Archiwa tagu: obcokrajowcy

Dlaczego warto rozważyć powierzenie szefostwa GPW obcokrajowcowi?

Obcokrajowiec na czele warszawskiej giełdy… Niespełna trzy lata temu zgłosiłem taki pomysł pod rozwagę rynku. Kandydata nie wskazałem, nie opowiadałem się za kimś ani przeciwko komuś. Uważałem, że trzeba ruszyć z miejsca, w którym giełda utknęła na dobre. Byłem świadomy, że pomysł nie zostanie zrealizowany. Polsce już wtedy, wiosną 2014 roku, opadały skrzydła. Wspominano jeszcze, acz z niewiarą, o przejmowaniu Wiednia z plejadą giełd zależnych, inwestowano na rynku brytyjskim, ale mentalnie byliśmy już odklejeni od świata, który zdawał się coraz mniej potrzebny. W zarządach i radach nadzorczych spółek strategicznych – tych o największym znaczeniu dla państwa, gospodarki, społeczeństwa – rozsiedli się sami nasi. Ekspatów nie chciały już także pozostałe spółki z udziałem Skarbu Państwa, bądź firmy rodzinne, nawet spółki mieniące się innowacyjnymi.

2017-01-17_kaDzisiaj powtarzam tamtą propozycję, chociaż zdaję sobie sprawę, że jest ona nierealna. Polska stała się bardzo nieufna wobec obcokrajowców. Obawiamy się ich w przekonaniu, że mogą nas zdemaskować, więc lepiej zatrzasnąć się przed nimi. Zatrzaskujemy zatem drzwi i okna. Niemniej korzyści płynące z proponowanego rozwiązania byłyby liczne i niezaprzeczalne. Obcokrajowiec z natury byłby kimś spoza układów, nie byłby ani z Tamtych, ani z Naszych, co dawałoby mu niezbędną samodzielność. To nie jest, nigdy nie było i nie powinno być, stanowisko polityczne. Co więcej: szef GPW ma robić swoje bez oglądania się na polityków. Bez podpinania się pod tę czy inną partię, koterię, kamarylę. Nie powinien wyczekiwać, kiedy komuś odpowiedzialnemu w rządzie za gospodarkę napiszą wreszcie slajd, który wspomni o giełdzie. Powinien natomiast recenzować politykę gospodarczą rządu przez pryzmat interesów uczestników rynku kapitałowego.

Państwo nie zawsze kieruje się interesami swojego rynku kapitałowego, ale powinno je znać. Lecz rodzimi politycy, zwłaszcza ci z najwyższego obecnie szczebla władzy, nie znają rynku kapitałowego. Wiedzą o nim tyle, że to żywioł, którego państwo nie poskromi. To się im nie podoba, ponieważ pragną wzmacniać państwo, rozwijać je kosztem, między innymi, rynku. Giełda pragnie ukształtować zachowania uczestników rynku dobrymi praktykami – zasadami pozbawionymi mocy obowiązującej, wypracowanymi przez sam rynek i obwarowanymi wspólnymi interesami. Politykom nie mieści się w głowach, że można dobrowolnie stosować regulacje, za którymi nie stoi państwo ze swoim aparatem przymusu. Świat oparty na wzajemnym zaufaniu i wspólnocie interesów jest dla nich nie do przyjęcia, ponieważ sami nikomu nie ufają, zwłaszcza sobie; do wspólnoty się nie poczuwają; ewentualnego partnera mają za przeciwnika i zamierzają zniszczyć, a jego interesów nie chcą szanować lub realizować.

GPW zawsze była, i wciąż jest, krainą fachowości. Jej rozwój był możliwy dzięki dyskretnej kurtynie odgradzającej ją od polityki. Zapowiedź zmiany prezesa przez najbliższe walne zgromadzenie nie spowodowała ogłoszenia żałoby narodowej, ale na giełdzie wzbudziła niepokój. Jedni boją się desantu „bankomatów”, czyli specjalistów z sektora bankowego. Inni dowodzą, że przecież gorsi są urzędnicy. Wyrażane są obawy, by giełda nie stała się kolejną agendą realizacji strategii odpowiedzialnego rozwoju. Nie mam nic przeciwko rozwojowi, ale wolę go bez przymiotnika. Przymiotniki już były.

Dzisiejsza Polska oddala się od Europy, więc i nasz rynek dryfuje w nieokreślonym kierunku. Gdybyśmy jednak ogłosili międzynarodowy konkurs na stanowisko szefa GPW, zachęcając do udziału w nim także zagranicznych menedżerów, zapewne moglibyśmy pozyskać ciekawe zgłoszenia. Jeszcze nie wszystkie mosty są zerwane, jeszcze istnieją szanse, że taki krok zostałby przyjęty w dobrej wierze.

We wspomnianym już tekście pisałem: „Rynek kapitałowy to środowisko szczególnie wrażliwe na swobodę przepływu kapitału, idei, specjalistów. Skoro mógł ekspat zostać szefem rumuńskiej giełdy lub gubernatorem Banku Anglii, dlaczego nie mógłby starać się o posadę na Książęcej?” Dzisiaj z powtórzę tezę o szczególnej wrażliwości rynku na swobodę. Wszelką swobodę. Bez niej niczego nie było, czego doświadczyliśmy w okresie słusznie minionym, ani nie będzie dzisiaj lub w przyszłości.
Czytaj także:
2014.03.31 Obcy na Książęcej?

Świata koło

Dźwignijmy poprzeczkę wymagań stawianych przed radami nadzorczymi, podnieśmy oczekiwania względem kompetencji ich członków, a różnorodność pojawi się sama.

Czas nie sprzyja różnorodności. Wszystko ma być na jedno kopyto, jak w Korei Północnej. Ale też nigdy polski rynek kapitałowy nie dbał o różnorodność, do dzisiaj nie dostrzega płynących z niej korzyści, nawet nie ogarnia jej znaczenia. Uważa się, że różnorodność jako atrybut corporate governance ma w Polsce tylko jeden wymiar i dotyczy proporcji mężczyzn i kobiet w składzie zarządów i rad nadzorczych. Nie mamy przecież problemów etnicznych, więc nie musimy mieć na uwadze kwestii reprezentacji mniejszości narodowych. Nie mamy problemów rasowych, więc nie musimy dbać o kolorowych.

Owszem, proporcje udziału w zarządach i radach nadzorczych są dla kobiet rozpaczliwie niekorzystne. Nie czerpiemy w dostatecznym stopniu z tej puli wielkiej talentów. Lecz nie jest to ani jedyne kryteriów różnorodności, ani – moim zdaniem – najważniejsze. Najbardziej dokucza mi niechęć wobec obcokrajowców. Ze szczególnym natężeniem manifestuje się ona w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Nie od dzisiaj, więc nie można rządzącej obecnie ekipie przypisać pełnej odpowiedzialności za taki stan rzeczy, obawy przed zagranicznymi menedżerami tliły się w nas już wcześniej, ale przynajmniej nie były uważane za cnotę, za powód do narodowej dumy. Nie służą gospodarce kwakania o powstawaniu z kolan, odzyskiwaniu podmiotowości, ani podobne nacjonalistyczne brednie.

Niektóre polskie spółki mają i międzynarodowe aspiracje, i możliwości ich realizacji. W ich zarządach i radach nadzorczych daremnie szukać ekspertów o międzynarodowym autorytecie w zarządzaniu. O składzie tych organów decyduje przede wszystkim polityka, co jest zjawiskiem fatalnym, ponieważ obecne kryterium poprawności w polityce personalnej („posady dla ziomali”) nie przystają do świata. Boli nie tylko, że partia rządząca działa w myśl schematu TKM (Teraz, K…., My). Boli zwłaszcza, że odwoływanych zastępują osobnicy pomniejszego kalibru. Zmiany u steru Orlenu lub KGHM nie wróżą Polsce utrzymania wysokich ratingów.

Stefan Kisielewski wytykał ekipie rządzącej PRL, że jest „dyktaturą ciemniaków”. Zabolało to ciemniaków, zabolało i Kisielewskiego, kiedy został pobity. Dzisiaj nie ma dyktatury, ciemniacy rozpłynęli się w społeczeństwie, nastała epoka średniaków, którzy może i powstali z kolan, ale wstydliwie kucają za krzaczkiem, pełni obaw, że obcy nas przejrzą, odkryją wstydliwą prawdę. Przeżywamy okres zatrzaskiwania drzwi, zamykania okien. Stajemy się zaściankowi. Młodzież mamy otwartą na świat, podróżującą, mówiącą językami, ale niektórzy spośród nowych menedżerów spółek z udziałem Skarbu Państwa pochodzą jakby z innej planety.

Potrzebna jest szersza perspektywa. Wielu członków zarządów i rad nadzorczych polskich spółek nie ma doświadczenia w innych spółkach, ani w innych branżach, „takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”. Trzeba jednak wyjść poza skromne doświadczenia z lokalnego podwórka. Nie orędowałbym za importem doświadczonych zagranicznych menedżerów, gdybyśmy mieli na rynku własnych specjalistów z praktyką w zagranicznych radach dyrektorów. Nie mamy ich, niestety, i nie zanosi się, by rozwinięte rynki importowały specjalistów z Polski. Nie uważam, że wprowadzony do polskiej spółki zagraniczny specjalista będzie lepszym menedżerem. Doskonale pamiętam początki polskiej transformacji, otaczane przez nas kultem brygady z Marriotta, często złożone także ze średniaków. Niemniej ufam, że obcokrajowiec świeciłby wśród naszych odmiennością, wzbogacając twórczą różnorodność talentów, postaw, doświadczeń kadry zarządzającej.

Na określenie jakości zarządów i rad nadzorczych polskich spółek giełdowych często używałem obrazowego porównania z meteorologicznych komunikatów o stanie wód na głównych rzekach kraju: wiele zarządów – mówiłem – kwalifikuje się do stanów wysokich, większość rad nadzorczych działa w dolnej strefie stanów średnich lub nawet w średniej strefie stanów niskich. Sprowadzenie roli rad nadzorczych w spółkach z udziałem Skarbu Państwa do mioteł służących jedynie do wyganiania zarządów, nie służy poprawie sytuacji. Ale zaangażowanie do pracy w polskich radach nadzorczych doświadczonych zagranicznych specjalistów nie będzie zadaniem łatwym z uwagi na przepastną różnicę wynagrodzeń za pracę w radach. Wynika ona z przepastnej różnicy w odpowiedzialności członków rad nadzorczych, u nas wciąż iluzorycznej.

Brak różnorodności w radach nadzorczych ma więcej wymiarów. Oprócz wspomnianej dyskryminacji kobiet przejawia się on w dążeniach do wypełniania rad osobami w podobnym wieku, reprezentującymi zbliżone doświadczenia i kwalifikacje, podobny profil zawodowy, nawet dyplomy tej samej uczelni ekonomicznej. Dźwignijmy poprzeczkę wymagań stawianych przed radami nadzorczymi, podnieśmy oczekiwania względem kompetencji ich członków, a różnorodność pojawi się sama.

Tekst ogłoszony 15 litego 2016 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Różnorodność krzepi

Postulat różnorodności w organach spółek publicznych bywa odbierany jako zachęta do promowania awansu kobiet na szczyty korporacji. Owszem, kobiet jest tam nazbyt mało, szczególnie wśród prezesów zarządów i przewodniczących rad nadzorczych, przy czym te ostatnie pełnią niekiedy funkcje ornamentacyjne. Lecz kwestia różnorodności przecież nie sprowadza się do płci. I nie jest drogowskazem wskazującym skrót pozwalający omijać wymóg kwalifikacji. Różnorodność jest twórcza, wspomaga wartość spółki, kiedy tworzy pożądaną kompozycję talentów, kompetencji, doświadczeń, wreszcie – kultur.

Każda spółka jest inna, wiec nie ma uniwersalnych recept na skład zarządu lub rady nadzorczej. Nierzadko akcjonariusze wybierają jednorodną radę nadzorczą, ta z kolei powołuje jednorodny zarząd. Niektóre polskie spółki pragną zatrzasnąć się w kręgu absolwentów jednego kierunku, uczelni, lub wydziału. Jedna z największych spółek źle czuje się w towarzystwie członków zarządu pochodzących spoza regionu, czyli „obcych”, nawet jeżeli reprezentują oni bardzo przydatne umiejętności. Sami swoi zrozumieją się najlepiej.

Brakuje mi w polskich spółkach, szczególnie w tych z udziałem Skarbu Państwa, doświadczonych zagranicznych menedżerów. Dotyczy to w szczególności spółek uznawanych za mające znaczenie strategiczne. Miałby obcokrajowiec w zarządzie lub w radzie nadzorczej godzić w żywotne interesy kraju? Dlaczego bronimy się przed tymi, których umiejętności mogłyby nas wzbogacać?

Chyba najtrudniej osiągnąć pożądaną różnorodność wieku członków rad nadzorczych. Do zarządów najczęściej wchodzą menedżerowie z bogatym doświadczeniem, zatem w wąskim przedziale wiekowym. W radach nadzorczych bywa inaczej: zasiadają w nich czasem osoby zaskakująco młode, czyli pozbawione wymaganych doświadczeń zawodowych i życiowych, praktyki w zarządzaniu i majątku. W świecie najczęściej rady składają się z dwóch grup wiekowych: dynamicznych pięćdziesięciolatków, oraz doświadczonych weteranów – sześćdziesięciolatków. Starszych dobiera się wtedy, kiedy bywa to uzasadnione ich szczególnymi umiejętnościami. Młodsi niech się wpierw czegoś nauczą.

Różnorodność polega na tym, by komponować skład organów spółki czerpiąc z możliwie najszerszej puli talentów. Nie jest w stanie wymóc tego prawo, ani instrukcje nadzoru nad rynkiem kapitałowym. Kwoty wymaganego udziału kobiet w organach spółek wydają się realne, ale nie przyjmiemy kwot udziału doświadczonych zagranicznych specjalistów, ani w ogóle osób utalentowanych i roztropnych. Akcjonariusze niech sami dbają o swoje pieniądze.

Tekst ogłoszony 15 lipca 2015 r. w dzienniku Rzeczpospolita
Czytaj także:
2010.05.27 Moda na poprawność
2015.02.17 Widzialna ręka rynku

Obcy na Książęcej?

Nie oręduję za tym, by już w najbliższym, wiosennym rozdaniu prezesem warszawskiej giełdy uczynić obcokrajowca. Chodzi mi o to, by taką możliwość każdorazowo brano pod uwagę. A także, by polskich kandydatów (oraz szczególnie przecież aktywne kandydatki) oceniano z uwzględnieniem ich doświadczeń w międzynarodowym środowisku, na zagranicznych rynkach, w globalnych korporacjach. Będzie to sprzyjać marzeniom o hegemonii Warszawy w regionie, ukaże rodzimą kompetencję do przewodzenia mu, a także otwartość na świat. Rynek kapitałowy to środowisko szczególnie wrażliwe na swobodę przepływu kapitału, idei, specjalistów. Skoro mógł ekspat zostać szefem rumuńskiej giełdy lub gubernatorem Banku Anglii, dlaczego nie mógłby się starać o pracę na Książęcej?

Łatwiej rzucić myśl na papier, trudniej wprowadzić ją w życie. Polska nie jest środowiskiem przychylnym obcokrajowcom. W radach nadzorczych polskich spółek jest ich niewielu, chociaż rodzimi nadzorcy często grzeszą brakiem doświadczenia, kwalifikacji, a nawet pojęcia, na czym w istocie polega ich praca. Ekspatów najłatwiej spotkać w radach spółek z poważnym udziałem obcego kapitału. Odczuwam ich niedostatek w radach nadzorczych spółek strategicznych, jak gdyby zagraniczny specjalista audytu wewnętrznego lub zarządzania ryzykiem stanowił zagrożenie dla suwerenności narodowej. Odczuwam ich niedostatek w spółkach zdominowanych przez liderów polskiego biznesu, w spółkach rodzinnych, w spółkach dumnie mieniących się innowacyjnymi, itd.

Także w zarządach spółek ekspaci występują najczęściej jako strażnicy obcego kapitału. Przez lata trzymaliśmy się zasady, że działającym w Polsce bankiem, choćby z przeważającym udziałem zagranicznego inwestora, może zarządzać wyłącznie tubylec. Prowadziło to do zwyrodnienia w postaci tzw. formacji podwójnej głosy. Tytularnym szefem był więc krajowiec, on występował w mediach i przed obliczem organów państwa, lecz spoza jego pleców realną władzę sprawował nasłany z centrali cudzoziemiec. Dla uniknięcia wszelkich wątpliwości ów cudzoziemiec w randze pierwszego wiceprezesa zarabiał więcej niż prezes. Pierwszy obcokrajowiec na czele dużego banku w Polsce, Ronnie Richardson (prezes Kredyt Banku) został zatwierdzony dopiero po medialnych sporach. Trzeba przyznać, że szkodliwa formacja podwójnej głowy szczęśliwie odchodzi w przeszłość.

Być może na niechęci do ekspatów zaciążyły „brygady Marriotta”, ekipy konsultantów o nikłej znajomości polskich realiów, natomiast przekonanych o własnej nieomylności. Często na cudzoziemców składano winę za nasze rodzime błędy i zaniedbania. Pamiętam, jak pewien profesor, długo rozpanoszony w programie NFI i wielce mu szkodzący, upatrywał niepowodzenie tego przedsięwzięcia w konflikcie nasi – obcy. Nasi byli w jego oczach cacy, obcy byli be. Inna sprawa, że nikt nie kwapił się do obrony obcych, wielu z nich zasłużyło na krytykę.

Boli nas, że w rankingu najlepszych uczelni świata dwa najwyżej notowane polskie uniwersytety błąkają się dopiero w czwartej setce z perspektywą przedostania się do piątej. Lecz ilu mamy w Polsce studentów zagranicznych? Ilu uczonych ze świata stale wykłada na naszych uczelniach? Pytany o szanse naszych czołowych uniwersytetów na awans w światowych rankingach Jan Sadlak, prezydent IREG Observatory on Academic Ranking and Excellence, wcześniej wieloletni dyrektor działającego w systemie UNESCO Europejskiego Centrum Szkolnictwa Wyższego, nie ma wątpliwości: „Polskie uczelnie powinny otworzyć się szeroko, umożliwiać wybór rektora spośród uczonych z innych ośrodków akademickich, także zagranicznych”. Kto potrafiłby wyobrazić sobie takie rozwiązanie?

Zdaję sobie sprawę, że także pogląd, iż prezesem giełdy – symbolu sukcesów polskiej transformacji gospodarczej, wręcz dobra narodowego – mógłby w najbliższym czasie zostać obcokrajowiec, będzie dla jednych niewyobrażalny, dla innych nierealny. Przecież szkoda. Niemniej warto o tym myśleć, dyskutować, wymieniać poglądy. Jak powiadał Mark Twain: „Dzięki temu, że ludzie różnią się poglądami, wyścigi konne mają sens”. A z toru wyścigowego już niedaleko na giełdowy parkiet.

Artkuł ukazał się 31 marca 2014 r. w dzienniku PARKIET
Czytaj także:
2002.08.27 Formacja podwójnej głowy
2000.11.27 Sami swoi

Formacja podwójnej głowy [2002]

W wielu instytucjach finansowych największą porcję władzy dzierży komisarz nasłany z wyższego szczebla.

W tytule nie nawiązuję do analizy technicznej. Formacją podwójnej głowy nazywam dualizm władztwa w spółce. Zjawisko to występuje w wielu instytucjach finansowych wchodzących w skład organizmów o zasięgu międzynarodowym, niekiedy zgoła globalnym. Jedną głową jest więc zarząd spółki (banku, towarzystwa ubezpieczeniowego, towarzystwa funduszy inwestycyjnych). Druga głowa kryje się gdzieś w chmurach, na szczeblu regionalnym lub w centrali. Jest to zjawisko charakterystyczne dla ery globalizacji. Występuje ono w wielu krajach.

Polega ono na tym, że zarządy instytucji finansowych nie zarządzają nimi. Najwyżej administrują. Załatwiają rutynowe sprawy, często bez własnej inwencji, stosując procedury przyjęte gdzieś daleko i wysoko. Decyzje merytoryczne podejmowane są w centrach biznesu, które znajdują się poza strukturą spółki. Nierzadko poza Polską. Można zrozumieć, że spółka będąca podmiotem zależnym korporacji międzynarodowej harmonizuje swoją lokalną politykę z globalną polityką spółki matki. Rzecz w tym jednak, że w takiej sytuacji gdzieś rozmywa się odpowiedzialność za treść i skutki decyzji.

Formacja podwójnej głowy bywa wcielana w życie różnymi metodami. W Polsce najbardziej popularna jest metoda ‘na komisarza’. Jest to najczęściej wysłannik centrali, który z zasady wchodzi w skład zarządu w randze wiceprezesa, skupiając w swoim ręku tak znaczne kompetencje, że prezes zarządu, tubylec, bywa cieniem swojego zastępcy. O rzeczywistej pozycji w zarządzie spółki córki decyduje zresztą w znacznym stopniu łatwość kontaktu z członkami zarządu spółki matki, bądź z osobami odpowiedzialnymi w centrali lub na szczeblu regionalnym za poszczególne linie biznesowe. Komisarz dysponuje lepszymi kontaktami, wszak wywodzi się z tamtego środowiska i do niego zapewne powróci, zanim wyślą go z kolejną misją do Turcji lub Brazylii.

O takim podziale władzy doskonale wiedzą pracownicy, szczególnie sekretarki. Czasem, gdy dzwonię do prezesa banku, sekretarka informuje mnie, że prezes jest zajęty, właśnie został wezwany do szefa, zresztą już czwarty raz dzisiaj, lecz za godzinę szef idzie na lunch, więc wtedy prezes oddzwoni.

W praktyce spotyka się także metodę ‘na telefon’. Szefostwo danej linii biznesowej codziennie rano, lub dwa razy dziennie, obdzwania swoje placówki, by zebrać informacje i wydać dyspozycje. Przez telefon ustawiany był na przykład zarząd towarzystwa funduszy inwestycyjnych wielkiego polskiego banku. W zarządzie zasiadali poważni finansiści. Raz posiadaczka stanowczego głosu (znanego dotąd tylko ze słuchawki) zjechała do Warszawy. Finansiści zaprosili ją na kolację do wykwintnej restauracji. Odmówiła, wybierając dyskotekę. Co świadczy, że na Zachodzie robi się kariery przed trzydziestką.

Dość żartów, bowiem temat jest poważny. Odpowiedzialność ponosi nie ten, kto z ukrycia pociąga za sznurki, lecz ten, kto – choćby tylko nominalnie – piastuje stanowisko. Analogia do niwy państwowej nie jest tu przypadkowa, wszak governance jest terminem oznaczającym władztwo zarówno w państwie (świadectwem książka Harolda Wilsona, ‘The Governance of Britain’), jak w spółce. W państwie odpowiedzialność ma najczęściej wymiar polityczny; w spółce też można stracić stanowisko, ale realna jest także odpowiedzialność cywilna i karna. Formacją podwójnej głowy w Wólczance właśnie zajęła się prokuratura: spółka córka karygodnie zmarnotrawiła powierzone jej środki, ponoć na polecenie liczącego się akcjonariusza. Zastosowano tam metodę ‘na marionetkę’, której przecież nie spotyka się w poważnych instytucjach finansowych.

Z formacją podwójnej głowy walczą ustawy i statuty spółek. Rejestr handlowy uwzględniał wyłącznie członków zarządu; krajowy rejestr sądowy obejmuje już także członków rady nadzorczej. Członkom organów instytucji finansowych stawia się rozliczne wymogi formalne. Ustanawia się kwoty, ilu członków zarządu lub rady ma wykazać się biegłą polszczyzną, obywatelstwem polskim i miejscem zamieszkania na terytorium Rzeczypospolitej. W dobie rozwoju lotnictwa domicyl bywa fikcją; nie liczy się, gdzie to mieszka – lub deklaruje, że mieszka – ale gdzie płaci podatki. Wymóg obywatelstwa łatwo spełnią wielopaszportowcy. Trudniej wykazać się sprawnością językową.

Formacji podwójnej głowy nie da się w pełni zwalczyć. Należy ją oswoić i ucywilizować. Może służyć temu raport roczny. Powinien on przejrzyście prezentować nie tylko wynik finansowy spółki, lecz także mechanizmy podejmowania decyzji w żywotnych dla niej sprawach, oraz istotę związków, strukturalnych i kapitałowych, między plejadą spółek zależnych, powiązanych i dominujących, tworzących daną grupę. Skoro bowiem co dwie głowy – to nie jedna, należy ukazać wartości kreowane przez ten model władztwa.

Artykuł został ogłoszony 27 sierpnia 2002 r. w tygodniku GAZETA BANKOWA.

Czytaj także:
2014.03.31 Obcy na Książęcej?
2000.11.27 Sami swoi

Sami swoi [2000]

Obcokrajowcy napaskudzili do NFI? Tak, ale za naszym przyzwoleniem. Sami też paskudzimy.

Program NFI nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Warto dociekać, dlaczego. Przyczynkiem do tematu jest szkic Jana Rymarczyka Problemy zarządzania narodowym funduszem inwestycyjnym. Konflikt „swoi” „obcy”, ogłoszony przez wrocławską Akademię Ekonomiczną w niskonakładowym zeszycie prac naukowych nr 867. Autor zwraca uwagę na charakterystyczne dla NFI konflikty między radami nadzorczymi funduszy a firmami zarządzającymi majątkiem funduszy. Rady to „swoi”. Firmy, często zdominowane przez udziałowców zagranicznych, to „obcy”.

Autor wskazuje na kilka źródeł konfliktu. Firmy zarządzające wybierano spośród byle jakich, ponieważ takie ubiegały się o zarządzanie majątkiem funduszy. Funduszom nie służy trójwładza: rada nadzorcza, zarząd, firma zarządzająca. Umowy o zarządzanie okazały się nieprecyzyjne, nadto faworyzują firmy zarządzające. Rady nadzorcze były malowane, bowiem nie miały jak wpłynąć na podwyższenie poziomu usług świadczonych przez firmę zarządzającą. Fatalnie skonstruowano wynagrodzenie firm zarządzających.

Jan Rymarczyk – od początku do lutego 1999 r. przewodniczący rady nadzorczej V NFI Victoria – wyznaje, że rada nadzorcza chciała widzieć firmę zarządzającą jako „wynajętego rewolwerowca”, zaś rewolwerowiec odciął radę od informacji, nie realizował uchwał rady i głosił pogląd o jej niekompetencji. Bezkarnie.

Rady nadzorcze reprezentowały krajowy interes społeczny, zaś firmy zarządzające działały na rzecz swoich właścicieli, transferując zyski za granicę. Personel firm zarządzających był niewielki, niewystarczająco wykwalifikowany (czego dowodzi częsta nieznajomość języka polskiego), nieprzygotowany psychospołecznie i kulturowo do pracy w obcym środowisku. Spółkami zarządzano nieudolnie, restrukturyzując je powierzchownie, wysoko opłacając konsultantów, podejmując nietrafne, trudne do umotywowania decyzje personalne w stosunku do zarządów. Ministerstwo osłaniało firmy zarządzające i ich niekompetencję. Pod naciskiem resortu rady nadzorcze wycofywały wypowiedzenia dla firm zarządzających. Skarb Państwa odwoływał z rad nadzorczych członków działających w interesie funduszy. Autor przytacza kilka przykładów.

Prof. Rymarczyk wspomina o wątku kryminalnym w działalności jednego z funduszy. „W związku z tym drobni akcjonariusze złożyli donos o popełnieniu przestępstwa przez E. Wąsacza, Ministra Skarbu Państwa, a wcześniej kolejno: prezesa rady nadzorczej i zarządu IV NFI”. Uczony trafnie stwierdza, że był to po prostu – „donos”. Swoją drogą, opinia publiczna cierpliwie oczekuje na wyjaśnienie sprawy kredytu od grupy Raiffeisena (prof. Rymarczyk uporczywie obstaje przy błędnej pisowni tego – historycznego przecież! – nazwiska). Wiele obserwacji autora z osobna zasługuje na uwagę i szacunek, ale w nagromadzeniu są one jednostronne. Profesorowie powinni pisać odpowiedzialnie, rzetelnie przedstawiając obraz spraw. Od przesadnych, jednostronnych ujęć mamy felietonistów. Do czego doszło, by felietonista miarkował uczonego!

Jan Rymarczyk stwierdza, że konflikt swoi – obcy został ostatecznie rozstrzygnięty na korzyść obcych. „Dotychczasowi członkowie rad nadzorczych, pochodzący z konkursu zostali zastąpieni nie tylko przez nich, ale także przez nowe osoby, skierowane przez Skarb Państwa. Związane to było ze zmianą koalicji rządzącej i odbyło się w ramach tzw. dzielenia policzonych łupów.” Tak pisze profesor. Co do słowa. I przecinka.

Członków rad nadzorczych z konkursu zastępowano nowymi z wielu powodów. Zasada powoływania wyłącznie tych z konkursu obowiązywała tylko do dnia zwołania pierwszego walnego zgromadzenia, w którym mogli uczestniczyć akcjonariusze inni niż Skarb Państwa. Spośród tych z konkursu, niektórzy uchowali się w radach dłużej. Nawet do tej pory. Może są kompetentni? Zgadzam się z autorem, że obcokrajowcy napaskudzili do programu NFI. Oraz, że Skarb Państwa temu sprzyjał. Oraz, że rady nadzorcze funduszy wykazały bierność lub bezsiłę. Dodałbym jednak, że przecież nie wszystkie.

Kiedy Skarb Państwa obsadzał rady nadzorcze NFI kandydatami z konkursu, niektórych pominięto. Byli nie dosyć „swoi”. Za to niektórzy z przewodniczących rad nadzorczych funduszy zabiegali u firm zarządzających majątkiem funduszy (czyli u „obcych”) o nasycenie rad nadzorczych spółek parterowych własnymi współpracownikami. Lub nawet wasalami. Czyli samymi swoimi. Byli wśród nich ludzie kompetentni. Jednego nawet poznałem. Kilku innych też. Dopisałbym to do listy przyczyn niepowodzenia programu NFI. Gdyby zaś kto był ciekaw – dodaję, że referat traktujący o konflikcie swoi/obcy przedstawiono na konferencji „Internacjonalizacja i globalizacja gospodarki polskiej. Handel międzynarodowy i inwestycje zagraniczne”. W sam raz.

Tekst ukazał się 27 listopada 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2014.03.31 Obcy na Książęcej?
2002.08.27 Formacja podwójnej głowy