Archiwa tagu: natura spółki akcyjnej

Nadzwyczajne walne zwyrodnienie, czyli zwierciadło polskiego rynku

Pisząc o nadzwyczajnym walnym zwyrodnieniu nie mam na myśli parlamentu, gdzie zwyrodnienia stają się zwyczajem, ale zwoływane bez potrzeby, bądź w osobliwych miejscach, w dziwnych terminach lub o dzikich porach, nadzwyczajne walne zgromadzenia spółek notowanych (jeszcze) na GPW. Utarło się niestety, że spółka zwołuje nadzwyczajne walne zgromadzenie ilekroć ma na to ochotę, wszak wielu nieuków sądzi, że jest to święte prawo właściciela.

Uważam, że nadużywanie instytucji nadzwyczajnego walnego zgromadzenia oznacza dręczenie akcjonariuszy. Wprawdzie nie istnieje obowiązek uczestniczenia w walnych zgromadzeniach, lecz celem zwoływania zgromadzeń w błahych sprawach jest zniechęcenie akcjonariatu do udziału w życiu spółki. Pod nieobecność akcjonariuszy mniejszościowych, owych „prostych dawców kapitału” łatwo przeprowadzić niekorzystne dla nich rozwiązania. Przekonani, że nie mają wpływu na sprawy spółki, że ich interesy nie są brane pod uwagę w toku podejmowania ważnych dla spółki decyzji – akcjonariusze łatwiej przełkną fakt, że są oszukiwani.

Nie przyjmuję do wiadomości „świętych praw właściciela”, ponieważ właściciela w spółce akcyjnej nie ma. Nawet jeżeli cały jej kapitał należy do jednej osoby, fizycznej albo prawnej, nie jest ona bynajmniej „własnością” owego akcjonariusza, jest samodzielnym bytem prawnym oraz odrębną od niego substancją majątkową. Natura spółki akcyjnej jest taka, że nawet stuprocentowy właściciel kapitału jest ograniczany w swoich prawach ustawą i statutem. Tym bardziej nie ma „właściciela” w spółkach notowanych na giełdzie.

Zdarzają się sytuacje, w których zwołanie nadzwyczajnego walnego zgromadzenia jest w pełni uzasadnione w obliczu nadzwyczajnej szansy lub wydarzenia: należy podjąć uchwałę o zbyciu lub nabyciu ważnego składnika majątku, o przejęciu atrakcyjnej spółki, o fuzji z ciekawym partnerem. Lecz najczęściej nadzwyczajne walne jest zwoływane w sprawach personalnych. Na przykład: ustąpił lub zmarł członek rady nadzorczej, jej skład uległ zdekompletowaniu, zatem zwołuje się walne, by pilnie obsadzić wakat w radzie. Można było temu zapobiec nadając radzie prawo kooptowania członka (czego się jednak nie czyni z powodu braku zaufania do rady), albo wybierając do rady więcej niż pięć osób (czego się jednak nie czyni z powodu oszczędności).

Jeszcze bardziej niepokojąca jest praktyka zwoływania raz po raz walnego w celu zmian w składzie nadzorczej, lub zmiany prezesa spółki, jeżeli jej /jego wyboru dokonuje walne zgromadzenie. Nazwałem to zjawisko drzwiami obrotowymi: do rady wchodzi się po to, by się pokręcić i niebawem wyjść. Najbardziej karygodne bywa to, że świeżo powołani członkowie rady nadzorczej zaraz po ich wyborze, kiedy nie poznali jeszcze spółki, jej sytuacji, problemów i szans, dokonują pod dyktando „właściciela” głębokich zmian w składzie zarządu, z jednej kartki odczytując nazwiska odwoływanych, z drugiej – powoływanych. Śmiesznie bywa tylko wtedy, kiedy pomylą kartki.

Słownictwo na temat polskiego rynku kapitałowego wzbogaciło się ostatnio o pojęcie „high frequency supervisory board”. Ukuł je Mariusz Kanicki, wnikliwy komentator obszaru corporate governance. High frequency to termin oznaczający wysokie częstotliwości fal elektromagnetycznych, ale w żargonie rynku dotyczy on techniki inwestowania pozwalającej na zawieranie możliwie wielu transakcji w możliwie krótkim czasie. Tu chodzi o częste zmiany w składzie rad nadzorczych. Zanim członkowie rad zdążą poznać nadzorowaną spółką, są z niej odwoływani. Nie widzę w tym sensu, lecz tak bywa.

Skoro piszę o nadzwyczajnych walnych zwyrodnieniach, nie mogę pominąć ciekawostki. Chodzi o walne zwołane w Krakowie na dzień św. Sylwestra o godz. 18:00. Adres obrad: skromna kancelaria notarialna – pozwala domniemywać, że hucznej zabawy nie będzie. Zwoływano już walne w Sylwestra (Masters, Devoran), bywały także nocne zwyrodnienia – wszystko dzięki temu, że głupoty są wolne od podatku.
Czytaj także:
2001.09.30 Kryzys i szansa walnego zgromadzenia
2011.06.03 Walne zwyrodnienie
2011.08.25 Dokąd na WZ?
2013.09.30 Nieznośna lekkość zwołania
2013.12.18 Głupoty są wolne od podatku

O co skarżyłbym Farmacol, gdybym był akcjonariuszem

Do zejścia z parkietu szykuje się Farmacol. Pożegnam tę spółkę bez żalu. Nie wniosła udziału w rozwój rynku. Nie miała corporate governance i nie starała się mieć. Wprawdzie udanie zainwestowała środki z pierwszej oferty publicznej, lecz nie dzieliła się z inwestorami zyskami z działalności, wszystko ciułała pod siebie, bez końca wzbogacając kapitał zapasowy. Nie dbała o należytą komunikację z rynkiem. Jest typową polską familiadą: rodzina panująca zachowuje większość głosów na walnym zgromadzeniu, sama sobą obsadza większość miejsc w radzie nadzorczej. Co najważniejsze: przez lata spółka działała, i nadal działa, w oparciu o statut będący jawną obrazą prawa. Z tej przyczyny nigdy nie powinna zostać dopuszczona do obrotu giełdowego.

Jest zrozumiałe, że założyciele spółki, osoby szczególnie dla niej zasłużone, pragną zachować niektóre przywileje nawet po jej upublicznieniu. Kodeks spółek handlowych dopuszcza przywileje przypisane do niektórych akcji oraz osobiste uprawnienia przyznane indywidualnie oznaczonym akcjonariuszom. Chociaż warunkiem korzystania z osobistych uprawnień jest udział w akcjonariacie spółki, przecież nie płyną one z tytułu posiadania akcji, ale z racji imiennego oznaczenia nosicieli tych uprawnień przez statut i opisania tamże charakteru tych uprawnień. Przysługują one indywidualnie oznaczonym podmiotom tak długo, póki są one akcjonariuszami spółki. Stosowny przepis Ksh brzmi jednoznacznie: „Statut może przyznać indywidualnie oznaczonemu akcjonariuszowi osobiste uprawnienia. W szczególności mogą one dotyczyć prawa powoływania lub odwoływania członków zarządu, rady nadzorczej lub prawa do otrzymywania oznaczonych świadczeń od spółki” (art. 354 § 1).

PRZYMIOTY NIEZBYWALNE I ZBYWALNE
Katalog przyznawanych przez statut osobistych uprawnień nie jest zamknięty, działa tu zasada swobody umów, zatem dopuszczone są wszelakie uprawnienia mieszczące się w ramach bezwzględnie obowiązujących norm prawa, natury spółki akcyjnej i dobrych obyczajów. Mamy tu do czynienia z oczywistym wyjątkiem od zasady jednakowego traktowania akcjonariuszy. W praktyce najczęściej treścią osobistych uprawnień jest niezbywalne prawo indywidualnie oznaczonego akcjonariusza do powoływania i /lub odwoływania członka /członków organu /organów spółki.

Na przykład statut Prokom Software zawierał postanowienie, że „przewodniczącego rady nadzorczej wyznacza Ryszard Krauze” (tak oznaczony akcjonariusz wyposażony był także w prawo powoływania jednego członka rady nadzorczej). Osobiście uprawniony wyznaczał na przewodniczącego rady nadzorczej sam siebie. Także w statucie Petrolinvestu akcjonariusz dysponujący prerogatywą powoływania i odwoływania wiceprezesa zarządu i jednego z członków rady nadzorczej został oznaczony jako „Ryszard Krauze”. Imię i nazwisko to – w odróżnieniu od akcji – przymioty niezbywalne. Nie mnie sądzić, czy przywołane postanowienia były korzystne dla wspomnianych spółek, ale przynajmniej były zgodne z prawem.

Natomiast statut Farmacol SA zawiera postanowienie, iż przewodniczącego rady nadzorczej wskazują spośród osób wybranych do rady akcjonariusze posiadający akcje serii „A”. Ci sami akcjonariusze określają wynagrodzenie przewodniczącego rady. Ponadto mają oni prawo odwołania każdego z członków rady nadzorczej wybranych przez walne zgromadzenie. Z kolei akcjonariusze posiadający akcje serii „C” wskazują spośród osób wybranych do rady nadzorczej jej wiceprzewodniczącego, a także określają jego wynagrodzenie.

BŁĘDY SPOD SZTANCY
Rzecz ciekawa: takie same rozwiązania zawierał statut konkurującej z Farmacolem spółki Prosper SA – z tą różnicą, ze przywilej wskazywania wiceprzewodniczącego rady przyznano akcjonariuszom posiadającym akcje serii „B”. Chodzi nie o to, że jakaś podrzędna kancelaria prawna obdarzyła różne spółki kleconym przez siebie statutem, lecz o to, że ów statut został sklecony źle, z podstawowymi błędami, a mimo to w przypadku Farmacolu (bo Prospera już nie ma) przetrwał kilkanaście lat. Otóż tytuł do osobistych uprawnień nie wynika z posiadania akcji danej serii, a z indywidualnego oznaczenia uprawnionego akcjonariusza w statucie.

Posiadacze akcji Farmacolu serii A i C nie zostali indywidualnie oznaczeni. Ze statutu nie wynika przecież, do kogo należą akcje serii A (65.000 akcji) i serii C (1.935.000 akcji): imienne, uprzywilejowane w ten sposób, że na każdą z tych akcji przypada pięć głosów na walnym zgromadzeniu. Akcje te są swobodnie zbywalne, tylko do końca roku 2001 ich zbycie wymagało zgody rady nadzorczej. Także do końca roku 2001 nie mogły one zostać zamienione na akcje na okaziciela, co spowodowałoby utratę ich uprzywilejowania. Brak indywidualnego oznaczenia jako osobiście uprawnionych nie daje posiadaczom serii A i C prawa do korzystania ze wspomnianych przywilejów.

Z PRYWATNYCH SZKATUŁ
Nawet gdyby uprawnieni akcjonariusze zostali w statucie prawidłowo oznaczeni imionami i nazwiskiem (względnie firmą) i dzięki temu mogli korzystać z przywileju wyznaczania przewodniczącego i wiceprzewodniczącego rady nadzorczej, i tak nie mieliby oni prawa do określenia wypłacanych ze środków spółki wynagrodzeń swoich nominatów. Mogliby określać te wynagrodzenia tylko wtedy, gdyby wypłacali je sami, z własnych środków, z prywatnych szkatuł. Żaden akcjonariusz, choćby największy, najbardziej zasłużony, nie ma prawa samodzielnie dysponować środkami spółki. Określanie wynagrodzenia poszczególnych członków rady nadzorczej należy wyłącznie do walnego zgromadzenia, które może dokonać tego w statucie lub w uchwale (art. art. 392 § 1 i 390 § 3 Ksh). Ponieważ wynagrodzenie ze środków spółki przysługuje członkom rady nadzorczej wyłącznie z woli walnego zgromadzenie – i tylko w wysokości określonej przez walne zgromadzenie – jest ono jawne dla akcjonariuszy.

Walne zgromadzenie Farmacol SA określiło wynagrodzenie członków rady nadzorczej na 500 zł za udział w posiedzeniu. Nie jestem zwolennikiem płacenia członkom rady nadzorczej za udział w posiedzeniu, ponieważ uczciwie pracująca rada nadzorcza wykonuje znaczną część swojej pracy poza posiedzeniami. Ustalenie wynagrodzenia członka rady nadzorczej na 500 złotych świadczy, że rada ma charakter ornamentacyjny, jest – bo musi być, ale nie ma ambicji sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności, a ponadto wykonania zadań należących do komitetu audytu, którego nie wyłoniła.

TAKŻE FISKUS MOŻE SIĘ UPOMNIEĆ
Wynagrodzenie członka rady nadzorczej Farmacol SA Jana Kowalewskiego wyniosło w 2015 roku 1.500 zł, Anny Olszewskiej 3.500 zł, Macieja Olszewskiego 3.500 zł. Rok wcześniej rada widocznie spotykała się częściej, skoro Jan Kowalewski otrzymał 6.000, zaś Anna i Maciej Olszewscy po 8.000 zł. Przewodniczący rady nadzorczej Andrzej Olszewski, którego wynagrodzenie określili akcjonariusze posiadający akcje serii A, w roku 2015 otrzymał 187.176 zł, a wiceprzewodnicząca Zyta Olszewska, której wynagrodzenie określają akcjonariusze posiadający akcje serii C, w roku 2015 otrzymała 159.154 zł. W roku 2014 wynagrodzenia te były wyższe: Andrzej Olszewski otrzymał 229.493 zł, a Zyta Olszewska 208.451 zł. Gdybym był akcjonariuszem Farmacolu, domagałbym się zwrotu spółce wszelkich kwot pobranych z niej przez Andrzeja i Zytę Olszewskich bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia. Z odsetkami.

Także fiskus może upomnieć się o swoje. Kwoty wypłacane przez spółkę przewodniczącemu i wiceprzewodniczącej rady nadzorczej bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia są świadczeniami nienależnymi i spółka nie powinna ich zaliczać do kosztów uzyskania przychodów. Dochodziło bowiem do systematycznego naruszania obowiązujących przepisów prawa, które nie dopuszczają do wypłaty przez spółkę przewodniczącemu i wiceprzewodniczącej rady nadzorczej wynagrodzeń określonych nie przez walne zgromadzenie, a poza walnym zgromadzeniem przez poszczególnych akcjonariuszy. Dochodziło przy tym do obrazy natury spółki akcyjnej. Dysproporcje pomiędzy wysokością wynagrodzeń legalnie wypłacanych członkom rady nadzorczej na podstawie uchwały walnego zgromadzenia, a wysokością wynagrodzeń wypłacanych przewodniczącemu i wiceprzewodniczącej świadczą o naruszeniu standardu dobrych obyczajów.

DLACZEGO NIE JESTEM UDZIAŁOWCEM?
Farmacol SA jest spółką dochodową, bardzo obiecującą, jest jednak kilka powodów, dla których nie zostałem jej akcjonariuszem. Pierwszym był statut. Przedmiot działalności spółki obejmuje także prowadzenie restauracji, pozostałych placówek gastronomicznych, hoteli i moteli z restauracjami; nie rozumiem, po co. Drugim powodem były obawy, że nie zdołam zarejestrować się na walnym zgromadzeniu, skoro statut spółki przewiduje (§ 9.6) iż „posiadacz akcji na okaziciela ma prawo uczestniczyć w walnym zgromadzeniu, jeżeli przynajmniej na tydzień przed terminem walnego zgromadzenia złoży w spółce swoje akcje”, co jest niewykonalne. Trzecim – niejasności co do sposobu procedowania rady nadzorczej, która może odbywać posiedzenia „w trybie pisemnym”, do jej protokołów dołączane są „nadesłane później sprzeciwy członków nieobecnych na posiedzeniu rady” (czego miałyby dotyczyć?), a w posiedzeniach rady mają prawo i obowiązek uczestniczyć, z głosem doradczym, członkowie zarządu. Czwartym powodem była ogłoszone przez Andrzeja Smugę uzasadnienie jego rezygnacji z funkcji prezesa zarządu: „Powodem rezygnacji jest brak możliwości skutecznego pełnienia funkcji spowodowany działaniem rady nadzorczej Farmacol SA ingerującej w kompetencje i uprawnienia zarządu oraz prowadzenie działań leżących w kompetencjach zarządu spółki bez jego wiedzy i zgody” (Parkiet 20 VII 2013). Są pytania?

AUTORZY STATUTÓW, WYSTĄP!
Nie tylko w statucie Farmacolu tkwią oczywiste błędy i niezgodności z prawem. Farmacol i Prosper czerpały statuty z jednego źródła, z zatrutej studni. Takich zatrutych studni jest na rynku więcej, niż na obrazach Jacka Malczewskiego. Gdyby wprowadzić wymóg podpisywania projektów statutów przez kancelarie, skutki byłyby dwojakie: ubyłoby może błędów, ale usługi kancelarii prawnych znacznie potaniałyby.

Wprowadziłbym też wymóg składania przez inwestorów instytucjonalnych oświadczeń o zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować. Wkładają oni w ciemno pieniądze uczestników, a później łapią się za głowę. Ostatnio pięć funduszy, w sumie przedstawiających ok. 27 proc. kapitału Farmacolu, zapowiedziało, że nie odpowiedzą na wezwanie do sprzedaży akcji po cenie, która nie odpowiada ich wartości godziwej. Wcześniej nie przyszło im do głowy upomnieć się o stosowanie przez spółkę dobrych praktyk, budowę ładu korporacyjnego. W istocie rzeczy, nie fundusze tracą, a ich uczestnicy.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 29 października 2016 r.
Czytaj także:
2002.07.15 Wynagrodzenie rady
2002.07.22 Z własnej szkatuły
2014.09.18 Między przepisem a praktyką

Głos, który nie jest głosem

Skoro papier wartościowy nie jest papierem, akcji na okaziciela nie można okazać, spółka jednoosobowa nie jest spółką osobową itd., nie powinno już dziwić, że głos doradczy, o którym wspomina Ksh, nie jest głosem w rozumieniu Ksh. Niemniej głos doradczy budzi u Czytelników tego blogu tyle wątpliwości, tyle pytań, że uznałem za wskazane poświęcić mu kolejny wpis w rozdziale PYTAQ (czyli odpowiedzi na pytania dotyczące corporate governance).

I. CO TO JEST GŁOS DORADCZY? JAKA JEST DEFINICJA TEGO POJĘCIA?
Prawo nie zawiera definicji terminu „głos doradczy”, a Ksh używa go raz tylko, w art. 390 § 2: „Jeżeli rada nadzorcza została wybrana w drodze głosowania odrębnymi grupami, każda grupa ma prawo delegować jednego spośród wybranych przez siebie członków rady nadzorczej do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Członkowie ci maja prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu z głosem doradczym. Zarząd obowiązany jest zawiadomić ich uprzednio o każdym swoim posiedzeniu”. Ksh używa zatem pojęcia, którego nie objaśnia. W komentarzu do Ksh autorstwa „4 panów S” prof. Janusz Szwaja trafnie objaśnia, że głos doradczy nie upoważnia do bezpośredniego udziału w podejmowaniu decyzji przez zarząd i do głosowania nad jego uchwałami, ani do czynności, dla których wymagana jest uchwała rady nadzorczej.

Niemniej, w moim przekonaniu, cytowany przepis zasługuje na krytykę z innego powodu: nie wyjaśnia pojęcia „grupa”. Czy chodzi o grupę akcjonariuszy utworzoną na podstawie art. 385 Ksh? Jestem zdania, że tak, inna interpretacja byłaby wbrew naturze spółki akcyjnej. Lecz wyrażane bywają poglądy, że może chodzić o pracowników spółki jako grupę uprawnionych do wyboru członków rady nadzorczej. Źródłem wątpliwości jest niedopatrzenie ustawodawcy: cytowany przepis został, w ogólnym zarysie, przejęty z Kodeksu handlowego z 1934 r., lecz przed uchwaleniem Ksh weszły w życie przepisy o przedstawicielstwie pracowników w radzie nadzorczej.

II. KOMU PRZYSŁUGUJE GŁOS DORADCZY?
Głos doradczy, który – jak już wiadomo – nie upoważnia do udziału w głosowaniu, przysługuje na posiedzeniu zarządu spółki akcyjnej członkowi rady nadzorczej wybranemu w głosowaniu oddzielnymi grupami akcjonariuszy i delegowanemu przez grupę, która go wybrała, do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych (nie mylić z innymi postaciami delegowania członka rady nadzorczej!). Głos doradczy, który nie jest głosem w rozumieniu art. 4 § 1 pkt 9) Ksh, nie jest oddawany w toku głosowania, a wygłaszany w toku dyskusji. Mamy więc do czynienia z niepodważalnym uprawnieniem do przedstawiania głosu doradczego, który – jako głos mniejszości – zarządu nie wiąże i na niczym nie waży. Przy czym jeżeli zarząd jest jednoosobowy, może on nie odbywać formalnych posiedzeń, a wtedy uprawniony członek rady nadzorczej nie będzie miał gdzie i kiedy korzystać z głosu doradczego. Ponadto zarząd może zaprosić na posiedzenie wszystkich członków rady nadzorczej, zaprosić ich do dyskusji, wygaszając w ten sposób szczególny charakter uprawnienia delegowanego /delegowanych do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych.

III. CZEMU SŁUŻY GŁOS DORADCZY?
Delegowanie wybranego przez grupę akcjonariuszy członka rady nadzorczej do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych jest instrumentem kontroli zarządu przez mniejszość, która powołała grupę, a pośrednio – przez radę nadzorczą, skoro delegowany powinien składać radzie sprawozdania ze swojej pracy. Natomiast głos doradczy służy zapoznaniu zarządu ze stanowiskiem mniejszości (nie grupy, która uległa rozwiązaniu po zakończeniu procedury wyboru grupami). Zarząd nie jest zobowiązany do brania tego stanowiska pod uwagę.

IV. CZY GŁOS DORADCZY MOŻE BYĆ NEGATYWNY?
Jak najbardziej. Gdyby miał wspierać zarząd, nie byłby potrzebny; najczęściej służy on przeciwstawieniu się planom lub działaniom zarządu.

V. CZY NALEŻY PROTOKOŁOWAĆ GŁOS DORADCZY?
Ksh tego nie wymaga. Protokołuje się wyniki glosowania i zdania odrębne; głos doradczy nie jest brany pod uwagę w toku głosowania, nie jest też zdaniem odrębnym. Często protokołuje się dyskusję lub jej streszczenie, ale nie wiem, po co: liczą się uchwały, nie wystąpienia, choćby płomienne. Piastuni spółki ponoszą odpowiedzialność za swoje działania (czyli uchwały) lub zaniechania, nie za przemówienia. Zdarza się, że ktoś w toku dyskusji daje się przekonać i przed głosowaniem zmienia zdanie, zaprotokołowany przebieg dyskusji tego nie odzwierciedli. Lecz skoro przebieg dyskusji nie musi, a moim zdaniem nawet nie powinien, być protokołowany, przeto jeżeli nie jest – po owym głosie doradczym nie pozostanie nawet ślad.

VI. CZY GŁOS DORADCZY LICZY SIĘ DO KWORUM?
Nieporozumienie, nawet piętrowe. Po pierwsze, do kworum liczy się uprawnionych do udziału w głosowaniu, nie do udziału w dyskusji. Po drugie, na posiedzeniach zarządu spółki akcyjnej (a tylko tam głos doradczy ma zastosowanie) kworum nie jest wymagane przez ustawę.

Czytaj także:
2002.09.02 Głos doradczy
2003.09.15 Kodeks do poprawki

Zderzacz Andronów do remontu

Ustawę o biegłych rewidentach z 2009 r. nazwałem Wielkim Zderzaczem Andronów, tyle w niej nieudanych rozwiązań, niezrozumiałych pomysłów, zwłaszcza związanych z komitetem audytu. Właśnie MinFin szykuje jej wielką nowelizację. Niedawno ogłoszono założenia projektu. Pomyślany jako narzędzie implementacji prawa unijnego, wykracza on poza nie, bez potrzeby lub uzasadnienia. Jest przy tym restrykcyjny, przewiduje nazbyt srogie kary. Powtarza stare błędy, od początku oczywiste i wielokrotnie skrytykowane. Przykładem propozycje nowych regulacji komitetu audytu. Dobre mieszają się ze złymi.

DOBRA jest propozycja przewidująca, by większość składu komitetu audytu stanowili członkowie niezależni. Dobrze oceniam także wymóg niezależności przewodniczącego komitetu audytu. Jest to uzasadnione specyfiką polskiego rynku kapitałowego. Własność nie jest należycie rozdrobniona. W wielu spółkach notowanych na GPW, a więc objętych obowiązkiem tworzenia komitetu audytu, dominuje akcjonariusz grzecznościowo nazywany strategicznym. Komitet audytu ze swojej istoty powinien być „ustawiony w kontrze” do dominującego inwestora, mieć na uwadze interes spółki i potrzebę obiektywnej oceny jej sytuacji. Niezależność przewodniczącego i większości członków komitetu audytu – niezależność od spółki i jej największego akcjonariusza – jest niezbędnym warunkiem wyzwolenia komitetu audytu spod niepożądanej dominacji inwestora strategicznego.

ZŁA, nawet BARDZO ZŁA, jest propozycja utrzymania w mocy przepisu ustawy o biegłych przewidującego, że przymiot niezależności członka komitetu audytu zależy od spełnienia kryteriów niezależności biegłego rewidenta. Rewident jest podmiotem zewnętrznym, członek rady nadzorczej wchodzi w skład organu spółki, jest przeto insiderem. Rewident nie może być zainteresowany materialnie sytuacją badanej spółki, członek rady nadzorczej, w tym komitetu audytu, może być zainteresowany sytuacją nadzorowanej spółki, ponieważ wówczas będzie należycie umotywowany do skutecznego nadzoru nad jej działalnością. Formuła corporate governance nie wyklucza posiadania akcji przez członków rady nadzorczej; w wielu krajach są oni otwarcie zachęcani do posiadania akcji, lub przynajmniej do inwestowania w akcje części swoich wynagrodzeń z tytułu pracy w radzie. Posiadanie akcji spółki przez członka nadzorczej nie godzi w niczyj interes prawny.

DOBRA jest propozycja rezygnacji z przepisu dopuszczającego odstąpienie od obowiązku powołania komitetu audytu przez spółki z radą o niewielkim składzie. Wiele chytrych spółek zmniejszyło skład rad nadzorczych, by uniknąć powołania komitetu audytu. Inne kłamały, że ich rady działają w minimalnym składzie. Owszem, przewidziano możliwość wykonywania funkcji komitetu audytu przez radę nadzorczą in pleno, ale tylko w podmiotach o niewielkim rozmiarze.

MĘTNE jest założenie, iż „członkowie rady nadzorczej wyznaczeni do komitetu audytu będą ponosić odpowiedzialność adekwatnie do przypisanych im zadań”. Im więcej stanowczych zapowiedzi egzekwowania odpowiedzialności członków rad nadzorczych, tym bardziej żałosna bezradność akcjonariuszy wobec działań sprzecznych z interesem spółki.

NIEGŁUPI, ALE BARDZO TRUDNY W REALIZACJI, jest pomysł przeniesienia regulacji dotyczących komitetu audytu z osławionej ustawy o biegłych do Kodeksu spółek handlowych. Tu bowiem mnożą się trudności: Ministerstwo Sprawiedliwości opędza się od podejmowania tego zadania; Ksh nie zna pojęcia komitetów rady nadzorczej; także postępująca zwolna instytucjonalizacja komitetu wynagrodzeń odbywa się poza kodeksem. Nie zna on także pojęcia niezależności członków rady nadzorczej. Nie dopuszcza wreszcie postulowanej przez MinFin możliwości powoływania przez walne zgromadzenie do komitetu audytu osoby spoza składu rady nadzorczej reprezentującej kwalifikacje w zakresie rewizji finansowej i /lub rachunkowości. W ten sposób powstałaby osobliwa instytucja pół-piastuna spółki. Czy jej pomysłodawca rozumie aby pojęcie natury spółki akcyjnej? Gdyby jednak walne zgromadzenie zdecydowało się na takie rozwiązanie, uchwała o wyborze do komitetu audytu nieczłonka rady nadzorczej zapewnie byłaby zaskarżona.

NAIWNY jest postulat przewidujący „dodanie wymogu, by komitet audytu posiadał kompetencje odnoszące się do branży, w której działa jednostka”. Urzędnicy lubią mnożyć wymogi, rygory i kary, ale jaki w tym sens? Owszem, poszczególne branże mają swoją specyfikę, która powinna być znana zarządom, natomiast organ nadzoru wszędzie wykonuje takie same zadania. Przypominam sobie, jak przed laty byłem werbowany do rady nadzorczej pewnej drukarni – będąc wówczas dziennikarzem, zostałem z góry uznany za eksperta tej branży. Kiedy wyznałem, że nigdy nie widziałem drukarni na oczy, a dziennikarstwo uprawiałem głównie w radiu, propozycja rozpłynęła się we mgle…

Czytaj także:
2013.01.02 Wielki Zderzacz Andronów
2013.07.19 Turecki święty

Wbrew naturze

Majstrowanie przez urzędników, bez zważania na naturę spółki akcyjnej, przy jej tak wrażliwym elemencie jak niezależność w radzie nadzorczej, owocuje tylko kłopotami.

Jednym z osiągnięć corporate governance w Polsce jest wprowadzenie do spółek publicznych niezależnych członków rad nadzorczych. Jeszcze nie we wszystkich spółkach notowanych na GPW spotkamy niezależnych członków rady, jeszcze niektórzy członkowie rad pretendujący do statusu niezależnych to jacyś przebierańcy, niemniej postęp jest niezaprzeczalny. Spółki, które nie mają w radzie nadzorczej członków niezależnych przynajmniej udają, że ich mają, czym dają dowód, iż wiedzą, czego oczekuje od nich rynek. Członkowie niezależni zostali przemyceni do rad nadzorczych tylną klatką schodową, pod wpływem dobrych praktyk, a państwo nic w tej sprawie nie robiło. Ale kiedy jego instytucje zorientowały się, że pod ich nosem cichaczem wprowadzono cenną innowację, zabrały się do jej psucia.

Najpierw Ministerstwo Finansów przeforsowało ustawę o biegłych rewidentach dążącą, jakże słusznie, do zaszczepienia w radach nadzorczych „jednostek zainteresowania publicznego” komitetów audytu, oraz – znowu słusznie! – do nasycenia tych komitetów niezależnością i kwalifikacjami. Przyjęto jednak fatalne kryterium owej niezależności, skrojone dla biegłego rewidenta badającego sprawozdanie spółki: niezależnym członkiem rady będzie ten, kto nie posiada akcji nadzorowanej spółki. Jest to oczywista dyskryminacja akcjonariuszy, sprzeczna z założeniami corporate governance, zdrowym rozsądkiem, a także z chronioną duchem i literą prawa naturą spółki akcyjnej, która takich ograniczeń nie dopuszcza.

Strunę niezależności trąciła też Komisja Nadzoru Finansowego. Wydała ona instrukcję pod nazwą „Zasady ładu korporacyjnego dla instytucji nadzorowanych”, w której nakłada na spółki powinność uwzględniania kryterium niezależności przy wyborze przewodniczącego, „który kieruje pracami organu nadzorującego”. Oręduję za niezależnymi członkami rady nadzorczej, lecz akurat u przewodniczących rad rzadko można dostrzec przymioty niezależności. Wynika to z natury spółki akcyjnej: skład rady, a w szczególności osoba jej przewodniczącego, odzwierciedlają panujące w spółce stosunki własnościowe. Z tejże natury wynika, że decyzje o powołaniu lub wyborze przewodniczącego rady często zapadają poza radą, nawet poza walnym zgromadzeniem, podejmowane przez poszczególnych akcjonariuszy lub ich grupy w oparciu o aktualny stan posiadania przez nich akcji spółki.

Wyróżnić można trzy typowe drogi na fotel przewodniczącego rady nadzorczej. O tym, która zostanie przyjęta w spółce, decyduje jej statut. Tylko jedna z nich nie przekreśla możliwości objęcia przewodnictwa rady nadzorczej przez osobę reprezentującą przymiot niezależności. Jest nią wybór przewodniczącego przez samą radę spośród jej członków. Na tej drodze o wyborze mogą decydować różne względy: rada obierze przewodniczącym osobę związaną z najważniejszym spośród akcjonariuszy spółki, albo osobę najbardziej predestynowaną do przewodnictwa z racji szczególnej znajomości spółki lub branży, lub z racji kwalifikacji bądź doświadczeń, albo osobę o znaczącej pozycji w gospodarce lub życiu publicznym, bądź tego z członków rady, który cechuje się przymiotem niezależności. Lecz powody i procedury wyboru przewodniczącego rady nie zawsze są łatwe do ogarnięcia.

Druga droga wydaje się krótsza. Walne zgromadzenie wybiera, względnie wyznacza przewodniczącego rady nadzorczej spośród obranych już przez siebie członków rady. Taki tryb wyboru godzi w niezależność przewodniczącego. Wynika on z dążenia akcjonariusza dysponującego najsilniejszą pozycją na walnym zgromadzeniu lub, odpowiednio, grupy akcjonariuszy, do zapewnienia sobie bezpośredniego wpływu na wybór przewodniczącego rady. O wyborze decyduje zaufanie pokładane w osobie kandydata na przewodniczącego przez akcjonariat spółki lub przynajmniej przez akcjonariusza dysponującego największą liczbą głosów na walnym zgromadzeniu.

Trzecia droga to powołanie przewodniczącego, do rady nadzorczej lub na funkcję w radzie, przez akcjonariusza spółki indywidualnie oznaczonego w statucie i wyposażonego przez statut w takie uprawnienie osobiste. Tu nie ma nawet pozorów niezależności. Niekiedy akcjonariusz uprawniony przez statut do powołania przewodniczącego rady nadzorczej po prostu powołuje na to stanowisko sam siebie.

Na fotel przewodniczącego rady nadzorczej prowadzi też, na skróty, czwarta droga, a raczej – kręta ścieżka. Wstęp na nią ma jedynie odchodzący prezes zarządu obejmujący funkcję przewodniczącego rady nadzorczej. Niekiedy w uznaniu wyjątkowych zasług dla spółki, której niegdyś był założycielem. Bądź którą przez lata kierował. Taki obyczaj, w Polsce bardzo rozpowszechniony, jest na bakier z corporate governance, a prezes przemieniony w przewodniczącego nie będzie niezależny.

Oczekiwania KNF są więc szlachetne, lecz mało realne. Majstrowanie przez urzędników, bez zważania na naturę spółki akcyjnej, przy jej tak wrażliwym elemencie jak niezależność w radzie nadzorczej, owocuje tylko kłopotami. Kto pragnie krzewić niezależność w radzie nadzorczej, niech lepiej pozostawi przewodniczącego rady w spokoju, ponieważ rzeczywiście niezależny piastun tej funkcji to bardzo rzadki przypadek.

Tekst ukazał się 3 X 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także: 2014.08.16 Stosuj, albo pożałujesz
Czytaj także: 2014.09.22 Zdanie bez dwóch zdań

RPO vs Minister Skarbu Państwa

Śladem skarg skierowanych do Rzecznika Praw Obywatelskich przez pracowników KGHM SA w sprawie niepowołania do rady nadzorczej spółki osób wybranych do niej przez pracowników, prof. Irena Lipowicz wystąpiła do Ministra Skarbu Państwa z wątpliwościami, czy uprawnienie pracownicze do reprezentacji w radzie nadzorczej jest w tej spółce należycie realizowane. Powołane skargi pracowników dotyczą postępowania Skarbu Państwa, którego przedstawiciel na walnym zgromadzeniu KGHM miał otrzymać dyspozycję, by pomimo dokonania przez załogę wyboru członków rady nadzorczej głosować przeciwko uchwale o ich powołaniu w skład rady. Z uwagi na siłę głosów Skarbu Państwa na walnym, uchwała w tej sprawie nie została powzięta.

Sprawa ma swoją historię, opisywaną przeze mnie w Rzeczpospolitej przez kilka kolejnych lat (9.9.2010, 3.6.2011, 29.11.2012 – odesłania do tych tekstów zawiera wpis „Do rady bez automatu” z 20 czerwca b.r.). Skarb Państwa konsekwentnie blokuje powołanie przez walne zgromadzenie w skład rady nadzorczej KGHM liderów związkowych, co do których istnieją uzasadnione wątpliwości, czy ich działalność w radzie byłaby prowadzona w interesie spółki i zgodnie z dobrymi obyczajami. Kanwą tych wątpliwości są wcześniejsze zachowania owych osób jako członków rady nadzorczej. Media relacjonowały awanturniczą postawę przywódców związkowych podczas demonstracji pracowniczej, brak poszanowania przez nich poufności obrad rady, przekazywanie do radiowęzła danych finansowych lub projektów uchwał, przenoszenie na wiece spraw dywidendy, obsady stanowisk w zarządzie lub wynagrodzenia jego członków. Wobec tego także ostatnio (19.6.2013) Skarb Państwa zablokował na walnym zgromadzeniu powołanie do rady nadzorczej wybranych przez załogę liderów związkowych. Nieco wcześniej (28.5.2013) Sąd Najwyższy orzekł w sprawie KGHM, że sam wybór przez pracowników nie czyni jeszcze wybranego członkiem rady nadzorczej, nastąpi to dopiero na podstawie uchwały walnego zgromadzenia. Ale do tego Skarb Państwa nie dopuszcza.

RPO wywodzi, że mają tu zastosowanie przepisy ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych z 1995 roku. Przewidują one, że wybrańcy pracowników są powoływani przez walne zgromadzenie do rady nadzorczej; powoływani i basta.. Argumentacja rzecznika wsparta jest stanowiskiem doktryny i judykatury. Wynika z niej, że walne zgromadzenie jest związane wyborami dokonanymi przez pracowników. W tym świetle Skarb Państwa „zmierza do obejścia powszechnie obowiązujących przepisów prawa”.

Tym twardym argumentom można jednak przeciwstawić miękkie, odwołujące się do interesu spółki, dobrych obyczajów, standardów kultury korporacyjnej. Nie są one bez znaczenia. Mają wagę nie tylko etyczną, także ekonomiczną. Niekiedy prawo nie przystaje do realiów. Prymat interesariuszy nad akcjonariuszami uważam za sprzeczny z naturą spółki akcyjnej, ponieważ o składzie jej organów decydować winni ci, którzy wnieśli kapitał. Ciekaw jestem, co Minister Skarbu odpowie Rzecznikowi.
[Sygn. RPO/722169/13/V/610.1.1.RZ].

Czytaj także: 2013.06.20 Do rady bez automatu

Do rady bez automatu

19 czerwca 2013 r. walne zgromadzenie KGHM dokonało zmian w radzie nadzorczej. Zmiany w składzie organów tej spółki dokonywane są często (za często). Decyduje o nich Skarb Państwa, największy – acz nie większościowy – akcjonariusz. Od kilku lat toczy się spór pomiędzy działającymi w KGHM związkami zawodowymi a Skarbem Państwa. Związkowcy, powołując się na przepis ustawy o komercjalizacji, domagają się, by w składzie rady nadzorczej znaleźli się „z automatu” ich przedstawiciele, osoby wybrane przez pracowników. Pracownicy wybierają liderów związkowych. Walne zgromadzenie nie powołuje ich jednak do rady. Stoi za tym Skarb Państwa, zazwyczaj dysponujący większością głosów z akcji reprezentowanych na walnym zgromadzeniu.

Przyglądam się tej sprawie, pisuję o niej. Uważam, że przepisy o reprezentacji pracowników w zarządach i radach nadzorczych spółek poddanych ustawie o komercjalizacji są niezgodne z naturą spółki akcyjnej. Leży w niej bowiem prymat akcjonariuszy nad interesariuszami: o sprawach spółki, w tym o składzie jej organów, powinni decydować ci, którzy wnieśli do spółki kapitał. Mogą oni dostrzegać korzyści płynące z udziału przedstawicieli pracowników w radzie nadzorczej, wszak jedną z największych polskich spółek, PGNiG, kieruje obecnie menedżer wybrany w swoim czasie przez pracowników. Nikt nie zakwestionuje, że swoją działalnością, wspieraną kwalifikacjami, współtworzył on wówczas – i współtworzy dzisiaj – wartość przedsiębiorstwa spółki. Bywa jednak, że osobom wybranym przez pracowników można postawić zarzut, iż w swojej działalności nie kierują się interesem spółki. Bądź nie kierują się nim w stopniu przynajmniej wystarczającym. Na takim stanowisku stoi Skarb Państwa w przypadku KGHM.

Za stanowiskiem Skarbu Państwa opowiadałem się w 2010 roku, następnie w 2011 roku, wreszcie w ubiegłym roku (teksty na ten temat przywołuję poniżej). Moja ostatnia wypowiedź wywołała gniewną replikę lidera Solidarności w KGHM Józefa Czyczerskiego. Skrytykował on mnie ostro jako ponoć „jedną z najważniejszych osób w państwie” (jest to ocena mylna) i „bezwolne narzędzie Donalda Tuska) (także z tą oceną nie zgadzam się w zupełności), czemu towarzyszyła zapowiedź podjęcia przeciwko mnie kroków prawnych. Jakoż w styczniu b.r. otrzymałem pismo wrocławskiej kancelarii adwokackiej zarzucające mi z w imieniu Józefa Czyczerskiego naruszenie jego czci i godności osobistej, szczególnie istotnej z racji pełnienia przez niego funkcji związkowej. Zostałem przeto wezwany do:

  1. opublikowania w Rzeczpospolitej, na stronie 10, pisanego czcionką redakcyjną i obramowanego oświadczenia „Ja, Andrzej Nartowski, przepraszam Józefa Czyczerskiego za negatywne określenia związane z jego działalnością w związku zawodowym oraz radzie nadzorczej KGHM Polska Miedź s.a. zawarte w artykule „Szlaban dla związkowych baronów” zamieszczonym w Rzeczpospolitej w dniu 29.11.2012 roku oraz wyrażam głębokie ubolewanie z powodu moich wypowiedzi wyrażonych w tym artykule.”
  2. zapłatę sumy 10.000 zł na cel społeczny, tj. organizacji pożytku publicznego (tu jej nazwa oraz numer konta).

Nie podporządkowałem się żądaniom sformułowanym w liście adwokackim. Zapowiadany „stosowny pozew sądowy” nie wpłynął. Otoczka prawna sprawy ostatnio zmieniła się znacznie. 28 maja b.r. Sąd Najwyższy, rozpatrując skargę kasacyjną dotyczącą zagadnienia, czy zawarte w art. 14 ust. 2 zd. 2 ustawy z 1996 r. o komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych sformułowanie „wybór jest wiążący dla walnego zgromadzenia” oznacza, że WZ jest zobowiązane podjąć uchwałę o powołaniu w skład rady nadzorczej osoby wybranej przez pracowników – orzekł, że osoba wybrana przez pracowników uzyskuje członkostwo w radzie nie z mocy wyboru, a na podstawie uchwały walnego zgromadzenia. Takiej uchwały walne zgromadzenie i w 2013 roku, po raz kolejny, nie podjęło.

Sądzę, że wobec tego i moja sprawa przed sadem nie stanie… Wypada mi wszakże oświadczyć, że pisząc kolejne artykuły dla Rzeczpospolitej nie kierowałem się chęcią naruszenia czci bądź godności osobistej któregokolwiek z liderów związkowych w KGHM.

2013.06.20

 

Czytaj także:

2010.09.09 Nadzór bez pracowników?

2011. 06.03 Niebezpieczne związki

2012.11.29  Szlaban dla związkowych baronów

Kodeks do poprawek [2003]

Przepisy dotyczące działania spółki akcyjnej powinny odzwierciedlać potrzeby naszych czasów.

Corporate governance to bezustanne dążenie ku większej przejrzystości. Chodzi nie tylko o przejrzystość finansów spółki. Liczy się także przejrzystość procesów podejmowania decyzji w spółce. Oraz przejrzystość rynku, na którym spółka działa. Oraz przejrzystość prawa, które reguluje jej działalność.

Prawo nie rodzi się w próżni. Najczęściej nowe ustawy powstają na zrębie starych. Stąd w aktach prawnych współistnieją z sobą rozwiązania lub pojęcia z różnych epok. Czas zmienia znaczenie słów. Dlatego dzisiaj papier wartościowy najczęściej nie jest papierem. Dlatego akcji na okaziciela najczęściej nie można okazać. Dlatego spółka jednoosobowa jest wbrew zdrowemu rozsądkowi spółką. Dlatego wbrew logice nie jest ona spółką osobową. Zapewne nie ma potrzeby korygowania tej terminologii. W kodeksie spółek handlowych dostrzegam jednak przepisy siejące wątpliwości. Gdyby doszło do zapowiadanej nowelizacji kodeksu, powinny one zostać wygładzone.

Mój pierwszy postulat dotyczy wyraźnego dopuszczenia przez kodeks możliwości podejmowania uchwał przez zarząd spółki akcyjnej w trybie innym, niż na posiedzeniu. Rada nadzorcza może podejmować uchwały bez odbycia posiedzenia, w trybie korespondencyjnym. Rada może także podejmować uchwały i odbywać posiedzenia przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Kodeks dopuszcza udział członka rady nieobecnego na jej posiedzeniu w głosowaniu nad znanym zawczasu projektu uchwały. Zarząd nie korzysta z tych ułatwień; w świetle kodeksu, może on podejmować uchwały wyłącznie na posiedzeniu, rozumianym w sposób tradycyjny. Jest to rozwiązanie archaiczne, wywodzące się z odległych czasów, kiedy członkowie zarządu urzędowali w spółce codziennie od ósmej do trzeciej. Nie przystaje ono do epoki, w której spółki prowadzą działalność na znacznych terytoriach, często wykraczających poza granice państw; w której dysponujemy nowoczesnymi środkami łączności i komunikacji.

Istnieje pogląd, jakoby podejmowanie przez zarząd uchwał drogą korespondencyjną, albo na posiedzeniach odbywanych za pośrednictwem środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość, o czym kodeks milczy, mogło zostać dopuszczone regulaminem zarządu. Mam tutaj poważne wątpliwości. Kodeks dopuszcza takie ułatwienia w stosunku do rady nadzorczej jedynie pod warunkiem, gdy tak stanowi statut. Natomiast regulamin zarządu jest aktem wewnętrznym spółki. Często nie znają go jej kontrahenci, a nawet akcjonariusze. Wprawdzie uchwalone przez giełdę zasady dobrej praktyki wymagają, by spółka ogłaszała ten dokument na swojej witrynie internetowej, lecz wiele spółek ignoruje ów wymóg. Skoro zarządy wielu spółek podejmują już uchwały poza formalnie odbywanymi posiedzeniami, lepiej wyraźnie dopuścić w przepisach Ksh możliwość nowoczesnego procedowania przez zarząd.

Drugi postulat dotyczy usunięcia z kodeksu spółek handlowych mętnego pojęcia „głos doradczy”. Przysługuje on na posiedzeniu zarządu spółki akcyjnej członkowi rady nadzorczej wybranemu do niej w drodze głosowania oddzielnymi grupami i delegowanemu przez swoją grupę do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Taki członek rady ma prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu, a zarząd ma obowiązek zawiadomić go uprzednio o swoim posiedzeniu. Wszystko jest jasne – z wyjątkiem znaczenia pojęcia „głos doradczy”, który wcale nie jest głosem w rozumieniu kodeksu. Jest to pojęcie zgoła niepotrzebne. Chodzi wszak o to, aby członek rady uprawniony do uczestniczenia w posiedzeniach zarządu miał wgląd w działalność spółki i prace jej zarządu, a nie o to, by cokolwiek radził. Nie bierze on udziału w głosowaniach, a gdyby wystąpił z jakąś radą, za jej skutki odpowie nie on, a ci którzy rady posłuchają.

Z kodeksu „głos doradczy” rozprzestrzenił się do statutów spółek. Niektóre z nich budują zgoła odwrotną konstrukcję, przyznając członkom zarządu prawo (bądź prawo i obowiązek) uczestniczenia z „głosem doradczym” w posiedzeniach rady nadzorczej. Pomijam, że zarząd powinien uczestniczyć w posiedzeniach rady, ale jedynie w sytuacjach, gdy zostanie na nie zaproszony. Statut, który uprawnia członków zarządu do uczestniczenia w posiedzeniach rady nawet bez zaproszenia, godzi w naturę spółki. Statut, który przyznaje członkom zarządu „głos doradczy” na posiedzeniu rady, krzewi nonsensy. Grozi on podporządkowaniem nadzoru zarządowi. Jak zarząd podejmuje uchwały suwerennie, nie kierując się „głosami doradczymi” członków rady uprawnionych do uczestniczenia w posiedzeniach zarządu, tak rada jest suwerenna względem zarządu spółki. Nie musi ona nie tylko kierować się „głosami doradczymi” członków zarządu, ale nawet wysłuchiwać ich. Ów „głos doradczy” to termin będący zbędną pozostałością innej epoki.

Tekst ogłoszony 15 września 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2000.08.21 Grupami do rady
2002.09.03 Wehikuł czasu

Razem czy osobno? [2002]

Bez względu , kim jest inwestor strategiczny i jakie ma nawyki, w polskiej spółce obowiązuje polskie prawo.

W anglosaskim modelu spółki zarząd i nadzór sprawowane są przez jednolity organ. W systemie kontynentalnym zarząd i rada nadzorcza to dwa odrębne organy. Prowadzone są namiętne spory o wyższość pierwszego rozwiązania nad drugim, albo drugiego nad pierwszym. Oba mają wady i zalety. Niektóre systemy prawne dopuszczają, aby spółka sama wybrała rozwiązanie, jakie jej najbardziej odpowiada. Inne rozstrzygają sprawę za nią, jednoznacznie narzucając spółce strukturę jej organów.

Należy do nich polski system prawny. Oddziela on wyraziście zarząd i radę nadzorczą. Oba organy mają odrębne kompetencje, a z ich wykonywaniem wiąże się odpowiednio odpowiedzialność ich członków. Członkowie zarządu i rady ponoszą odpowiedzialność za działalność na swoich poletkach. Jeżeli rada nadzorcza wtargnie w domenę zarządu, nie zdejmie przecież odpowiedzialności ciążącej na jego członkach. Podobnie jeżeli zarząd wtargnie w domenę rady, nie zdejmie z członków rady ciążącej na nich odpowiedzialności. Nie znaczy to oczywiście, że członkowie rady i zarządu nie współpracują z sobą i spotykają się tylko na walnym zgromadzeniu, w którym mają obowiązek uczestniczyć (czy uczestniczą, to już inna sprawa). Oba organy, jakkolwiek inaczej, służą tej samej spółce, temu samemu akcjonariatowi, tym samym interesom. Ich harmonijna współpraca jest bardzo pożądana. Powinny one zatem w każdej spółce stworzyć odpowiednie do jej potrzeb mechanizmy i formy kontaktów.

W praktyce sprawa wcale nie jest prosta. Otóż na polskim rynku nie zdołaliśmy jeszcze wypracować wzorów kultury współpracy organów spółki akcyjnej, zgodnych z prawem, ale jednocześnie czytelnych dla inwestorów, którzy przybyli do Polski z innego systemu prawnego, gdzie zarządzanie i nadzór skupione są w jednym organie. Tacy inwestorzy dominują w licznych spółkach publicznych, w tym także w instytucjach finansowych.

Wytrwale oręduję za praktyką, że rada nadzorcza regularnie zaprasza zarząd do udziału w jej posiedzeniach. Regularnie, zatem nie tylko od czasu do czasu. Zarząd w pełnym składzie, zatem nie tylko prezesa. Rada powinna widzieć w zarządzie cennego partnera i wysłuchiwać go, a nie tylko wzywać na dywanik, by udzielić mu (zasłużonej, lub nie) reprymendy. Nawiązanie dialogu z zarządem, otwarcie przed nim drzwi, ułatwi radzie wykonywanie stałego nadzoru nad działalnością spółki. Statuty niektórych spółek przyjmują założenie, że zarząd zawsze ma prawo, nawet bez zaproszenia, uczestniczyć w posiedzeniach rady. Jest to poważne nieporozumienie. Niekiedy statut idzie jeszcze dalej, wprowadzając na obrady rady obserwatora z ramienia związków zawodowych. Takie rozwiązania trzeba tępić. Są to herezje statutowe. Rada ma bowiem suwerenne prawo obradowania we własnym gronie. Odebranie radzie tego prawa jest sprzeczne z naturą spółki. Może ona zapraszać kogo chce, ale z własnej nieprzymuszonej woli, a nie na mocy statutu. Przecież nawet w systemie anglosaskim uciera się praktyka, że członkowie rady zajmujący się nadzorem systematycznie spotykają się we własnym gronie, nawet bez udziału kolegów zajmujących się sprawowaniem zarządu.

Z kolei rada nadzorcza nie ma wstępu w domenę zarządu. Wyjątek dotyczy członka rady wybranego w drodze głosowania oddzielnymi grupami i delegowanego – przez grupę, nie przez radę – do stałego indywidualnego wykonywania nadzoru. Ma on prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu (‘z głosem doradczym’, co nic nie oznacza). Inny wyjątek dotyczy członka rady delegowanego do czasowego wykonywania czynności członka zarządu. Czytam, że przewodniczący rady nadzorczej jednej z instytucji finansowych (PTE) miał uczestniczył w posiedzeniach zarządu. Zabierał głos. Wyrażał opinię. Wydawał polecenia. Prawem kaduka. Bo też czego szukał na posiedzeniach zarządu? UNFE (z czasem zastąpiony przez KNUiFE) uznał to za niedopuszczalną inwazję w domenę zarządu i ukarał towarzystwo za nieprawidłowości w jego organizacji. Towarzystwo zaskarżyło decyzję do NSA, wywodząc przed sądem, że na posiedzeniach zarządu przewodniczący rady tylko dzielił się doświadczeniami, zaś wypowiadał się jako ekspert. NSA nie dopatrzył się w tej praktyce rażącego naruszenia prawa, przeto uchylił karę.

Hulaj dusza, piekła nie ma? Ależ jest! Niuanse prawne nie zmienią istoty rzeczy, że za uchwały zarządu, nawet podyktowane kategorycznym głosem przewodniczącego rady nadzorczej – nie ów przewodniczący poniesie odpowiedzialność. Albowiem ścisły rozdział kompetencji między organy spółki oznacza rozdział odpowiedzialności. W tym przypadku ciąży ona na członkach zarządu. Zresztą prócz sądu – jest jeszcze krytyczny osąd opinii. A także swąd, bo przewodniczący rady PTE zlekceważył i polskie prawo, i członków zarządu. Na szczęście inwestor, który go powołał, pakuje już manatki i wraca do Zurychu. Szerokiej drogi!

Tekst ogłoszony 3 grudnia 2002 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Z własnej szkatuły [2002]

Niektóre spółki przyjmują osobliwe rozwiązania statutowe. Skorzystać na tym może tylko fiskus.

W poprzednim artykule z tego cyklu (2002.07.15) napisałem rzecz nad wyraz oczywistą, że nawet indywidualnie oznaczony akcjonariusz, któremu statut spółki przyznaje prawo powoływania lub odwoływania członków rady nadzorczej, nie ma wpływu na ich wynagrodzenie: ani czy im ono przysługuje, ani na jego formę, ani kwotę. Nie ma on prawa dysponowania środkami spółki, co uwydatniłem wykrzyknikiem. Wynika to bezpośrednio z kodeksu spółek handlowych stanowiącego, że wynagrodzenie członków rady nadzorczej może płynąć tylko ze statutu lub z uchwały walnego zgromadzenia. Wynika to ponadto z natury spółki akcyjnej, gdyż tylko ona sama jest uprawniona do dysponowania swoimi funduszami. Nie może przeto dysponować nimi nawet ten akcjonariusz, któremu statut spółki indywidualnie przyzna osobiste uprawnienia do powoływania lub odwoływania członków zarządu lub rady nadzorczej.

Spółka akcyjna jest osobą prawną, więc działa tylko przez swoje organy (w tym przypadku przez walne zgromadzenie). Akcjonariusz, który z mocy statutu ma prawo powoływania lub odwoływania członków organów spółki, może przyznać im wynagrodzenie w dowolnej wysokości, lecz nie od spółki, a z własnej szkatuły.

W praktyce utarły się dwa różne rozwiązania tej materii. Przykład pierwszego z nich czerpię ze statutu MCI Management. Przewiduje on, że jak długo Czechowicz Ventures sp. z o.o. posiada co najmniej 20% głosów na walnym zgromadzeniu, akcjonariusz ten powołuje i odwołuje dwóch członków rady nadzorczej, niemniej jednak ich wynagrodzenie ustalane jest przez walne zgromadzenie. Jest to rozwiązanie dopuszczalne. Przeciwne przykłady dają statuty Farmacolu i Prospera. W obu spółkach farmaceutycznych przyjęto, że przewodniczącego rady nadzorczej wskazują spośród osób wybranych do tego organu akcjonariusze serii A, którzy też określają jego wynagrodzenie. Natomiast wiceprzewodniczącego rady wskazują spośród osób wybranych do niej akcjonariusze serii B (Prosper) lub akcjonariusze posiadający akcje serii C (Farmacol) i oni też określają jego wynagrodzenie.

Równo przed rokiem pisałem, że takie rozwiązanie jest obrazą prawa: „natura spółki akcyjnej jest taka, że nie mogą dysponować jej środkami sami akcjonariusze, nawet cieszący się arcyprzywilejami, a tylko spółka, reprezentowana (przynajmniej w tym przypadku) przez walne zgromadzenie. Czy prawnicy wyjechali na wakacje?” Skoro bowiem ustawa stanowi, że członkom rady nadzorczej może zostać przyznane wynagrodzenie, a określa je statut lub uchwała walnego zgromadzenia, oznacza to, po pierwsze, że albo statut sam rozstrzygnie kwestię przyznania wynagrodzenia oraz określi wysokość, lub mechanizm wyliczania wysokości wynagrodzenia, albo powierzy owe uprawnienia (wprost lub w następstwie przemilczenia kwestii) walnemu zgromadzeniu. Statut nie może natomiast powierzyć tych uprawnień komukolwiek poza walnym zgromadzeniem.

Jeżeli przeto spółka wypłaca członkowi rady nadzorczej kwoty określone nie przez statut lub uchwałę walnego zgromadzenia, lecz przez akcjonariusza, choćby najważniejszego (gdyż stan jego posiadania lub zasługi nie mają nic do rzeczy) – powstają wątpliwości, czy jest to świadczenie należne, oraz czy spółka może uważać je za koszty uzyskania przychodu? Powstają też wątpliwości, czy nie zachodzi tutaj działanie na niekorzyść spółki uzasadniające wystąpienie z roszczeniem odszkodowawczym? Nie jestem przekonany, czy wyjaśnianie owych wątpliwości jest zadaniem niniejszego tekstu. Aspektem podatkowym zapewne zajmą się bardziej w tej materii kompetentne właściwe urzędy skarbowe. Aspektem odszkodowawczym powinny zająć się sądy. Nonszalancja prawników, którzy wyjechali na wakacje i pozostają na nich nieprzerwanie, może okazać się bardzo kosztowna dla obsługiwanych przez nich spółek.

W myśl przepisów o podatku dochodowym od osób prawnych nie uważa się bowiem za koszty uzyskania przychodów wydatków ponoszonych przez spółki na rzecz osób wchodzących w skład rad nadzorczych, z jedynym wyjątkiem wynagrodzeń z tytułu pełnionej funkcji. Ustawodawca prezentuje więc ujęcie negatywne: nie uważa się za koszty uzyskania przychodów niczego, co w tym przypadku nie może zostać zakwalifikowane jako wynagrodzenia członków rad nadzorczych. Natomiast w przepisach o spółkach handlowych ustawodawca przyjął ujęcie pozytywne: wynagrodzeniem jest w tym przypadku tylko świadczenie określone przez statut lub uchwałę walnego zgromadzenia.

Wobec tego świadczenie na rzecz członka rady nadzorczej, które nie płynie ze statutu lub uchwały walnego zgromadzenia, nie będzie uważane za koszty uzyskania przychodów. Być może ta konstatacja mocniej przemówi do spółek, niż argumenty czerpane z ustawy albo wyprowadzane z pojęcia natury spółki.

Tekst ogłoszony 22 VII 2002 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.
Czytaj także:
2014.09.18 Między przepisem a praktyką
2002.07.15 Wynagrodzenie rady