Archiwa tagu: NFI

Déjà vu

Czytam ciekawy tekst Witolda Gadomskiego „Prokurator naprawia gospodarkę” (Gazeta Wyborcza 12 marca 2014 r.). Teza, pod którą podpisuję się z głębokim przekonaniem: niektórzy prokuratorzy „wiedzą lepiej, jak należy prowadzić biznes, i żądają, by przedsiębiorców podejmujących ryzyko dodatkowo karać więzieniem”. Ilustruje to przypadek przedsiębiorców, którzy wykupili z programu NFI białostockie Fasty, dokupili łódzki Uniontex – i wpadli w kłopoty. Nie bez związku z łódzkimi intrygami politycznymi. Doniesienie o popełnieniu przestępstwa złożyła w prokuraturze Zdzisława Janowska, wówczas senator z Łodzi. Składała załodze Uniontexu nierealne obietnice, poszły za nimi spore pieniądze podatników, lecz koniec był żałosny, zarówno dla menedżerów oskarżonych przez prokuraturę i ostatnio skazanych przez sąd, jak dla zbałamuconych pracowników.

Tekst Gadomskiego czytałem z uczuciem déjà vu. Jakbym sam uczestniczył w opisywanych zdarzeniach! Jakby to mnie dotykały działania pani senator! Otóż przeżyłem w Łodzi bardzo podobną historię, nie bez udziału senator Janowskiej. Oto garść wspomnień:

W 1992 roku zostałem powołany do rady nadzorczej łódzkich zakładów mięsnych, w owym czasie jednoosobowej spółki Skarbu Państwa. Jej sytuacja stawała się trudna: wyroby spółki reprezentowały bardzo wysoką jakość, w przygasłej wówczas Łodzi i jej zubożałej okolicy nie było na nie popytu, firma wiązała koniec z końcem wyprzedając majątek. Załoga orędowała za wprowadzeniem spółki do programu NFI, do czego doszło w 1995 r. Wkrótce zostałem przewodniczącym rady nadzorczej. Funkcję dyrektora inwestycyjnego z ramienia funduszu sprawował energiczny cudzoziemiec mówiący już dobrze po polsku, ale niezbyt jeszcze obeznany z polskimi realiami. Miewał pomysły budzące trwogę: raz rozważał odtworzenie zakładów w szczerym polu za miastem, innym razem łączył je z podobną firmą z Bydgoszczy. Rosły straty, narastała niepewność o przyszłość nierentownej spółki. Pracownicy, zatroskani o swoje miejsc pracy, wezwali na pomoc senator Janowską. Spotykała się ona z aktywem związkowym, natomiast unikała kontaktów z zarządem i radą nadzorczą.

Zbliżały się wybory. Pracownicy domagali się podwyżek. Zarząd ogłosił je, chociaż nie było środków, a przybywało kłopotów. Odwołaliśmy zarząd. Zostałem delegowany przez radę nadzorczą do czasowego sprawowania funkcji prezesa zarządu. Z tej pozycji szybko wyrobiłem sobie ocenę sytuacji: spółka jest strukturalnie deficytowa, przejada majątek, jest ekologiczną zakałą, najlepiej rozwiązać ją po przeprowadzeniu likwidacji. Mówiłem o tym pracownikom, rozżalonym brakiem obiecanych podwyżek, a przez związkowych liderów podburzanych do strajków. Nie tylko zresztą przez związkowych liderów.

Wtedy poznałem panią senator. Przyjeżdżała do spółki na wiece. Żarliwie przemawiała: Jesteście wspaniałą załogą, zasłużyliście na podwyżki, spółka pilnie potrzebuje inwestycji, także na to potrzebne są środki. Pieniądze muszą się znaleźć! Po prostu – muszą! Panie prezesie (to do mnie), pan tylko mówi o stratach, pan jest nudny. Niech pan sobie wraca do Krakowa. Co to za prezes, który nie zna się na mięsie i jeszcze jest z Krakowa? Czy u nas, w Łodzi, nie ma menedżerów? Ja podeślę panu moich asystentów, oni pana czegoś nauczą.

Asystentów? Okazało się, w co trudno mi było uwierzyć, że pani senator jest profesorem ekonomii – słynnej w świecie łódzkiej ekonomii! – a na ekonomiczne kłopoty ma prostą i niezawodną receptę: pieniądze muszą się znaleźć i basta. Podesłany asystent, sympatyczny i mądry, wypił ze mną kawę, przedyskutował sytuację spółki, pokiwał głową i poszedł. Strajkom zapobiegłem. Walne zgromadzenie jednogłośnie – przy udziale Skarbu Państwa, pracowników oraz NFI – powzięło uchwałę o rozwiązaniu spółki po przeprowadzeniu likwidacji. Nie doszło do upadłości, trafił się rozsądny likwidator, rozsupłał dziesiątki problemów, dobrze spieniężył majątek, akcjonariusze otrzymali spore środki. Trwało to kilka lat, ale skończyło się dobrze.

Uświadamiam sobie, jakież miałem szczęście. Przecież pani senator mogła i na mnie nasłać prokuratora, jak nasłała go na menedżerów Fastów i Uniontexu. Prokurator mógłby mnie zamknąć, przy aplauzie łódzkiej prasy, cały czas bolejącej, że rzeźnią dowodzi menedżer, który na mięsie się nie zna (zna się na pieniądzach, lecz przecież ich tam nie ma) i jest – o zgrozo! – z Krakowa. Sąd gotów byłby mnie skazać, bo skoro dążę do rozwiązania spółki, ewidentnie działam na jej szkodę. Menedżerowie, którzy zajmowali się zakładami mięsnymi w Krakowie, zostali przecież potraktowani przez dzielnego prokuratora upodlającym aresztem wydobywczym. Klimat tamtych wydarzeń przedstawił film „Układ zamknięty”.

Straciłem wtedy w Łodzi dużo zdrowia. Ale uratował mnie łodzianin, genialny kardiochirurg, wówczas już chluba krakowskiej medycyny, prof. Jerzy Sadowski. Minęło wiele lat. Żyję.

Czytaj także: 2000.06.12 Pochwała likwidacji

Gen corporate governance [2010]

Zgłaszam pomysł na wyplenienie przestępczości zorganizowanej: wystarczy powtórzyć program Narodowych Funduszy Inwestycyjnych lub wymyślić coś podobnego. Przestępcy niechybnie zbankrutują.

5 marca 1996 r. dziennik Rzeczpospolita alarmował: Gangi wykupują świadectwa udziałowe NFI. Anna Marszałek, czołowa dziennikarka śledcza tamtych czasów, pisała: „Z rozpoznania operacyjnego policji wynika, że podwarszawskie grupy przestępcze wykupują świadectwa udziałowe Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Zamierzają w ten sposób wziąć udział w Programie Powszechnej Prywatyzacji i legalizować pieniądze pochodzące z przestępstwa, przeważnie z obrotu kradzionymi samochodami, narkotykami, bronią. Ministerstwo Przekształceń Własnościowych komentuje: Jest to margines, którego nie sposób uniknąć przy wolnym obrocie świadectwami. Nie może to jednak podważać wiarygodności programu PPP”.

Autorka demaskuje technikę działania złoczyńców: „Jak nam wyjaśnili stołeczni policjanci, bossowie grup przestępczych zlecili swoim >żołnierzom< skupowanie świadectw. Odwiedzają oni piwiarnie i bary, gdzie szukają chętnych, którzy odstąpią swoje świadectwa. Członkowie gangów zajmują się także >pilnowaniem< banków, w których ludzie nabywają świadectwa, i od razu proponują ich odkupienie.” Wynika z tego, że konsumpcja piwa pobudzała obrót papierami wartościowymi. Zapewne obrót świadectwami pobudzał też konsumpcję piwa, bo też cóż mieli począć zbywcy świadectw udziałowych z kapitałem pozyskanym z ich sprzedaży?

SIÓDME: NIE KRADNIJ! Z czasem okazało się, że na świadectwach udziałowych NFI niełatwo zrobić dobry interes, więc zorganizowane grupy przestępcze nie wyprały tą drogą swoich pieniędzy, a zapewne też sporo straciły. O tym, że kradzione nie tuczy przekonał się też inny znany kombinator, który wyłudzał świadectwa udziałowe NFI pod pretekstem przeznaczenia środków na ratowanie stoczni (a kuku!), po czym – za radą swojego ekonoma, albo na odwrót – zainwestował je w akcje giełdowej spółki Espebepe, która niebawem upadła. Bardziej romantyczne podejście do programu NFI wykazały ponoć agencje towarzyskie, które w owym czasie gotowe były zaakceptować obrót bezgotówkowy, przyjmując po świadectwie udziałowym w zamian za przyjemność.

Z perspektywy czasu, bogatsi o doświadczenia programu NFI, zapewne powinniśmy inaczej oceniać postawę ówczesnego premiera Waldemara Pawlaka. Zwlekał on ze złożeniem podpisu wprowadzającego program NFI w życie. Jak się z czasem okazało, nie bez racji. Media histerycznie naciskały na uruchomienie programu. Codziennie donosiły: „Nie podpisał”. W domyśle: gałgan jeden, szkodnik, dywersant. „Więc kiedy pan podpisze?” – odważnie nacierali dziennikarze. „Jak wrócę z Radomia” – odpowiadał premier. Może zresztą nie chodziło o Radom, a o Kielce, albo Mławę, albo Łomżę, nie pamiętam. „A kiedy pan planuje ten wyjazd?” – dociekliwie pytały media. „Nigdzie się nie wybieram” – studził gorące głowy premier. Ależ mu dokuczano!

Gdyby premier nie złożył podpisu pod programem, z pewnością upadłoby wiele spółek przeznaczonych do wniesienia ich akcji do Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Ale wiele spółek i tak upadło. Nie tylko dlatego, że były to słabe podmioty gospodarcze. Były wśród nich i prawdziwe perły. Upadły dlatego, że w programie NFI zarządzane były źle, nonszalancko, nieodpowiedzialnie.

HODOWLA MUTANTÓW. Kogo zatem mają winić wspomniane „podwarszawskie grupy przestępcze”, a także toruński kombinator, za niepowodzenie przedsięwzięcia i straty materialne związane z inwestowaniem w świadectwa udziałowe NFI? Otóż w programie NFI wyhodowano mutanty pozbawione genu corporate governance.

Program był zagmatwany. Brakowało mu przejrzystości. Rozmywał odpowiedzialność. Fundusze niby miały swoje zarządy i rady nadzorcze, ale przydano im także firmy zarządzające o niedookreślonych uprawnieniach. Rady nadzorcze funduszy miały pochodzić z konkursu. Zrobiono z niego narodowy casting. Zasady konkursu zmieniono po naleganiach premiera Pawlaka, który domagał się, by prócz prawników i ekonomistów dopuścić do niego także osoby z doświadczeniem inżynierskim, cokolwiek to oznacza. Zbiegło się blisko siedem tysięcy kandydatów. Przesiała ich w pocie czoła powołana ad hoc komisja kwalifikacyjna. Jej oceny nie były wiążące (czego sam doświadczyłem), a prawników wycinano. Rząd dowolnie ukształtował skład rad nadzorczych funduszy, a później wymuszał na radach posłuszeństwo wobec swojej polityki. Polegała ona na faworyzowaniu konsorcjów inwestycyjnych, doraźnie zawiązywanych w celu zarządzania funduszami.

Egzotyczne koalicje inwestorów powoływały do życia firmy zarządzające, z którymi rady nadzorcze funduszy miały zawierać umowy o zarządzanie majątkiem. Szło im topornie, ponieważ dramatycznie brakowało w nich prawników. Kiedy dochodziło do konfliktu pomiędzy konsorcjum a funduszem, resort niejednokrotnie przywoływał fundusz do porządku; w skrajnym przypadku rozpędzono nieposłuszną ministrowi radę nadzorczą funduszu, chociaż to akurat ona miała rację, co wykazała nieodległa przyszłość.

OD POCZĄTKU DO KOŃCA BYŁ CHAOS. Dwuwładza organów funduszy i firm zarządzających potęgowała chaos. Rady nadzorcze funduszy często nie miały wglądu w poczynania firm zarządzających. W programie NFI często występowało niepokojące zjawisko, które po latach nazwałem „formacją podwójnej głowy”: prezes funduszu, Polak, bywał zdominowany przez menedżerów firmy zarządzającej, obcokrajowców, którym brakowało znajomości lokalnych realiów i trwałej więzi z Polską. Oni podejmowali decyzje, on tylko je firmował (teoretycznie ponosząc za nie odpowiedzialność, ale nikogo do niej skutecznie nie pociągnięto).

Model dwuwładzy bywał przenoszony do spółek parterowych. Decydującą rolę odgrywał w nich nie zarząd, ale przysłany przez fundusz (a w gruncie rzeczy przez firmę zarządzającą nim) dyrektor inwestycyjny. Nie wchodził on w skład zarządu, niekiedy nawet nie wchodził w skład rady nadzorczej, niemniej to do niego należało ostatnie słowo w spółce. Fundusze dysponowały przypadkowymi kadrami, więc spółkom często zmieniano dyrektorów inwestycyjnych. Znaczna rotacja na tych stanowiskach powodowała sporo zamieszania. Mieszano też w radach nadzorczych. W niektórych funduszach istniały ciche porozumienia, że przewodniczący rady nadzorczej funduszu obsadza swoimi zausznikami znaczną liczbę stanowisk w radach nadzorczych spółek parterowych. Stykałem się z takimi przypadkami. Szef rady jednego z funduszy, dla których pracowałem, miał rozległe interesy, stąd jego protegowani wywodzili się z różnych środowisk, reprezentując bardzo różną wiedzę, a w skrajnych przypadkach jej brak. Nieczęsto dokonywano merytorycznych ocen pracy rad. Zresztą zdarzało się, że ktoś wchodził do rady nadzorczej, by wziąć udział w jednym posiedzeniu, nim został odwołany.

Brak corporate governance w firmach zarządzających wpływał na brak corporate governance w funduszach i ich spółkach parterowych. W polskich warunkach nie jest łatwo udowodnić, że porządek korporacyjny przydaje spółce wartości. Losy programu NFI wskazują, że łatwiej przeprowadzić dowód wspak: brak corporate governance osłabia wartość spółek. Nie zastąpią go konkursy, w których powagę nie wierzy nawet ten, kto je organizuje. Jeszcze jeden taki program, a wyplenimy gangi, agencje towarzyskie, przestępczość.

Artykuł ukazał się w nr 3/23/2010 kwartalnika Przegląd Corporate Governance

Nadzór totalny [2005]

W radzie nadzorczej wszyscy pospołu zajmują się wszystkim, przeto za wszystko ponoszą odpowiedzialność.

Lesław Paga wystąpił kiedyś z tezą, że rada nadzorcza powinna być skomponowana z ekspertów następujących dziedzin: finanse, przemysł, zarządzanie zasobami ludzkimi, informatyka, organizacja, mających doświadczenie rynkowe, również międzynarodowe. Ktoś znowu domaga się, by w składzie rady nadzorczej znajdował się… psycholog. Gdyby z kolei zapytano mnie, upomniałbym się o prawników. Rada bez prawnika jest bezzębna, a korzystanie z prawników zarządu można porównać do wypożyczania sztucznej szczęki, która wprawdzie całkiem nie pasuje, lecz nie ma to znaczenie, bo rada i tak nie będzie nią jeść, a tylko pragnie groźnie pozgrzytać (cudzymi) zębami. Dowodem jest los programu Narodowych Funduszy Inwestycyjnych: minister Wiesław Kaczmarek nie chciał w radach nadzorczych prawników, a co z tego wyszło, każdy widzi.

Otóż takiej idealnej rady, komponowanej podług wachlarza kwalifikacji, nie było, nie ma i chyba nie będzie. Jedynie na papierze można budować skład rady nie z ludzi, a z ich dyplomów. Przypomina to plebiscyty sprawozdawców sportowych, którzy po zawodach wskazują najlepszego zawodnika na każdej pozycji i zestawiają z nich zespół na miarę własnych marzeń, dream team, który w rzeczywistości nie wyjdzie na boisko. Nie przeczę, że rada nadzorcza przypomina drużynę sportową: w istocie liczy się jedynie wynik, lecz najgorętsze spory toczą się wokół składu. Drużynę zestawia trener, radę nadzorczą wyłania społeczność akcjonariuszy. Selekcjoner komponuje zespół pod kątem, kto gra lepiej. Akcjonariat komponuje radę pod kątem, kto gra dla kogo. Przecież mniej liczy się, kto wejdzie do rady nadzorczej, a bardziej – po co wejdzie. Osobiste cechy kandydata, jak jego reputacja, doświadczenia w dziedzinie nadzoru, albo znajomość branży, mają niewielkie znaczenie. Jeszcze mniej liczą się dyplomy i tytuły, bo rada nadzorcza spółki to nie rada wydziału uczelni. O wszystkim decyduje, kto rekomenduje kandydata i czyich interesów będzie on w radzie strzegł.

Różne są mechanizmy komponowania rad nadzorczych. Często radę wybiera w całości walne zgromadzenie. Gdy akcjonariat jest zróżnicowany, każdy ciągnie w swoją stronę. Stąd tylko krok do wyboru rady w drodze głosowania grupami. Ale statut może przewidywać, że znaczny wpływ na skład rady będzie bezpośrednio przypisany któremuś z akcjonariuszy, lub grupie akcjonariuszy, lub że skład rady będzie dopełniany w drodze kooptacji. Im bardziej zróżnicowana społeczność akcjonariuszy, im więcej mechanizmów kształtujących skład rady nadzorczej, tym mniej prawdopodobne skomponowanie rady według jednego kryterium.

Jest to możliwe w spółkach, gdzie decyduje jeden akcjonariusz. Jeżeli jest nim Skarb Państwa, albo samorząd, skład rady bywa owocem powiązań politycznych (nazywam to alotażem). Jeżeli jest nim zagraniczna firma, wypełnia radę ziomkami (tak bywa w towarzystwach ubezpieczeń), zapewne kompetentnymi, lecz znam przykłady przeciwne. Jeżeli jest nim rodzimy przedsiębiorca, w radzie pracują szwagier i teściowa. Wprawdzie nie mają oni szczególnych kwalifikacji do sprawowania nadzoru, ale mają zaufanie inwestora. Kiedy wchodził na rynek Optimus, miał w radzie matkę prezesa, przedstawicielkę diecezji, rencistę itd. Prezes zapowiadał, że w przyszłości przejdzie do rady nadzorczej: Wtedy powołam taką radę, jakiej jeszcze nie było. W jej skład wejdą najtęższe mózgi w Polsce. Nawet bez najtęższych mózgów w radzie spółka jakoś poradziła sobie. Lecz kiedy prezesa skrzywdzono, nie szukał pomocy w diecezji, tylko u najlepszych adwokatów.

Rad nie buduje się z klucza, jak budowano ogniwa Frontu Jedności Narodu (profesor, prządka, postępowy rolnik). Takie struktury są martwe. Rada jest wykładnikiem zmiennego układu sił w łonie akcjonariatu, gdzie toczy się rywalizacja o wpływy i pieniądze. By ją poskromić, ucywilizować, wprowadza się do rady niezależnych. Owszem, w radzie nadzorczej przydatna bywa wiedza z wielu dziedzin. Z faktu, że rada obowiązana jest wykonywać stały nadzór nad działalnością spółki we wszystkich gałęziach przedsiębiorstwa, nie wynika jednak, że powinna być ona złożona ze specjalistów każdej z tych gałęzi. Tak montuje się składaki, a nie rady. Inaczej, niż na boisku – w radzie nie grywa się na wyznaczonych pozycjach. Wszyscy zajmują się wszystkim. Komisje (wynagrodzeń lub audytu) nie wyręczają rady, a wspomagają ją.

Wszyscy członkowie rady za wszystko ponoszą przecież na równi odpowiedzialność. Nie można uchylić się od niej, na przykład argumentem, że ktoś jest od przemysłu, więc nie odpowiada za finanse, na których zna się kolega. Tu nie jest się skrzydłowym, bramkarzem lub łącznikiem. Tu wykonuje się nadzór totalny. Dlatego warto mieć totalne kwalifikacje. Być zawodowym członkiem rad.

Tekst ogłoszony 9 maja 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także: 2000.10.23 Nie deptać prawników

Przepraszam za NFI [2004]

Oto opłakane skutki ambitnego programu: wyhodowano mutanty pozbawione genu porządku korporacyjnego!

Jeszcze na giełdzie błąkają się spółki z programu NFI, jeszcze notowane są fundusze, lecz nic już nie powstrzyma negatywnej oceny tego eksperymentu polskiej prywatyzacji. Program NFI nie spełnił oczekiwań. Pora wyciągnąć wnioski. Pora przeprosić wszystkich, którzy kiedyś zawierzyli powszechnym świadectwom udziałowym i zamienili je na akcje funduszy. Nikt się do tego nie kwapi, więc tym razem ja wyjdę przed szereg. Czuję się współwinnym wielkiej klapy. Po pierwsze, zalety programu sławiłem w dobrej wierze własnym piórem, starając się zjednać dlań poparcie społeczeństwa. Po drugie, pracowałem w organach kilku spółek objętych tym przedsięwzięciem. Brałem więc udział w procesie wprowadzania dwóch z nich do programu. W jednym przypadku uczestniczyłem we wprowadzeniu spółki parterowej na giełdę, w innym inicjowałem i nadzorowałem likwidację spółki parterowej, a w jeszcze innym wsparłem zamysł wystąpienia o ogłoszenie upadłości, do czego wkrótce doszło.

Wśród przyczyn niepowodzeń programu NFI dostrzegam przede wszystkim brak podstawowych zasad porządku korporacyjnego. Program był zagmatwany. Brakowało mu przejrzystości. Rozmywał odpowiedzialność. Fundusze niby miały swoje zarządy i rady nadzorcze, ale przydano im także firmy zarządzające o niedookreślonych uprawnieniach. Rady nadzorcze funduszy miały pochodzić z konkursu. Jego zasady zmieniono po naleganiach ówczesnego premiera, który domagał się, by prócz prawników i ekonomistów dopuścić do niego także osoby z doświadczeniem inżynierskim, cokolwiek to oznacza. Zbiegło się blisko siedem tysięcy kandydatów. Przesiała ich w pocie czoła powołana ad hoc komisja kwalifikacyjna. Jej oceny nie były wiążące (czego sam doświadczyłem). Rząd dowolnie ukształtował skład rad nadzorczych funduszy, a później wymuszał na radach posłuszeństwo wobec swojej polityki. Polegała ona na faworyzowaniu konsorcjów inwestycyjnych, doraźnie zawiązywanych w celu zarządzania funduszami.

Egzotyczne koalicje inwestorów powoływały do życia firmy zarządzające, z którymi rady nadzorcze funduszy miały zawierać umowy o zarządzanie majątkiem. Szło im topornie, ponieważ dramatycznie brakowało w nich prawników. Kiedy dochodziło do konfliktu pomiędzy konsorcjum a funduszem, resort niejednokrotnie przywoływał fundusz do porządku; w skrajnym przypadku rozpędzono nieposłuszną ministrowi radę nadzorczą funduszu, chociaż to akurat ona miała rację, co wykazała nieodległa przyszłość. Dwuwładza organów funduszy i firm zarządzających potęgowała chaos. Rady nadzorcze funduszy często nie miały wglądu w poczynania firm zarządzających. W programie NFI często występowało niepokojące zjawisko, które po latach nazwałem „formacją podwójnej głowy”: prezes funduszu, Polak, bywał zdominowany przez menedżerów firmy zarządzającej, obcokrajowców, którym brakowało znajomości lokalnych realiów i trwałej więzi z Polską. Oni podejmowali decyzje, on tylko je firmował (teoretycznie ponosząc za nie odpowiedzialność, ale nikogo do niej przecież nie pociągnięto).

Model dwuwładzy bywał przenoszony do spółek parterowych. Decydującą rolę odgrywał w nich nie zarząd, ale przysłany przez fundusz (a w gruncie rzeczy przez firmę zarządzającą nim) dyrektor inwestycyjny. Nie wchodził on w skład zarządu, niekiedy nawet nie wchodził w skład rady nadzorczej, niemniej to do niego należało ostatnie słowo w spółce. Fundusze dysponowały przypadkowymi kadrami, więc spółkom często zmieniano dyrektorów inwestycyjnych. Znaczna rotacja na tych stanowiskach powodowała sporo zamieszania. Mieszano też w radach nadzorczych. W niektórych funduszach istniały ciche porozumienia, że przewodniczący rady nadzorczej funduszu obsadza swoimi zausznikami znaczną liczbę stanowisk w radach nadzorczych spółek parterowych. Stykałem się z takimi przypadkami. Szef rady jednego z funduszy, dla których pracowałem, miał rozległe interesy, stąd jego protegowani wywodzili się z różnych środowisk, reprezentując bardzo różną wiedzę, a w skrajnych przypadkach jej brak. Nieczęsto dokonywano merytorycznych ocen pracy rad. Zresztą zdarzało się, że ktoś wchodził do rady nadzorczej, by wziąć udział w jednym posiedzeniu, nim został odwołany.

Brak corporate governance w firmach zarządzających wpływał na brak corporate governance w funduszach i ich spółkach parterowych. W polskich warunkach nie jest łatwo dowieźć, że porządek korporacyjny przydaje spółce wartości. Losy programu NFI wskazują, że łatwiej przeprowadzić dowód wspak: brak porządku korporacyjnego osłabia wartość spółek. W przytoczonym tu rozumowaniu tkwią niezaprzeczalne uproszczenia. Dopuściłem się ich z myślą o tym, by zilustrować nimi krytyczną ocenę przebiegu i skutków przedsięwzięcia. Za uproszczenia przepraszam, lecz przede wszystkim przepraszam za niepowodzenie NFI.

Tekst ukazał się 23 lutego 2004 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także: 2000.10.23 Nie deptać prawników

Czwarta kasta? [2002]

Próby zamykania dostępu do rad nadzorczych nie służą poprawie nadzoru, tylko interesom politycznym!

W łańcuchu przemian polskiej transformacji brakuje ważnego ogniwa, gdyż do tej pory nie udało się zaszczepić polskim spółkom rygorów corporate governance. Kiedy piszę dla niespecjalistów, przekładam ów termin jako porządek korporacyjny. Jest sporo innych tłumaczeń, lecz wszystkie, łącznie z moim, można uznać za nieścisłe i mylące. Tylko w oryginale znaczenie tego pojęcia nie budzi wątpliwości. Pisząc tu dla grona specjalistów, wstrzymuję się od przekładu.

Kiedyś państwa oceniało się ilością luf armatnich, a gospodarki tonażem wydobytego węgla. Współcześnie państwa oceniane są miarą przestrzegania praw człowieka, a gospodarki miarą ich stosunku do zasad corporate governance. Im bardziej gospodarka jest nimi nasycona, tym większa jej atrakcyjność. Tędy bowiem przebiega granica między nowoczesnym wolnym rynkiem, a rynkiem dzikim, rozchwianym, nie budzącym zaufania inwestorów. Zaczynamy dostrzegać tę prawdę. Podjęto próby stworzenia rodzimego zbioru zasad postępowania spółek. Corporate governance także w Polsce staje się już instrumentem wyceny spółek i oceny rynku. Spółki, które w przekonaniu inwestorów nie dorastają standardom, odczują to boleśnie. Ostatnio jedna nie zdołała domknąć swojej oferty publicznej, kilka zostało dotkniętych wydatnymi spadkami notowań. Co ciekawe: dopiero w sytuacji, gdy inwestorzy odwracają się, niektóre spółki próbują ratować sytuację oświadczeniami, że będą respektować zasady corporate governance. Rejestruję owe oświadczenia, bowiem chociaż bywają spóźnione, ich wymowa jest optymistyczna.

Znaczenie corporate governance dla pomyślności polskiej gospodarki uświadamiają sobie niektórzy politycy. Jest jednak dyskusyjne, czy potrafią wyciągnąć właściwe wnioski. Zamiast więc poskramiać politykę przed inwazją w sferę gospodarki, popiera się przedsięwzięcia zmierzające do opanowania domeny gospodarczej, przede wszystkim spółek Skarbu Państwa, przez interesy partyjne. Taka jest bowiem wymowa nawet tych inicjatyw, które pozornie mają się temu przeciwstawiać.

Jedną z nich jest pomysł listy rekomendacyjnej. Otóż Skarb Państwa mógłby powoływać na swoich przedstawicieli w radach nadzorczych spółek tylko kandydatów z takiej listy. W istocie taka lista już istnieje, lecz nie ma z niej pożytku. Resort rzadko odstępuje od zasady, by do rad nadzorczych powoływać tylko osoby legitymujące się świadectwem ukończenia stosownego kursu. Kurs zazwyczaj jest dwutygodniowy, z natury powierzchowny, wprawdzie zakończony egzaminem, lecz urzędnicy już potrafią zadbać, by kto ma obiecaną nominację do rady nadzorczej – egzamin jakoś zdał. Pomysł nowej listy rekomendacyjnej polega przeto na tym, by rozpędzić jedną kolejkę przypadkowych kandydatów do rad nadzorczych, i uformować drugą.

Czytam, że o wpisanie kandydata na taką listę rekomendacyjną mają wnioskować organy samorządu adwokackiego, radcowskiego i biegłych rewidentów, a także rektorzy publicznych szkół wyższych. Udział aż trzech zamkniętych, kastowych korporacji zawodowych w tworzeniu listy pobudzi obawy, że powstanie jeszcze jedna kasta. Samorządy adwokatów, radców prawnych i biegłych rewidentów ani nie gwarantują, że na listę nie dostaną się osoby niewłaściwe, jakich wiele przedostało się w szeregi owych profesji, ani nie dadzą rękojmi, że osoby ze wszech miar właściwe dostaną się na listę, skoro tylu świetnych kandydatów nie znalazło się w szeregach adwokatów, radców i rewidentów. Także rektorzy nie uwiarygodnią pomysłu listy rekomendacyjnej. Co stanie na przeszkodzie, by zgłaszali niekompetentnych, a utytułowanych kandydatów? Nie wykluczam, że rektor wrocławskiej Akademii Rolniczej zawnioskuje, by na liście został umieszczony prof. Tadeusz Trziszka z katedry technologii surowców zwierzęcych, znawca drobiu i jaj. Sprawował on już kiedyś funkcję przewodniczącego rady nadzorczej jednej z największych polskich instytucji finansowych, PZU Życie, wydatnie utrudniając odwołanie prezesa zarządu Grzegorza Wieczerzaka.

Nie sądzę, by to akurat były prezes PZU Życie podsunął pomysł listy rekomendacyjnej jej inicjatorowi, a swojemu byłemu partyjnemu koledze, niemniej nie dostrzegam żadnych zalet takiego rozwiązania. Zapewne jego celem jest skrępowanie rąk ministrowi Skarbu Państwa, by nie uprawiał alotażu, jak nazywam powierzanie ważnych stanowisk niekompetentnym stronnikom. Historia resortu zna przecież wiele skandalicznych nominacji. Już wcześniej próbowano ministra ograniczać, na przykład konkursem do rad nadzorczych NFI. Jego plonem były dwie listy rekomendacyjne: kandydatów na przewodniczących, oraz na członków rad funduszy. Minister przejął się nimi w stopniu umiarkowanym. Zapewne tak byłoby i tym razem. Lista może przyczynić się za to do przekształcenia nadzoru w kolejną zamkniętą kastę.

Tekst ogłoszony 6 sierpnia 2002 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Sami swoi [2000]

Obcokrajowcy napaskudzili do NFI? Tak, ale za naszym przyzwoleniem. Sami też paskudzimy.

Program NFI nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Warto dociekać, dlaczego. Przyczynkiem do tematu jest szkic Jana Rymarczyka Problemy zarządzania narodowym funduszem inwestycyjnym. Konflikt „swoi” „obcy”, ogłoszony przez wrocławską Akademię Ekonomiczną w niskonakładowym zeszycie prac naukowych nr 867. Autor zwraca uwagę na charakterystyczne dla NFI konflikty między radami nadzorczymi funduszy a firmami zarządzającymi majątkiem funduszy. Rady to „swoi”. Firmy, często zdominowane przez udziałowców zagranicznych, to „obcy”.

Autor wskazuje na kilka źródeł konfliktu. Firmy zarządzające wybierano spośród byle jakich, ponieważ takie ubiegały się o zarządzanie majątkiem funduszy. Funduszom nie służy trójwładza: rada nadzorcza, zarząd, firma zarządzająca. Umowy o zarządzanie okazały się nieprecyzyjne, nadto faworyzują firmy zarządzające. Rady nadzorcze były malowane, bowiem nie miały jak wpłynąć na podwyższenie poziomu usług świadczonych przez firmę zarządzającą. Fatalnie skonstruowano wynagrodzenie firm zarządzających.

Jan Rymarczyk – od początku do lutego 1999 r. przewodniczący rady nadzorczej V NFI Victoria – wyznaje, że rada nadzorcza chciała widzieć firmę zarządzającą jako „wynajętego rewolwerowca”, zaś rewolwerowiec odciął radę od informacji, nie realizował uchwał rady i głosił pogląd o jej niekompetencji. Bezkarnie.

Rady nadzorcze reprezentowały krajowy interes społeczny, zaś firmy zarządzające działały na rzecz swoich właścicieli, transferując zyski za granicę. Personel firm zarządzających był niewielki, niewystarczająco wykwalifikowany (czego dowodzi częsta nieznajomość języka polskiego), nieprzygotowany psychospołecznie i kulturowo do pracy w obcym środowisku. Spółkami zarządzano nieudolnie, restrukturyzując je powierzchownie, wysoko opłacając konsultantów, podejmując nietrafne, trudne do umotywowania decyzje personalne w stosunku do zarządów. Ministerstwo osłaniało firmy zarządzające i ich niekompetencję. Pod naciskiem resortu rady nadzorcze wycofywały wypowiedzenia dla firm zarządzających. Skarb Państwa odwoływał z rad nadzorczych członków działających w interesie funduszy. Autor przytacza kilka przykładów.

Prof. Rymarczyk wspomina o wątku kryminalnym w działalności jednego z funduszy. „W związku z tym drobni akcjonariusze złożyli donos o popełnieniu przestępstwa przez E. Wąsacza, Ministra Skarbu Państwa, a wcześniej kolejno: prezesa rady nadzorczej i zarządu IV NFI”. Uczony trafnie stwierdza, że był to po prostu – „donos”. Swoją drogą, opinia publiczna cierpliwie oczekuje na wyjaśnienie sprawy kredytu od grupy Raiffeisena (prof. Rymarczyk uporczywie obstaje przy błędnej pisowni tego – historycznego przecież! – nazwiska). Wiele obserwacji autora z osobna zasługuje na uwagę i szacunek, ale w nagromadzeniu są one jednostronne. Profesorowie powinni pisać odpowiedzialnie, rzetelnie przedstawiając obraz spraw. Od przesadnych, jednostronnych ujęć mamy felietonistów. Do czego doszło, by felietonista miarkował uczonego!

Jan Rymarczyk stwierdza, że konflikt swoi – obcy został ostatecznie rozstrzygnięty na korzyść obcych. „Dotychczasowi członkowie rad nadzorczych, pochodzący z konkursu zostali zastąpieni nie tylko przez nich, ale także przez nowe osoby, skierowane przez Skarb Państwa. Związane to było ze zmianą koalicji rządzącej i odbyło się w ramach tzw. dzielenia policzonych łupów.” Tak pisze profesor. Co do słowa. I przecinka.

Członków rad nadzorczych z konkursu zastępowano nowymi z wielu powodów. Zasada powoływania wyłącznie tych z konkursu obowiązywała tylko do dnia zwołania pierwszego walnego zgromadzenia, w którym mogli uczestniczyć akcjonariusze inni niż Skarb Państwa. Spośród tych z konkursu, niektórzy uchowali się w radach dłużej. Nawet do tej pory. Może są kompetentni? Zgadzam się z autorem, że obcokrajowcy napaskudzili do programu NFI. Oraz, że Skarb Państwa temu sprzyjał. Oraz, że rady nadzorcze funduszy wykazały bierność lub bezsiłę. Dodałbym jednak, że przecież nie wszystkie.

Kiedy Skarb Państwa obsadzał rady nadzorcze NFI kandydatami z konkursu, niektórych pominięto. Byli nie dosyć „swoi”. Za to niektórzy z przewodniczących rad nadzorczych funduszy zabiegali u firm zarządzających majątkiem funduszy (czyli u „obcych”) o nasycenie rad nadzorczych spółek parterowych własnymi współpracownikami. Lub nawet wasalami. Czyli samymi swoimi. Byli wśród nich ludzie kompetentni. Jednego nawet poznałem. Kilku innych też. Dopisałbym to do listy przyczyn niepowodzenia programu NFI. Gdyby zaś kto był ciekaw – dodaję, że referat traktujący o konflikcie swoi/obcy przedstawiono na konferencji „Internacjonalizacja i globalizacja gospodarki polskiej. Handel międzynarodowy i inwestycje zagraniczne”. W sam raz.

Tekst ukazał się 27 listopada 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2014.03.31 Obcy na Książęcej?
2002.08.27 Formacja podwójnej głowy

Intercity [2000]

Im większa jest objętość materiałów przedkładanych radzie nadzorczej, tym trudniej z nich wyłowić informacje.

Nie mamy jeszcze miernika jakości pracy nadzoru. Z pewnością nie jest nim liczba posiedzeń odbywanych przez rady nadzorcze. Nie jest nim liczba wskaźników, ani objętość raportów, jakich rada żąda od zarządu. Dlatego szydzę ze sprawozdań rad sprowadzających się do wyliczenia liczby odbytych posiedzeń. Niebawem zajmę się szydzeniem z rad pasących się wskaźnikami, za to niezdolnych do sformułowania oceny stanu spółki.

Pora zająć się sprawozdaniami. Rady żądają ich często w nadmiarze, niekiedy jednak zarząd z własnej inicjatywy zasypuje radę papierami, jakby chciał ją utopić w oceanie nieistotnych danych. Im więcej różnorakich materiałów otrzymuje rada od zarządu, im większa ich objętość, im bardziej szczegółowy ich charakter, tym trudniej z nich korzystać, tym mniej w nich praktycznych informacji. Czy członkowie rad nadzorczych studiują przesyłane im ze spółek materiały? Sugestie, że nie studiują, pochodzą od wyrzuconych na bruk członków zarządów. „Nie jestem pewien, czy pięciu na siedmiu członków rady czytało przekazywane im raporty” – faulował przed laty radę jednego z NFI prezes firmy zwolnionej z zarządzania funduszem. Dzisiaj wspomniany fundusz ma dwie konkurencyjne rady, a jedna z nich zapewne w ogóle nie czyta raportów, bo ich nie otrzymuje.

Autor rozprawy zamieszczonej w zbiorze „Nadzór właścicielski w spółkach prawa handlowego” idzie jeszcze dalej w ocenie kwalifikacji rad nadzorczych spółek parterowych NFI. Wywodzi on mianowicie, że dyrektor inwestycyjny i jego asystent pracują w radach 5 – 7 spółek „co mimo ich wysokich kwalifikacji jest jednak dość trudne, uciążliwe i nie wolne od popełniania błędów, chociażby z tytułu pomylenia spółek”. Jak można pomylić spółki? Jeżeli doszło do takiej wpadki – na jakiej podstawie uczony ocenia kwalifikacje niefortunnych nadzorców jako „wysokie”?

Podczas jednej z organizowanych przez Centrum Prywatyzacji ciekawych konferencji na temat „corporate governance” znany profesor zarządzania wspomniał, że w porannych składach Intercity z Warszawy często widuje członków rad nadzorczych, jak w ciągu krótkiej podróży rozpaczliwie próbują przeczytać 300 stron materiałów na posiedzenie rady. Na posiedzenia rad dojeżdżam w odwrotnym kierunku, pociągiem Intercity z Krakowa do Warszawy, z czego przecież nie wynika wcale, że swoje materiały czytam wspak. Mam za to dwie ważne uwagi. Po pierwsze, 300 stron na jedno posiedzenie to obfita porcja materiału. Ogromnie trudno ją strawić. Jeżeli rada nie zdoła zapanować nad dokumentacją, pogrąży się w niej i straci skuteczność. Po drugie, ważne sprawy lepiej przemyśleć w wannie, niż odkładać na podróż pociągiem.

Uwagę tę mogę podeprzeć przykładem z kręgu rodziny. Bliski krewny, prawnik, żołnierz Września, potem łagiernik, z czasem u Andersa, w końcu w RAF, wrócił po wojnie po Polski. Czy nie mógł znaleźć odpowiedniej pracy, czy miał dwie lewe ręce, czy zbiegły się obie przyczyny – dość, że dla chleba prowadził działalność oświatową. Wręczano mu jakieś skrypty, by z nich wygłaszał w terenie odczyty. Znudzony powtarzaniem ciągle tych samych mów, ujrzał raz na biurku osoby zawiadującej przydziałem tematów mocno już wybrudzony skrypt „Sądownictwo w Anglii”. Uprosił przydzielenie mu tego właśnie odczytu, a potem cieszył się, że dostał znajomy mu temat, wszak na Wyspach spędził kilka lat i stawał przed sądami (jako świadek potrącenia rowerzysty). Chciał nawet przekartkować skrypt w pociągu, ale nie zdążył, bo spotkał znajomka i rozmawiali ciekawie.

Odczyt był więc improwizowany. Wuj opowiadał miejscowym rolnikom jak działa common law, jak tworzy się precedensy, jak orzekają sędziowie wchodzący w skład Izby Lordów. Z polotem rozstrząsnął dylemat, czy zwyczaj jest dowodem istnienia ogólnej praktyki powszechnie przyjętej za prawo, czy też praktyka – dowodem zwyczaju. Audytorium ożywiło się wyłącznie po dygresji, że Jan Bez Ziemi zamierzał odwołać Wielką Kartę, lecz objadł się brzoskwiniami, popił je jabłecznikiem i skonał, gałgan jeden, z pożytkiem dla demokracji. O brzoskwiniach i o demokracji nikt z włościan wtedy nie słyszał. O jabłeczniku – owszem. Dopiero w drodze powrotnej wuj zdążył zajrzeć do skryptu. Dotyczył on nie prawa, ale jabłek. Wykład miał bowiem traktować o sadownictwie w Anglii, a nie o sądownictwie. Na okładkę narobiły muchy, stąd nieporozumienie.

Być może rzeczywiście ktoś kiedyś pomylił spółki: jadąc na posiedzenie rady w spółce A przysnął w pociągu nad materiałami: nie dość, że dotyczącymi spółki B, to jeszcze nadmiernie obszernymi – po czym wystąpił z wnioskiem o odwołanie zarządu…

Tekst ogłoszony 6 listopada 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czarne chmury [2000]

Ofiarą agresywnych zachowań akcjonariuszy, wojen pomiędzy nimi, jest przede wszystkim spółka.

Spośród spraw stających na porządku obrad walnych zgromadzeń, najwięcej namiętności wywołują wybory rad nadzorczych. O miejsca w radach, lub o większość w nich, prowadzone są prawdziwe wojny w łonie akcjonariatu. Coraz częściej nie przestrzega się zasady, że w imię dobra spółki należy temperować zachowania, szanować obyczaje. Praktykowane są proceduralne faule. Dochodzi do tumultu.

Środowisko prawnicze upaja się zdumiewającą lekturą. Jest to akt notarialny – protokół walnego zgromadzenia VII NFI im. Kazimierza Wielkiego odbytego w ratach 15 i 21 września b.r. Ktoś bardzo sympatyczny skopiował dokument liczący 54 strony i przysłał mi go pocztą. Niebawem listonosz doniósł dokumentację pokrewną. Dziękuję!

Urobek pierwszego dnia obrad sprowadził się do tego, że zgromadzenie zostało otwarte i wybrało przewodniczącego. Lecz akcja przypomina osławiony serial „Czarne chmury”, w którym na przemian dokazywali radziwiłłowscy dragoni i elektorscy rajtarzy. Spoza kart protokołu wyziera obraz sytuacji. Radziwiłłowscy zarządzają funduszem. Elektorscy pragną nim zawładnąć. Skrzyknęli sporo szabel. Skarb Państwa dosiadł konia po ich stronie. Przeciwnicy pomawiają go o zdradę, wszak przyrzekł dochować neutralności.

Zanim radziwiłłowscy przeforsowali swojego na przewodniczącego, już dwoje elektorskich i Skarb Państwa złożyło jednobrzmiące wnioski o sprawdzenie listy obecności przez wybraną w tym celu komisję. Względem uchwały o wyborze przewodniczącego zgłoszono sprzeciw. Ledwo stwierdził on prawidłowość zwołania i zdolność zgromadzenia do podejmowania uchwał, zgłoszono wniosek o odwołanie go (bezskuteczny). Dla urozmaicenia Skarb Państwa, który poprzednio wnioskował o sprawdzenie listy, wycofał wniosek, ale gdy takie wnioski złożyli trzej radziwiłłowscy – ponowił swój, wycofany (o komisji radzono bez końca, lecz ostatecznie jej nie powołano).

Radziwiłłowscy gotowi paktować. Przewodniczący zarządza przerwę do 14.19. Elektorskim to się nie podoba, rwą do boju. Zgłaszają sprzeciw wobec przerwy, wniosek o głosowanie, żądanie kontynuowania obrad. Nadaremnie: po przerwie przewodniczący zarządza przerwę do 14.50. Po tej przerwie – trzecią do 17.00. Po tejże – następną. Elektorscy żądają kontynuowania obrad. Pytają: czy zgromadzenie zostało wznowione po przerwie? Skoro przewodniczący oświadcza, że nie – próbują go znowu odwołać. Wobec tego wznowiono obrady – i ogłoszono piątą przerwę, a po niej jeszcze szóstą, do 21 września.

W drugiej części obrad radziwiłłowscy użyli fortelu. Stwierdzili, że Skarb Państwa i jeden z akcjonariuszy po stronie elektorskiej utracili prawo głosu. Elektorscy odpowiedzieli serią prób odwołania przewodniczącego. Podważali bezstronność firmy obsługującej urządzenia do głosowania elektronicznego. Stwierdzili, że nie umieją głosować elektronicznie, więc będą głosować na kartkach. Radziwiłłowscy przeforsowali uchwałę, że elektorscy to awanturnicy, przeto w przyszłości niechaj przysyłają pełnomocników o wyższych kwalifikacjach moralnych. W ogólnym rwetesie pani rejent zaprotokołowała, że nie jest w stanie stwierdzić wyników głosowania nad tymi kwalifikacjami moralnymi. Właśnie!

I tak w kółko: radziwiłłowscy tłukli elektorskich i nie uznawali głosów Skarbu Państwa, a Skarb Państwa dzielnie występował po stronie elektorskich i wnosił sprzeciwy wobec odmawiania mu prawa do udziału w głosowaniu. Zamęt panował straszliwy. Na przykład: głosowano jakiś wniosek, po czym przewodniczący oznajmiał, że „ze względu na zamieszanie, jakie zaistniało na sali obrad, trudno jest ocenić, jaki był los tego wniosku”.

Skarbowi Państwa przybyła z odsieczą Komisja Papierów Wartościowych i Giełd. Daremnie! Radziwiłłowscy nie uznawali głosów Skarbu Państwa (tylko w ten sposób mogli pokonać elektorskich). Głosowano w nieskończoność, jawnie i imiennie, a pani rejent skrzętnie protokołowała wyniki głosowań i sprzeciwy. Wybory do rady nadzorczej przeprowadzono w głosowaniu tajnym. Obie koalicje głosowały na swoich kandydatów. Wszyscy kandydaci zostali w swoim przekonaniu wybrani, przeto zawiązały się dwie rady, przeto fundusz ma dwa zarządy. Do pełni szczęścia brakuje dwóch sądów, z których każdy poprze inną stronę.

Lecz sąd jest jeden. Przyznał on rację elektorskim. Stwierdził bowiem, że aczkolwiek przewodniczący nie uznawał głosów Skarbu Państwa, przecież jego stanowisko nie pozbawiło owych głosów mocy. Radziwiłłowscy wystąpili z wnioskiem o wstrzymanie wykonalności tego postanowienia, lecz został on oddalony. Na tym nie koniec serialu. Obie strony kują kosy, ostrzą szable. Oryginał dłużył się. Obecne wykonanie jest tak śmieszne, jak gdyby udział w nim wzięli Bracia Marx i Buster Keaton. Tylko spółki szkoda.

Tekst ogłoszony 30 X 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.
Czytaj także: 2000.11.20 Festiwal złych obyczajów

Nie deptać prawników [2000]

Powołaniem naszych czasów jest krzewienie porządku korporacyjnego. Ułatwi to kodeks spółek handlowych.

Niebawem wejdzie w życie nowy kodeks spółek handlowych. Kreuje on nowe typy spółek, wprowadza także zmiany zarówno do organizmów spółek już działających, jak do ich stosunków z otoczeniem. Czeka nas wiele zmian w dokumentach ustrojowych spółek. Obecnie niejedna spółka działa na cudzych papierach. Założyciele często korzystają z dokumentów innej spółki. Kopiują je bezmyślnie. Spółek nie wolno klonować jak owce. Każda powinna mieć własną tożsamość. Usprawni to jej działalność, ułatwi osiągnięcie celu gospodarczego, często przysporzy zysku.

Wejście w życie nowego kodeksu to dla wielu spółek znaczny kłopot. To ingerencja w ich spokojny byt. To przebudzenie ze snu zimowego. Teraz trzeba wziąć się do roboty, przejrzeć umowę spółki, rozpocząć podwyższanie kapitału, poprawić regulaminy walnego zgromadzenia, zarządu i rady nadzorczej. Jest to zarazem wyjątkowa szansa, by dokumenty ustrojowe spółki nareszcie oczyścić z nonsensów, zwłaszcza z postanowień sprzecznych z prawem. Spotykam je nawet w statutach niektórych spółek publicznych! Zgrozę budzą też regulaminy. Nie zapewniają one współdziałania spółki ze wspólnikami, ani między organami spółki.

Nowy kodeks jest wyzwaniem dla prawników. Rodzi się jednak pytanie, co robili oni do tej pory, skoro w spółkach gołym okiem widać fundamentalne nieprawidłowości? Powołaniem naszych czasów jest krzewienie zasad porządku korporacyjnego (ang. corporate governance), czego nie można dokonać bez współdziałania prawników. Natomiast polskie spółki prawników nie doceniają. Nie docenia ich także społeczność akcjonariuszy tych spółek. Owocuje to niedostatecznym udziałem środowiska prawniczego w radach nadzorczych.

Pisałem tu, jak wybitny polski ekonomista zestawiał swój dream team – idealny skład rady nadzorczej. Jego zdaniem, rada powinna być skomponowana z ekspertów finansów, przemysłu, zarządzania zasobami ludzkimi, informatyki i organizacji. Autor domaga się przy tym ochrony inwestora. Kto miałby ją zapewnić, kadrowiec czy przemysłowiec? Nie mam także nic przeciwko informatykom, ale uważam, że w radzie nadzorczej prawnik byłby bardziej pożyteczny. Kiedy z początkiem lat dziewięćdziesiątych rozpoczęto przekształcanie przedsiębiorstw w spółki handlowe, Skarb Państwa (reprezentowany przez ministra przekształceń własnościowych) skrupulatnie przestrzegał zasady, że w każdej radzie nadzorczej jest miejsce dla fachowców: prawnika i finansisty.

Resort odstąpił od tej zasady dopiero w trakcie konstrukcji programu NFI. Przesądziły o tym dwie przyczyny. Programem zawiadywał inny departament ministerstwa, w którym każda komórka prowadzi odmienną politykę. Ponadto na NFI baczenie miał sam premier, inż. Waldemar Pawlak. To on zabiegał wytrwale, by do rad nadzorczych NFI wprowadzać osoby „z wykształceniem inżynierskim”, cokolwiek ten termin oznacza. Konsekwencje widać gołym okiem. Przeprowadzono konkurs do rad nadzorczych NFI, ale z grona jego laureatów eliminowano prawników. Skomponowano rady złożone w dużej mierze z kapitanów wielkiego przemysłu, które pod okiem ministra negocjowały fatalne umowy o zarządzanie majątkiem funduszy. Zapewne sprawa odżyje przed wyborami parlamentarnymi. Kto będzie miał odwagę przeprosić za NFI?

Po akcji „Czyste Ręce” jej inicjator, ówczesny minister sprawiedliwości Włodzimierz Cimoszewicz proponował, by zrezygnować z reprezentowania Skarbu Państwa w radach nadzorczych przez urzędników i polityków, a w zamian odwołać się do korpusu profesjonalistów, na przykład radców prawnych, działających w granicach pełnomocnictw. Postulat poszedł w niepamięć. Przyjęto założenie, że wystarczy egzamin kończący kurs dla kandydatów na członków rad nadzorczych. Rzecz w tym, że egzamin bywa lipą.

Zasada TKM (ostatnio nazywana „marianizmem”) sprawia, że w radach nadzorczych zasiadają protegowani. Kolejni ministrowie mają swoich. Obecnie dobrze pochodzić z Nowego Sącza. Jest to zresztą piękne miasto. Sam jestem w nim urodzony. Perspektywa rychłego wejścia w życie kodeksu spółek handlowych winna skłonić środowiska gospodarcze i prawnicze do zacieśnienia współpracy. Bez współdziałania prawników, spółki nie podołają stojącym przed nimi zadaniom. Ale prawnik zatrudniony w spółce pracuje dla zarządu, chodzi koło jego interesów. Interesy zarządu i rady niekoniecznie pokrywają się. Dlatego rada nadzorcza jedynie w skromnym zakresie może korzystać z prawnika zarządu. Prawnicy w radach nadzorczych są dzisiaj bardzo potrzebni. Obecnie stoi przed nimi niepowtarzalna szansa wykreowania wartości dodanej spółek pod ich nadzorem. Przy ich udziale nowy kodeks pomoże przydać spółkom wyższą jakość. Z tego względu – postuluję, jak w tytule.

Tekst został ogłoszony 23 X 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także: 2000.07.31 Dream team
Czytaj także: 2004.02.23 Przepraszam za NFI

Rada z o.o. [2000]

Rady ograniczają swoją odpowiedzialność wpływając na zarządy środkami pozaprawnymi.

Styl pracy rad nadzorczych ulega przeobrażeniom pod wpływem polityki. Wcześniej uprawiano ją siekierką z kamienia łupanego, przeto i rady nadzorcze chętnie puszczały zarządy w skarpetkach (by w ich buty ubrać swoich ludzi). Dzisiaj uprawia się władzę z wygodnego tylnego siedzenia, przeto i rady nadzorcze uczą się przerzucać na zarządy odpowiedzialność za własne decyzje, podjęte nieformalnie – i nieformalnie wmuszane zarządom do wykonania.

Nie tylko spółki działają z ograniczoną odpowiedzialnością. Rady nadzorcze też. Spółka odpowiada kapitałem. Rada odpowiada uchwałami. Aby uniknąć odpowiedzialności, rada nadzorcza niekiedy wpływa na działania lub zaniechania zarządu środkami pozaprawnymi, innymi niż uchwały. Kodeks ich wprawdzie nie zna, nie dopuszcza, ale jeżeli to rada decyduje o składzie zarządu i jego wynagrodzeniach, zarząd nie będzie ryzykować posad, żądając od rady podkładki w postaci formalnej uchwały. Natomiast jeżeli rada nie decyduje o składzie zarządu i jego wynagrodzeniach, ma ona jeszcze w swojej dyspozycji arsenał środków nacisku, w tym możliwość zawieszania członków zarządu. Może to wprawdzie czynić jedynie „z ważnych powodów”, lecz znaleźć ważne powody doprawdy nie jest trudno. O tym, czy powód jest ważny, i czy występuje w liczbie mnogiej, decyduje przecież sama rada.

Czytam dokumenty pewnej spółki. W ubiegłym roku rada zebrała się sześć razy. Podjęła pięć uchwał. Wyłącznie w sprawach, których nie mogła rozstrzygnąć inaczej, niż uchwałą, jak badanie bilansu lub wniosku zarządu co do pokrycia straty. Ogromnej w zestawieniu z kapitałami spółki (połowa kapitałów została przez rok stracona, drugiej wystarczy na rok, może dwa…). Za to rada słała do zarządu „opinie, stanowiska i zalecenia w przedmiocie przedkładanych dokumentów spółki”. Ile było tych radosnych inicjatyw, sprawozdanie rady nie ujawnia. Nazywam je radosnymi, bo nie były przybrane w formę uchwał, czyli nie miały prawnego znaczenia.

„Zalecić” rada może zarządowi, by do kawy podawano jej śmietankę. Czego mogłyby dotyczyć „opinie” i „stanowiska”, nawet nie przychodzi mi do głowy. Lecz nie jest to, niestety, praktyka incydentalna. Kiedyś jeden z narodowych funduszy inwestycyjnych (ukryję go za wdzięcznym kryptonimem XXI NFI Biada) wprowadził do regulaminów rad nadzorczych swoich spółek parterowych przepis, zgodnie z którym „rada poza uchwałami może wyrażać opinie i stanowiska we wszystkich sprawach spółki oraz występować do zarządu z wnioskami i inicjatywami”. Z kolei „zarząd powinien powiadomić radę o zajętym stanowisku w sprawie opinii, stanowiska, wniosku lub inicjatywy niezwłocznie, nie później niż 21 dni od ich otrzymania”. Czyli: jak zarząd nie zajmie stanowiska w sprawie stanowiska, to straci stanowiska. Zawsze wspierałem program NFI, a i dzisiaj nie wyrzekam się go, lecz muszę przyznać, że wyrządził on nieobliczalne szkody porządkowi korporacyjnemu!

Uchwała organu spółki rodzi odpowiedzialność. Natomiast stanowiska, zalecenia, opinie lub wnioski przyjmowane „poza uchwałami” nie mają mocy prawnej, przeto nie rodzą odpowiedzialności. Niekiedy nie są nawet głosowane, więc nie wiadomo, kto był za, kto przeciw. Niekiedy nie są nawet sporządzone na piśmie, więc można im nadać ex post znaczenie zgoła przeciwne pierwotnie zamierzonemu. Zarząd mógłby zignorować te sprzeczne z prawem formy oddziaływania rady na jego politykę, ale zarządy obawiają się pouczać rady, a rady nie lubią być pouczane. Kiedyś rada poważnego banku próbowała okiełznać prezesa środkami nieformalnymi, a prezes lekceważył nie tylko zalecenia, ale i całą radę na dodatek, więc stracił stanowisko.

Wracam do materiałów wspomnianej wcześniej spółki, która nabija straty. Czytam: „rada i jej członkowie udzielali zarządowi porad i pomocy w rozwiązywaniu trudniejszych problemów”. Uszczelki załatwiali? Wcale nie po są rady nadzorcze, by mieszały się do zarządzania, nawet w formie „porad i pomocy”. Albo zarząd jest na tyle kompetentny, by nawet trudniejsze problemy sam rozwiązywać, bez porad i pomocy rady i jej członków (pewnie ilu członków, tyle porad, a co jedna – bardziej księżycowa), a wtedy nie należy mu się wtrącać. Albo zarząd wymaga pomocy w rozwiązywaniu problemów, a wtedy lepiej go zmienić, niż dopuścić uczestnictwo rady w prowadzeniu spółki i jej spraw – bez znaczenia, czy wespół z zarządem, wbrew niemu, czy ponad nim.

W spółce, o której piszę, nie ma ani grama polityki. Za to jest przejęty z polityki schemat „kierowniczej roli rady”, obecnie nazywany „kierowaniem z tylnego siedzenia”. Albowiem władza jest słodka, odpowiedzialność gorzka. Lecz czy jest sposób na radę z o.o.? Owszem. Nazywa się syndyk.

Tekst ogłoszony 17 lipca 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2000.07.03 Podkładka