Archiwa tagu: mniejszość

Spółki pod specjalnym nadzorem, czyli pogarda dla rynku

Czy można sobie wyobrazić depeszę Deutsche Presse Agentur „Kanclerz federalna Angela Merkel ogłosiła, że przejęła nadzór nad Volkswagen AG”? Albo info na pasku w BBC World Service: „PILNE: PM Theresa May przejęła kontrolę nad Barclays”? Zakładam, że wyobraźnia nie sięga tak daleko. Lecz w Polsce bywa inaczej. Wicepremier Mateusz Morawiecki ogłosił kiedyś, że… przejął kontrolę nad PKO Bankiem Polskim. To znaczy: nie dokonał przejęcia spółki akcyjnej w trybie przewidzianym przez prawo, natomiast zagarnął ów bank do swojej domeny władzy. Co zresztą uchroniło bank przed nieprzemyślanymi zmianami personalnymi… Niedawno, na kanwie nagłego, do tego bezsensownego, odwołania prezesa PZU SA, rozpisywały się media, jak o wpływy w spółce rywalizują panowie Ziobro i Morawiecki. Aż sprawę spróbowała wyciszyć premier Beata Szydło informując, iż to ona osobiście „sprawuje nadzór” nad ubezpieczycielem.

W internecie pojawiły się urągliwe komentarze, co też pani premier, etnograf, wie o ubezpieczeniach. Dzięki temu dowiedziałem się, że ma ona dyplom wydziału, gdzie i ja studiowałem. Lecz profil wykształcenia nie ma tu nic do rzeczy. Nie chodzi przecież o nadzór w rozumieniu Ksh (art. 382 § 1: „Rada nadzorcza sprawuje stały nadzór nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności”). Jedyną dziedziną, nad którą premier, względnie wicepremier, względnie wspomniany minister, pragną sprawować „kontrolę” lub „nadzór” nad spółkami, jest selekcja kandydatów do korzyści czerpanych z owych spółek. Czyli najpierw dobór rad nadzorczych posłusznych dyrektywom politycznym, następnie wybór przez posłuszną radę prezesa i członków zarządu. Wtedy można już swobodnie rozprowadzać swoich po posadach. Nazywa się to repolonizacją, odzyskiwaniem, wymianą elit, dobrą zmianą – każdy z tych terminów zawiera większy ładunek nonsensu, niż bomba termobaryczna.

Ta zbójecka w gruncie rzeczy polityka nie budzi powszechnych sprzeciwów. Akcjonariuszy jakoś nie obchodzi, czy spółce prezesuje prawdziwy menedżer, czy Szydlak, Ziobrak lub Morawiak. Nie o zasady im chodzi, ani o Dobre praktyki, jedynie o pieniądze. A te obecnie płyną do udziałowców spółek pod specjalnym nadzorem. „W zaledwie 7 miesięcy wartość spółek Skarbu Państwa wzrosła o 90 mld zł. To jest tyle, ile wynosi kap. (kapitalizacja – ASN) PKN+PZU” tweetuje Piotr Kwestarz, ceniony analityk portalu Strefa Inwestorów. Twitter wymaga zwięzłości, liczy się każdy znak, stąd mylący skrót o spółkach Skarbu Państwa. W rzeczy samej są to spółki z udziałem Skarbu Państwa, niekiedy mniejszościowym; nie ma to wszelako nic do rzeczy, bowiem państwo zawłaszcza te spółki, uznaje je za swoje, tylko swoje; nie szanuje, nawet nie dostrzega, interesów innych udziałowców. Czas zrozumieć, że obecny rząd nie uświadamia sobie, jakich korzyści może rynek kapitałowy przysporzyć gospodarce, obywatelom i państwu, więc wkracza na niego z maczugą i wali nią na oślep.

Działania na szkodę demokratycznego państwa prawa, gwałt na Trybunale Konstytucyjnym, deforma systemu edukacji, masakrowanie Służby Cywilnej, zamach na niezawisłość sądów, lekkomyślne zadłużanie państwa, nieuczciwa procedura uchwalania budżetu, osłabianie zdolności obronnych Polski, a zatem i NATO, ubezwłasnowolnianie organizacji pozarządowych, ekscesy dyplomacji, rzeź samorządności – spotykają się z ostrą krytyką w kraju i na świecie. Lecz mało kto występuje w obronie rynku kapitałowego. Bank Światowy, Unia Europejska, opiniotwórcze media – nie angażują się w przeciwdziałanie krokom zmierzającym do unicestwienia zasad corporate governance. Być może jest tak dlatego, że wspomniane wartości demokratyczne wspierane były przez Zachód od czasu transformacji dobrym słowem, szkoleniami, pomocą techniczną i merytoryczną, pieniędzmi wreszcie, a nasze usiłowania ku wprowadzeniu na rynek zasad corporate governance nikogo nie obchodziły, nie skłaniały do udzielania wparcia merytorycznego lub finansowego.

Doskonale pamiętam pierwsze inicjatywy na rzecz sformułowania dla polskiego rynku Dobrych praktyk spółek publicznych. Inspirował je dr Krzysztof A. Lis, koordynował niedawno zmarły prof. Grzegorz Domański. Zaowocowały one m.in. powołaniem Polskiego Instytutu Dyrektorów, którym miałem zaszczyt przez lata kierować. Na tym polu nasza transformacja była zdana wyłącznie na siebie. Odnosiłem niekiedy wrażenie, że Zachodowi wcale nie zależy na doskonaleniu polskiego rynku. Owszem, napływały inwestycje, jak niegdyś napływały do kolonii. Później kolonie odłączały się, jak dzisiaj Polska próbuje odłączyć się od świata, wejść w alternatywną rzeczywistość. Kiedyś zagraniczni inwestorzy mogą wycofać kapitał. Przyjdzie nam jeszcze zatęsknić za rynkiem, ale rząd już zgasi na nim światło.
Czytaj także, m.in.:
2017.01.21 Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa?
2017.03.29 Inwestowanie w czasach zarazy
2015.02.17 Widoczna ręka rynku

Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa

Kurs KGHM rwie na północ, ostatnio rośnie nawet PZU, moje biuro maklerskie zaleca kupno akcji m.in. PKO BP, PGNiG, PZU oraz akumulowanie walorów Energy, Tauronu, KGHM. Lecz ja jestem niedzisiejszym starszym panem i odżegnuję się od interesów ze Skarbem Państwa, a już szczególnie od inwestowania w spółki z jego udziałem. Albowiem nie ma „spółek Skarbu Państwa”, to niesympatyczny skrót myślowy. Są spółki, w których Skarb Państwa ma udział większościowy albo mniejszościowy, co przecież nie ma znaczenia: ileż razy ze zgorszeniem wskazywałem, że nawet w spółce, w której Skarb Państwa ma niespełna 30 procent kapitału zachowuje się on tak, jak gdyby miał 330 procent! Zawłaszczono więc nie tylko terminologię, także władztwo w spółkach.

Na postawione w tytule pytanie odpowiedź jest całkiem prosta: otóż żywię głębokie przekonanie, że jako akcjonariusz spółki z udziałem państwa zostałbym oszukany. Mali mogą wchodzić w relacje gospodarcze z dużymi, lecz na uczciwych zasadach. Takie zasady nie są dzisiaj praktykowane. Zostałem oszukany jako obywatel, skoro parlament nie potrafił uczciwie uchwalić budżetu. Oraz jako podatnik uczciwie dostarczający państwu środków wydawanych przezeń nieroztropnie. Nie zostałem oszukany jako uczestnik Otwartego Funduszu Emerytalnego wyłącznie z tego powodu, że z racji wieku nie zostałem objęty reformą emerytalną. Natomiast jako inwestor nie dam się oszukiwać, ponieważ na rynku mam prawa, których odebrać sobie nie pozwolę – dopóki rynek trwa.

Rekomendowane przez maklerów blue chips to w istocie blue cheats, antyrynkowe mutanty na służbie polityków. To oni zabiegają o tzw. repolonizację banków, czyli nacjonalizację, dla wykorzystywania ich potencjału w celach politycznych. Istnieją obawy, że kredyty popłyną nie do tych, którzy rokują spłatę, a „do tych, którzy zasłużyli” (czego domagał się niegdyś Jarosław Kaczyński). Ponadto: czy ktoś obliczył, ile stanowisk otrzyma do obsady partia rządząca po ostatecznym przejęciu Banku Pekao? Puls Biznesu od czasu do czasu ogłasza listę posad obsadzonych na rynku przez nominatów partii politycznych. Nad listą protegowanych przez PO i PSL oburzali się kiedyś obłudnie politycy PiS: Dawid Jackiewicz (był taki) i Mariusz Błaszczak (jeszcze jest). Ogłoszona ostatnio lista nominatów PIS i przystawek (tzw. sPiS zasobów własnych) zawiera ponad tysiąc nazwisk. Nie wszyscy z listy wstydu są do niczego, chociaż większość jest – lecz nawet wymienione tam osoby kompetentne stały się ofiarami zatrutej w kraju aury.

Ze spółek z udziałem Skarbu Państwa wyciskane są przez rząd pieniądze obracane na cele bez związku z przedmiotem działalności tych spółek. Zrobiono zrzutkę na Polską Fundację Narodową o mętnym posłannictwie. Ministerstwo Skarbu komunikowało: „Czempioni łączą siły w budowaniu nowego wizerunku polskiej gospodarki”. Wcześniejszy wizerunek gospodarki był wprawdzie lepszy, natomiast tu chodzi o obronę osobliwych metod rządzenia krajem. Lecz tego nie da się obronić za żadne pieniądze, nawet wydatkowane na szkodę inwestorów mniejszościowych. Zarządom spółek z udziałem Skarbu Państwa wyznacza się, gdzie wolno lokować ogłoszenia, jakie tytuły prasowe należy prenumerować, komu należy powierzać kolportaż przesyłek i listów, jakie inicjatywy wspierać, jakie obrzydzać.

Co gorzej: zarządom spółek z udziałem Skarbu Państwa wyznacza się cele inwestycyjne odległe od strategicznych interesów spółek i ich akcjonariatów. W niektórych spółkach otwarcie dąży się do ograniczenia dywidendy, co uderza mniejszość po kieszeni. Tę mniejszą mniejszość, czyli inwestorów indywidualnych. Instytucjonalni, gotowi skutecznie walczyć o prawa mniejszości w innych spółkach, są wobec Skarbu Państwa zadziwiająco potulni. Niektóre decyzje „właściciela” wyrządzają spółkom trwałą szkodę. Najbardziej wymownym przykładem grania akcjonariuszom na nosie było przeniesienie części kapitału zapasowego pewnej spółki na kapitał zakładowy. Niby nic się nie zmieniło, spółce nie przybyło, ale pieniędzy ubyło z niej sporo, poszły na podatek od tej ekscentrycznej operacji, a przy okazji trwale ograniczono zdolność emisyjną spółki. Wiele spółek z udziałem Skarbu Państwa już tej zdolności nie ma.

W interesie rynku leży niezbędna stabilizacja kadr zarządzających spółkami i nadzorujących je. Niestety, kadencyjność nie jest w poszanowaniu. Niesławnej pamięci minister Jackiewicz pouczał menedżerów, że nie mogą być pewni swoich posad. Wymieniał ich po uważaniu, nie bacząc kwalifikacji, doświadczenia, walorów etycznych swoich nominatów. W takim samym stylu wymienia się jego ludzi na innych, a i tych innych zapewne wkrótce wymiotą na czysto. W taki sposób nie uzyska się oczekiwanych wyników. Od rad nadzorczych nie oczekuje się wcale sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółek we wszystkich dziedzinach ich działalności; ważna jest dyspozycyjność polityczna, gotowość do sprawnego wyrzucania wskazanych członków zarządów. Zwołuje się nadzwyczajne walne zgromadzenie poważnej spółki, by dokonać kolejnych zmian w składzie rady, po czym odracza się obrady na trzy tygodnie: to skrajna amatorszczyzna, ludzie rynku tak nie postępują.

Od nadejścia „dobrej zmiany” w spółkach z udziałem Skarbu Państwa nie respektuje się Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW. Dobre praktyki naprawdę są dobre, natomiast „dobra zmiana” niekoniecznie. Doświadczenia płynące z wieloletniej obserwacji rynków kapitałowych skłaniają mnie do poparcia opinii licznych znawców zagadnienia, że spółki bez corporate governance wcześniej czy później ugrzęzną w kłopotach. I raczej wcześniej niż później. Wynika z tego, że spółki z udziałem Skarbu Państwa mogą poważnie ucierpieć z powodu nieudolnego władztwa polityków. Nie mam ochoty do tego dopłacać. Niestety i tak ucierpię, kiedy podniosą podatki.

Czytaj także:
2015.12.12 Owoce zatrutej aury
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2016.10.10 O pułapce utraty zdolności emisyjnej

O prawie wyjścia ze spółki (ius dissidentium)

Polskie piśmiennictwo prawnicze zostało wzbogacone przez dr. Arkadiusza Radwana pozycją niepospolitą. Monografia „Ius dissidentium. Granice konsensusu korporacyjnego i władzy większości w spółkach kapitałowych”, ogłoszona przez Wydawnictwo C.H.Beck w serii „Instytucje prawa prywatnego” (Warszawa 2016, cena 189 zł)) zasłużyła na szczególną uwagę tematem, jakiego dotyczy; rozmachem, z jakim ów temat podejmuje; oraz wnikliwym charakterem analizy, jakiej ów temat poddaje. Podziwu dla tego wyjątkowego dzieła nie umniejsza przestroga, jaką kieruję do odbiorców: tekst nie jest łatwy w lekturze, liczy kilkaset stron gęsto utkanych przypisami przywołującymi literaturę i orzecznictwo; narracja często odsyła do poprzedzających lub następujących partii wywodu; rozważania zawierają potężną dawkę teorii i filozofii prawa oraz uwag o naturze spółki; wreszcie – całość jest mocno nasycona erudycją. Wspomniane przymioty omawianego dzieła zobowiązują do uważnej nawigacji po jego kartach.

Tytułowe ius dissidentium to w dosłownym przekładzie ustawowe prawo wspólników (akcjonariuszy) do odłączenia się, za słuszną spłatą, od spółki w obliczu mającej ją dotknąć fundamentalnej zmiany korporacyjnej. Autor postuluje wprowadzenie na grunt prawa terminu „dysydenci”, obejmującego „schizmatyków”, „rozłamowców”, „którzy kwestionują nową postać konsensusu korporacyjnego i dlatego decydują się na odszczepienie od korporacji” (s. 288). Chodzi o sytuacje, w których wspólnik lub grupa wspólników, z istoty rzeczy mniejszość, decyduje się na wyjście ze spółki w następstwie braku zgody na zmianę, której dysydenci nie są w stanie przeciwstawić się siłą swoich głosów.

Rozważania o prawie dysydentów prowadzą na obszar gęsto usiany nieścisłościami terminologicznymi. Autor stawia im czoła, punktując wątpliwości względem niedoskonałości języka prawnego (tego, jakim posługują się akty normatywne) i prawniczego (tego, jakim posługują się prawnicy opisując znaczenie przepisów i stosując je). Nie chodzi o terminologię wyłącznie rodzimą; w perspektywie komparatystycznej Arkadiusz Radwan przedstawia omawiane zagadnienie w świetle kilkunastu (!) światowych systemów prawnych. Jego badania prawnoporównawcze, jak pisze w recenzji wydawniczej prof. Stanisław Sołtysiński, „nie są oderwane od historycznego, kulturowego i instytucjonalnego kontekstu”. Recenzent zwraca też uwagę na dwie inne cechy pracy: pierwsza to „częste sięganie do teorii prawa cywilnego, a także prac z dziedziny logiki formalnej i metodologii nauk”, inna to „pogłębiona analiza problematyki ekonomicznej badanych instytucji” (prawnych). Podzielam te opinie.

Obfitość cytowanej literatury i przywoływanego orzecznictwa budują mylne wrażenie, jakoby temat był już wszechstronnie omówiony przez piśmiennictwo, rozstrzygnięty przez judykaturę. Lecz doktryna najczęściej ledwo dotyka istoty tematu, bądź zbywa go przyczynkami, także orzecznictwo nie objęło go jeszcze w pełni, wobec tego bogactwo aparatu naukowego zdaje się działać na szkodę Autora, maskując pionierski charakter omawianej pracy.

Wewnętrzna struktura wywodu jest, jak wspomniałem, złożona i trudna. Tekst składa się z części (jest ich dziewięć), te z rozdziałów (od dwóch do czternastu), rozdziały dzielą się na paragrafy, przy czym numeracja paragrafów – nierzadko obszernych treściowo, dążących do objęcia w sposób wyczerpujący rozważanej kwestii – jest ciągła, prowadzona ponad podziałami na części i rozdziały. W częściach od I do VIII zawarto ich 160; jedynie część IX (wnioski finalne) ma inną budowę. Rozdziały prezentujące wnioski de lege lata i wnioski de lege ferenda zawierają uwagi ujęte w punkty. Użytecznym przewodnikiem po całości jest szczegółowy spis treści (17 stron!), tak starannie dopracowany, że można już nie korzystać z indeksu rzeczowego (5 stron).

W założeniu spółka jest koncertem zgodnych interesów jej uczestników. W praktyce w wielu spółkach, zwłaszcza kapitałowych, łatwo dostrzec sprzeczność pomiędzy założeniem o rządach większości oraz założeniem o harmonijnym poszanowaniu praw mniejszości. Decyzje wyrażające interesy większości często bywają podejmowane nawet bez oglądania się na interes mniejszości lub poszczególnych jej grup. Mniejszość bywa uważana za „pasażerów na gapę”. W wielu sytuacjach prawo grodzi większości drogę do wszechwładzy, bierze pozostałych wspólników w ochronę przed pokrzywdzeniem. W innych pozostawia sprawy do rozstrzygnięcia społeczności wspólników, nie zawsze bowiem może skutecznie chronić partykularny interes wspólnika lub grupy wspólników, nie zawsze też ów interes na ochronę zasługuje.

Wspólnik, który nie zgadza się na zmiany, jakim poddawana jest spółka, zwłaszcza jeżeli mają one charakter zasadniczy, fundamentalny, nierzadko pragnie z niej wyjść, co wcale nie bywa proste. I często łączy się ze stratą majątkową. Tu tkwi istota problemu iuris dissidentium. Przy czym prawo wyjścia (ustąpienia) wspólnika nie jest absolutem; mogłoby ono przecież burzyć stałość i stabilność układu właścicielskiego. Nie istnieje katalog powodów dopuszczających lub ułatwiających owo ustąpienie, aczkolwiek najczęściej wspólnik pragnie opuścić spółkę z obawy przez ekonomicznymi konsekwencjami zachodzących w niej zmian (lub zmiany).

Mec. Arkadiusz Radwan, czynny prawnik, założyciel i prezes cenionej Fundacji Allerhanda, osadził wywód w realiach rynkowych. W ich świetle prawo ustąpienia ze spółki napotyka niekiedy na praktyczne trudności, narastające wprost proporcjonalnie do potrzeby ustąpienia. Pragnienie wyjścia ze spółki bywa podyktowane działaniami żywiołów rynkowych, jak fuzje i przejęcia, zwłaszcza transgraniczne, podziały lub przekształcenia spółki, delisting… Powodem może być także przedłużenie czasu trwania lub reaktywacja („cofnięcie” likwidacji przed ostatecznym rozwiązaniem) spółki, zmiany kapitałowe, wprowadzenie ownership ceiling, scalenie lub split akcji, jeżeli miałoby to skutkować pokrzywdzeniem akcjonariusza, uporczywe niewypłacanie dywidend – i tak dalej: opracowany przez Autora katalog źródeł praw wyjścia liczy 32 pozycje (s. 138 – 140).

Temat ma wprawdzie bogate zaplecze teoretyczne, ale jego przydatność jest w polskich realiach wątpliwa. „Wynika to stąd, że teorie te zostały w większości sformułowane w nauce amerykańskiej, która wychodzi od odmiennej struktury własnościowej korporacji, czego konsekwencją jest też odmienny model ustrojowy (corporate governance) spółki kapitałowej. O ile przeważającą strukturą własnościową w USA jest akcjonariat rozproszony, o tyle w Europie kontynentalnej, w tym także w Polsce, dominuje własność skoncentrowana charakteryzująca się występowaniem w spółce wspólnika większościowego. Pochodną wymienionych różnic w strukturze własnościowej jest inny przebieg linii tzw. konfliktu agencyjnego (agency conflict) – o ile w modelu własności rozproszonej podstawowym problemem jest mitygowanie konfliktu interesów na linii zarząd – akcjonariusze, o tyle w modelu własności skoncentrowanej na czoło wysuwa się konflikt większość – mniejszość” (s. 400-401).

Na marginesie dodam, że sprawę komplikuje pewna wstydliwa osobliwość polskiego rynku kapitałowego. Otóż utarło się, zapewne za chytrą poradą prawników, zawierać w statutach nadmiernie rozbudowany opis przedmiotu działalności spółki, często obejmujący nawet sto kilkadziesiąt pozycji PKD. Inwestorzy, także instytucjonalni, mają zwyczaj wchodzenia do spółek bez zwracania należytej uwagi na ich założenia ustrojowe, na zastawiane w statutach pułapki na wspólników lub na ukryte tam dziury, przez które wyciekają ze spółek pieniądze. W takiej sytuacji, jeżeli spółka zmieni – nawet radykalnie – swój profil zarzucając, powiedzmy, produkcję komputerów i podejmując w to miejsce inne dopuszczone statutem dziedziny działalności, jak żegluga morska, wyrąb lasów lub pośrednictwo finansowe, niezaprzeczalnie dojdzie w niej do „fundamentalnej zmiany korporacyjnej”. Niemniej wspólnicy, którzy owej fundamentalnej zmiany nie zaakceptują, nie będą mogli skorzystać z procedury wykupu akcji na podstawie art. 416 § 3 Ksh. Autor słusznie odrzuca formalistyczne rozumienie „istotnej zmiany przedmiotu działalności spółki” nawiązujące jedynie lub głównie do pozycji w PKD, a za zmianę uzasadniającą zastosowanie prawa dysydentów uznaje przebranżowienie spółki (s. 610).

Płynące z poszczególnych partii wywodu wnioski cząstkowe dla tematu pracy są zaprezentowane w paragrafach, w których zostały wywiedzione. Wnioski końcowe sformułowane na gruncie prawa obowiązującego kwalifikują prawo dysydentów jako osobną instytucje prawną. Dotycząc szczególnego prawa wyjścia ze spółka, instytucja ta może być uznana za środek ochrony ex ante, czyli mający zastosowanie (w postaci wykupu) przed planowaną zmianą korporacyjną, która dysydentów już nie dotknie. Innymi słowy: „Ius dissidentium chroni wspólników mniejszościowych przed ‘odnalezieniem się’ w spółce, która fundamentalnie różni się od tej, na udział w której wyrazili zgodę” (s. 604; napisałbym raczej „na udział w jakiej” – ASN).

Zaliczając (słusznie) ius dissidentium do kategorii praw mniejszości, Autor (słusznie) przeciwstawia się próbom ograniczania katalogu praw mniejszości do praw określanych przezeń (trafnie) jako „progowe”, czyli przysługujące wspólnikom reprezentującym określony udział w kapitale zakładowym bądź ogólnej liczbie głosów. Opowiada się natomiast za szerokim ujęciem praw mniejszości, „zgodnie z którym prawa te obejmują wszelkie uprawnienia służące ochronie wspólników mniejszościowych: zabezpieczenie ich praw i interesów w spółce przed uszczerbkami mogącymi wynikać z działań, w tym zwłaszcza decyzji korporacyjnych, podejmowanych przez większość, nie tylko takich, które przybierają postać nadużyć, ale także tych, które trudno poddać takiemu wartościowaniu, ale które przez wzgląd na ich wagę, prowadzą do rewizji fundamentów pierwotnego konsensusu korporacyjnego, wbrew subiektywnej preferencji mniejszości” (s. 605-606). Tu dwie uwagi o przytoczonym fragmencie zdania: po pierwsze, jest on reprezentatywny dla stylu Autora; po drugie, dopatruję się w tym stylu wpływów prof. Maurycego Allerhanda (to nie złośliwość, raczej komplement).

Kolejna kwestia to cena wykupu udziałów dysydentów. Autor opowiada się za „ceną godziwą”, a nie ceną ustaloną przez biegłego, podlegającą kontroli sądowej. Przepisy wyłączające środek odwoławczy od orzeczenia sadu rejestrowego zapadłego w sporze na tle wysokości spłaty ustępujących wspólników są ewidentnie niezgodne z Konstytucją.

Wnioski de lege ferenda wskazują na potrzebę rekodyfikacji praw dysydentów. Jest to postulat w założeniu słuszny, mam jednak wątpliwości w kwestii obwarowania prawem dysydentów uchwał mających za przedmiot wprowadzenie do umowy/statutu spółki klauzuli arbitrażowej – otóż m.zd. nie będzie to eo ipso stanowić naruszenia praw/interesów mniejszości. Uznaję postulat Autora w kwestii objęcia prawem dysydentów wprowadzenia w spółce voting cap i ownership ceiling, lecz niechybnie znajdzie się ktoś, co podniesie, iż takie dziwolągi wprowadzane są w interesie „suwerena” – i basta, dyskusja skończona. Na tle omawianego problemu rzuca się w oczy dotkliwy brak w polskim prawie regulacji dotyczących grup kapitałowych.

Nie przepadam za wytartym komunałem recenzentów, iż omawiana praca wypełnia dotkliwą lukę w literaturze przedmiotu. Owszem, wypełnia, lecz przecież idzie dalej: obnaża nasze luki w sposobie myślenia o prawie, spółce, wspólnikach, ich prawach, interesach, współpracy, oraz – bywa! – sporach i niezgodzie. Koncepcja prawa dysydentów ma znaczenie praktyczne, może pomóc w cywilizowaniu i rozwiązywaniu sporów korporacyjnych.

Tekst został ogłoszony przez blog prawno-biznesowy Korporacyjnie.pl

Głos, który nie jest głosem

Skoro papier wartościowy nie jest papierem, akcji na okaziciela nie można okazać, spółka jednoosobowa nie jest spółką osobową itd., nie powinno już dziwić, że głos doradczy, o którym wspomina Ksh, nie jest głosem w rozumieniu Ksh. Niemniej głos doradczy budzi u Czytelników tego blogu tyle wątpliwości, tyle pytań, że uznałem za wskazane poświęcić mu kolejny wpis w rozdziale PYTAQ (czyli odpowiedzi na pytania dotyczące corporate governance).

I. CO TO JEST GŁOS DORADCZY? JAKA JEST DEFINICJA TEGO POJĘCIA?
Prawo nie zawiera definicji terminu „głos doradczy”, a Ksh używa go raz tylko, w art. 390 § 2: „Jeżeli rada nadzorcza została wybrana w drodze głosowania odrębnymi grupami, każda grupa ma prawo delegować jednego spośród wybranych przez siebie członków rady nadzorczej do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Członkowie ci maja prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu z głosem doradczym. Zarząd obowiązany jest zawiadomić ich uprzednio o każdym swoim posiedzeniu”. Ksh używa zatem pojęcia, którego nie objaśnia. W komentarzu do Ksh autorstwa „4 panów S” prof. Janusz Szwaja trafnie objaśnia, że głos doradczy nie upoważnia do bezpośredniego udziału w podejmowaniu decyzji przez zarząd i do głosowania nad jego uchwałami, ani do czynności, dla których wymagana jest uchwała rady nadzorczej.

Niemniej, w moim przekonaniu, cytowany przepis zasługuje na krytykę z innego powodu: nie wyjaśnia pojęcia „grupa”. Czy chodzi o grupę akcjonariuszy utworzoną na podstawie art. 385 Ksh? Jestem zdania, że tak, inna interpretacja byłaby wbrew naturze spółki akcyjnej. Lecz wyrażane bywają poglądy, że może chodzić o pracowników spółki jako grupę uprawnionych do wyboru członków rady nadzorczej. Źródłem wątpliwości jest niedopatrzenie ustawodawcy: cytowany przepis został, w ogólnym zarysie, przejęty z Kodeksu handlowego z 1934 r., lecz przed uchwaleniem Ksh weszły w życie przepisy o przedstawicielstwie pracowników w radzie nadzorczej.

II. KOMU PRZYSŁUGUJE GŁOS DORADCZY?
Głos doradczy, który – jak już wiadomo – nie upoważnia do udziału w głosowaniu, przysługuje na posiedzeniu zarządu spółki akcyjnej członkowi rady nadzorczej wybranemu w głosowaniu oddzielnymi grupami akcjonariuszy i delegowanemu przez grupę, która go wybrała, do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych (nie mylić z innymi postaciami delegowania członka rady nadzorczej!). Głos doradczy, który nie jest głosem w rozumieniu art. 4 § 1 pkt 9) Ksh, nie jest oddawany w toku głosowania, a wygłaszany w toku dyskusji. Mamy więc do czynienia z niepodważalnym uprawnieniem do przedstawiania głosu doradczego, który – jako głos mniejszości – zarządu nie wiąże i na niczym nie waży. Przy czym jeżeli zarząd jest jednoosobowy, może on nie odbywać formalnych posiedzeń, a wtedy uprawniony członek rady nadzorczej nie będzie miał gdzie i kiedy korzystać z głosu doradczego. Ponadto zarząd może zaprosić na posiedzenie wszystkich członków rady nadzorczej, zaprosić ich do dyskusji, wygaszając w ten sposób szczególny charakter uprawnienia delegowanego /delegowanych do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych.

III. CZEMU SŁUŻY GŁOS DORADCZY?
Delegowanie wybranego przez grupę akcjonariuszy członka rady nadzorczej do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych jest instrumentem kontroli zarządu przez mniejszość, która powołała grupę, a pośrednio – przez radę nadzorczą, skoro delegowany powinien składać radzie sprawozdania ze swojej pracy. Natomiast głos doradczy służy zapoznaniu zarządu ze stanowiskiem mniejszości (nie grupy, która uległa rozwiązaniu po zakończeniu procedury wyboru grupami). Zarząd nie jest zobowiązany do brania tego stanowiska pod uwagę.

IV. CZY GŁOS DORADCZY MOŻE BYĆ NEGATYWNY?
Jak najbardziej. Gdyby miał wspierać zarząd, nie byłby potrzebny; najczęściej służy on przeciwstawieniu się planom lub działaniom zarządu.

V. CZY NALEŻY PROTOKOŁOWAĆ GŁOS DORADCZY?
Ksh tego nie wymaga. Protokołuje się wyniki glosowania i zdania odrębne; głos doradczy nie jest brany pod uwagę w toku głosowania, nie jest też zdaniem odrębnym. Często protokołuje się dyskusję lub jej streszczenie, ale nie wiem, po co: liczą się uchwały, nie wystąpienia, choćby płomienne. Piastuni spółki ponoszą odpowiedzialność za swoje działania (czyli uchwały) lub zaniechania, nie za przemówienia. Zdarza się, że ktoś w toku dyskusji daje się przekonać i przed głosowaniem zmienia zdanie, zaprotokołowany przebieg dyskusji tego nie odzwierciedli. Lecz skoro przebieg dyskusji nie musi, a moim zdaniem nawet nie powinien, być protokołowany, przeto jeżeli nie jest – po owym głosie doradczym nie pozostanie nawet ślad.

VI. CZY GŁOS DORADCZY LICZY SIĘ DO KWORUM?
Nieporozumienie, nawet piętrowe. Po pierwsze, do kworum liczy się uprawnionych do udziału w głosowaniu, nie do udziału w dyskusji. Po drugie, na posiedzeniach zarządu spółki akcyjnej (a tylko tam głos doradczy ma zastosowanie) kworum nie jest wymagane przez ustawę.

Czytaj także:
2002.09.02 Głos doradczy
2003.09.15 Kodeks do poprawki

Królik z kapelusza [2005]

Pora upomnieć się, by zawczasu ogłaszano kandydatury do rady nadzorczej. Oraz ich uzasadnienia!

W Polsce brakuje dobrej praktyki wyborów do rady nadzorczej. Kandydatury do rady najczęściej ujawniane są dopiero na walnym zgromadzeniu. Towarzyszące im uzasadnienia nie są merytoryczne. Przedstawia się życiorys kandydata, z którego często wcale nie wynika, czy dysponuje on stosownymi kwalifikacjami. Samego kandydata nie można o to spytać, gdyż zazwyczaj bywa nieobecny. Jego nazwisko i kwalifikacje są zresztą bez znaczenia. Utarło się mianowicie, że o wyborze do rady nadzorczej przecież nie decyduje osoba kandydata i jego kwalifikacje, ale mechaniczny rozkład głosów uczestniczących w walnym zgromadzeniu. Jeżeli w spółce panuje harmonia – kto wejdzie do rady nadzorczej wcześniej ustalają miedzy sobą więksi akcjonariusze, a drobnym nic do tego. Jeżeli panuje konflikt, więksi akcjonariusze doraźnie zawiązują koalicje, wciągając do nich drobnicę. W obu przypadkach nie chodzi więc o to, co kandydat do rady nadzorczej reprezentuje sobą, lecz kogo reprezentuje.

Wcale nie musi tak być. Pora upomnieć się o dobrą praktykę wyborów do rady nadzorczej. Pora wymagać, by w spółkach publicznych poważni inwestorzy z należytym wyprzedzeniem ogłaszali kandydatury do rady nadzorczej. Nic nie stoi na przeszkodzie ujawnieniu, na dwa lub trzy tygodnie przed walnym zgromadzeniem, czyje kandydatury zostaną zgłoszone do rady, czy to w związku z upływem kadencji tego organu, czy w związku z zamierzonymi zmianami w jego składzie. Nie ma też argumentów przeciwko wcześniejszemu ujawnianiu kandydatur przedstawianych do wyborów w trybie głosowania oddzielnymi grupami. Nie chodzi przy tym o same nazwiska, chociaż niektóre mogą mówić wiele. Wskazane byłoby także przedstawienie zalet kandydata, jego doświadczeń na rynku, cech jego charakteru.

Nie można wymagać od spółek, że wezmą odpowiedzialność za dochowanie takiej procedury, skoro nie mają one wpływu na akcjonariat. Nie można również wymagać dochowania takiej procedury od drobnych akcjonariuszy, którzy już w trakcie obrad walnego zgromadzenia bywają natchnieni pomysłem zgłoszenia kogoś do rady, zresztą jedynie na wiwat, bo kandydaci „z sali” najczęściej ani nie są wybierani, ani nie powinni być wybrani. Można natomiast wymagać kierowania się dobrą praktyką wyboru rady nadzorczej przez inwestorów instytucjonalnych, przez akcjonariuszy dysponujących liczącym się ułamkiem kapitału (niech będzie to 5 procent ogółu głosów w spółce), a także – przede wszystkim! – przez Skarb Państwa.

Dlaczego przede wszystkim? Ponieważ w przeszłości Skarb Państwa krzewił na rynku fatalną praktykę obsadzania rad nadzorczych osobami wprawdzie pozbawionymi właściwych kwalifikacji, lecz za to miłymi partiom będącym akurat przy władzy. Znamienny był przypadek walnego zgromadzenia jednego z wielkich banków: osoba wyposażona w pełnomocnictwo Skarbu Państwa odczytała listę kandydatów do rady nadzorczej, po czym oświadczyła, że przeprasza, bo odczytana właśnie przez nią lista jest już nieaktualna, wszak ona przed momentem otrzymała całkiem inną listę, plon osiągniętych w nocy uzgodnień koalicyjnych, lecz najzwyczajniej pomyliła kartki, więc teraz sięgnie po najświeższą kartkę i odczyta właściwe nazwiska…

Istnieje barwna teoria (za jej prawdziwość nie ręczę), że kiedyś skład rady nadzorczej największej polskiej spółki ustalano w tajemnych knowaniach, na wysokich szczeblach, późną nocą, ponad głową (i wbrew woli) właściwego ministra. Zapewne dobra praktyka wyboru rady nadzorczej zapobiegnie takim zwyrodnieniom.

Poważni inwestorzy przykładają ogromne znaczenie do składu rady nadzorczej. Nierzadko zwołuje się przecież nadzwyczajne walne zgromadzenie tylko w tym celu, by dokonać zmian, lub nawet jednej zmiany, w składzie rady nadzorczej, lub uzupełnić skład rady po śmierci lub rezygnacji jednego lub więcej jej członków. Jest dla mnie oczywiste, że zanim wystąpią z żądaniem zwołania nadzwyczajnego walnego zgromadzenia w celu uzupełnienia składu rady nadzorczej, uprawnieni akcjonariusze często uzgadniają między osobą, czyją kandydaturę przedstawią walnemu zgromadzeniu. Jakież racje przemawiają za tym, by trzymać ją w tajemnicy?

Kandydat do rady nadzorczej nie jest królikiem, którego wyciąga się z cylindra, by uzyskać efekt zaskoczenia. Im wcześniej poważni inwestorzy, oraz Skarb Państwa, będą ujawniać kandydatury do rad nadzorczych, tym bardziej zyska na tym rynek kapitałowy. Zwiększy się jego przejrzystość. I pokładane w nim zaufanie. Korzyść odniosą też spółki. Kandydatury zgłaszane zawczasu, poddawane pod krytyczny osąd rynku, nie będą przypadkowe. Uzasadnienia owych kandydatur będą zapewne lepiej przemyślane. A gdyby kandydatura wzbudziła kontrowersje lub zadziwiła brakiem kompetencji, będzie jeszcze można ją wycofać…

Tekst ogłoszony 14 listopada 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2015.06.06 Królik z cylindra

Walne zgromadzenie: o dobrą praktykę [2001]

Pora zagospodarować ziemię niczyją między przepisami kodeksu a rozsądkiem i przyzwoitością!

motto:
‘Reguły handlu są świetne, ponieważ nie zostały
ustanowione przez żołnierzy, księży, urzędników
lub dworaków, ale przez samych kupców’

Denis Diderot, Podróż do Holandii, 1744

Debata o potrzebie właściwego porządku korporacyjnego (good corporate governance) została zainicjowana w świecie anglosaskim. Obecnie toczy ją większość krajów świata: niektóre z wewnętrznej potrzeby, inne za sprawą mody. Wiele krajów wypracowało własne, oryginalne i dostrojone do lokalnych warunków zbiory zasad dobrej praktyki różnych aspektów porządku korporacyjnego. Wiele innych przejęło zasady wypracowane gdzie indziej.

W poprzednim dziesięcioleciu debata dotyczyła spolegliwości zarządu i skuteczności nadzoru, a także przydatności biegłych rewidentów. Obecnie dochodzi do głosu zaniedbana dotąd tematyka walnego zgromadzenia. Wspomniane zbiory zasad dobrej praktyki dotyczą najczęściej nadzoru i stosunków między nadzorem a zarządem. Brakuje prób uporządkowania zasad praktyki walnych zgromadzeń.

PROROCTWO NA ŚCIANIE

Także w polskich spółkach walne zgromadzenia to festiwale złych obyczajów. Od świata różni nas zwłaszcza, że gwiazdą tych festiwali bywa – rzecz niesłychana! – Skarb Państwa. Od świata różnimy się także płytkością rynku. Płoszenie drobnych inwestorów z walnych zgromadzeń to zniechęcanie ich do rynku i pogrążanie go w martwocie. Zatrważająco niski udział inwestorów indywidualnych w walnych zgromadzeniach spółek publicznych to złowrogie proroctwo na ścianie: mane tekel fares…

Nie prawo jest temu winne! Kodeks spółek handlowych jest lepszy od swojego zgrzybiałego poprzednika, ale ustawodawca nie może rywalizować z uczestnikami rynku, kto kogo przechytrzy. Odczuwa się niedostatek zachowań nacechowanych zdrowym rozsądkiem, a zwłaszcza poczuciem przyzwoitości. Kodeks spółek handlowych, podobnie jak jego poprzednik, precyzyjnie reguluje procedurę zwołania walnego zgromadzenia, ale nie jego przebieg. Nie można ująć go zresztą w sformalizowane ramy, poddać szczegółowej regulacji, ponieważ walne zgromadzenie jest naturalnym miejscem współpracy i konfrontacji poszczególnych grup w akcjonariacie spółki. Ich interesy w spółce bywają odmienne, nierzadko przeciwstawne. Prawo wystarcza, gdy współpraca w gronie akcjonariatu spółki rozwija się harmonijnie; zawodzi w obliczu konfliktu, którego rozstrzygnięcie, albo przezwyciężenie, wymaga raczej dobrej woli i gotowości do współdziałania, niż precyzyjnych przepisów.

O POWOŁANIU NASZYCH CZASÓW

Jak przed blisko dwustu laty odkrywano szlachetne powołanie owych czasów do stanowienia i nauki prawa (Friedrich Carl von Savigny, 1814), tak dzisiaj należy ogłosić powołanie naszych czasów do krzewienia dobrej praktyki w spółkach i wokół nich. Im bowiem bardziej przejrzyste, uczciwe, zasady postępowania narzuci rynek jego uczestnikom, tym większe szanse na to, że na rynek napłyną inwestycje. Dobra praktyka kreuje pieniądze.

Impulsy zmierzające do zaszczepienia uczestnikom rynku nawyków dobrej praktyki nieprzypadkowo wychodzą od giełd. Racją istnienia giełd jest rozwój rynków, obecnie zagrożony. Po latach karnawału, wywołanego wzrostami cen akcji, świat wkracza w okres postu. Nie brak obaw, że może on trwać nawet ćwierć wieku! Dobra praktyka nie odwróci trendu, ale uważa się, że może znacznie złagodzić jego niekorzystne reperkusje.

Pierwszą redakcję proponowanego zbioru zasad dobrej praktyki walnego zgromadzenia przedstawiłem w maju uczestnikom konferencji zwołanej przez Giełdę Papierów Wartościowych. Pomysł został życzliwie przyjęty, ale po dyskusji nad projektem kilka zasad przeredagowałem. Obecnie są łagodniejsze, mniej krępujące dla spółek, które same decydują, czy warto je zaakceptować.

Przygotowanie i przebieg walnego zgromadzenia to tylko skromny wycinek dobrej praktyki rynku, czyli zjawiska, które można uznać za brakujące ogniwo łańcucha przemian polskiej transformacji. Inne aspekty tej problematyki (jak rola nadzoru w spółkach lub kształtowanie kultury obcowania większości z mniejszością) wypadnie podjąć wkrótce. Dobrze, że w Polsce dojrzewa stan umysłów sprzyjający Sprawie porządkowania zachowań na rynku. Dla urzeczywistnienia zasad dobrej praktyki ważniejszy od ich redakcji jest przecież klimat intelektualny.

POZA DOMENĄ PAŃSTWA I PRAWA

Prawo daje poszczególnym grupom (w tym większości i mniejszości) instrumenty ochrony ich interesów w spółce, lecz nie jest w stanie zapobiec nadużywaniu, lub niewłaściwemu używaniu, tych instrumentów. Nie można też zapobiec konfliktom na walnych zgromadzeniach, ale można je cywilizować. W miejscu, gdzie kończy się domena prawa – jest miejsce na dobrą praktykę. To jej zasady powinny rządzić przebiegiem walnego zgromadzenia. Lecz ani ich redakcja nie należy do ustawodawcy, ani ich egzekucja nie należy do państwa! Zdobędą one sobie mir tylko jeżeli zostaną ustalone i przyjęte przez środowiska gospodarcze, w formie swoistej umowy społecznej. Inspiracja do dyskusji nad dobrą praktyką i do ‘kodyfikowania’ jej zasad najczęściej wychodzi od giełdy. Taką twórczą rolę zaczyna giełda odgrywać i w Polsce.

Propozycje zasad dobrej praktyki należy formułować ostrożnie, z taktem i umiarem, a także z należytym poszanowaniem ekonomicznych aspektów proponowanych rozwiązań. Nie jest to przedsięwzięcie, ale proces, który zrazu dotknie zapewne zagadnień mniej kontrowersyjnych.

Inicjatywie tej szkodzą pomysły, iż przyszłe zasady dobrej praktyki ‘powinny być wpisane do kodeksu spółek handlowych’, albo rozwijać go, albo zawierać ‘wykładnię przepisów kodeksu’, bądź ‘wytyczne dla orzecznictwa’, lub operować sankcjami. Pomny tego, nie używam słowa ‘kodeks’ na określenie z natury płynnego, nieustannie doskonalonego zbioru zasad dobrej praktyki, i wstrzemięźliwie stosuję termin ‘kodyfikacja’

POSTĘP W GRANICACH PRAWA

W pierwszej kolejności warto dążyć do przyjęcia i stosowania zasad dobrej praktyki przez spółki publiczne, które same podporządkują się wyższym wymaganiom i surowszym rygorom. Zamysłu zebrania zasad dobrej praktyki porządku korporacyjnego (bądź kolejno poszczególnych aspektów tej dziedziny) nie należy traktować jako dążenia do uniformizacji spółek i ich zachowań. Przeciwnie: chodzi o stworzenie ram dla zachowania i dalszego rozwijania różnorodności spółek.

Poniższy katalog zawiera wstępną prezentację wybranych aspektów praktyki odbywania walnych zgromadzeń. Obejmuje on problemy, które można rozwiązać na gruncie prawa obowiązującego, natomiast pomija postulaty zmian ustawodawczych. Proponuję więc formułę ‘umiarkowanego postępu (w granicach prawa)’.

Nieuchronne zmiany prawa zapewne pociągną za sobą ewolucję standardów porządku korporacyjnego. Stąd obecnie nie podejmuję interesującego problemu aktywizacji udziału indywidualnych inwestorów w walnych zgromadzeniach poprzez umożliwienie im korespondencyjnego oddawania głosu za lub przeciw projektom uchwał rozpatrywanych przez walne zgromadzenie, szerokie upowszechnienie udzielania (także drogą elektroniczną!) pełnomocnictw, zwłaszcza osobom prawnym, wreszcie odbywanie walnych zgromadzeń w formie telekonferencji lub on–line.

PRZESZŁOŚĆ ODCIĘTA WĘŻYKIEM

Dyskusja nad wstępną redakcją zasad dobrej praktyki walnego zgromadzenia może prowadzić do uzupełnienia katalogu o sprawy niesłusznie pominięte, do skreślenia problemów, które nie powinny zostać objęte zasadami dobrej praktyki (lub nie powinny zostać objęte nimi obecnie), oraz wskazania kierunków, w jakich mają zmierzać rozwiązania poszczególnych problemów. Poddanych tu pod dyskusję propozycji zasad dobrej praktyki proszę nie odczytywać jako prób ingerencji w jakiekolwiek toczące się sprawy, albo osądu spraw toczących się w przeszłości. Lepiej ‘przeszłość odciąć grubą linią’ (lub wężykiem). Teraźniejszość także.

Proponowane tu zasady nawiązują do polskich realiów. Żadna nie została przepisana z zagranicznych zbiorów zasad corporate governance. Każdy kraj ma swoją specyfikę. Na przykład wykorzystywanie technik informatycznych do udostępniania akcjonariuszom informacji finansowych i materiałów na walne zgromadzenie, zalecane przez niektóre zbiory zasad – jest już w Polsce dumną rzeczywistością.

Bez względu na to, czy proponowane zasady zostaną zaakceptowane, inicjatywa spełni swoją rolę, jeżeli pobudzi w kręgach gospodarczych i prawniczych krytyczną refleksję nad stanem porządku na walnych zgromadzeniach i groźbą zagłady gatunku indywidualnych inwestorów.

I. Miejsce i pora walnego zgromadzenia
Wybór miejsca i pory ma wpływ na udział w zgromadzeniu drobnych akcjonariuszy, zwłaszcza z kręgu pracowników. Prawo dopuszcza: siedzibę spółki, miejscowość będącą siedzibą giełdy, inne miejsce wskazane w statucie. Statuty wskazują po kilka (lub więcej) odległych miejscowości.
• Propozycja: Walne zgromadzenie odbywa się w siedzibie spółki i zwoływane jest w porze dogodnej dla szerokiego kręgu potencjalnych uczestników zgromadzenia. Organ spółki zwołujący zgromadzenie uzasadnia odstępstwa od tych zasad.

II. Udział rady nadzorczej w przygotowaniu walnego zgromadzenia
Statuty spółek rozmaicie regulują kwestię zwoływania i przygotowania walnego zgromadzenia. Rada nadzorcza, pełniąc rolę filtru rozmaitych interesów w procesie ustalania porządku obrad i projektów uchwał walnego zgromadzenia, może usprawnić jego przebieg i działać tonizująco na społeczność akcjonariuszy spółki. Prawo nie wnika w kwestię udziału rady w przygotowaniu zgromadzenia, z wyjątkiem upoważnienia rady do zwołania zgromadzenia, jeżeli zarząd tego nie uczyni.
• Propozycja: Statut spółki upoważnia radę nadzorczą do opiniowania porządku obrad i projektów uchwał walnego zgromadzenia, z wyjątkiem wniosków zarządu o wyrażenie przez walne zgromadzenie zgody na dokonanie czynności, na jaką nie wyraziła zgody rada nadzorcza. Zarząd nie jest związany opiniami rady, lecz jeżeli nie kieruje się nimi – przedstawia zgromadzeniu uzasadnienie swojego stanowiska.

III. Odbywanie i sprawny przebieg zwołanych walnych zgromadzeń
Dla utrudnienia mniejszości egzekwowania jej praw, walne zgromadzenia zwołane na żądanie mniejszości podejmują uchwały o nieodbywaniu obrad lub grzęzną w proceduralnych zawiłościach. Prawo reguluje tryb zwołania walnego zgromadzenia operując milczącym domniemaniem, że zgromadzenia zwołuje się po to, by je odbyć.
• Propozycja: Większość nie przeciwdziała odbyciu walnego zgromadzenia zwołanego na żądanie mniejszości. Uczestnicy walnego zgromadzenie nie przeciwdziałają jego sprawnemu przebiegowi. Nie zarządza się bez potrzeby przerw w obradach.

IV. Termin walnych zgromadzeń zwoływanych na żądanie mniejszości
Prawo wyposaża mniejszość (dysponującą co najmniej jedną dziesiątą kapitału zakładowego, aczkolwiek statut spółki może obniżyć ten próg) w prawo żądania zwołania walnego zgromadzenia, ale nie rozstrzyga, na kiedy w takiej sytuacji spółka zwołuje walne zgromadzenie, co może prowadzić do nieuzasadnionego odwlekania walnego zgromadzenia.
• Propozycja: W przypadku zwoływania walnego zgromadzenia na żądanie mniejszości, jest on ono odbywane w terminie wyznaczonym w żądaniu, a jeżeli przeciwko temu terminowi przemawiają istotne przeszkody – w terminie umożliwiającym rozstrzygnięcie przez zgromadzenie spraw, których rozstrzygnięcie jest powodem żądania zwołania walnego zgromadzenia (chyba że żądanie jest nadużywane i ma oczywiste cechy nękania większości przez mniejszość).

V. Otwarcie walnego zgromadzenia
Otwarcie zgromadzenia jest formalnością, a otwierający ma jedno zadanie – doprowadzenie do wyboru przewodniczącego. Bywa wszakże, że otwierający czyni zamieszanie, składa niepotrzebne wnioski. Prawo (lub statut) wskazuje osobę otwierającą walne i zakłada, że następnym krokiem zgromadzenia jest wybór przewodniczącego.
• Propozycja: Otwierający walne zgromadzenie dąży do niezwłocznego wybrania przewodniczącego i czuwa nad sprawnym przebiegiem wyboru, powstrzymując się od jakichkolwiek innych rozstrzygnięć merytorycznych lub formalnych.

VI. Wybór przewodniczącego walnego zgromadzenia.
Przewodniczący może wywrzeć znaczny (w szczególności destrukcyjny) wpływ na przebieg zgromadzenia. Prawo wymaga jedynie, by przewodniczący był osobą uprawnioną do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu, pomija zaś milczeniem kwestię jego kwalifikacji merytorycznych (znajomości prawa spółek, oraz spraw i prawa wewnętrznego spółki) i etycznych.
• Propozycja: Walne zgromadzenie wybiera przewodniczącego biorąc pod uwagę fachowe kwalifikacje kandydata. Walne zgromadzenie nie dokonuje wyboru zastępcy lub zastępców przewodniczącego. Jeżeli zarząd zgłasza kandydaturę na przewodniczącego – daje tym rękojmię, iż kandydat reprezentuje nie tylko wysokie kwalifikacje, lecz także znajomość statutu i spraw spółki, w tym spraw objętych porządkiem obrad, oraz projektów uchwał.

VII. Fachowość i bezstronność przewodniczącego walnego zgromadzenia
Prawo nie reguluje szczegółowo obowiązków i uprawnień przewodniczącego. Jego bezstronność sprzyja spółce i akcjonariatowi, usprawnia przebieg zgromadzenia.
• Propozycja: Przewodniczący sprawuje funkcję w sposób bezstronny, z należytą fachowością i starannością, mając na względzie sprawny przebieg obrad i poszanowanie praw mniejszości. Przewodniczący nie uczestniczy w poczynaniach zmierzających do utrudnienia albo opóźnienia przebiegu zgromadzenia, ani nie sprzyja im. Ponadto przewodniczący:
• nie uczestniczy w pracach komisji zgromadzenia, w tym komisji dla
sprawdzenia listy obecności;
• nie składa bez ważnych powodów rezygnacji ze swojej funkcji;
• nie opóźnia podpisania aktu notarialnego – protokołu walnego zgromadzenia.

VIII. Regulamin walnego zgromadzenia.
Prawo nie wymaga, by walne zgromadzenie uchwalało regulamin. Stąd rozmaitość praktyk: niektóre spółki odbywają zgromadzenia na podstawie regulaminu uchwalonego w przeszłości (zmiana nie jest dopuszczalna, skoro nie ogłoszono jej w porządku obrad), inne za każdym razem wnoszą pod obrady projekt regulaminu, najczęściej ten sam, przenoszony ze zgromadzenia na zgromadzenie. Regulamin często nie jest dostrojony do głosowania w formie elektronicznej. Instrukcje dotyczące głosowania elektronicznego, wydawane uczestnikom zgromadzenia przez firmę obsługującą aparaturę do głosowania, bywają bałamutne i wprowadzają w błąd, w szczególności co do głosowania podczas wyborów.
• Propozycja: Jeżeli walne zgromadzenie obraduje na podstawie stałego regulaminu, uczestnicy zgromadzenia otrzymują tekst obowiązującego regulaminu. Rewizja stałego regulaminu umieszczana jest w porządku obrad walnego zgromadzenia przynajmniej co 5 lat, a ponadto każdorazowo na wniosek akcjonariusza złożony na poprzednim walnym zgromadzeniu, bądź uwzględniony w żądaniu zwołania walnego zgromadzenia. Regulamin uwzględnia możliwość głosowania w formie elektronicznej i precyzuje, że przy obliczaniu wyników wyborów bierze się pod uwagę liczbę głosów oddanych na każdego z kandydatów, a nie różnicę między ilością głosów oddanych ‘tak” i ‘nie”, czyli za i przeciw poszczególnym kandydatom. Jeżeli w porządku obrad walnego zgromadzenia przewidziany jest wybór rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami, zarząd przygotowuje projekt regulaminu walnego zgromadzenia, lub załącznika do regulaminu, określający tryb wyboru przewodniczących grup oraz procedurę obrad i wyborów w grupach.

IX. Przedkładanie przez radę nadzorczą walnemu zgromadzeniu corocznej oceny sytuacji i perspektyw spółki
Prawo wymaga jedynie, by rada nadzorcza sporządzała i przedkładała walnemu zgromadzeniu coroczne pisemne sprawozdanie z wyników oceny sprawozdania zarządu z działalności spółki oraz sprawozdania finansowego za rok ubiegły (w zakresie ich zgodności z księgami i dokumentami, jak i ze stanem faktycznym), oraz wniosków zarządu dotyczących podziału zysku albo pokrycia straty. Z rady nadzorczej zdjęty został obowiązek ‘badania’ tych dokumentów. W praktyce rady nadzorcze przedkładają walnym zgromadzeniom sprawozdania ze swojej działalności, wyliczające liczbę odbytych posiedzeń i (co w praktyce nie ma znaczenia) podjętych uchwał. Takie sprawozdania nie mają wartości merytorycznej i nie rysują akcjonariuszom obrazu spółki.
• Propozycja: Rada nadzorcza corocznie przedkłada walnemu zgromadzeniu zwięzłą ocenę sytuacji i perspektyw spółki.

X. Udostępnianie uczestnikom walnego zgromadzenia ‘raportu (sprawozdania rocznego’
Większość spółek publicznych, oraz wiele innych spółek akcyjnych regularnie wydaje ‘raporty (sprawozdania) roczne’ i udostępnia je m.in. uczestnikom walnego zgromadzenia. Jest to praktyka warta upowszechnienia.
• Propozycja: Spółki publiczne wydają i udostępniają uczestnikom zwyczajnych walnych zgromadzeń ‘raporty (sprawozdania) roczne’.

XI. Zawartość i układ ‘raportów (sprawozdań) rocznych’
‘Raporty (sprawozdania) roczne’ charakteryzują się dowolnością zawartości i układu, co utrudnia analizę i porównanie ogłaszanych danych.
• Propozycja: Redakcja zasady dotyczącej zawartości i układu ‘raportów (sprawozdań) rocznych’ może zostać zaproponowana po konsultacjach m.in. z GPW, KPWiG, Fundacją Rozwoju Rachunkowości itd. Proponuję, by zasada uwzględniła, iż w raportach ‘(sprawozdaniach) rocznych’ spółek publicznych, zamieszcza się:
• dokonaną przez radę nadzorczą ocenę sytuacji i perspektyw spółki;
• stanowisko, określające stosunek spółki do przestrzegania zasad dobrej praktyki porządku korporacyjnego, wraz z uzasadnieniem odstępstw od tych zasad.

XII. Udzielanie akcjonariuszom informacji przez zarząd i radę nadzorczą
Prawo dopuszcza żądania akcjonariuszy w sprawie udzielania im, podczas obrad walnego zgromadzenia, informacji dotyczących spółki, jeżeli jest to uzasadnione dla sprawy objętej porządkiem obrad. Obowiązek udzielania informacji spoczywa na zarządzie, który jednak w określonych w przepisach sytuacjach powinien odmówić informacji. Rada nadzorcza nie jest zobowiązana do udzielania informacji akcjonariuszom.
• Propozycja: Na żądanie akcjonariusza, zarząd udostępnia walnemu zgromadzeniu szczegółowe informacje o wysokości wynagrodzenia członków zarządu i rady nadzorczej, natomiast rada nadzorcza, jeżeli jest organem ustalającym wynagrodzenia zarządu, uzasadnia przed walnym zgromadzeniem przyjęte przez nią zasady wynagradzania zarządu i wysokość tych wynagrodzeń.

XIII. Udział członków zarządu i rady nadzorczej w walnym zgromadzeniu
Kodeks przyznaje członkom zarządu i rady nadzorczej ‘prawo uczestniczenia’ w walnym zgromadzeniu, acz nie nakłada na nich takiego obowiązku. Nieobecność członków zarządu, bądź brak należytej reprezentacji rady nadzorczej podczas obrad walnego zgromadzenia może utrudnić wyjaśnienie spraw stawianych na porządku obrad.
• Propozycja: Członkowie zarządu i rady nadzorczej biorą udział w walnym zgromadzeniu. Uczestnicy zgromadzenia mogą żądać podania im do wiadomości przyczyn nieobecności poszczególnych członków zarządu i rady nadzorczej na zgromadzeniu.

XIV. Rola notariusza na walnym zgromadzeniu
Prawo jest w tej kwestii enigmatyczne, a praktyka niejednolita. Niektórzy notariusze ograniczają się do biernego protokołowania uchwał i liczby głosów oddanych za nimi, oraz zgłoszonych sprzeciwów. Z kolei niektóre spółki powierzają przewodniczenie walnemu zgromadzeniu osobie nie dysponującej fachowymi kwalifikacjami i oczekują, że notariusz będzie kontrolować przebieg i wyniki zgromadzenia, biorąc odpowiedzialność za legalność rozstrzygnięć proceduralnych i treść podejmowanych uchwał.
• Propozycja: Redakcja zasady dotyczącej roli notariusza na walnym zgromadzeniu może zostać zaproponowana dopiero po konsultacjach z samorządem notarialnym. Proponuję, by zasada uwzględniła, iż:
• notariusz nie jest angażowany w rozstrzyganie sporów proceduralnych oraz wątpliwości formalno-prawnych i merytorycznych;
• jeżeli jednak – w opinii notariusza – walne zgromadzenie zmierza ku naruszeniu statutu lub ustawy, mogącego skutkować uchyleniem uchwały lub stwierdzeniem jej nieważności, informuje on zawczasu uczestników zgromadzenia o konsekwencjach takiego naruszenia

XV. Obecność dziennikarzy na walnych zgromadzeniach
Przebieg walnego zgromadzenia spółki publicznej jest tematem budzącym szerokie zainteresowanie społeczne, wykraczające poza krąg akcjonariatu spółki. Stąd zainteresowanie mediów przebiegiem i wynikami walnego zgromadzenia, a nawet jego atmosferą.
• Propozycja: Dopuszcza się obecność dziennikarzy na walnym zgromadzeniu spółki publicznej. Spółka może wprowadzić wymóg wcześniejszej akredytacji dziennikarzy, ale nie odmawia akredytacji i nie pobiera za nią opłat. Dziennikarze obsługujący walne zgromadzenie otrzymują materiały udostępniane akcjonariuszom. Filmowanie lub nagrywanie przebiegu walnego zgromadzenia w całości lub we fragmentach, za pomocą jakiejkolwiek techniki, dopuszczalne jest za zgodą przewodniczącego walnego zgromadzenia, natomiast nie są dopuszczalne jakiekolwiek inne utrudnienia obrad. Przewodniczący walnego zgromadzenia może także dopuścić obecność na zgromadzeniu innych osób.

Tekst, ogłoszony 11 czerwca 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka, powstał na podstawie materiału przedłożonego pod obrady „V Forum Corporate Governance – Walne zgromadzenie. Standardy dobrej praktyki” (Giełda Papierów Wartościowych, 24–25 maja 2001 r.).

Czytaj także: 2001.06.15 zasady dobrej praktyki walnego zgromadzenie (II redakcja projektu)
– są tam zwięzłe komentarze do poszczególnych zasad.

Grupami do rady [2000]

Miejsce w radzie z wyboru grupami jest cenniejsze od uzyskanego w normalnym trybie!

Poważni akcjonariusze, jak mężczyźni ze znanego powiedzenia, myślą wyłącznie o jednym. O miejscu w radzie nadzorczej. Daje ono poważne korzyści. Zwiększa wartość inwestycji w spółkę. Przedstawicielstwo w radzie to dostęp do informacji o sytuacji spółki i jej planach, oraz realny wpływ na sytuację spółki i jej plany.

Do miejsca w radzie nadzorczej można dojść różnymi sposobami. Jednym z nich jest nabycie liczącego się udziału w kapitale. Lecz udziałowi w kapitale spółki nie zawsze odpowiada proporcjonalny udział w liczbie głosów na walnym zgromadzeniu. Bywają przecież akcje dające przywileje w postaci aż kilku głosów. Społeczność akcjonariuszy jest wtedy rozwarstwiona, jak stany w feudaliźmie. Pora znieść przywileje. Są anachroniczne i szkodliwe. Tamują rozwój rynku. Kiedy w spółce nie ma przywilejów, akcje są niby wszystkie takie same, lecz każda z licznych waży znacznie więcej, niż taka sama z nielicznych. Kto pragnie znaleźć się w radzie nadzorczej, akumuluje akcje. Im większy popyt na członkostwo w radzie, tym większy popyt na akcje, co widać po notowaniach. Lecz na przeszkodzie wejściu akcjonariusza do rady może skutecznie stanąć koalicja innych akcjonariuszy.

W takiej sytuacji można żądać wyboru rady nadzorczej przez głosowanie oddzielnymi grupami. Jest to instrument po dwakroć korzystny dla mniejszości. Ułatwia jej dostęp do rady, a w radzie daje jej szczególnie rozległe prawa. Ułatwienie w dostępie do rady polega na tym, że przy wyborach do rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami uprzywilejowanie akcji co do siły głosu nie ma zastosowania. Liczy się czysty kapitał. Polega ono też na tym, że w tym trybie mniejszość może wybrać swojego członka rady, nawet jeżeli statut przewiduje inny sposób powołania rady nadzorczej (np. mianowanie, kooptacja).

Wystarczy zebrać przynajmniej jedną piątą kapitału akcyjnego i zgłosić stosowny wniosek, a najbliższe walne zgromadzenie przystąpi do wyboru rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami (chyba, że w składzie rady jest choćby jedna osoba wyznaczona przez władzę państwową lub samorządową). Szczególnie rozległe prawa osób wybranych do rady przez głosowanie grupami polegają na tym, że każda grupa wybranych ma prawo delegować jednego członka do stałego indywidualnego wykonywania czynności kontrolnych (wszystkich, nie poszczególnych!). Delegowani mają prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu z głosem doradczym. Da im to szczególnie wnikliwą wiedzę o sprawach spółki, na równi z członkami zarządu. Są oni wówczas objęci, na równi z członkami zarządu, zakazem konkurencji.

Prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu gaśnie w sytuacji, gdy zarząd jest jednoosobowy, lecz w Polsce takie zarządy należą do rzadkości: wszak kolektyw wszystkim, jednostka zerem! Statuty najczęściej przewidują, że zarząd bywa kilkuosobowy. Czasem jest to wymóg ustawowy (prawo bankowe stanowi, że zarząd banku jest przynajmniej 3-osobowy). Lecz nawet gdyby delegowany nie mógł korzystać z prawa uczestniczenia w posiedzeniach zarządu, może on samodzielnie „przeglądać każdy dział czynności spółki, żądać od zarządu i pracowników spółki sprawozdań i wyjaśnień, dokonywać rewizji majątku, tudzież sprawdzać księgi i dokumenty”. Te prawa, szczególnie rozległe, są przywiązane nie do miejsca w radzie, ale do trybu wyboru. Rada wyłoniona w innym trybie może co najwyżej delegować jednego lub więcej członków do indywidualnego wykonywania poszczególnych (tylko ściśle oznaczonych) czynności kontrolnych, z czym już nie wiąże się prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu i buszowania w spółce, oraz żądania sprawozdań i sprawdzania ksiąg i dokumentów, poza ramami delegacji udzielonej przez radę. Dlatego żądanie wyboru rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami bywa często wykorzystywane w celu innym, niż dobro mniejszości. Czasem napastnik, miast szturmować spółkę, wkrada się do niej tym trybem, dla niepoznaki przebrany za mniejszość, która korzysta z ochrony. Czasem korzysta z tego instrumentu mniejszość destrukcyjna i kłótliwa. Każdy medal ma przecież trzy strony: awers, rewers i kant.

Dlatego też obrońcy status quo uciekają się często do sztuczek, mających udaremnić wybór rady w drodze głosowania grupami, lub uzyskanie przez mniejszość reprezentacji w radzie. Traktują mniejszość jak wrogów, spółkę jak Okopy Świętej Trójcy. Sama litera prawa nie poskromi takiego podejścia. Ustawodawca nie może rywalizować z kombinatorami, kto kogo przechytrzy. Prawo zakłada, że spółka jest harmonią interesów. Kładzie więc nacisk zarówno na torowanie dróg ku spełnieniu owych interesów, jak powściąganie wspólników w czynieniu sobie wbrew. Reszty dopełnią zdrowy rozsądek i poczucie przyzwoitości.
Artykuł ukazał się 21 sierpnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2013.09.15 Mniejszość w spółce, czyli kłopot
2004.01.26 Gdzie wzrok nie sięga

Bicz z piasku [2000]

Przed sądem w Krakowie zawisła sprawa z powództwa Raimondo Egginka wytoczonego w trybie art. 414 kodeksu handlowego. Powód to dobry znajomy pieniędzy (jest doradcą inwestycyjnym ABN Amro, co mówi samo za siebie) i czytelników Magazynu Finansowego. Pozew zmierza do unieważnienia uchwały walnego zgromadzenia Polifarbu Dębica SA o wycofaniu spółki z obrotu publicznego.

Wspomniany art. 414 kh daje akcjonariuszowi (i tylko jemu, bądź im) legitymację do zaskarżenia uchwały walnego zgromadzenia, nawet zgodnej z prawem i statutem, jeżeli wbrew dobrym obyczajom kupieckim godzi ona w interes spółki lub ma na celu pokrzywdzenia akcjonariusza. Zapewne pokrzywdzono grupę akcjonariuszy Polifarbu Dębica, którzy de facto zostali zmuszeni do odstąpienia spółce akcji po cenie znacznie niższej od zapłaconej przez spółkę innym akcjonariuszom. Szczególnie bulwersuje, że do wybrańców, których lepiej potraktowano, bez żenady dołączył… Skarb Państwa. Kiedyś Skarb Państwa wykiwał akcjonariuszy BPH SA. Banku już dawno nie będzie, a o tym przypadku wciąż będą wspominać podręczniki. Nie dochowuje dobrych kupieckich obyczajów, kto nie odróżnia kupca od przekupki.

Z kodeksu handlowego płynie czytelne przesłanie, że nie należy krzywdzić akcjonariusza. Nawet jednego. Nawet drobnego. Nawet zgodnie z prawem i statutem! Niestety, tę zasadę z czasem okaleczono, dzieląc akcjonariuszy na lepszych i gorszych. Otóż w 1997 r. dodano do wspomnianego przepisu feralny § 2, pozwalający zaskarżać taką uchwałę walnego zgromadzenia spółki publicznej tylko uprzywilejowanym, a to akcjonariuszowi lub grupie akcjonariuszy, posiadającym bezpośrednio akcje uprawniające do wykonywania nie mniej niż 1% ogólnej liczby głosów.

Ustawodawca, być może, obraził konstytucję. Popełnił także głupstwo. Przestraszył się braci Jedamskich, bojowych akcjonariuszy b. Łódzkiego Banku Rozwoju, nękających procesami BIG BG SA. W obawie przed pieniactwem, pozbawił ważnych praw drobnych akcjonariuszy, tych poniżej progu 1% głosów. Właściwie pozbawił praw także Raimondo Egginka, który ma tylko 165 akcji Polifarbu Dębica. Ale są jeszcze sędziowie w Krakowie.

Póki sądy sprawy nie rozstrzygną, nie będę o niej pisał. Powrócę do kodeksu. Akcjonariusz może zaskarżyć jedynie uchwałę walnego zgromadzenia. Nie może skarżyć uchwał zarządu i rady nadzorczej. Ale nie znaczy to wcale, że zarządowi lub radzie nadzorczej przystoi wbrew dobrym obyczajom kupieckim godzić w interes spółki lub mieć na celu pokrzywdzenie akcjonariusza. Wręcz przeciwnie. Nie przystoi.

Kodeks nie definiuje, co to jest „pokrzywdzenie akcjonariusza”. Wynika z niego niezbicie, że może to być działanie w pełni zgodne z prawem i statutem. Istnieją przeto inne dyrektywy postępowania spółki względem akcjonariuszy, jak tylko kodeks handlowy i statut. Ich wspólnym mianownikiem jest interes drobnego akcjonariusza.
Duzi akcjonariusze potrafią zadbać o swoje. Nie tylko podczas walnych zgromadzeń. Także w okresie między walnymi zgromadzeniami – a to dlatego, że mają dość głosów, by w każdej chwili zażądać zwołania walnego zgromadzenia. Dlatego zarząd tańczy koło nich, szanuje ich rada nadzorcza. Wprawdzie jeden z wielkich polskich banków próbował wywieść w pole dużego akcjonariusza, ale teraz pokutuje za to, odmawiając w kółko „Deutsche nasz”.

Drobni akcjonariusze są w znacznie trudniejszej sytuacji. Mają mniej pieniędzy, więc mniej akcji, mniej głosów i mniej praw. Akcje są niby wszystkie takie same, lecz każda z licznych waży znacznie więcej, niż taka sama z nielicznych. Pracując w radach nadzorczych, najczęściej dobrze znam dużych akcjonariuszy. Z drobnym akcjonariuszem mógłbym spotkać się na walnym zgromadzeniu, gdyby brał on w nim udział, ale najczęściej nie bierze, bowiem szkoda czasu i atłasu. Tam drobny akcjonariusz mógłby dorzucić swój głos do wniosku, lub przeciw wnioskowi, o skwitowanie rady, albo mnie osobiście. Ten głos ważyłby tyle, ile drobinka piasku, lecz z drobinek usypana jest Sahara. W jedności siła! Wiedzą o tym Niemcy, gdzie prawa rzesz drobnych akcjonariuszy wykonują z ich mandatu banki.

Drobni akcjonariusze powinni łączyć się, bo wtedy łatwiej im uniknąć pokrzywdzenia. Z drobnicy można sklecić aż 1% ogólnej liczby głosów, co ułatwi zaskarżanie uchwał. Można też sięgnąć wyżej, dokonać jeszcze więcej. Wszak bies zdołał skręcić z piasku bicz. Jak łączą się korporacje, tak ich akcjonariusze winni jednoczyć się, tworzyć stowarzyszenia wspólnego inwestowania. Niech drobni inwestorzy nie liczą na chytry Skarb Państwa. A kiedy związek ich bratni ogarnie cały rynek – ruszą z posad zarządy i rady.

Tekst ogłoszony 27 marca 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka