Archiwa tagu: Nadzwyczajne WZ

„Pański głos i tak nic nie znaczy” w spółce z udziałem Skarbu Państwa

PGNiG SA, notowana na GPW spółka z udziałem Skarbu Państwa, mająca niezaprzeczalnie znaczenie strategiczne, zwołuje na 21 października b.r. nadzwyczajne walne zgromadzenie z jednym merytorycznym punktem porządku obrad. Jest nim zmiana statutu spółki polegająca na dodaniu doń jednego słowa i kosmetyczną zmianę drugiego. Chodzi o postanowienia § 17 ust. 2 pkt 2 statutu, przewidujące iż akcjonariusz Skarb Państwa … wyraża, w formie pisemnej, zgodę … „na realizację strategicznych przedsięwzięć inwestycyjnych lub udział Spółki w przedsięwzięciach inwestycyjnych trwale lub przejściowo pogarszających efektywność ekonomicznej działalności Spółki, ale koniecznych dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Polski” (podkreślenie moje – ASN). Proponowana zmiana polega jedynie na zastąpieniu podkreślonych słów sformułowaniem „mogących trwale lub przejściowo pogorszyć” – i dalej jak poprzednio.

Projekt uchwały w tej kwestii został uzupełniony lakonicznym uzasadnieniem o treści: „Proponowana zmiana Statutu Spółki ma charakter doprecyzowujący. Celem jej wprowadzenia jest usprawnienie funkcjonowania Spółki oraz sprawowania nadzoru przez Ministerstwo Energii”. Uważam, że nie ma potrzeby dokonywania tu wykładni noweli statutu ani uzasadnienia. Czytelnik może wszystko sam sobie dopowiedzieć.

Wątpliwości może budzić kwestia podejmowania przez spółkę publiczną, z udziałem akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, przedsięwzięć inwestycyjnych mogących trwale lub przejściowo pogorszyć efektywność spółki. Dlaczego akcjonariusze mieliby uczestniczyć w finansowaniu takich przedsięwzięć? Zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego Polski jest zadaniem państwa, nie drobnych akcjonariuszy spółki publicznej. Nie brak opinii, że Skarb Państwa powinien na godziwych zasadach spłacić pozostałych akcjonariuszy i wycofać spółkę z obrotu. Spotkałem się wszakże z twierdzeniem, iż Skarb Państwa nie czyni tego w obawie przed spadkiem kapitalizacji GPW. Osobliwy to pogląd, wszak gdyby państwu zależało na kapitalizacji warszawskiej giełdy, mogłoby ją wielokrotnie zwiększyć poprzez prywatyzację należącego doń majątku.

Sprawa nie jest nowa. Poprawiany obecnie przepis został wprowadzony do statutu PGNiG w październiku 2006 r. Dziennik Rzeczpospolita alarmował wówczas, że spółka „będzie mogła wydawać setki milionów złotych na nierentowne inwestycje”. Prawnicy, z którymi gazeta rozmawiała, krytykowali takie rozwiązanie („to horror, rażące naruszenie przepisów kodeksu spółek handlowych i reguł prawa unijnego”), ale nie pod nazwiskiem. „Nawet były szef giełdy Wiesław Rozłucki i obecny szef Ludwik Sobolewski odmówili skomentowania sprawy, choć dotyczy jednej z największych polskich firm notowanych na warszawskim parkiecie” – ujawniła gazeta. Dzisiaj prawnikom łatwiej o odwagę.

Nie odczuwam przemożnej potrzeby krytykowania przepisu uchwalonego przed 11 laty, a obecnie poddawanego kosmetycznej, raczej zbędnej, zmianie. Pragnę zwrócić uwagę na dwa niepokojące zjawiska:

* Po pierwsze, PGNiG SA źle czuje się w skórze swojego statutu, skoro tak często ulega on zmianom;
* Po drugie, spółka lekceważy swoich akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, skoro tak często, bez przemożnej potrzeby, zwołuje nadzwyczajne walne zgromadzenia, także w sprawie zmian statutu.

Kilka faktów na poparcie moich tez. Ostatnio statut PGNiG zmieniany był kilkakrotnie. Zmian dokonało zwyczajne walne zgromadzenie 28 czerwca 2016 r., po czym 12 września 2016 r. rada nadzorcza ustaliła jednolity tekst statutu. Wyjątkowo zmian nie dokonało nadzwyczajne walne obradujące 25 sierpnia i 9 września, ale już kolejne NWZ 24 listopada wprowadziło zmiany do statutu. 15 marca 2017 r. rada nadzorcza ustaliła tekst jednolity, acz nie na długo, ponieważ 28 czerwca 2017 r. zwyczajne walne zgromadzenie dokonało głębokich zmian w tekście statutu. 1 września b.r. rada nadzorcza po raz kolejny ustaliła tekst jednolity, aliści niespełna dwa tygodnie później, 13 września, kolejne nadzwyczajne walne dokonało kolejnych głębokich zmian statutu. Nie ma znaczenia, że nadchodząca zmiana będzie w istocie nieznaczna: dominujący akcjonariusz nie szanuje spółki ani jej statutu.

Nadzwyczajnych walnych zgromadzeń nie należy zwoływać bez istotnej po temu potrzeby. Spółki nie biorą pod uwagę sytuacji akcjonariuszy: ile razy w roku musiałby indywidualny akcjonariusz przyjeżdżać na obrady? Ponosić związane z tym trudy i koszty? Przeto udział indywidualnych akcjonariuszy w nadzwyczajnych walnych zgromadzeniach jest znikomy. Dźwięczą im pewnie w uszach słowa niesławnego prokuratora Piotrowicza wypowiedziane w parlamencie do posła opozycji: „Pański głos i tak nic nie znaczy”. Akcjonariusz mógłby wnieść skuteczny sprzeciw względem uchwały o finansowaniu przez spółkę niedorzecznej oszczerczej kampanii mającej siać nienawiść do sędziów orzekających w imieniu Rzeczypospolitej – lecz takich uchwał walne zgromadzenia nie podejmują, pieniądze wyciekają cicho, wstydliwie.

Na koniec ciekawostka: w październiku 2006 r., kiedy do statutu wprowadzono wspomniany przepis, kurs spółki wynosił 3,35 zł. Wczoraj notowania zamknęły się na poziomie 6,65 zł. Jak widać, inwestorzy nie przejmują się moją pisaniną…

Czytaj także inne wpisy z wzmiankami na temat PGNiG:

2017.01.21 Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa
2014.05.12 Outsourcing głupoty
2006.02.13 Tsunami

PZU SA, czyli gen nieporządku korporacyjnego

Najpierw była nieszczęśliwa, konfliktogenna transakcja z kleconym naprędce konsorcjum inwestycyjnym. Później szalona obietnica pani minister Skarbu udostępnienia Eureko większości udziałów w PZU. Spółka stała się polem bitwy Skarbu Państwa z zagranicznym inwestorem, a niezapomniany prezes Netzel dodał jej szczególnego kolorytu. Uchwały walnego zgromadzenia o odebraniu byłemu prezesowi (Cezaremu Stypułkowskiemu) prawidłowo udzielonego absolutorium lub o odmowie wypłaty dywidendy z pokaźnego zysku (za rok 2006) budziły konsternację na rynku kapitałowym. Kiedy spór nareszcie rozplątano i opadł kurz bitewny, sprawy poukładano i zanosiło się na trwałą stabilizację – nadeszła „dobra” zmiana, czyli chaos. Poszły w ruch drzwi obrotowe, posypały się raporty bieżące o rezygnacjach kolejnych członków zarządu i rady nadzorczej; gdy nie rezygnowali – odwoływano ich, powoływano nowych, na krótko, coraz krócej…

Czytam o kolejnym, drugim w tym roku, nadzwyczajnym walnym zgromadzeniu PZU SA. Nadzwyczajne walne zgromadzenia budzą mój niepokój. Są one w Polsce zjawiskiem powszechnym, dobitnie świadczą o braku corporate governance, służą zniechęcaniu drobnych akcjonariuszy do uczestnictwa w obradach, wręcz są instrumentem ich nękania. Tym razem spółka zwołała nadzwyczajne walne zgromadzenie w sprawie znaczącej emisji obligacji. Skarb Państwa wniósł o wzbogacenie porządku obrad zmianami w radzie nadzorczej, a to w celu wzmocnienia przez radę nadzorczą nadzoru nad działalnością spółki. Pod tak durnym uzasadnieniem podpisał się wicedyrektor, którego nazwisko zmilczę, bo nie on to wymyślił. W tak częstych zmianach w radzie nadzorczej nie dostrzegam sensu lub logiki, zapewne wkrótce dojdzie do kolejnych, minister Rozwoju i Finansów (tak właśnie, nie „Finansów i Rozwoju”!) działa stanowczo, lecz nieprzemyślanie.

Zwołane na 12 kwietnia NWZ powzięło zaplanowane uchwały i odroczyło obrady do popołudnia następnego dnia, nie wiedzieć po co, skoro po wznowieniu obrad uchwał już nie podjęło. W Pulsie Biznesu czytam o 11 przerwach w obradach, potocznie nazywanych „technicznymi”; odroczenie obrad do następnego dnia wymagało przerwy „kodeksowej”, uchwalanej kwalifikowaną większością głosów. Przerwy techniczne bywają utrapieniem uczestników walnych zgromadzeń na polskim rynku. Na innych rynkach nie są one tak często praktykowane, tam nie mieści się w głowach festiwal przerw w ciągu dnia. Wnioskuje o nie najczęściej gospodarz zgromadzenia, czyli zarząd spółki, bądź największy akcjonariusz – w tym przypadku Skarb Państwa. Akcjonariuszom wolno, lecz zarządowi już nie, bo to on odpowiada za sprawny przebieg walnego. Wniosek zazwyczaj świadczy o braku należytego przygotowania do obrad, o potrzebie przeprowadzenia dodatkowych konsultacji, bądź zasięgnięcia instrukcji przed głosowaniem. Jest to zjawisko szczególnie niekorzystne dla przyjezdnych uczestników zgromadzenia, skutkujące wypłoszeniem ich przed zakończeniem obrad, jeżeli planują zdążyć na pociąg lub samolot. Nic dziwnego, że uczestnictwo zamiejscowych indywidualnych akcjonariuszy w obradach walnych zgromadzeń jest śladowe.

PZU SA słynie z walnych zgromadzeń trwających ponad miarę przyzwoitości. Rekord, jak się wydaje, to 19 godzin obrad (2006 r.); zapamiętano, że jeden z uczestników przysnął na stojąco przed maszynką do głosowania. Kiedy akcjonariusze gromadnie opuszczają salę obrad, zostają w niej dziennikarze; raz jednemu z nich, Łukaszowi Kolińskiemu z Gazety Wyborczej zaproponowano kandydowanie do rady nadzorczej PZU, a to z powodu nieobecności innych potencjalnych kandydatów. I tak dobrze, że obecność dziennikarzy tolerowano! 6 października 2000 r. reprezentujący Skarb Państwa dyr. Karol Miłkowski przegłosował Eureko i nie dopuścił do obecności mediów na WZ PZU. Sporo lat minęło, ale trzeba wiedzieć, że kto przegania media z walnych zgromadzeń, temu będę to dozgonnie wypominać.

PZU SA deklaruje stosowanie większości Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW, w tym zasady IV.Z.6 przewidującej, że spółka dokłada starań, by przerwy w obradach nie uniemożliwiały lub ograniczały akcjonariuszom wykonywania prawa na walnym zgromadzeniu. Nie udało mi się ustalić co w tej kwestii stanowi regulamin walnego zgromadzenia PZU, ponieważ nie znalazłem go na stronie spółki. Zatem czy deklaracje spółek notowanych na GPW znajdują odbicie w praktyce – jest kwestią wartą zbadania. Wiele wskazuje, że Giełda niebawem podejmie to wyzwanie.
Czytaj także:
2014.07.17 Kiedy przerwa znaczy wstyd
2012.11.10 Do przerwy 1:0
2011.06.21 Spocony czerwiec

Nadzwyczajne walne zwyrodnienie, czyli zwierciadło polskiego rynku

Pisząc o nadzwyczajnym walnym zwyrodnieniu nie mam na myśli parlamentu, gdzie zwyrodnienia stają się zwyczajem, ale zwoływane bez potrzeby, bądź w osobliwych miejscach, w dziwnych terminach lub o dzikich porach, nadzwyczajne walne zgromadzenia spółek notowanych (jeszcze) na GPW. Utarło się niestety, że spółka zwołuje nadzwyczajne walne zgromadzenie ilekroć ma na to ochotę, wszak wielu nieuków sądzi, że jest to święte prawo właściciela.

Uważam, że nadużywanie instytucji nadzwyczajnego walnego zgromadzenia oznacza dręczenie akcjonariuszy. Wprawdzie nie istnieje obowiązek uczestniczenia w walnych zgromadzeniach, lecz celem zwoływania zgromadzeń w błahych sprawach jest zniechęcenie akcjonariatu do udziału w życiu spółki. Pod nieobecność akcjonariuszy mniejszościowych, owych „prostych dawców kapitału” łatwo przeprowadzić niekorzystne dla nich rozwiązania. Przekonani, że nie mają wpływu na sprawy spółki, że ich interesy nie są brane pod uwagę w toku podejmowania ważnych dla spółki decyzji – akcjonariusze łatwiej przełkną fakt, że są oszukiwani.

Nie przyjmuję do wiadomości „świętych praw właściciela”, ponieważ właściciela w spółce akcyjnej nie ma. Nawet jeżeli cały jej kapitał należy do jednej osoby, fizycznej albo prawnej, nie jest ona bynajmniej „własnością” owego akcjonariusza, jest samodzielnym bytem prawnym oraz odrębną od niego substancją majątkową. Natura spółki akcyjnej jest taka, że nawet stuprocentowy właściciel kapitału jest ograniczany w swoich prawach ustawą i statutem. Tym bardziej nie ma „właściciela” w spółkach notowanych na giełdzie.

Zdarzają się sytuacje, w których zwołanie nadzwyczajnego walnego zgromadzenia jest w pełni uzasadnione w obliczu nadzwyczajnej szansy lub wydarzenia: należy podjąć uchwałę o zbyciu lub nabyciu ważnego składnika majątku, o przejęciu atrakcyjnej spółki, o fuzji z ciekawym partnerem. Lecz najczęściej nadzwyczajne walne jest zwoływane w sprawach personalnych. Na przykład: ustąpił lub zmarł członek rady nadzorczej, jej skład uległ zdekompletowaniu, zatem zwołuje się walne, by pilnie obsadzić wakat w radzie. Można było temu zapobiec nadając radzie prawo kooptowania członka (czego się jednak nie czyni z powodu braku zaufania do rady), albo wybierając do rady więcej niż pięć osób (czego się jednak nie czyni z powodu oszczędności).

Jeszcze bardziej niepokojąca jest praktyka zwoływania raz po raz walnego w celu zmian w składzie nadzorczej, lub zmiany prezesa spółki, jeżeli jej /jego wyboru dokonuje walne zgromadzenie. Nazwałem to zjawisko drzwiami obrotowymi: do rady wchodzi się po to, by się pokręcić i niebawem wyjść. Najbardziej karygodne bywa to, że świeżo powołani członkowie rady nadzorczej zaraz po ich wyborze, kiedy nie poznali jeszcze spółki, jej sytuacji, problemów i szans, dokonują pod dyktando „właściciela” głębokich zmian w składzie zarządu, z jednej kartki odczytując nazwiska odwoływanych, z drugiej – powoływanych. Śmiesznie bywa tylko wtedy, kiedy pomylą kartki.

Słownictwo na temat polskiego rynku kapitałowego wzbogaciło się ostatnio o pojęcie „high frequency supervisory board”. Ukuł je Mariusz Kanicki, wnikliwy komentator obszaru corporate governance. High frequency to termin oznaczający wysokie częstotliwości fal elektromagnetycznych, ale w żargonie rynku dotyczy on techniki inwestowania pozwalającej na zawieranie możliwie wielu transakcji w możliwie krótkim czasie. Tu chodzi o częste zmiany w składzie rad nadzorczych. Zanim członkowie rad zdążą poznać nadzorowaną spółką, są z niej odwoływani. Nie widzę w tym sensu, lecz tak bywa.

Skoro piszę o nadzwyczajnych walnych zwyrodnieniach, nie mogę pominąć ciekawostki. Chodzi o walne zwołane w Krakowie na dzień św. Sylwestra o godz. 18:00. Adres obrad: skromna kancelaria notarialna – pozwala domniemywać, że hucznej zabawy nie będzie. Zwoływano już walne w Sylwestra (Masters, Devoran), bywały także nocne zwyrodnienia – wszystko dzięki temu, że głupoty są wolne od podatku.
Czytaj także:
2001.09.30 Kryzys i szansa walnego zgromadzenia
2011.06.03 Walne zwyrodnienie
2011.08.25 Dokąd na WZ?
2013.09.30 Nieznośna lekkość zwołania
2013.12.18 Głupoty są wolne od podatku

Bal maskowy

Rynek nie powinien tolerować żonglowania nazwami spółek. Prawo dostarcza instrument ochrony przed takimi breweriami.

Firma spółki podlega ochronie, ale nie przed nią samą. Firma to nazwa spółki, jej tożsamość. Jej funkcją jest indywidualizacja spółki i jej identyfikacja w obrocie. Firma jest nośnikiem wartości kreowanej przez reputację spółki, czyli przez zaufanie pokładane w niej przez rynek. Brak zaufania do spółki oznacza, że nie ma ona dobrej reputacji, a jej firma ma znikomą wartość. W takiej sytuacji spółka ma dwa wyjścia. Może ona podjąć żmudne i długotrwałe wysiłki ku pozyskaniu zaufania rynku. Może też ona zmienić swoją nazwę i udawać, że jest innym bytem, za którym nie wlecze się, jak za kometą ogon, odór przeszłych błędów, oszustw lub niepowodzeń. Na polskim rynku kapitałowym wiele spółek wybiera drugie wyjście. Przybierają sobie nową nazwę (najczęściej niedorzeczną), by pod jej osłoną rozpocząć nowe życie, albo uciec i zmylić pogonie.

Specjalista corporate governance rzadko zagląda na New Connect, bo też nie ma po co. Wyjątek uczyniłem dla Veno, spółki budzącej emocje na forach dyskusyjnych. Zwołała ona nadzwyczajne walne zgromadzenie z jednym merytorycznym punktem porządku obrad, dotyczącym zmiany nazwy spółki. Tę kwestię dyskutowano już w lutym 2013 r. na innym nadzwyczajnym zgromadzeniu (im gorzej idzie spółkom prowadzony przez nie biznes, tym chętniej zwołują one nadzwyczajne walne zgromadzenia). Wówczas krewki pełnomocnik zgłosił wniosek, by nazwę Veno S.A. zastąpić bardziej jego zdaniem adekwatną do charakteru prowadzonej działalności nazwą Oszuści i Złodzieje S.A. Projekt uchwały nie został przyjęty. Ciekaw byłem, jak tym razem uzasadniono projekt nowej nazwy, uzasadnienia wszakże nie poznałem. Spółka ma teraz działać pod nazwą Erne Ventures S.A.

Kodeks spółek handlowych daje spółkom szeroki zakres dowolności w ustalaniu brzmienia firmy spółki akcyjnej. Przyjmuje się, że dowolność obejmuje nie tylko spółki zawiązywane, także już działające, przeto zmiana przez nie brzmienia firmy nie są niedozwolona. Lecz z owej dowolności niektóre spółki korzystają bez opamiętania. Ciekawym przykładem jest Hardex z Krosna Odrzańskiego, spółka działająca w branży drzewnej, która poszła w ciąg i w dwa lata zdążyła przeobrazić się kolejno w Librę, Global Energy, a później Starhedge, zmieniając także branżę i siedzibę. Taka maskarada godzi w powagę rynku kapitałowego, w autorytet giełdy. Giełdę dotykają różne plagi, jak masakra Otwartych Funduszy Emerytalnych, bessy, oszustwa – lecz najbardziej dolegliwa jest śmieszność. GPW energicznie podjęła wyzwanie rzucone jej przez spółki groszowe: które nie scalą akcji – zostaną wyrzucone z parkietu. Pora podjąć wyzwanie rzucone przez spółki traktujące obecność na parkiecie jak zabawę na balu maskowym, gdzie tożsamość zmienia się bezkarnie. Kiedyś zażartowałem, że warszawska giełda powinna uruchomić infolinię o aktualnych nazwach spółek–przecht. Lecz maskarada przestała mnie śmieszyć.

Uważam, że przyznana przez Kodeks spółek handlowych założycielom swoboda wyboru firmy zawiązywanej spółki nie jest absolutem. Rynek nie powinien tolerować żonglowania nazwami spółek. Prawo dostarcza instrument ochrony przed takimi breweriami. Jest nim możliwość uchylenia przez sąd uchwały walnego zgromadzenia o zmianie nazwy spółki, jeżeli jest ona sprzeczna z dobrymi obyczajami lub ma na celu pokrzywdzenie akcjonariusza. Zmiana firmy, za która nie stoją względy merytoryczne, może być uznana za mającą na celu pokrzywdzenie akcjonariusza, który pokryje koszty operacji i poniesie jej konsekwencje, jak podważenie pewności obrotu. Zmiana firmy co pół roku lub rok jest moim zdaniem sprzeczna z dobrymi obyczajami.

Akcjonariusze wszystkich spółek łączcie się! Nie wahajcie się skarżyć takich uchwał w drodze wytoczonego przeciwko spółce powództwa o ich uchylenie. Natomiast GPW ma w ręku inny instrument: za zmianę nazwy notowanej spółki może pobierać opłatę, której wysokość otrzeźwi inicjatorów zmiany.

Tekst ukazał się 26 stycznia 2015 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Czytaj także:
2013.07.26 Przechrzty
2013.01.21 A przedtem Radziwiłł

Nieznośna lekkość zwołania

Prawo ułatwia zwoływanie w spółce akcyjnej nadzwyczajnych walnych zgromadzeń, tak przez zarząd, jak przez uprawnionych do tego akcjonariuszy. To dobrze: dzięki takiej regulacji spółka nie jest zamknięta w klatce pomiędzy dorocznymi walnymi zgromadzeniami. Lecz dobre przepisy nierzadko kreują kontrowersyjna praktykę. Tak właśnie jest w tym przypadku. Prawo zwoływania nadzwyczajnych walnych zgromadzeń jest powszechnie nadużywane. Zwołuje się więc nadzwyczajne walne, by załatwić jakąś doraźną błahą sprawę o charakterze formalnym. Zwołuje się także walne, by w trybie nadzwyczajnym podjąć uchwały o wyjątkowo doniosłym znaczeniu.

Można uniknąć zwoływania nadzwyczajnych walnych zgromadzeń w sprawach błahych i formalnych. Najczęściej występuje jeden z dwóch powodów zwołania nadzwyczajnego walnego zgromadzenia, niekiedy oba naraz. Powód pierwszy to niekompetencja lub złe intencje zarządu i rady nadzorczej. Powód drugi to wadliwa konstrukcja ustroju spółki.

Przykład złych intencji: zwołuje się walne zgromadzenie, by podjąć uchwały o emisji papierów wartościowych, do tego z wyłączeniem prawa poboru. Zmieni to stosunki własnościowe i układ sił w akcjonariacie. Byłoby lepiej, gdyby decyzje takiej wagi podejmowane były na dorocznych („zwyczajnych”) walnych zgromadzeniach zatwierdzających sprawozdania i podejmujących uchwałę o podziale zysku. Lecz zarząd kieruje się przeczuciem, że w nadzwyczajnym walnym zgromadzeniu weźmie udział mniej akcjonariuszy, więc łatwiej będzie przepchnąć kontrowersyjną uchwałę.

Przykład wady ustrojowej: wystarczy rezygnacja (lub śmierć) jednego członka rady nadzorczej, by uległa ona zdekompletowaniu, czyli straciła zdolność do wypełniania swoich zadań. Należy przeto szybko zwołać walne, by uzupełnić skład rady. Przed taką potrzebą można było zabezpieczyć się odpowiednimi postanowieniami statutu, lecz o tym nie pomyślano, lub tego nie potrafiono.

Niedawno jedna ze spółek z GPW ogłosiła, że zamierza obniżyć wynagrodzenie jednego z piastunów, co wymaga zwołania NWZ. Oszczędności wyniosą kilka tysięcy miesięcznie, czyli koszt zwołania walnego zwróci się już po miesiącu. Chodzi o koszt poniesiony przez spółkę. Nie wzięto pod uwagę kosztów ponoszonych przez akcjonariuszy pragnących wziąć udział w walnym. Kosztów maklerskich, komunikacyjnych, ceny czasu straconego na dojazd i udział w obradach. Lecz czy akcjonariuszami ktokolwiek się przejmuje? Jak się ich ponęka kilkoma nadzwyczajnymi walnymi, zwołanymi dla błahych powodów, może odniechce im się uczestniczyć w walnych zgromadzeniach, także w dorocznym udzielających piastunom spółki absolutorium. Takie podejście do sprawy jest na rynku bardzo popularne. Nieznośna łatwość zwoływania walnych zgromadzeń ogromnie mu sprzyja.

Zwołanie na puszczy [2011]

Na nic uprawnienia, jeżeli brakuje skutecznych narzędzi ich egzekucji! Prawo reguluje proces zwołania walnego zgromadzenia. Zwyczajne walne zgromadzenie zwoływane jest przez zarząd spółki. Jeżeli zarząd nie zwoła go w terminie określonym w Kodeksie spółek handlowych, może zwołać je rada nadzorcza. Rada może też zwołać nadzwyczajne walne zgromadzenie, jeżeli zwołanie go uzna za wskazane. Ponadto akcjonariusze reprezentujący co najmniej połowę kapitału zakładowego lub co najmniej połowę głosów w spółce mogą zwołać nadzwyczajne walne zgromadzenie. Wyznaczają oni przewodniczącego tego zgromadzenia.

Są to regulacje niedoskonałe. Pomijam, że w spółce może wystąpić sytuacja, iż jeden akcjonariusz lub grupa akcjonariuszy reprezentuje co najmniej połowę kapitału zakładowego, a inny akcjonariusz lub grupa akcjonariuszy reprezentuje co najmniej połowę głosów w spółce. Puszczając wodze fantazji, można założyć, że jedni i drudzy zwołają nadzwyczajne walne zgromadzenia; trzecie zwoła rada nadzorcza, jeżeli uzna to za wskazane, czwarte zarząd – a wszystkie zostaną zwołane na ten sam dzień i godzinę.

Szkopuł tkwi w określonej prawem technice zwoływania walnego zgromadzenia spółki publicznej. Otóż jest ono zwoływane przez ogłoszenie na stronie internetowej spółki oraz w sposób określony przepisami ustawy o ofercie, czyli za pomocą komunikatu w systemie ESPI. Kluczami do strony internetowej i do systemu ESPI dysponuje zarząd. Co wówczas, kiedy rada nadzorcza, lub któryś z uprawnionych akcjonariuszy, „zwoła” (cudzysłów jest tu niestety konieczny!) nadzwyczajne walne zgromadzenie, a zarząd zignoruje ten krok, nie przyjmie zwołania do wiadomości i nie ogłosi stosownych komunikatów? Odpowiedź jest jasna: nadzwyczajne walne zgromadzenie nie dojdzie do skutku, natomiast akcjonariusze uprawnieni do jego zwołania nie mają do dyspozycji żadnych środków wykonawczych.

Wspomniane regulacje ograniczają pozycję zarządu jako gospodarza spółki. Z różnych powodów może on nie być zainteresowany dopuszczeniem do przejęcia przez znaczących akcjonariuszy inicjatywy w spółce i odbyciem nadzwyczajnego walnego zgromadzenia. Próby jego zwołania przez uprawnionych ponad zarządem spółki lub wbrew niemu można wówczas skwitować powiedzeniem o daremnym (z)wołaniu na puszczy. Cóż z tego, że poszerzono krąg uprawnionych do zwoływania nadzwyczajnego walnego zgromadzenia, skoro ich uprawnienia mogą napotkać – i w praktyce napotykają! – na obstrukcję zarządu? Na nic uprawnienia, jeżeli brakuje skutecznych narzędzi ich egzekucji. Bezzębne prawo nie budzi szacunku. Dziury w prawie, zwłaszcza tak dotkliwej, nie uda się załatać zaleceniami płynącymi z zasad dobrych praktyk.

Mam krytyczny stosunek do nadzwyczajnych walnych zgromadzeń. Zwoływane nazbyt często, nawet bez rzeczywistej potrzeby, bywają one formą dręczenia akcjonariuszy zainteresowanych uczestnictwem w zgromadzeniu, a pomniejszych inwestorów skutecznie zniechęcają do korzystania z ważnych praw korporacyjnych. Chodzi mi natomiast o powagę regulacji. Wymagają one pilnych zmian. Szanse na to, by parlament ich dokonał, są obecnie nikłe. Przecież zbliżają się wybory.

Członkowie zarządu, który uniemożliwił uprawnionym zwołania nadzwyczajnego walnego zgromadzenia, mogą zostać ukarani grzywną do 20.000 złotych. Nie jest to w spółce publicznej kara dotkliwa, szczególnie w sytuacji, gdy zamierzone walne zgromadzenie miałoby ich odwołać. Brak przekonania o sprawności sądów skłania niektóre zarządy do łamania prawa.

Tekst został ogłoszony 21 lipca 2011 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także: 2011.08.25 Dokąd na walne zgromadzenie?

Spocony czerwiec [2011]

Na walnym zgromadzeniu inwestor indywidualny bywa intruzem, niepożądanym dodatkiem do swoich pieniędzy.

Czerwiec, wiadomo: czas walnych zgromadzeń. Im bliżej końca miesiąca, tym bardziej licznych. Spółki są zobowiązane do odbycia zwyczajnych walnych zgromadzeń do 30 czerwca, ale zwlekają z nimi, jak długo można. Ostatnie robocze dni czerwca to istny festiwal: codziennie odbywa się po kilka, nawet kilkanaście walnych zgromadzeń spółek publicznych. Jest to zjawisko niekorzystne dla uczestników rynku: indywidualnych akcjonariuszy, zniechęcanych do udziału w walnych zgromadzeniach, inwestorów instytucjonalnych zmuszonych jednocześnie obsługiwać wiele walnych, analityków, mediów. Inwestorzy jeszcze nie dostrzegli, że spółki odbywające walne zgromadzenia w pierwszym możliwym, a nie w ostatnim dopuszczalnym terminie, zyskują przewagę konkurencyjną dzięki temu, że są „skomunikowane” z rynkiem.

Zbieg terminów walnych zgromadzeń wielu spółek nie jest jedyną przeszkodą do udziału akcjonariuszy, zwłaszcza indywidualnych, w walnych zgromadzeniach. Albowiem na torze przeszkód najbardziej dokuczliwe bywają przerwy w obradach. Oto hipotetyczny inwestor indywidualny przemierza pół Polski, by wziąć udział w walnym zgromadzeniu, lecz niebawem po otwarciu obrad i wyborze nikomu niepotrzebnej komisji skrutacyjnej (głosowanie odbywa się elektronicznie, rzekomi skrutatorzy będą tylko żałosnymi figurantami) zostaje ogłoszona przerwa. Czy przerwa potrwa dzień, czy dni trzydzieści, dla przyjezdnego będzie bez znaczenia: on dowie się, i zapamięta fundamentalną prawdę: na walnym zgromadzeniu inwestor indywidualny bywa intruzem, niepożądanym dodatkiem do swoich pieniędzy.

Przerwy są najczęściej wnioskowane przez pełnomocników inwestorów instytucjonalnych. Wpadają oni na zgromadzenie w ostatniej chwili, zziajani, spoceni, zabiegani; mężczyźni w wymiętych garniturach, kobiety w przyciasnych kostiumach. Opóźniają proces rejestracji uczestników, ciągle gdzieś telefonują, a kiedy stracą kontakt z przebiegiem zgromadzenia – zawnioskują o przerwę z jakiegoś błahego powodu. Wniosek zyska poparcie innych pełnomocników, bardziej zajętych telefonowaniem, niż obserwacją obrad. Pamiętam wnioski o przerwę w obradach motywowane tym, że pełnomocnik nie otrzymał instrukcji, albo nie zdążył przygotować się do obrad, bo został przysłany w zastępstwie kolegi.

Inną plagą polskiego rynku jest praktyka nękania akcjonariatu nadzwyczajnymi walnymi zgromadzeniami. Niektóre spółki odbywają corocznie po kilka nadzwyczajnych, zwoływanych bez rzeczywistej potrzeby, często jedynie dlatego, że zapomniano należycie sporządzić porządek obrad zwyczajnego walnego zgromadzenia, albo niestarannie zredagowano statut i po śmierci lub rezygnacji członka rady nadzorczej należy pilnie uzupełnić jej zdekompletowany skład. Nadzwyczajne walne to dla spółki dodatkowe koszty, ale inwestorów mitręga, dla indywidualnych akcjonariuszy kolejny sygnał, że ich udział w obradach nie jest oczekiwany. Zdaniem wielu spółek, drobnica powinna zachowywać się jak pacjent z audycji „Będąc młodą lekarką”: kopertę z pieniędzmi położyć na parapecie i iść w diabły. Z tą różnicą, że chodzi o parapet w biurze maklerskim.

Lecz nawet gdyby walne odbyło się należycie, inwestor indywidualny niewiele z tego odniesie pożytku. Albowiem napuszona obrzędowość polskich walnych zgromadzeń nie daje uczestnikom wielu szans bliższego poznania spółki i losu włożonych w nią pieniędzy. Walne ma procedować, wartko podejmować uchwały, nie dyskutować, nie zajmować się sprawami spoza porządku obrad. Lecz zapomina się przy tym, że jest ono najlepszą okazją do odsłonięcia przed akcjonariatem obrazu spraw spółki.

Tekst ogłoszony 21 czerwca 2011 r. w Gazecie Giełdy Parkiet.
Czytaj także: 2011.06.03 Walne zwyrodnienie