Archiwa tagu: kryzys

Gordon Brown chce posyłać bankierów do więzienia – słusznie!

Gordon Brown nie daje o sobie zapomnieć. 30 października ukazała się jego kolejna książka: „My Life, Our Times”. Tytuł trafnie oddaje zawartość: jest to autobiografia na tle panoramy świata współczesnych finansów. Świata, na który Autor wywierał przez lata znaczny wpływ, najpierw jako najdłużej urzędujący kanclerz skarbu Zjednoczonego Królestwa, następnie jako premier. A także jako pierwszorzędny pisarz polityczny i publicysta ekonomiczny. Nic dziwnego, że na okładce czcionka tytułu jest kilkakroć mniejsza od tej, jaką podano imię i nazwisko Autora, a najwięcej miejsca zajmuje jego zdjęcie. To bardzo dobry przerywnik dla tak często pokazywanych podobizn obecnej premier.

Wątek autobiograficzny to droga zdolnego, pracowitego, hardego Szkota na Downing Street pod dziesiąty. Dorastał jako syn prowincjonalnego duchownego. W młodości omal nie stracił wzroku. Ożenił się późno (mawiano, że nie bez względu na rację stanu). Głęboko przeżył śmierć kilkudniowej córeczki. W działalności publicznej kierował się zasadami; nie każdy polityk zasłużył na taką charakterystykę! Wprowadził płacę minimalną, umocnił niezależność Banku Anglii, zreformował finanse służby zdrowia (NHS). Zyskał opinię rzetelnego człowieka i uczciwego polityka. A teraz głosi przestrogę dla świata: jeżeli odpuścimy bankierom („bankers”), jeżeli winowajcy pamiętnego kryzysu finansowego roku 2008 i lat następnych nie poniosą odpowiedzialności, nie trafią do więzienia – czeka nas jeszcze gorsza katastrofa.

Nadużycia, nieuczciwość, nonszalancja, rażący brak etyki – nie wystarczy piętnować te zjawiska, należy zastosować surowe sankcje, ponieważ bezczelni bankierzy gotowi znowu podjąć hazardową grę publicznymi pieniędzmi. Jest w przestrogach byłego premiera zrozumiała nuta osobista. Kryzys roku 2008 sprowadził na Zjednoczone Królestwo najgłębszą z powojennych recesji, w 2010 r. skutkował wyborczą porażką laburzystów, spowodował zmianę premiera. Browna zastąpił lider konserwatystów, nieszczęsny David Cameron… Dalszy ciąg nastąpi.

Jeżeli bankierzy, którzy dopuścili się karygodnych nieprawidłowości nie pójdą do więzienia, jeżeli nie zostaną odebrane im bonusy, nie będą konfiskowane ich dobra, nie zabroni się im uprawiać zawodu, damy jedynie zielone światło dla podobnie ryzykownych zachowań w przyszłości – pisze Brown. I ujawnia nieznaną publicznie rewelację, że Barclays, jeden z największych brytyjskich banków z wieloma skazami na reputacji, w toku kryzysu wystąpił z ofertą kupna pogrążonego w kłopotach rywala, Royal Bank of Scotland. Brown zablokował tę ofertę i w znacznym stopniu upaństwowił RBS. Fuzja tych dwóch instytucji byłaby niewyobrażalną katastrofą. Autor uważa, że za doprowadzenie banku na krawędź katastrofy były szef RBS Fred Goodwin powinien być pozbawiony nie tylko szlachectwa, także niesłusznie pobranych bonusów i prawa zasiadania w radach dyrektorów. Nie jest więc w porządku, że uszedł ze wszystkimi bonusami z przeszłości i wolną od podatku odprawą. Nawet kiedy zgodził się zrezygnować z połowy uposażenia, brał 300 tysięcy funtów szterlingów rocznie.

Brown zarzuca konserwatystom nadmierną łagodność wobec banków. Uznali oni, że brytyjskie banki są „to big to fail” (zbyt duże, by upaść). Obecnie są jeszcze większe. Dywidendy i wynagrodzenia bankowców reprezentują obecnie taką samą część dochodów banków, jak przed kryzysem. Autor wskazuje, że jeden z argumentów mających usprawiedliwić nadmiernie wysokie wynagrodzenia bankierów: jakoby były one nagrodą za podejmowane przez nich ryzyko – nie ostał się w obliczu krachu. Banki otrzymały znaczne wsparcie w postaci pieniędzy podatników i gwarancji rządu, więc ryzykowały nie swoimi, ale naszymi pieniędzmi – konstatuje Gordon Brown. Jego zdaniem bankierzy nie są premiowani za ryzyko, ale nagradzani za niepowodzenia. Skoro postępowanie bankierów odbiega od wzorców postępowania racjonalnego i uczciwego, Wielka Brytania powinna podążyć śladem Irlandii, Islandii, Hiszpanii, Portugalii – i wszcząć postępowania karne. Odpowiednim instrumentem byłaby ustawa o nadużyciach (Fraud Act) z 2006 roku.

Były premier ujawnia, że gotów był odejść, gdyby w październiku 2008 r. rynki finansowe nie wsparły w rządowego planu ratowania banków kosztem 50 mld funtów szterlingów. Ów niecodzienny program naprawczy został ogłoszony 8 października. „Kiedy nazajutrz wstałem – wspomina Autor – powiedziałem Sarze (Sarah Brown, żona premiera), by była przygotowana do spakowania naszych rzeczy na wypadek potrzeby szybkiego opuszczenia Downing Street. Gdybym przegrał, gdyby rynek spadł, gdyby zaufanie odpłynęło od Brytanii, nie miałbym innego wyjścia, jak rezygnacja. Kiedy rano wszedłem do biura nie wiedziałem, czy będę w nim jeszcze na koniec dnia”. Twardy, silny Szkot wytrzymał napięcie. Tym razem wygrał.

Czytaj także:
2017.04.25 Nawet w UK polityka szkodzi gospodarce
2016.07.22 Wielka Brytania na opak wywracana

Targowisko próżności [2011]

Na krawędzi. Opowieści o kryzysie. Prawdziwe historie z Wall Street z magazynu Vanity Fair. Wybór: Graydon Carter. Przełozyli: Jacek Lang, Agata Małecka, Magdalena Mańko-Kuzaj. Kurhaus, 2011/2012.

William Makepeace Thackeray (1811 – 1863), wybitny brytyjski pisarz, dziennikarz i satyryk ogłosił w 1848 r. najbardziej znany ze swoich licznych utworów, powieść Vanity Fair – Targowisko Próżności. Największą karierę zrobił sam tytuł. Nakręcono pod nim niezliczone filmy i seriale, pod nim wychodzi także znany amerykański magazyn [ma także kilka edycji zagranicznych] o kulturze, polityce, celebrytach i związanych z nimi duperelach, ale także – co tu najważniejsze – o gospodarce i rynku kapitałowym. Ogłoszono w nim m.in. wiele arcyciekawych analiz dotyczących przyczyn i przebiegu współczesnego kryzysu finansowego. Ich autorami są nie tylko związani z redakcją wybitni dziennikarze, także profesor Uniwersytetu Harvarda Niall Ferguson, a nawet noblista prof. Joseph E. Stiglitz.

W Polsce pismo nie jest szerzej znane. Żyjemy fałszywym przekonaniem, że szczyty amerykańskiej publicystyki to pospolite w gruncie pisma jak „Forbes”, „Newsweek” czy „Business Week”. Warto więc odnotować, że nakładem Kurhaus Publishing (butiku wydawniczego specjalizującego się, oby z dalszymi sukcesami, w biznesowej literaturze faktu) wydało wybór znakomitych tekstów z „Vanity Fair”, dokonany przez redaktora naczelnego Graydona Cartera. Istotę przedsięwzięcia wyjaśniają tytuł „Na krawędzi” (w oryginale „The Great Hangover”, wielki kac) i podtytuł „Opowieści o kryzysie. Prawdziwe historie z Wall Street”.

Okazały (blisko 500 stron) tom zasługuje na wnikliwą recenzję. Rzecz w tym, że niełatwo ją napisać. Ileż tu wątków, faktów, intryg! Ileż postaci z pierwszych stron dzienników – oraz nieznanych nam szerzej i bliżej antybohaterów, którzy za sprawą głupoty, chciwości, chciejstwa, hucpy, bezmyślności, strachu, arogancji, sprowadzili na świat niewyobrażalny wcześniej kataklizm finansowy! Poprzestanę więc na luźnych spostrzeżeniach, do jakich skłoniła mnie lektura. Zalecam ją wszystkim ludziom rynku.

Część pierwsza zbioru artykułów dotyczy Wall Street. Dzień po dniu, godzina po godzinie pokazano upadek wielkiego banku inwestycyjnego Bear Stearns. Przyczyny tego upadku znane są w ogólności, pewne szczegóły splotu intryg, które go wywołały, wciąż wymagają wyjaśnień. Zdumiewający jest fakt, że zarządzający nie zdawali sobie sprawy ani z powagi sytuacji, ani z galopującego kataklizmu. Grali w golfa lub w karty, pletli bzdury, ich miliardy topniały jak lody w słońcu. Nie tylko oni, cała Wall Street, dumny symbol amerykańskiej finansjery, nie rozumiała sytuacji. Tłumaczono mi kiedyś na Wall Street, że jest to miejsce, gdzie pieniądze przechodzą z rąk do rąk, z rak do rak, aż przejdą we właściwe ręce. Czyli na koniec dnia (to ich ulubione powiedzonko) wszystko jest w porządku. Otóż nie jest! Pieniądze wyparowały. Wraz z nimi – czytam – 160 tysięcy miejsc pracy. Skończył się wiek pozłacany. Upadek Lehman Bros też nie był przewidziany, ani zrozumiały, dla jego menedżerów.

W szkicu „Wall Street znosi złote jajo” o instrumentach pochodnych i modelach matematycznych czytam sarkastyczne stwierdzenie, że kręcąca się wokół własnej osi pęczniejąca Planeta Finansów stawała się większa od Ziemi. Jednym z przedstawionych tam przypadków jest głośna historia Long-Term Capital Management, funduszu hedgingowego, który zachowywał się jakby zjadł wszystkie rozumy noblistów od modeli matematycznych. Może i zjadł, ale snadno zaszkodziły mu, bo szybko upadł, bęc. W szkicu o „Smętnym świecie hedgingu” czytam uwagę, że menedżerowie funduszy hedgingowych są jak somalijscy piraci. To nawet łagodne określenie.

Temat, który wywołuje szczególne zgorszenie i skłania do gadaniny o moralności publicznej: wynagrodzenia menedżerów, tych tłustych kotów spijających śmietankę i wylegujących się na przypiecku. Dawniej – strąceni, spadali bezpiecznie na cztery łapy, dzisiaj już nie. Traktuje o tym szkic „18,4 miliarda dolarów premii na Wall Street”. Przykładem bohater kolejnego artykułu „O człowieku, który zniszczył świat: Joe Cassano i AIG”. Oczywiście, tkwi w tym skrót myślowy. AIG, której krach drogo pokosztował podatników, wpadła w kłopoty z wielu powodów, z których wcale nie wszystkie zostały już wyjaśnione.

Część druga to Waszyngton, czyli świat władzy politycznej, czyli wspomniane pieniądze podatników, które ruszyły na ratunek świata finansów. Syntezę sprawy daje Joseph E. Stiglitz w rozprawie „Kapitalistyczne głupstwa. Pięć najpoważniejszych błędów, które doprowadziły nas do krachu”. Pierwszy: zwolnienie Paula Volckera, na stanowisku prezesa Rady Rezerwy Federalnej zastąpił go Alan Greenspan, a dalej już wiadomo. Drugi: zburzenie murów między bankowością komercyjna i inwestycyjną” (uchylenie ustawy Glassa i Steagalla). Trzeci: leczenie pijawkami, czyli ulgi podatkowe wprowadzone w życie za prezydentury Busha Starszego. Czwarty: oszukańcze dane, czyli krętactwa księgowych. Piąty: nie tamowano krwotoku, nie powstrzymywano tąpnięcia w gospodarce, administracja mówiła o braku zaufania, a tylko zrobiła szwindel polegający na naciąganiu tych, którzy zaufali.

Lecz czy można oddzielić Wall Street od Waszyngtonu? W okresie słusznie minionym oficjalna propaganda pasła nas hasłami o ścisłych powiązaniach wielkiego biznesu, zwłaszcza finansjery, i będącej na jej usługach polityki, obłudnie określanej mianem demokracji. Wszelako, coś na rzeczy – i to sporo! – jest do dzisiaj, o czym głosi szkic „Najdłuższa noc w życiu Henry’ego Paulsona”, owego księcia Wall Street, który został sekretarzem skarbu.

Część trzecia, „Z pogranicza”, to szkice o kłopotach finansowych Uniwersytetu Harvarda i dziennika „New York Times”. Dla mnie to tematyka szczególnie interesująca. Otóż napisałem kiedyś rozprawkę o tym, że szkolnictwo wyższe i media mają cechę wspólną: przecież ich losem jest komercjalizacja, drugie już przeszły pod władze pieniądza, niektóre z pierwszych krygują się jeszcze.. Wiele wskazuje, że wyjdzie na moje, będziemy handlować na giełdach akcjami wyższych uczelni, nawet powstaną uczone indeksy notowań.

Podsumowaniem jest kolejny artykuł Josepha E. Stiglitza „Toksyczne przesłanie z Wall Street. Globalne konsekwencje krachu”. Jest tu i wzmianka o nas: Kraje postkomunistyczne – po fatalnej porażce, jaka poniósł ich powojenny ustrój – generalnie przeszły na kapitalizm rynkowy, a ich nowym bogiem zamiast Karola Marksa stał się Milton Friedman. Nowa religia nie służy im dobrze.

Część czwarta to „Kroniki Madoffa” – kilka świetnych, doskonale udokumentowanych artykułów o tym arcyoszuście, który pozbawiał bogatych dorobku życia. Ten temat jest u nas lepiej znany i budzi mniej emocji. Prawdopodobnie dlatego, że wprawdzie bogaci nie byliśmy, ale dorobek życia traciliśmy i bez udziału Madoffa. Wystarczyła hiperinflacja.

Jest to książka o pieniądzu i bawiących się nim mężczyznach. To oni sprowadzili katastrofę. Ponieważ modne jest teraz, sam także ulegam tej modzie, promowanie kobiet na stanowiska w zarządach i radach nadzorczych, wypada stwierdzić, ze ich udział w spowodowaniu nieszczęść był znacznie mniejszy. Z wyjątkiem Ruth Madoff, ale to inna historia. Ale z zaciśniętymi ze złości zębami czytam wzmiankę o kobiecie uprawiającej niegdyś terapię detaliczną: chodziła do sklepu Manolo Blahnika, aby kupić buty za 600 czy 700 dolarów. Już nie chodzi. Za to buty Blahnika jedna pani zachwala z pasją w telewizji. W Polsce.

Igor Chalupec pisze w przedmowie do polskiego wydania: Problemem jest to, że cały system światowych finansów został w tym samym czasie zainfekowany mieszaniną nadmiernej deregulacji, obniżeniem poziomu norm ostrożnościowych, życiem na kredyt ponad miarę, bez refleksji nad długofalowymi skutkami nadmiernego zadłużenia dla pożyczkobiorców (prywatnych i rządowych), kredytodawców i ich nadzorców. Gdy zabrakło zakazów, okazuje się, że naturalne hamulce są za słabe, by powstrzymać narastająca lawinę spekulacji i często malwersacji. Przy okazji: to kierowana przez Igora Chalupca grupa ICENTIS zainwestowała w wydawnictwo Kurhaus, a on sam rozesłał egzemplarze ksiązki do wielu ludzi rynku. Spowodowało to u mnie spory przychód, bo tom kosztuje 59,90 zł.

Biją w oczy różnice między anglosaskim i naszym dziennikarstwem. Jedna z nich sprowadza się do tego, że w tamtej kulturze menedżerowie i politycy rozmawiają z publicystami, traktują ich poważnie i darzą zaufaniem. Po czym nie domagają się autoryzacji tekstów, by ingerować w twórczość dziennikarską, wykreślać niewygodne dla nich wypowiedzi, zastępować je innymi, a nawet – jak bywa u nas – zmieniać stawiane im pytania. W naszych warunkach przekleństwem mediów jest instytucja rzecznika prasowego, który przed wywiadem domaga się listy pytań kierowanych do szefa, żąda usunięcia niektórych, a bywa także, że w imieniu mocodawcy autoryzuje wywiad (miałem do czynienia z takimi przypadkami).

Kolejna różnica: szkiców tak wnikliwych, więc z konieczności obszernych, nie ogłosi żadne z naszych pism ekonomicznych (i nie tylko) z braku miejsca. W najlepszym przypadku teksty trafiłyby do pism tak niszowych, że mało kto je czyta. Nie wspominając, że pisma niszowe najczęściej nie płacą autorom, więc nikt nie poświęci miesięcy ciężkiej pracy, by nie zyskać nagrody w postaci honorarium i chwały zawodowej.

Za sprawców poprzedniej fali skandali, zwieńczonych upadkiem Enronu i kilkunastu innych korporacji zwykło się uważać biegłych rewidentów. Tym razem winni są finansiści i agencje ratingowe. Audytorom się upiekło.

Recenzja została ogłoszona 15 listopada 2011 r. w numerze 4/28/2011 kwartalnika Przegląd Corporate Governance