bo przedmiot obrad uznają za błahy, a z czasem dojdą do wniosku, że spółka potrzebowała tylko ich pieniędzy, ale ich samych już nie, więc jakże jej zaufać?

Korzystniej będzie określić liczebność rady widełkowo: rada liczy 5 do 9 członków, lub widelcowo: w skład rady wchodzi na przykład 7, 9 lub 11 członków. Pierwsze rozwiązanie jest bardziej elastyczne, walne zgromadzenie może wybrać 7 lub 8 członków, ubytek jednego lub dwóch nie zdekompletuje rady. Drugie rozwiązanie dopuszcza kilka możliwości, zazwyczaj chodzi w nich o zapewnienie nieparzystego składu rady, lecz w praktyce nieparzystość nie ma większego znaczenia, w polskich radach ogromna większość uchwał zapada jednomyślnie. Bez wnikliwych dyskusji, bez sporów.

W poszukiwaniu wielkości doskonałej

Istnieje też możliwość otwartego określania liczby członków: „rada nadzorcza składa z 5 lub więcej członków”. O tym, ilu będzie ich w istocie, każdorazowo zadecyduje walne zgromadzenie mając na względzie potrzeby spółki. Przy takim rozwiązaniu należy jednak zadbać o trzy sprawy. Po pierwsze, dla uniknięcia ryzyka zdekompletowania rady lepiej wybierać do niej więcej niż 5 osób. Po drugie, warto poskromić zapędy ku przekształceniu rady w ciało tłumne. Po trzecie, trzeba sprawdzić, jak statut reguluje kwestię kooptacji do rady nadzorczej. W pewnej krakowskiej spółce tak zawzięcie się kooptowali, że dokooptowani znaleźli się w większości i rozkradli, co tylko się dało.

„Z pewnością nie istnieje coś takiego jak wielkość doskonała. Rada powinna być wystarczająco duża, by uniknąć popadnięcia w zbytnią poufałość i dostatecznie mała, by nikt nie mógł umknąć naciskowi odpowiedzialności” – pisali przed ćwierćwieczem Ada Demb i Fred Neubauer. Czyli rozmiar swojej rada każda spółka ustala sama. Starałem się wykazać, że ów rozmiar ma znaczenie.

Tekst ogłoszony 3 sierpnia 2015 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

O ochronie informacji przed… mediami

Wieczne urzędowanie racz im dać, Panie! Zza biurek, zza stert dokumentów, eksperci z UKNF nie dostrzegają tego, co dzieje się na rynku.

Fundamentem corporate governance jest przejrzystość rynku i notowanych na nim spółek. O tę przejrzystość dbają liczni nadzorcy instytucjonalni, jak KNF, UOKiK i rozmaite resorty. Niemniej nadzór instytucjonalny, chociaż rozwija się imponująco, nie zastąpi nadzoru nad rynkiem sprawowanego przez akcjonariuszy – dostawców kapitału i interesariuszy, czyli po prostu wszystkich świadomych, że od rynku zależy pomyślność pokoleń. Rosnące zainteresowanie rynkiem kapitałowym jaskrawo kontrastuje z mierną frekwencją na walnych zgromadzeniach. Kilka jest przyczyn takiego stanu rzeczy, na pierwszym miejscu wymienię skuteczne zabiegi wielu spółek ku zniechęceniu akcjonariatu do uczestnictwa w walnych zgromadzeniach, nierzadko przekształcanych w walne zwyrodnienia. Tym większego znaczenia nabiera obecność mediów na walnych zgromadzeniach spółek publicznych.

Temat ma długą i burzliwą historię. Pojawił się z początkiem stulecia wraz z podjęciem przez grono zapaleńców prac nad redakcją pierwszego polskiego zbioru dobrych praktyk. Z jednej strony występowali zwolennicy zagwarantowania dziennikarzom prawa do obecności na walnych zgromadzeniach spółek publicznych. Z drugiej strony podnoszono argumenty, że obecność dziennikarzy na walnym zgromadzeniu bywa zbędna, wręcz szkodliwa (?), a decyzja o ich dopuszczeniu do obserwowania obrad zawsze należy do akcjonariuszy. Bywało, że przeciwko obecności dziennikarzy na walnym zgromadzeniu występowały zawczasu zarządy. Bywało, że świadczono dziennikarzom łaskę pozwalając im śledzić w innej sali przeznaczoną tylko dla nich transmisję obrad (dbając, by w czasie przerw „pismaki” nie miały kontaktu z akcjonariuszami….) Ale bywały też spółki chętnie goszczące media na walnych zgromadzeniach.

Nie ma tu miejsca na wyliczanie spółek blokujących udział dziennikarzy na walnych zgromadzeniach. Redakcje, które rzeczywiście były zainteresowane informowaniem o przebiegu walnych zgromadzeń, uczestniczyły w walnych zgromadzeniach nabytą w tym celu akcją. Zdarzyło się, pod koniec walnego zgromadzenia, gdy większość akcjonariuszy zdążyła już opuścić wielogodzinne obrady, że obecnego jeszcze dziennikarza – pełnomocnika redakcji usiłowano wybrać do rady nadzorczej spółki, jednej z najważniejszych i największych…

Upowszechniający się na rynku obyczaj transmitowania w internecie przebiegu walnych zgromadzeń nie przekreśla konieczności zapewnienia mediom dostępu do walnych zgromadzeń. Oko kamery nie pokaże wszystkiego, często nie uchwyci atmosfery walnego zgromadzenia, nastroju akcjonariuszy, nie ogarnie nieformalnych dyskusji kuluarowych, czyli nie zastąpi dziennikarza. Jego sprawozdanie z walnego zgromadzenia nie zmierza do tego, by odtwarzać to, co spółka sama ogłasza w raporcie bieżącym. Wciąż wiele walnych zgromadzeń wręcz kipi emocjami, wciąż dokonywane są zamachy na prawa akcjonariuszy, naruszana bywa procedura, obrażane dobre obyczaje, najwięksi inwestorzy pyszą się i panoszą, mniejsi bywają krzywdzeni. Relacja dziennikarska na temat wydarzeń, nastrojów, zachowań akcjonariuszy na walnym zgromadzeniu ma przecież większą wartość niż słany przez spółkę na rynek gładki raport bieżący lub ogłoszony w prasie grzeczniutki wywiad z prezesem.

Dlatego jestem zdumiony, że w toku prac nad nową redakcją dobrych praktyk spółek notowanych na GPW pojawiła się próba ograniczenia obecności dziennikarzy na walnych zgromadzeniach. Podjął ją Urząd Komisji Nadzoru Finansowego, ponoć w dbałości o zapobieganie rozpowszechnianiu informacji poufnych. Zdaniem urzędników dziennikarze mogą, owszem, być obecni na walnych zgromadzeniach spółek publicznych, ale tylko wtedy, kiedy walne jest transmitowane w internecie w czasie rzeczywistym. Jeżeli zgromadzenie nie jest transmitowane, dla dziennikarzy nie ma na nim miejsca! Oto, do czego dochodzi: ktoś pragnie chronić informacje przed mediami powołanymi przecież do ich rozpowszechniania.

Wieczne urzędowanie racz im dać, Panie! Zza biurek, zza stert dokumentów, eksperci z UKNF nie dostrzegają tego, co dzieje się na rynku. Obecność mediów na walnym bywa najbardziej pożądana wtedy, kiedy obrady nie są transmitowane w sieci, a bywa, że dlatego nie są transmitowane, gdyż wiele jest do ukrycia przed opinią publiczną, przed rynkiem, a w pierwszej kolejności przed Komisją Nadzoru Finansowego. Cenię dorobek Komisji, chylę przed nią cylinder, ale wyznaję pogląd, że nadzorcy instytucjonalni nie wyręczą nadzorców społecznych. Swobodny dostęp mediów do walnych zgromadzeń spółek publicznych jest fundamentem corporate governance. Jeżeli dzisiaj zakwestionujemy prawo dziennikarzy do obecności na walnych i relacjonowania ich przebiegu, jutro będziemy gotowi pozbawić wstępu na walne także akcjonariuszy, bo niechże który zgrzeszy telefonem, twitem albo mailem i informację poufną wyjawi, światu przekaże? Strach o tym nawet myśleć!

Tekst ogłoszony 16 maja 2015 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2012.12.04 Piekielny kocioł z Rafako
2005.12.09 Co wolno pismakom?
2003.01.27 Banki, szanujcie pismaków!

Widzialna ręka rynku

Polska potrzebuje kompleksowego programu na rzecz rynku kapitałowego. Potrzebuje go pilnie. Jeszcze niedawno sądzono, że chodzi o program rozwoju rynku, nową Agendę Warsaw City, zapewne 2020. Dzisiaj czas uznać powagę sytuacji: jeżeli nie zostaną podjęte stanowcze działania, do roku 2020 polski rynek kapitałowy skarleje. Polsce potrzebne są usiłowania ku ocaleniu rynku. Doświadczenie wskazuje, że państwo nie tylko rynku nie wspiera należycie, ale rozmyślnie mu szkodzi. Politycy i znaczna część mediów dążą do narzucenia społeczeństwu przekonania, że żywioł rynku, owa jego niewidzialna ręka – to ręka aferzysty, której trzeba przeciwstawić pięść widzialnej ręki rynku, czyli państwa.

Stosunki państwa z rynkiem z natury bywają burzliwe. Lecz rynek kapitałowy w istocie rzeczy nie uwiera państwa, natomiast państwo potrafi dotkliwie uwierać rynek. W Polsce panuje zgoda na obecność państwa na rynku. Rzecz w tym, że nie potrafimy jasno określić, na czym na obecność ma polegać, w czym się wyrażać, jakie granice przybrać. Zgadzając się na udział państwa w grze rynkowej, powinniśmy zadawać pytania o formy tego udziału:

  • Czy rzeczywiście niektóre gałęzie gospodarki powinny wiekuiście pozostać w gestii państwa? Oraz czy owa gestia nie jest iluzoryczna? Ronald Reagan powiadał, że państwo nie rozwiązuje problemów, ono je tylko dofinansowuje. Z pewnością państwo jest w stanie dofinansować branże jego specjalnej troski, na przykład energetykę, lecz nie idzie mu rozwiązywanie stojących przed tą ostatnią problemów, jak gaz łupkowy, energia atomowa, terminal LPG.
  • Skoro niektórych przedsiębiorstw nie imają się surowe prawa rynku, skoro ochrania je państwo, to czy ochrania je w imię rzeczywistej racji stanu, czy raczej w interesie pracowników? Przykład pierwszy z brzegu to górnictwo węgla kamiennego.
    • Czy udział Skarbu Państwa w akcjonariacie spółki podlega ograniczeniom płynącym z reguły „tyle władztwa, ile własności”? Odnoszę nieodparte wrażenie, że większość polityków (i znaczna część dziennikarzy) nie rozumie rozróżnienia między „spółką Skarbu Państwa” (czytaj: spółką z wyłącznym udziałem Skarbu Państwa) a „spółką z udziałem Skarbu Państwa” (czytaj: spółką, w której Skarb Państwa jest jednym z akcjonariuszy, nierzadko mniejszościowym, ale nawet gdy ma – powiedzmy – 33% akcji, zachowuje się, jak gdyby miał 333% …).
  • Dlaczego zakwalifikowanie spółki do koszyka spółek o znaczeniu strategicznym zamyka ją przed światem? Jakiś czas temu przejrzałem składy rad nadzorczych owych spółek. Rzecz ciekawa: nie znalazłem w nich ani jednego obcokrajowca. Są to często podmioty znaczące, uczestniczące w procesach współpracy ze światem, ale przed owym światem intelektualnie zatrzaśnięte. Bałamucimy się zapewnieniami, że udział Polski w Unii i w NATO, nie wspominając tu o innych organizacjach, dowodzi jej otwartości. Lecz wszędzie tam, dokąd sięga widzialna ręka państwa, w poprzek rynku wytyczana jest granica „nasi – obcy”. Niedawno Marek Kondrat trafnie zaobserwował: „Świat się na nas przyjaźnie otworzył, my na świat nie bardzo, bo obawiamy się, że nas jednak zdemaskują”.

ZJAWA Z LOCH NESS
Próby uporządkowania obecności państwa na rynku kapitałowym niezmiennie kończą się niepowodzeniem. Przed kilku laty Rada Gospodarcza wystąpiła z ciekawym pomysłem Komitetu Nominacyjnego opiniującego kandydatury zgłaszane przez Skarb Państwa do rad nadzorczych spółek z jego udziałem. Zachowanie Skarbu Państwa na tej niwie dotknięte jest dwoma grzechami. Pierwszym jest zjawisko „alotażu”, czyli promowanie na stanowiska stronników politycznych ekipy akurat rządzącej, często niekompetentnych (nazwa zjawiska wywodzi się od nazwiska byłego prezesa ZUS). Drugim jest sztuczka „królik z cylindra” – zgłaszanie kandydatur na walnym zgromadzeniu w ostatniej chwili, z zaskoczenia, by utrudnić akcjonariuszom ocenę ewentualnych kwalifikacji i doświadczeń faworytów Skarbu Państwa. Projekt powołania Komitetu Nominacyjnego obumarł, podobno ze względu na sprzeciw polityków dostrzegających w nim tamę dla ich wszechwładztwa; później jeszcze dwakroć wynurzał się z głębin, niczym zjawa z Loch Ness, lecz tylko na krótko i na niby. Podobnie potraktowano pomysł powołania Krajowego Funduszu Majątkowego mającego zarządzać udziałami Skarbu Państwa w spółkach rozproszonych między domeny różnych resortów. I tym razem politycy uznali, że Fundusz ograniczyłby ich władztwo nieskrępowane odpowiedzialnością.

STARORZECZE
Państwo jednocześnie pełni na rynku kilka różnych funkcji, niekiedy wzajemnie sprzecznych. Jest włodarzem wspólnego majątku. Jest czynnym uczestnikiem wydarzeń gospodarczych. Jest nadzorcą. Jest regulatorem. Jednym z ważnych wyzwań stawianych przez współczesność jest reforma spółki akcyjnej jako najważniejszego z uczestników rynku kapitałowego. Chyba nie zdajemy sobie sprawy, jak dalece odstajemy tu od rzeczywistych potrzeb. Rdzeniem współczesnej spółki publicznej jest komitet audytu, nieznany przecież Kodeksowi spółek handlowych, amatorsko uregulowany w peryferyjnej ustawie o biegłych rewidentach. Inny ważny komponent rady nadzorczej, komitet wynagrodzeń, wprowadzany jest tylnymi drzwiami, gdyż nie doczekał się jeszcze instytucjonalizacji w formie ustawy. Rady nadzorcze w spółkach notowanych coraz powszechniej wykorzystują członków niezależnych, Ksh do tej pory nie zna tej instytucji, a wspomniana ustawa o biegłych za kryterium niezależności przyjęła – uwaga, uwaga! – nieposiadanie akcji nadzorowanej spółki, co jest obrazą corporate governance. Także inna fundamentalna zasada ustroju spółki akcyjnej – odpowiedzialność jej piastunów, w tym członków rady nadzorczej, za sprawozdawczość spółki – została ustanowiona w ustawie o rachunkowości, czyli daleko poza Ksh. Kodeks jest jak starorzecze, życie pędzi innym nurtem. Przy czym spółkom ze swojej domeny państwo najchętniej postać spółki akcyjnej, choćby ten ustrój spółki był dla właściciela niekorzystny (klasycznym przykładem Gaz-System). Nie bez racji pisał The Economist, że w przypadku państwowego właściciela spółka akcyjna nie daje możliwości efektywnego wykorzystania jej zasobów.

UPAŃSTWOWIĆ CORPORATE GOVERNANCE?
Terminem corporate governance określa się styl zarządzania spółką i jej nadzorowania. Jest to obszar rozpościerający się pomiędzy prawem a rynkiem. W Polsce corporate governance zawdzięcza swoją pozycję Giełdzie Papierów Wartościowych wymagającej od notowanych na niej spółek stosowania dobrych praktyk lub wyjaśnienia rynkowi, dlaczego ich nie stosują. Przy czym osąd postępowania spółek należy do rynku. Dopiero kiedy zjawisko niestosowania jednej lub więcej dobrych praktyk przybiera wymiar krytyczny, na scenę powinno wkroczyć państwo. Ostatnio próbuje ono poszerzyć swoją domenę: jego organ, Komisja Nadzoru Finansowego, której zasługi oceniam wysoko, zeszła moim zdaniem na manowce wydając dla podmiotów nadzorowanych instrukcję generalną stosowania corporate governance. Pomijając wątpliwości w kwestii podstawy prawnej wydanych przez KNF wskazówek, widzę w nich pewne szkodliwe nieporozumienia. Komisja odstępuje od zasady „stosuj lub wyjaśnij, dlaczego nie stosujesz”, grozi sankcjami w procesie BION (badanie i ocena nadzorcza), wnika w takie szczegóły, jak język i częstotliwość posiedzeń organów spółki, domaga się uzasadniania zdań odrębnych (co jest szkodliwe) i postuluje wybieranie przewodniczącego rady nadzorczej spośród niezależnych (co jest nieżyciowe).

INSTRUMENT KREOWANIA ZAUFANIA
Widzialna ręka dzierży kij bejsbolowy i bije nim w godność rynku i zaufanie do niego. Niektórzy politycy za wzór cnót obywatelskich uważają demonstrowanie obrzydzenia do posiadania akcji lub obligacji; jeden to nawet wyjaśniał, że nie ma rachunku bankowego, bo „nie jest aferzystą”. Niepowetowane i trwałe szkody moralne i materialne wyrządziła rynkowi kampania pomówień Otwartych Funduszy Emerytalnych o wszystko, co najgorsze. Krzysztof Lis, niezapomniany inspirator powołania Polskiego Instytutu Dyrektorów, często powiadał, że warszawska giełda nie jest niepokojona przez polityków tylko dzięki wstawiennictwu Najjaśniejszej Panienki. Ostatnio odnoszę wrażenie, że Najjaśniejsza wyjechała na wakacje. Politycy głoszą wartość państwa i krzewią awersję do rynku, w szczególności kapitałowego, który nie jest im potrzebny jak poprzednio, gdy trwała prywatyzacja.

Lecz rynek nie jest bezradny. Dysponujemy orężem obronnym, sprawnym instrumentem kreowania zaufania. Jest nim corporate governance. Dzięki niemu rośnie zaufanie do rynku, do giełdy, do spółek, do osób sprawujących władztwo nad spółkami. W świecie zaufanie zyskują te rynki, które zaprowadziły porządek korporacyjny. I te spółki, które na tym porządku budują swoją przyszłość. Oraz ci członkowie ich organów, którzy kierują się dobrą praktyką. Zaufanie jest jednym z czynników sterujących przepływami kapitału. Ma ono zatem bezsporną wartość ekonomiczną. Kapitał wybiera rynki, do których ma zaufanie, przeto pomyślność rynku zależy od zaufania pokładanego w nim przez inwestorów, oraz od mechanizmów weryfikacji tego zaufania. My, rynek, dbajmy więc o inwestorów.

Tekst został napisany na zaproszenie Izby Domów Maklerskich dla biuletynu IDM.

Czytaj także:
2013.02.25 Między oceną a wyceną

Wrzutka

Polska jest krajem otwartym, przyjaznym i serdecznym. Oto zjechał do nas cudzoziemiec stale zamieszkały za granicą (przeto bez numeru PESEL), by bez przeszkód z jakiejkolwiek strony podjąć pracę zawodową na stanowisku ministra finansów, z czasem i wicepremiera, po czym zameldować się w Bydgoszczu i kandydować stamtąd do Europarlamentu. Nikt od niego nie zażądał, by stanął przed państwową komisją egzaminacyjną i złożył egzamin ze znajomości języka polskiego. Który to język, lubo nie rodzimy, wspomniany cudzoziemiec zna wybornie, podobnie jak kilka innych.

Minister Rostowski przyszedł mi do głowy w związku z procedowanym przez parlament rządowym projektem ustawy o zmianie ustawy o języku polskim oraz ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych. Gospodarzem projektu jest Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Dlaczegóż to, gotów spytać Czytelnik niniejszego wpisu, MNiSzW zajmuje się funduszami emerytalnymi? Prawdopodobnie za sprawą wrednej wrzutki. Otóż przygotowano projekt ustawy o bardzo rozbudowanym trybie składania przez cudzoziemców egzaminów ze znajomości języka polskiego; nie chodziło o to, by im cokolwiek narzucać, lecz by ułatwić im uzyskiwanie świadectwa znajomości języka. I do tego projektu ktoś na dokładkę wprowadził założenie, że co najmniej dwie osoby wchodzące w skład zarządu towarzystwa emerytalnego, w tym prezes, muszą legitymować się urzędowym poświadczeniem znajomości języka polskiego.

Trudno nie dostrzec w tym szykany wobec członków zarządów Powszechnych Towarzystw Emerytalnych zarządzających Otwartymi Funduszami Emerytalnymi, którym to funduszom wspomniany minister Rostowski szkodził jak potrafił, a potrafił bardzo. Przepisy rangi ustawowej zejdą na psy, jeżeli będziemy je wykorzystywać do spraw małych i zbędnych. Inflacja pieniądza ustała, inflacja prawa trwa. Szacunek dla języka polskiego nie powinien być na siłę rozciągany na prywatne spółki. Podobnie nie ma sensu wymaganie, by posiedzenia rad nadzorczych i zarządów podmiotów nadzorowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego odbywały się w języku polskim. Owszem, protokoły i zawarte w nich uchwały powinny być sporządzane po polsku, ale nie ma powodu, by wymagać obradowania po polsku, zwłaszcza że współczesna rada nadzorcza może skutecznie wykonywać znaczną część swoich zadań poza posiedzeniami.

Wiele korporacji przyjmuje angielski jako język roboczy. Są wśród nich firmy skandynawskie, niemieckie, szwajcarskie, nawet francuskie. Zmiana ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych nie zmieni faktu, że to angielski jest językiem globalizacji. Językiem biznesu, internetu, nowych technologii i idei. To po angielsku uczą w słynnych francuskich szkołach biznesu. I już w niektórych polskich szkołach wyższych. Profesor Andrzej Koźmiński słusznie zauważył, że angielski nie powinien już być uważany za język obcy: jak ktoś nie umie, niech się nauczy. Bo nie jest człowiekiem.

Przeto uważam, że z projektu ustawy o zmianie ustawy o języku polskim należy wykreślić zmianę ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych.

Wesoły autobus

Przed laty nękała polski rynek plaga tzw. parkingowych walnych zgromadzeń. Były one owocem awantur. Albo nie wpuszczano na walne części akcjonariatu, albo do rozłamu dochodziło już podczas zgromadzenia i część akcjonariuszy opuszczała salę obrad. Akcja przenosiła się na parking, gdzie skłóceni z resztą akcjonariusze (teraz portale internetowe nazywają niezadowolonych „protestantami”) konstytuowali się jako jedyne prawidłowe walne zgromadzenie, mieli przecież z sobą sprowadzonego na taką okoliczność swojego notariusza, który skwapliwie protokołował uchwały, odwoływali radę nadzorczą i powoływali swoją, a ta rada niezwłocznie odwoływała zarząd i powoływała swój.

Dalej sytuacja toczyła się pod dyktando ochroniarzy, którzy nie czekając na sąd rejestrowy sami decydowali, którą radę, który zarząd, których akcjonariuszy wpuścić do spółki, a których wypędzić. Istnieje legenda, że po wrogim przejęciu BIG Banku Gdańskiego przez Deutsche Bank prof. Marek Belka pośpiesznie wrócił z Davos, by dyplomatycznie rozwikłać sprawę. W rzeczy samej, nim przyleciał, było już posprzątane. Chwaccy ochroniarze BIG BG pogonili wroga, tym razem nie do Berlina, a hen, aż do Frankfurtu nad Menem.

Historia ponoć lubi się powtarzać – jako komedia. Czytam, że samozwańcze walne jednej ze spółek notowanych na rynku regulowanym przeprowadzono podczas weekendu… w busie zaparkowanym przed siedzibą spółki. Inna sprawa, gdzie owa siedziba: według statutu w K, według regulaminu walnego zgromadzenia – w W., co wyjaśnia sens odbywania walnych w środkach transportu wędrujących między siedzibą rzeczywistą i mniemaną. Nie obyło się bez powołania nowej rady nadzorczej i dokonanych przez tę radę radykalnych zmian zarządu, równie zabawnych, co bezskutecznych.

Nie podam nazwy tej spółki, nie ujawnię nawet, na jaki parkiet udało się jej wejść. Nie napiszę także, po co ów mutant jest notowany, skoro jego obecność na giełdzie przynosi jej spory wstyd. Spółka zajmuje się głównie zwoływaniem, odwoływaniem i przenoszeniem na inne terminy nadzwyczajnych walnych zgromadzeń oraz prostowaniem swoich raportów bieżących. Ponadto spółka produkuje akcje. Ma jednak ambitne plany: według statutu przedmiot jej działalności liczy aż 100 pozycji PKD, od działalności holdingów, trustów, funduszów i podobnych instytucji finansowych, poprzez roboty związane z budową kolei podziemnych oraz rurociągów przesyłowych i sieci rozdzielczych, po chów organizmów wodnych.

Fiskusowi podsuwam śmiały pomysł opodatkowania spółek od nadmiaru przedmiotów działalności wpisywanych do statutu na rybkę (lub inne organizmy wodne). Być może wtedy wyszedłby na swoje, skoro sens istnienia takich spółek sprowadza się do tego, by wykorzystać podatkowo straty poniesione na inwestowaniu w ich papiery. I dać komuś fuchę w radzie nadzorczej; nie bez powodu wspomniana tu spółka zyskała kiedyś rozgłos jako stowarzyszenie umarłych polityków.

Polska jest krajem ludzi przedsiębiorczych, więc tylko czekać, aż ktoś przystąpi do produkcji autobusów przystosowanych do obrad walnych zgromadzeń, wyposażonych zamiast kasowników w czytniki do elektronicznego zliczania głosów. Zapewne inżynier pokładowy urządzi stanowiska przewodniczącego WZ i rejenta. Dzięki temu możliwe będą mobilne walne zgromadzenia, tym bardziej pożądane, że elektroniczne zgromadzenia przyjmują się z oporami.

Ilekroć na polskim rynku wydarzy się cokolwiek, rzecznik KNF zapewnia, że Komisja przygląda się sprawie. W tym celu za autobusowym walnym zgromadzeniem mógłby podążać jeep nadzorczy, a przestrzeń powietrzna byłaby patrolowana przez nadzorcze drony. Terminów militarnych używam nieprzypadkowo: kiedy Urząd KNF zakupił biurowiec przy ul. Jasnej i adaptował go swoje potrzeby, wysoki rangą członek Komisji mówił mi, że powstaje tam bunkier nadzorczy, do którego nie wślizgnie się nikt z rynku. Jeepy i drony pasują do takiej filozofii. Na szczęście, nadzorcy wyszli z bunkra, przeszli do natarcia, zabierają się za aferzystów. Jeszcze dużo roboty przed nimi. Trzymajmy kciuki.

Tekst ukazał się 15 października 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Wbrew naturze

Majstrowanie przez urzędników, bez zważania na naturę spółki akcyjnej, przy jej tak wrażliwym elemencie jak niezależność w radzie nadzorczej, owocuje tylko kłopotami.

Jednym z osiągnięć corporate governance w Polsce jest wprowadzenie do spółek publicznych niezależnych członków rad nadzorczych. Jeszcze nie we wszystkich spółkach notowanych na GPW spotkamy niezależnych członków rady, jeszcze niektórzy członkowie rad pretendujący do statusu niezależnych to jacyś przebierańcy, niemniej postęp jest niezaprzeczalny. Spółki, które nie mają w radzie nadzorczej członków niezależnych przynajmniej udają, że ich mają, czym dają dowód, iż wiedzą, czego oczekuje od nich rynek. Członkowie niezależni zostali przemyceni do rad nadzorczych tylną klatką schodową, pod wpływem dobrych praktyk, a państwo nic w tej sprawie nie robiło. Ale kiedy jego instytucje zorientowały się, że pod ich nosem cichaczem wprowadzono cenną innowację, zabrały się do jej psucia.

Najpierw Ministerstwo Finansów przeforsowało ustawę o biegłych rewidentach dążącą, jakże słusznie, do zaszczepienia w radach nadzorczych „jednostek zainteresowania publicznego” komitetów audytu, oraz – znowu słusznie! – do nasycenia tych komitetów niezależnością i kwalifikacjami. Przyjęto jednak fatalne kryterium owej niezależności, skrojone dla biegłego rewidenta badającego sprawozdanie spółki: niezależnym członkiem rady będzie ten, kto nie posiada akcji nadzorowanej spółki. Jest to oczywista dyskryminacja akcjonariuszy, sprzeczna z założeniami corporate governance, zdrowym rozsądkiem, a także z chronioną duchem i literą prawa naturą spółki akcyjnej, która takich ograniczeń nie dopuszcza.

Strunę niezależności trąciła też Komisja Nadzoru Finansowego. Wydała ona instrukcję pod nazwą „Zasady ładu korporacyjnego dla instytucji nadzorowanych”, w której nakłada na spółki powinność uwzględniania kryterium niezależności przy wyborze przewodniczącego, „który kieruje pracami organu nadzorującego”. Oręduję za niezależnymi członkami rady nadzorczej, lecz akurat u przewodniczących rad rzadko można dostrzec przymioty niezależności. Wynika to z natury spółki akcyjnej: skład rady, a w szczególności osoba jej przewodniczącego, odzwierciedlają panujące w spółce stosunki własnościowe. Z tejże natury wynika, że decyzje o powołaniu lub wyborze przewodniczącego rady często zapadają poza radą, nawet poza walnym zgromadzeniem, podejmowane przez poszczególnych akcjonariuszy lub ich grupy w oparciu o aktualny stan posiadania przez nich akcji spółki.

Wyróżnić można trzy typowe drogi na fotel przewodniczącego rady nadzorczej. O tym, która zostanie przyjęta w spółce, decyduje jej statut. Tylko jedna z nich nie przekreśla możliwości objęcia przewodnictwa rady nadzorczej przez osobę reprezentującą przymiot niezależności. Jest nią wybór przewodniczącego przez samą radę spośród jej członków. Na tej drodze o wyborze mogą decydować różne względy: rada obierze przewodniczącym osobę związaną z najważniejszym spośród akcjonariuszy spółki, albo osobę najbardziej predestynowaną do przewodnictwa z racji szczególnej znajomości spółki lub branży, lub z racji kwalifikacji bądź doświadczeń, albo osobę o znaczącej pozycji w gospodarce lub życiu publicznym, bądź tego z członków rady, który cechuje się przymiotem niezależności. Lecz powody i procedury wyboru przewodniczącego rady nie zawsze są łatwe do ogarnięcia.

Druga droga wydaje się krótsza. Walne zgromadzenie wybiera, względnie wyznacza przewodniczącego rady nadzorczej spośród obranych już przez siebie członków rady. Taki tryb wyboru godzi w niezależność przewodniczącego. Wynika on z dążenia akcjonariusza dysponującego najsilniejszą pozycją na walnym zgromadzeniu lub, odpowiednio, grupy akcjonariuszy, do zapewnienia sobie bezpośredniego wpływu na wybór przewodniczącego rady. O wyborze decyduje zaufanie pokładane w osobie kandydata na przewodniczącego przez akcjonariat spółki lub przynajmniej przez akcjonariusza dysponującego największą liczbą głosów na walnym zgromadzeniu.

Trzecia droga to powołanie przewodniczącego, do rady nadzorczej lub na funkcję w radzie, przez akcjonariusza spółki indywidualnie oznaczonego w statucie i wyposażonego przez statut w takie uprawnienie osobiste. Tu nie ma nawet pozorów niezależności. Niekiedy akcjonariusz uprawniony przez statut do powołania przewodniczącego rady nadzorczej po prostu powołuje na to stanowisko sam siebie.

Na fotel przewodniczącego rady nadzorczej prowadzi też, na skróty, czwarta droga, a raczej – kręta ścieżka. Wstęp na nią ma jedynie odchodzący prezes zarządu obejmujący funkcję przewodniczącego rady nadzorczej. Niekiedy w uznaniu wyjątkowych zasług dla spółki, której niegdyś był założycielem. Bądź którą przez lata kierował. Taki obyczaj, w Polsce bardzo rozpowszechniony, jest na bakier z corporate governance, a prezes przemieniony w przewodniczącego nie będzie niezależny.

Oczekiwania KNF są więc szlachetne, lecz mało realne. Majstrowanie przez urzędników, bez zważania na naturę spółki akcyjnej, przy jej tak wrażliwym elemencie jak niezależność w radzie nadzorczej, owocuje tylko kłopotami. Kto pragnie krzewić niezależność w radzie nadzorczej, niech lepiej pozostawi przewodniczącego rady w spokoju, ponieważ rzeczywiście niezależny piastun tej funkcji to bardzo rzadki przypadek.

Tekst ukazał się 3 X 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także: 2014.08.16 Stosuj, albo pożałujesz
Czytaj także: 2014.09.22 Zdanie bez dwóch zdań