Archiwa tagu: konkursy i kursy

O kulturę konkursów

Co do zasady nie jestem przeciwnikiem konkursów na stanowiska w zarządach i radach nadzorczych. Lecz stawiam ważny warunek: po rozstrzygnięciu konkursu niech ludzkość pozna nazwiska zwycięzców, natomiast nigdy – przenigdy! – niech nie wyciekną nazwiska przegranych pretendentów. Ani tych, którzy wprawdzie stanęli do konkursu, lecz zostali już na wstępie odrzuceni. Ani tych, którzy zostali zakwalifikowani do jakiegoś etapu, lecz jeszcze nie przyznano im stanowisk. Zwycięzca niech święci swój sukces, pokonanych niech szczelnie otulą gęste obłoki dyskrecji. Hałas wokół konkursów przekreśla ich sens. Przejrzystość jest wielką wartością, lecz akurat tutaj jest przekleństwem. Zniechęca ona wielu, w tym kandydatów nierzadko najlepszych, od stawania w konkursowe szranki.

W obecnym stanie rzeczy zanim kandydat przystąpi do konkursu, rozważy różne postacie ryzyka, na jakie się wystawi. Wymienię tutaj zwłaszcza ryzyko reputacyjne, ryzyko utraty zaufania aktualnego pracodawcy, ryzyko negatywnego odbioru medialnego. W tym świetle nie może dziwić, że o stanowiska w organach spółek z domeny Skarbu Państwa nierzadko zabiegają kandydaci aktualnie bezrobotni. Oraz desperaci.

Ryzyko reputacyjne polega na tym, że porażka ciąży na przegranym, szkodzi jego pozycji na rynku, zmniejsza jego wartość przetargową. Nie ma znaczenia, czy konkurs był prowadzony uczciwie, czy ustawiony pod szwagra. Nie ma znaczenia, czy warunki konkursowe zostały sformułowane jasno, czy może tak mętnie, że najlepsi kandydaci nie wiedzieli, iż to nie oni są poszukiwani. Wiedza o tym dotrze do niektórych, a wiedzą o przegranej chętnie pożywią się wszyscy. Często nie liczy się, kto wygrał, lecz kto przegrał. Często pierwszy mniej zyska, niż drugi straci. Pryśnie nimb powszechnie uznanego menedżera, spadnie jego cena, dotkliwie poranione zostanie ego, a bywa ono często nadmiernie rozrośnięte.

Ryzyko utraty zaufania aktualnego pracodawcy, poniesienia przykrych konsekwencji w obecnym miejscu pracy, odstręcza wielu kandydatów nie tylko dlatego, że porażka – zwłaszcza z byle kim, co przecież bywa możliwe – będzie przez nich odebrana jako publiczne upokorzenie. Kandydat, który bez wiedzy pracodawcy bierze udział w konkursie na stanowisko w innej instytucji, naraża się na przykrości. Jeżeli wygra, mogą one zostać odroczone w czasie, do chwili gdy pojawi się sposobność wzięcia na nim odwetu. Jeżeli przegra, odczuje je niebawem. Jego udział w konkursie zostanie odczytany jako wyzwanie: „jeszcze pracuję dla ciebie, lecz szukam czegoś lepszego – a kiedy tylko coś znajdę, wystawię cię do wiatru”. Nic dziwnego więc, że zatrudnieni wolą uniknąć ryzyka utraty stanowiska, nawet jeżeli uważają, że nie dorasta ono do ich aspiracji lub talentu.

Istnieje wreszcie obawa przed medialnym odbiorem udziału kandydata w staraniach o stanowisko. Osoby rozpoznawalne bywają narażone na ryzyko szczególnego traktowania ich przez media, ośmieszania albo wyszydzania. Ofiarą złośliwości albo żartów często pada nie ten, kto ubiega się o stanowisko nie dysponując kwalifikacjami do jego sprawowania, lecz ten, kto owszem, ma kwalifikacje, lecz przy tym jest nosicielem akustycznego nazwiska.

Nawet jeżeli konkurs formalnie nie będzie jawny, istnieje niebezpieczeństwo wycieku danych osobowych kandydatów. Dyskrecja nie jest cechą właściwą współczesnym Polakom. Zaufać można bezwzględnie tylko uznanym agencjom executive search. Urzędnicy, a zwłaszcza członkowie przeprowadzających konkursy rad nadzorczych, wielokrotnie dopuszczali się karygodnych niedyskrecji. Fatalny przykład dają politycy, karmiący dziennikarzy przeciekami tajemnic państwowych. Potrzeba nam kultury konkursów: kultury wzlatującej ponad pomówienia o stronniczość, podejrzenia o korupcję, plotki i niedyskrecje.

Jakiś czas temu ogłoszono składy wyłonionych w konkursie rad nadzorczych TVP i rozgłośni radiowych. Temat to dla mnie interesujący, przepracowałem lata w Polskim Radiu, liczyłem na publiczną dyskusję o wynikach konkursu. Zamiast tego na stronie internetowej poważnego dziennika znalazłem notatkę „Telewizja nie dla Sobolewskiego”. Dowiedziałem się, że były prezes GPW aspirował do „posady” w radzie nadzorczej telewizji publicznej, został przez KRRiT zakwalifikowany do szerokiego finału i zaproszony na przesłuchania, ale ostatecznie do rady nie został powołany. Nie on jeden został pominięty, lecz jemu właśnie poświęcono uwagę, bo jest osobą znaną, której powodzenie, względnie niepowodzenie, niektórych może zainteresować, a wielu to nawet ucieszyć. W tym przypadku nie liczyli się wygrani, w tytule znalazł się ten, kto jest najbardziej znany.
Artykuł został ogłoszony 9 września 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2014.01.26 Wyższa szkoła demoralizacji – oraz przywołane tam teksty

Wyższa szkoła demoralizacji

Kursy dla kandydatów do rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa stały się narzędziem korupcji i wyższą szkołą powszechnej demoralizacji. Czas skończyć z tym procederem, wszak nie potrzeba tylu kandydatów, a ich wyszkolenie jest żałosne!

Telefonują do sekretariatu z pytaniami, kiedy Polski Instytut Dyrektorów organizuje najbliższy kurs dla kandydatów do rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa. Zagadują w przerwach podczas konferencji, dlaczego PID nie robi takich kursów. Z niedowierzaniem słuchają moich wyjaśnień, że takie kursy nie są już potrzebne, że nikomu niczego nie dają, że cofają polską transformację (skądinąd całkiem udaną) o co najmniej kilkanaście lat. Podpowiadają, że warto organizować kursy, może głupie, ale dochodowe, póki nie brakuje kandydatów pragnących zdobyć papierek będący przepustką do rad…

Niech interes kręci się beze mnie. Uruchomiono te kursy u zarania polskiej transformacji, gdy przedsiębiorstwa państwowe były taśmowo przekształcane w spółki i dramatycznie brakowało ludzi do pracy w radach nadzorczych. Kształcono ich pośpiesznie, wychodząc z założenia, że lepszy ktoś po łebkach przyuczony, jak działa spółka handlowa i czym jest rada nadzorcza, niż całkowity ignorant. Ale od tamtych czasów minęło blisko ćwierćwiecze, a egzaminy wieńczące owe pobieżne kursy zdało jakieś sto tysięcy osób. Ubyło za to spółek z udziałem Skarbu Państwa, więc czy istnieje potrzeba „kształcenia” kolejnych kandydatów? Dostrzega taką potrzebę Ministerstwo Skarbu Państwa, ponieważ jego urzędnicy są wykładowcami na tych kursach. Dostrzegają potrzebę kursanci, którym już obiecano powołanie do rady nadzorczej, gdy tylko doniosą papier. Dostrzegają ją organizatorzy kursów, ponieważ dobrze na nich zarabiają. Bywają nimi firmy szkolące też kelnerów, kierowców i spawaczy, a takze związki zawodowe. Jeszcze jesienią 2013 r. jeden z wielu podmiotów szkolących członków rad nadzorczych reklamował swoją ofertę obiecującym hasłem: „zdawalność ponad 95% za pierwszym podejściem”.

Skutki tego są katastrofalne. Co z punktu widzenia corporate governance jest najwyżej przedszkolem, z punktu widzenia demoralizacji publicznej jest szkołą wyższą. Albowiem społeczeństwo uwierzyło, że do pracy w radzie nadzorczej nie są potrzebne kwalifikacje, wystarczy 100 godzin byle kursu. Takiego, jak na kelnera. Wieńczy go jakiś sprawdzian, ale kto ma już obiecaną radę, ma także obiecane, że przecież zda egzamin. Nie potrzeba wiedzy, doświadczenia, wystarczą znajomości. Lub przynależność partyjna. Kursy dają zasłonę dla korupcyjnych praktyk rozdawnictwa synekur.

Wiadomo o tym od dawna. Już przed dziesięciu laty prof. Maciej Bałtowski alarmował, że „obsadzanie stanowisk w RN spółek Skarbu Państwa stało się od tej pory (czyli od pojawienia się rządu J. Buzka – przyp. ASN) podstawowym zadaniem szefów gabinetów politycznych kolejnych ministrów. Okazało się dobitnie, że państwo wykonuje swoje uprawnienia i powinności właścicielskie w sposób przypadkowy, a przy podejmowaniu decyzji właścicielskich, w szczególności przy obsadzaniu rad nadzorczych, przesłanki polityczne i towarzyskie stają się pierwszoplanowe”. Również ja nawoływałem „Czas skończyć z pobieżnymi kursami, a stanowiska w radach nadzorczych obsadzać w drodze konkursów”. I wyśmiewałem partię, która żądała od rządu, by – w trzy tygodnie! – skutecznie ochronił spółki przed wpływem polityków na obsadę stanowisk. Partia ta dzisiaj dzierży władzę i nie chroni spółek przed swoimi. Wielka szkoda.

Czytaj także:
2003.08.11 Więcej konkursów, mniej kursów!
2004.09.20 Od pomysłu do konkursu

Nieloty

Ogłoszono, że 31 osób złożyło aplikacje w konkursie na prezesa Polskich Linii Lotniczych LOT. „Tak duże zainteresowanie stanowiskiem prezesa zarządu jest pozytywnym sygnałem dla firmy, świadczy o jej potencjale biznesowym na rynku” – powiedział szef rady nadzorczej spółki. Mam wątpliwości, czy chmara kandydatów to sygnał pozytywny, i czy z tej chmary można wysnuć wniosek o biznesowym potencjale firmy.

Niewiele jest firm, w których prowadzące do zarządu i rady nadzorczej drzwi obrotowe kręcą się tak szybko. W jednym z wywiadów użyłem formuły, że LOT w ostatnich latach miał więcej prezesów niż ma samolotów. To przesada, ale pożyteczna, ponieważ ilustruje punkt widzenia. Wielu spośród tych krótkodystansowych prezesów to osoby całkiem przypadkowe. Zapewne w puli 31 kandydatów (ich danych nie znam) też znajdują się osoby przypadkowe.

Osobliwi kandydaci trafiali również do rady nadzorczej. Legendą obrósł jej niegdysiejszy przewodniczący, człowiek skądinąd zacny, który swoją legitymację do fotela tłumaczył tym, że często lata samolotem. Jestem przekonany, że nie miał pojęcia o sprawozdawczości finansowej, za którą w teorii ponosił pełną odpowiedzialność. Zaiste, LOT jest firmą odporną na turbulencje, skoro wciąż jakoś trwa wbrew uprawianej przez właścicieli lekkomyślnej polityce kadrowej.

Z drugiej strony jestem przekonany, że w puli chętnych na prezesurę LOT znajdują się także wartościowi, doświadczeni kandydaci. Przekonanie to wywodzę z faktu, że na polskim rynku mamy znaczną nadpodaż wartościowych menedżerów w stosunku do stanowisk godnych ich aspiracji. O ambicjach rodzimych menedżerów świadczyła wijąca się hen, aż poza Plac Unii Lubelskiej, kolejka aspirantów do prezesury GPW. Konkursu nie ogłoszono (minister Skarbu Państwa zasłużył na gromkie brawa!), co przecież nie zapobiegło kilku zabawnym falstartom. Niemniej większość zainteresowanych, bądź wymienianych przez media jako poważni kandydaci, to osoby sporego formatu.

Mamy wielu dobrych specjalistów, którzy nie czują się w pełni wykorzystani. Dlaczego nie wyruszą w świat, gdzie ich kwalifikacje mogłyby zostać należycie spożytkowane? Otóż wielu polskim menedżerom brakuje mobilności. Daliby sobie radę w obcych krajach, w innych środowiskach biznesowych, znają języki, zdobyli cenne doświadczenia, mają dorobek, niektórzy także kontakty, stoją za nimi osiągnięcia udanej transformacji, opinie o naszej gospodarce, sukcesy niektórych polskich firm. Od niektórych słyszę, że przeprowadzce do innego kraju sprzeciwia się rodzina. Żona nie zna języków, czuje się nieobyta, brak jej światowego szlifu. Córka ma tu chłopaka, ma koleżanki, nigdzie nie poleci… Tak formują się nieloty. Czy któryś z nich kandyduje na fotel prezesa LOT?

Od pomysłu do konkursu [2004]

Politycy żądają procedur chroniących gospodarkę przed ich wpływem. Dali rządowi na to trzy tygodnie.

Z własności płyną prawa. Skarb Państwa i samorządy posiadają znaczące udziały w wielu spółkach, więc wywierają wpływ na skład organów tych spółek. Najwięcej dyskusji wywołuje obsada miejsc w radach nadzorczych. Uważa się powszechnie, że są to synekury, dające spore pieniądze bez obowiązków i odpowiedzialności. Przez kilkanaście lat transformacji nie wypracowaliśmy sprawnego, przejrzystego systemu obsadzania przez państwo i samorządy należnych im miejsc w radach.

Samorządy praktykują system łupów. Miejsca w radach zawłaszczane są przez ugrupowania polityczne. Uprawia się korupcję. Konflikty interesów bywają tak powszechne, że już nie zwraca się na nie uwagi. Natomiast w resorcie skarbu przed laty przyjęto zasadę, że skoro urzędnicy są marnie opłacani, przeto należą się im po dwie rady. To znaczy – należy im się wynagrodzenie z racji członkostwa w dwóch radach nadzorczych. Spotkałem w radach nadzorczych wielu urzędników ministerstwa. Ceniłem ich wysoko, bo pracowali rzetelnie i reprezentowali spore kwalifikacje. Niemniej sprawowany przez nich nadzór z natury rzeczy był ułomny, bo ministerstwo nie miało ani strategii działania, ani zasad określających mandat jego urzędników w radach. Niekiedy interesy skarbu państwa w radach nadzorczych spółek bywają powierzane osobom spoza resortu, jak urzędnicy innych ministerstw, służb skarbowych, administracji terenowej itd. Wymaga się on nich jedynie, by złożyli stosowny egzamin.

Rzecz w tym, że jest to wymóg bez praktycznego znaczenia. Do zdania egzaminu wystarczy uczestnictwo w dwutygodniowym szkoleniu. Kursy dla kandydatów na członków rad nadzorczych organizuje kto bądź. Stosowny egzamin złożyło z pięćdziesiąt tysięcy osób. Ponieważ kursy to dobry interes, liczba absolwentów stale rośnie. Nie wiadomo po co, skoro resort skarbu i tak nie panuje nad bazą danych. Kiedy wypada obsadzić jakąś radę, nie dokonuje się wcale przeglądu wszystkich potencjalnych kandydatów, ale powołuje pierwszych z brzegu. Wcale nie spośród wszystkich! Ostatnio powołanie do odbywania szkoleń odkryli w sobie powszechnie lekarze i pielęgniarki. Te grupy zawodowe kalkulują, że kiedy placówki służby zdrowia będą przekształcane w spółki, im właśnie zostanie powierzona większość miejsc w radach nadzorczych. Doszło do tego, że na marginesie przemysłu kursów narodził się przemysł fałszowania dyplomów egzaminacyjnych.

Rzuciłem kiedyś hasło: „Więcej konkursów, mniej kursów”. Apelowałem: czas skończyć z pobieżnymi kursami, a stanowiska w radach nadzorczych obsadzać w drodze konkursów. Lecz sprawa nie jest prosta. Brakuje nam dotkliwie kultury rzetelnych konkursów na stanowiska publiczne; nie mamy też tradycji obsadzania miejsc w organach spółek w drodze przejrzystych konkursów. Kiedyś komisja kwalifikacyjna miesiącami trudziła się nad doborem kandydatów do rad nadzorczych NFI, a minister i tak skomponował skład rad po uważaniu. Znamienny jest też przypadek Orlenu. Pierwszy konkurs na prezesa spółki nie był przejrzysty, ale motywy negatywnej reakcji ministra skarbu na wybór dokonany przez radę poza konkursem także nie były przejrzyste. Nie wystarczy więc ogłosić konkurs, ani nakłonić dobrych kandydatów, aby stanęli do niego. Trzeba zawczasu uzgodnić uczciwe zasady procedowania, a przede wszystkim – pragnąć rozstrzygnięcia w oparciu o przyjęte procedury, umieć dochodzić do porozumienia w dobrej wierze i bez zbędnej zwłoki. Jest to materia bardzo delikatna, bowiem powodzenie konkursów zależy od ukształtowania kultury życia publicznego, co przecież musi potrwać.

Niedawno sejm wezwał rząd do opracowania i przedstawienia w terminie trzech tygodni zasad przeprowadzania publicznych konkursów na obsadzane przez organy administracji centralnej stanowisk w organach spółek. Proces dojrzewania takich zasad zajmuje sporo czasu. Powinny one powstać już przed laty, ale skoro wtedy nie powstały, dzisiaj nie stworzy się ich w trzy tygodnie. Sam taki pomysł, autorstwa Platformy Obywatelskiej, to propagandowy strzał na wiwat. W pośpiechu i pod presją polityków niełatwo będzie przygotować zasady zmierzające do ochrony gospodarki przed wpływem polityków. Ustalenie przejrzystych, uczciwych procedur obsady przez skarb państwa (a także samorządy) stanowisk w organach spółek to doniosła i skomplikowana reforma ustrojowa. Jestem za konkursami, lecz przeprowadźmy wpierw porządnie jeden zanim przystąpimy do drugiego. Oczywiście, ze względów praktycznych takimi publicznymi konkursami nie sposób objąć funkcji w organach wszystkich spółek z udziałem skarbu państwa: byłoby to przecież kilkadziesiąt tysięcy postępowań. Przeprowadzanych według różnych zasad, ponieważ własnościowa lub statutowa pozycja skarbu państwa jest w spółkach zróżnicowana. Czy Platforma pomyślała o tym?

Tekst został ogłoszony 20 września 2004 r. w tygodniku GAZETA BANKOWA.
Czytaj także:
2014.01.26 Wyższa szkoła demoralizacji
2003.08.11 Więcej konkursów, mniej kursów!

Więcej konkursów, mniej kursów! [2003]

Czas skończyć z pobieżnymi kursami, a stanowiska w radach nadzorczych obsadzać w drodze konkursów!

Governance to władztwo. Władztwo na szczeblu państwa, samorządu, uczelni, podmiotów gospodarczych, nawet struktur międzynarodowych. Sposób sprawowania władztwa w państwie ma znaczny wpływ na rynek. Im gorzej rządzone jest państwo, tym trudniej zaszczepić na rynku standardy corporate governance. Jak partyniactwo w obsadzie stanowisk źle służy demokracji, tak inwazja polityki w gospodarkę dotkliwie godzi w jej konkurencyjność. W Polsce brakuje dojrzałych mechanizmów obsady stanowisk; cierpi na tym jakość państwa, a przez to i jakość spółek, na które państwo ma wpływ. Brakuje nam kultury merytorycznych konkursów. Stanowiska przeznaczone dla fachowców często padają łupem partyjnych nominatów. W Wielkiej Brytanii z konkursów obsadzane są nie tylko stanowiska w agendach rządowych, jak Financial Services Authority lub National Savings, ale nawet rada Banku Anglii (Court of Directors). Gdyby przyjęto podobną procedurę w przypadku naszej Rady Polityki Pieniężnej, jest skład byłby odrobinę inny. Skarb Państwa rzadko korzysta z konkursów przy obsadzie rad nadzorczych swoich spółek. Zresztą o nominacjach nie decydują wyniki konkursów, ale widzimisię polityków.

Skarb Państwa wymaga natomiast świadectwa ukończenia kursu dla członków rad nadzorczych. Było to rozwiązanie niezaprzeczalnie słuszne z samym początkiem lat dziewięćdziesiątych. Kadr wówczas brakowało, więc lepszy był kandydat z dwutygodniowym kursem, niż taki sam nieuk bez kursu. Kiedy Polsce Ludowej zabrakło słusznych klasowo prawników, edukowano ich w skrócie na kursach im. Teodora Duracza. Niebawem przecież farsy zaniechano. W III RP farsa trwa. Do dzisiaj praktykujemy doraźne, rozpaczliwie minimalistyczne rozwiązanie w postaci kursu do rad nadzorczych. Urządzał je kto bądź, bo to intratny interes. Jakaś Fundacja Własności Pracowniczej oferowała ‘konkurencyjną cenę, najlepszych wykładowców, materiały szkoleniowe oraz doskonałe przygotowanie do egzaminu’. Lubuska Fundacja Rozwoju Demokracji Lokalnej jednym tchem ogłaszała kurs dla kandydatów na członków rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa i dla kierowców taksówek. Niewiele wnosi zasada, że teraz ministerstwo ma kursy w swojej pieczy. Podczas jednej z konferencji Corporate Governance były dyrektor departamentu w ministerstwie Skarbu Państwa zdradził, że nawet na kursach resortu ściśle egzekwowano, by wybrańcy zdawali egzamin, bo obiecano im już nominacje.

Ostatnio wybuchł spór, czy kursy obowiązują członków rad nadzorczych mediów publicznych, radia i telewizji. Marszałek Sejmu zapowiedział wystąpienie w tej sprawie do Trybunału Konstytucyjnego. MSP uważa, że spółki mediów publicznych są jednoosobowymi spółkami Skarbu Państwa. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji twierdzi, że osoby powoływane do rad nie są reprezentantami Skarbu Państwa. Zaiste, nie są. Są reprezentantami swoich patronów z Krajowej Rady, którzy do rad nadzorczych zgłaszają kandydatury protegowanych. Prasa często ujawnia skandale, zwłaszcza na szczeblu lokalnym, gdzie o nominacjach decydują tamtejsi notable. Miejscami w radach nadzorczych kupczy się bez żenady. Tak zmontowano w Lubelskiem koalicję w sejmiku samorządowym. Działacz SLD zaproponował Samoobronie udział jej ludzi w kursie dla kandydatów na członków rad nadzorczych. Liderzy Samoobrony dostrzegli w tym łapówkę, którą skwapliwie przyjęli. Kurs wcale nie był trudny, niektórzy uczestnicy przerobili materiał zaocznie, egzamin zdali wszyscy. To są zwyczajne dzieje.

Wymóg przedstawienia przez kandydata do rady nadzorczej spółki Skarbu Państwa lub spółki samorządowej świadectwa ukończenia kursu jest zakłamany po dwakroć. Po pierwsze, kurs jest pobieżny; po drugie – egzamin po kursie bardzo często bywa ustawiany. Praca w nadzorze wymaga sporej wiedzy, której nikt nie posiądzie w dwa tygodnie. W pierwszym zaciągu prywatyzacyjnym można było złagodzić kryteria, powołując do rad, z braku innych, ludzi słabo przygotowanych. Po kilkunastu latach transformacji od kandydatów do rad trzeba już wymagać znacznie więcej. Dorobiliśmy się zresztą, nie dzięki kursom, lecz dzięki praktyce, licznego korpusu fachowców, dysponujących już bogatym doświadczeniem w wykonywaniu nadzoru.

Nie wierzę, by fachowców można było racjonalnie wykorzystać wpisując ich nazwiska na jakąś listę w resorcie. Kryteria takiego wpisu byłyby zawsze wątpliwe. Jedyną szansą na wykorzystanie umiejętności kadry, jaką dysponujemy, będzie obsadzanie przypadających Skarbowi Państwa i samorządom miejsc w radach w drodze konkursów. Nie godzi to w interes urzędników resortu. Wielu z nich ma takie kwalifikacje, że da sobie radę w konkursach. Zresztą w radach spółek Skarbu Państwa można wyłączyć z konkursu miejsce dla przedstawiciela resortu. Kursy to przeżytek, teraz czas na uczciwe konkursy.

Tekst ukazał się 11 sierpnia 2003 r. w tygodniku GAZETA BANKOWA

Czytaj także:
2014.01.26 Wyższa szkoła demoralizacji
2004.09.20 Od pomysłu do konkursu

Czwarta kasta? [2002]

Próby zamykania dostępu do rad nadzorczych nie służą poprawie nadzoru, tylko interesom politycznym!

W łańcuchu przemian polskiej transformacji brakuje ważnego ogniwa, gdyż do tej pory nie udało się zaszczepić polskim spółkom rygorów corporate governance. Kiedy piszę dla niespecjalistów, przekładam ów termin jako porządek korporacyjny. Jest sporo innych tłumaczeń, lecz wszystkie, łącznie z moim, można uznać za nieścisłe i mylące. Tylko w oryginale znaczenie tego pojęcia nie budzi wątpliwości. Pisząc tu dla grona specjalistów, wstrzymuję się od przekładu.

Kiedyś państwa oceniało się ilością luf armatnich, a gospodarki tonażem wydobytego węgla. Współcześnie państwa oceniane są miarą przestrzegania praw człowieka, a gospodarki miarą ich stosunku do zasad corporate governance. Im bardziej gospodarka jest nimi nasycona, tym większa jej atrakcyjność. Tędy bowiem przebiega granica między nowoczesnym wolnym rynkiem, a rynkiem dzikim, rozchwianym, nie budzącym zaufania inwestorów. Zaczynamy dostrzegać tę prawdę. Podjęto próby stworzenia rodzimego zbioru zasad postępowania spółek. Corporate governance także w Polsce staje się już instrumentem wyceny spółek i oceny rynku. Spółki, które w przekonaniu inwestorów nie dorastają standardom, odczują to boleśnie. Ostatnio jedna nie zdołała domknąć swojej oferty publicznej, kilka zostało dotkniętych wydatnymi spadkami notowań. Co ciekawe: dopiero w sytuacji, gdy inwestorzy odwracają się, niektóre spółki próbują ratować sytuację oświadczeniami, że będą respektować zasady corporate governance. Rejestruję owe oświadczenia, bowiem chociaż bywają spóźnione, ich wymowa jest optymistyczna.

Znaczenie corporate governance dla pomyślności polskiej gospodarki uświadamiają sobie niektórzy politycy. Jest jednak dyskusyjne, czy potrafią wyciągnąć właściwe wnioski. Zamiast więc poskramiać politykę przed inwazją w sferę gospodarki, popiera się przedsięwzięcia zmierzające do opanowania domeny gospodarczej, przede wszystkim spółek Skarbu Państwa, przez interesy partyjne. Taka jest bowiem wymowa nawet tych inicjatyw, które pozornie mają się temu przeciwstawiać.

Jedną z nich jest pomysł listy rekomendacyjnej. Otóż Skarb Państwa mógłby powoływać na swoich przedstawicieli w radach nadzorczych spółek tylko kandydatów z takiej listy. W istocie taka lista już istnieje, lecz nie ma z niej pożytku. Resort rzadko odstępuje od zasady, by do rad nadzorczych powoływać tylko osoby legitymujące się świadectwem ukończenia stosownego kursu. Kurs zazwyczaj jest dwutygodniowy, z natury powierzchowny, wprawdzie zakończony egzaminem, lecz urzędnicy już potrafią zadbać, by kto ma obiecaną nominację do rady nadzorczej – egzamin jakoś zdał. Pomysł nowej listy rekomendacyjnej polega przeto na tym, by rozpędzić jedną kolejkę przypadkowych kandydatów do rad nadzorczych, i uformować drugą.

Czytam, że o wpisanie kandydata na taką listę rekomendacyjną mają wnioskować organy samorządu adwokackiego, radcowskiego i biegłych rewidentów, a także rektorzy publicznych szkół wyższych. Udział aż trzech zamkniętych, kastowych korporacji zawodowych w tworzeniu listy pobudzi obawy, że powstanie jeszcze jedna kasta. Samorządy adwokatów, radców prawnych i biegłych rewidentów ani nie gwarantują, że na listę nie dostaną się osoby niewłaściwe, jakich wiele przedostało się w szeregi owych profesji, ani nie dadzą rękojmi, że osoby ze wszech miar właściwe dostaną się na listę, skoro tylu świetnych kandydatów nie znalazło się w szeregach adwokatów, radców i rewidentów. Także rektorzy nie uwiarygodnią pomysłu listy rekomendacyjnej. Co stanie na przeszkodzie, by zgłaszali niekompetentnych, a utytułowanych kandydatów? Nie wykluczam, że rektor wrocławskiej Akademii Rolniczej zawnioskuje, by na liście został umieszczony prof. Tadeusz Trziszka z katedry technologii surowców zwierzęcych, znawca drobiu i jaj. Sprawował on już kiedyś funkcję przewodniczącego rady nadzorczej jednej z największych polskich instytucji finansowych, PZU Życie, wydatnie utrudniając odwołanie prezesa zarządu Grzegorza Wieczerzaka.

Nie sądzę, by to akurat były prezes PZU Życie podsunął pomysł listy rekomendacyjnej jej inicjatorowi, a swojemu byłemu partyjnemu koledze, niemniej nie dostrzegam żadnych zalet takiego rozwiązania. Zapewne jego celem jest skrępowanie rąk ministrowi Skarbu Państwa, by nie uprawiał alotażu, jak nazywam powierzanie ważnych stanowisk niekompetentnym stronnikom. Historia resortu zna przecież wiele skandalicznych nominacji. Już wcześniej próbowano ministra ograniczać, na przykład konkursem do rad nadzorczych NFI. Jego plonem były dwie listy rekomendacyjne: kandydatów na przewodniczących, oraz na członków rad funduszy. Minister przejął się nimi w stopniu umiarkowanym. Zapewne tak byłoby i tym razem. Lista może przyczynić się za to do przekształcenia nadzoru w kolejną zamkniętą kastę.

Tekst ogłoszony 6 sierpnia 2002 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Od prawa łupu do łupu-cupu [2002]

Czas skończyć z pobieżnymi kursami, a stanowiska w zarządach i radach obsadzać w drodze konkursów.

W Polsce przepustką do rad nadzorczych są wciąż raczej kursy niż konkursy. Kursy są rozwiązaniem doraźnym, rozpaczliwie minimalistycznym, rodem z początków polskiej transformacji. Każda rewolucja niesie z sobą takie prowizorki (poprzednia kształciła „postępowe” kadry prawnicze na skróconych kursach im. Teodora Duracza). Dzisiaj dwutygodniowy kurs kandydatów do rad jest anachronizmem. Lepszym rozwiązaniem byłby konkurs. W Wielkiej Brytanii tą drogą obsadza się nawet bardzo poważne funkcje. Jeszcze do 28 marca można zgłaszać się do konkursu, w którym stawką jest członkostwo rady (Court of Directors) Banku Anglii. Zwycięzca otrzyma od monarchini nominację na trzyletnią kadencję. W drodze konkursu obsadza się także stanowiska rangi ministerialnej w brytyjskim organie nadzoru finansowego (Financial Services Authority), skupiającym w jednym ręku funkcje w Polsce spełniane – albo nie spełniane – przez mnogość organów nadzoru. W drodze konkursu wyłania się radę National Savings – agencji zajmującej się długiem publicznym. W Polsce o członkostwie takich agend, przeto także o ich działalności, decyduje przede wszystkim polityka.

Konkursy przeprowadzane są rzadko. Obsada rad nadzorczych NFI niby miała nastąpić w drodze konkursu, ale propozycje Komisji Kwalifikacyjnej trafiły przed ważne oczy (premiera Pawlaka? ministra Kaczmarka?), zatem ostateczne ustalenia odbiegły daleko od pierwotnych. W drodze konkursu obsadzono rady spółek węglowych. Ale najczęściej Skarb Państwa obsadza rady nadzorcze po uważaniu, swoimi. Dla zachowania pozorów wymaga się od nich świadectwa ukończenia kursu, co dowodzi podwójnego zakłamania. Po pierwsze, kurs jest pobieżny. Współcześnie praca w nadzorze wymaga sporej wiedzy; jakże ją posiąść w ciągu 2 tygodni? W pierwszym zaciągu prywatyzacyjnym można było złagodzić kryteria powołując do nadzoru rzesze ludzi słabo przygotowanych. Po kilkunastu latach transformacji od kandydatów do rad trzeba już wymagać znacznie więcej. Po drugie, kurs bywa przykrywką. Jego uczestnik często z góry wie, do której rady nadzorczej zostanie powołany, ma tylko donieść papier. By ów papier otrzymał w terminie, ustawia się egzamin.

Miejsce średniowiecznego prawa łupu zajmuje prymitywny obyczaj łupu–cupu. AWS nieubłaganie pędził ze stanowisk nie tylko osoby powołane przez poprzednią koalicję, lecz nawet osoby powołane za czasów poprzedniej koalicji. Na stołkach mocowano niekompetentnych swoich. Nazwałem to zjawisko alotażem. Brzmi z francuska, lecz wywodzi się od nazwiska rodzimego zucha. W radach nadzorczych wielu spółek Skarbowi Państwa przypada tylko jedno miejsce. Najczęściej bywa ono obsadzane urzędnikiem, najczęściej ministerialnym, najczęściej kompetentnym, często apolitycznym. W takich przypadkach zmiana rządu zazwyczaj nie pociąga za sobą ani zmiany reprezentacji Skarbu Państwa w radzie, ani zmiany stanowiska Skarbu Państwa wobec spółki. Dotyczy to spółek znajdujących się w bardziej zaawansowanym stadium prywatyzacji.

W radach nadzorczych licznych spółek Skarb Państwa korzysta jednak z prawa do obsadzenia większej liczby miejsc, niekiedy nawet bezwzględnej większości. Obecnie takich spółek nie ubywa, ponieważ prywatyzacja została zamrożona. To właśnie w takich spółkach na łupu – cupu prowadzona bywa wymiana rad nadzorczych i zarządów, panoszy się alotaż, a Wielki Szu i jego naśladowcy wyprowadzają pieniądze, najczęściej do własnych kieszeni, ale czasem przy okazji sfinansują szkolenie medialne lidera domu panującego. Nawet jeżeli minister zastąpi w radach nadzorczych garnitur gorszy – lepszym, nieuchronnie powstanie pytanie, czy to akurat polityk powinien kształtować skład rad.

Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie Skarbowi Państwa prawa swobodnego obsadzania po jednym miejscu w radzie, przy obsadzeniu pozostałych miejsc należnych Skarbowi Państwa w drodze konkursu. Przeprowadzanie konkursów warto powierzyć niezależnej (apolitycznej) instytucji o ustalonej pozycji na niwie porządku korporacyjnego, zaś Skarb Państwa zachowałby prawo wyboru najwygodniejszych dla siebie kandydatur z grona przedkładanych mu w wyniku postępowania konkursowego.

Taka procedura ułatwi zapobieganie alotażowi. Wygaszenie tej arcyszkodliwej praktyki ostudzi namiętności związane z obsadą rad i pozwoli skończyć z praktyką łupu – cupu, czyli obijania i wypędzania z rad nadzorczych osób zainstalowanych tam przez odmienną orientację polityczną. Zaletą proponowanego rozwiązania będą także korzyści budżetu. Gdyby bowiem rada nadzorcza była bardziej kompetentna, może potrafiłaby upilnować pieniędzy i nie rozkradłby ich Wielki Szu. Wprawdzie aferzysta już siedzi, ale kasa nie zgadza się w dalszym ciągu.

Tekst ogłoszony 18 marca 2002 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2003.08.11 Więcej konkursów, mniej kursów!
2014.03.14 Komitet z Loch Ness

Wystarczy mieć [2001]

Nadzór sprawują ci, którzy posiadają akcje, oraz ci, których posiadacze akcji darzą zaufaniem.

W kodeksie spółek handlowych brak określenia wymogów, jakie powinien spełniać członek rady nadzorczej spółki kapitałowej. Wiemy jedynie, że może nim być (podobnie jak członkiem zarządu, komisji rewizyjnej albo likwidatorem) tylko osoba fizyczna mająca pełną zdolność do czynności prawnych. Wyjątek dotyczy przejściowo osób skazanych prawomocnym wyrokiem za niektóre przestępstwa. Kodeks nie kreuje przeto kasty, z której mogą rekrutować się członkowie rad nadzorczych. Nie zmierza (chwała mu za to!) ku zbudowaniu korpusu członków rad nadzorczych na wzór znanych korporacji zawodowych. Nie tworzy ograniczeń spotykanych w innych systemach prawnych, jak wymóg posiadania pewnej ilości akcji, lub limit wieku członków rad nadzorczych. Spółki mogą natomiast przyjmować takie ograniczenia w swoich statutach. Mogą one także wymagać od członków rad nadzorczych spełnienia określonych wymogów, bądź posiadania określonych kwalifikacji.

W polskiej praktyce spotyka się czasem ograniczenia pozastatutowe. Na przykład od kandydata do rady nadzorczej jednoosobowej spółki Skarbu Państwa wymaga się ukończenia kursu i złożenia egzaminu. Jakość kursów i rzetelność egzaminów bywa niestety różna, nierzadko wręcz wątpliwa. Czasem obsadza się rady nadzorcze w drodze konkursu. Lepsze konkursy niż kursy!

Jedynie wyjątkowo prawo wymaga od członków nadzoru szczególnych kwalifikacji. Na przykład prawo bankowe stanowi, że radę nadzorczej banku państwowego powołuje się spośród osób posiadających ‘odpowiednie kwalifikacje z zakresu finansów’. Banków państwowych jest w Polsce niewiele, natomiast inne banki są wyłączone spod tego wymogu. Nie znaczy to jednak wcale, że w radach innych banków nie ma osób z odpowiednimi kwalifikacjami z zakresu finansów. Znaczy to natomiast, że akcjonariusze swobodnie decydują o składach rad nadzorczych. To jest ich sprawa, w którą państwo nie ingeruje.

Zatem wystarczy mieć akcje w ilości pozwalającej na wywieranie wpływu na skład rady, by wejść do rady nadzorczej samemu, lub przeprowadzić wybór zausznika, albo nawet kilku zauszników. Nawet w przypadku, kiedy akcjonariusz został przejściowo pozbawiony prawa do zasiadania w radzie osobiście, w następstwie prawomocnego skazania za przestępstwa określone w przepisach, nie można pozbawić go wpływu na skład organu nadzoru (także zarządu spółki, komisji rewizyjnej albo likwidatorów), jeżeli jego akcje dają mu taki wpływ. Prawo karze przeto sprawców przestępstw, ale nie karze ich akcji.

Nie wszyscy członkowie rad mają dostateczną ilość akcji, która dałaby im wybór. Nie wszyscy nawet sami mają akcje (chociaż dla spółki lepiej, kiedy mają). Wielu znalazło się w radach dlatego, że cieszą się zaufaniem znaczących akcjonariuszy, bądź grup akcjonariuszy. Nie wymaga tego kodeks, ale życie. Stąd zmiany w składach rad najczęściej płyną ze zmian w składzie akcjonariatu, albo układu sił w akcjonariacie. Niekiedy wynikają one z utraty przez członka rady zaufania tych akcjonariuszy, którzy oddali za nim swoje głosy, bądź z utraty przydatności dla nich. I chociaż zżymam się, że polskie rady nadzorcze są jak drzwi obrotowe, bo stale ktoś w nie wchodzi, ktoś wychodzi – nie kwestionuję praw akcjonariatu do korygowania składu rad.

Marzy mi się natomiast zasada (płynąca nie z przepisu, ale z powszechnej praktyki), że oczekuje się fachowych kwalifikacji od przewodniczącego walnego zgromadzenia. Kodeks wymaga jedynie, by przewodniczącym zgromadzenia była osoba uprawniona do uczestnictwa w nim. Czasem wybiera się więc na tę funkcję kogoś całkiem bez pojęcia o regułach przewodniczenia obradom i bez znajomości procedury. Przewodniczący ma poważny wpływ na przebieg zgromadzenia. Jego stronniczość lub niekompetencja mogą wyrządzić spółce znaczne szkody. Powinien być zatem bezstronny, czyli życzliwy nawet wobec tych, którzy są mu niemili. Powinien także wykazać fachowość. Po to, by zgromadzenie podejmowało uchwały i by uchwały nie były dotknięte wadami formalnymi.

Spotkałem się niedawno z postulatem, by przewodniczącymi walnych zgromadzeń wybierać jedynie adwokatów albo radców prawnych, ponieważ jako członkowie korporacji są oni wiązani etyką zawodową. Nie podzielam ani postulatu, ani uzasadnienia. Członkowie korporacji postępują przecież bardzo różnie, w praktyce wcale nie zawsze etycznie, a ich środowisko zawodowe reaguje na to z pobłażaniem. Często pisałem w tym miejscu, że spółkom opłaca się korzystać z prawniczej ‘profesji pierwszej potrzeby’. Żądałem: ‘nie deptać prawników!’ Niemniej sądzę, że stworzenie zamkniętego klubu przewodniczących walnych zgromadzeń ani nie przysporzy prawnikom zaufania, ani nie przysłuży się porządkowi korporacyjnemu.

Tekst ogłoszony 4 czerwca 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2000.10.23 Nie deptać prawników

Szklany sufit [2000]

Obecność kobiet w radach nadzorczych przydaje radom różnorodności, a różnorodność rad kreuje wartość spółek.

W języku angielskim występuje wyrażenie „glass ceiling” – szklany sufit, niewidoczna bariera awansu. Przegradza ona skutecznie drogę na szczyty hierarchii, o czym przekona się każda lub każdy, kto rozbije sobie o nią głowę. Raczej przekona się każda, ponieważ szklane sufity rozpina się najczęściej nad karierami kobiet. Stopień cywilizacji społeczeństwa można mierzyć współczynnikami obrazującymi udział kobiet w zarządach i radach nadzorczych liczących się podmiotów.

Jak często bywa, impuls ku równouprawnieniu wychodzi ze Skandynawii. Rząd Norwegii zapowiada wniesienie do parlamentu projektu ustawy przewidującej co najmniej 40-procentowy udział kobiet w radach nadzorczych. Kwota ma w pierwszej kolejności objąć spółki giełdowe. Obecnie udział kobiet w radach 500 największych spółek wynosi tam 12,5 procent. W Norwegii rządzi socjaldemokracja, pierwsza na świecie partia przestrzegająca parytetu reprezentacji kobiet. Kiedyś Gro Harlem Brundtland połowę tek w swoim gabinecie powierzyła… mężczyznom. Inwestorzy chętnie oceniają gospodarkę po stopniu jej nasycenia porządkiem korporacyjnym (ang. „corporate governance”). Im więcej kobiet w zarządach i radach, tym więcej znamion owego porządku; im więcej znamion porządku, tym więcej inwestycji.

Co, z racji samej płci, wnoszą kobiety do rad? Otóż tylko jedno – różnorodność. Chodzi o to, by członkowie rady różnili się, czym można: zawodem, pokoleniem, wykształceniem, doświadczeniami i płcią. Im bardziej różnorodny jest skład rady, tym większe są jej szanse na skuteczność, czyli wykreowanie wartości dodanej spółki. Dzisiaj w radach polskich spółek najczęściej zasiadają osoby w przedziale 40 – 50 lat, inżynierowie po kursach dla członków rad nadzorczych, z kilkunastoletnim doświadczeniem w zarządach przedsiębiorstw i spółek, kilkuletnim dorobkiem w nadzorze, w ogromnej przewadze mężczyźni w podobnych popielatych garniturach.

Już wspominałem, że do rad nadzorczych szerokim frontem wchodzi pokolenie dwudziestokilkulatków. Dopominałem się, by w radach docenić prawników. Pora upomnieć się, by w radach docenić kobiety. Za to Polsce nie liczą się takie kryteria różnorodności, jak wyznanie, albo kolor skóry. W kilku spółkach wprowadzono kwoty związane z obywatelstwem lub krajem zamieszkania. W radzie nadzorczej Banku Handlowego co najmniej połowa członków, w tym prezes rady, powinna legitymować się obywatelstwem polskim. Statut Agory jest jeszcze bardziej wymagający: członkami rady muszą być w większości obywatele polscy zamieszkali w Polsce. Stąd tylko krok do pomysłu, by w spółkach Skarbu Państwa większość członków rad pochodziła z Nowego Sącza (a reszta – nawet ze Starego Sącza). Skoro dopuszczalne są wymogi w kwestii obywatelstwa lub kraju zamieszkania, dlaczego by nie dopuścić wymogów dotyczących kwoty procentowego udziału kobiet w składzie rady?

Wyobrażam sobie, jak niechętnie odniosą się do tego postulatu Okopy Świętej Trójcy! Byłoby więc najlepiej, by zanim wprowadzimy kwoty udziału kobiet w radach nadzorczych, gwarancje tego udziału okazały się w praktyce zbędne. Już teraz mogę wskazać dwie drogi prowadzące do zwiększenia udziału kobiet w radach. Pierwsza to odpolitycznienie rad. Druga – to upowszechnienie konkursów na obsadę rad nadzorczych. Z upolitycznieniem rad nadzorczych zmaga się już opinia publiczna. Coraz ważniejszym kryterium oceny osób i partii sprawujących władzę jest ich udział w obsadzaniu rad nadzorczych niekompetentnymi stronnikami. W społeczeństwie utarło się już przekonanie, że miejsca w zarządach i radach nadzorczych nie są przechodnim łupem kolejnych ekip sprawujących władzę. Kierowanie się zasadą TKM, dającej prymat racji politycznej nad kwalifikacjami, wywołuje ostre potępienie.

Najskuteczniejszą zaporą przeciwko tej zasadzie jest obsadzanie miejsc w radach nadzorczych z puli Skarbu Państwa w drodze konkursu uwzględniającego kryteria merytoryczne. Zapewne okaże się wtedy, że dla zapewnienia w radach większego udziału kobiet – nie trzeba będzie dodawać im do wyniku uzyskanego w konkursie „punktów za pochodzenie”. Czas rozbić szklany sufit. Lepiej zastąpić go szklaną drabiną. Będzie ona całkiem przeźroczysta. Jej szczeble będą śliskie, więc komu obsunie się noga, może sobie przetrącić karierę. Lecz każdy szczebel będzie tak samo śliski dla wszystkich.

Artykuł ukazał się 4 grudnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.
Czytaj także:
2013.11.12 Nie chodzi o kobiety
2010.05.27 Moda na poprawność