Archiwa tagu: obligacje

W mrocznym labiryncie światowych finansów – powieść Tomasza Pruska

Tomasz Prusek: P·I·I·G·S.                                                                                                        

Świat giełdowych spekulacji. Tu można wygrać miliony lub stracić wszystko. Nawet życie.                                                                                                                     

Wydawnictwo Agora 2019. S. 343. Cena zł 36,99.

Powieść Tomasza Pruska prowadzi czytelnika przez labirynt światowych finansów, odsłania ich tajemnice, ukazuje mechanizmy spekulacji na szkodę rynków finansowych i pozwala zrozumieć, jak toczy się mroczna gra o nieprzeciętne zyski prowadzona przez fundusze, banki, rządy i tajne służby.

Fabułę wypełniają postacie, instytucje, wydarzenia, wykreowane przez Autora na podstawie jego znajomości tematu. Tomasz Prusek był przez wiele lat dziennikarzem Gazety Wyborczej piszącym o polskim rynku kapitałowym. Jego teksty wyróżniały się znawstwem i dojrzałością, co zjednało mu uznanie środowisk finansowych i czytelników. Przed kilku laty zadebiutował jako pisarz powieścią K·I·S·S umiejętnie łączącą dramaturgię opisywanych skandali rynkowych z przystępną dydaktyką o naturze pieniądza, rynku, spekulacji i oszustw. Była to pierwsza w naszej literaturze próba powieściowego opisu tych zjawisk, została ona dobrze przyjęta przez czytelników, recenzenci nie szczędzili pochwał (na tle tego, co pisali inni, moja recenzja wypadła zbyt blado).

Można było oczekiwać, że Autor podąży za sukcesem, co wszakże następuje nie od razu. P·I·I·G·S to poniekąd kontynuacja poprzedniej narracji, ale wyprowadzona z polskich realiów w szeroki świat i wypełniona aferami o globalnym już zasięgu. Tytuł powieści to skrót złożony z inicjałów nazw krajów, które na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku wpadły w kryzys spowodowany nadmiernym zadłużeniem. Pierwotnie chodziło o Portugal – Italy – Greece – Spain, państwa południa Europy, członków Unii i uczestników strefy eura. Nieco później dołączono do nich drugie I – Irlandię, która co pewien czas wpada w kłopoty; niemniej skrót niewiele wyjaśnia, bowiem największym grzesznikiem była – i nadal jest – Grecja. Została ona przyjęta do Unii pod wpływem kalkulacji politycznych i sfałszowanych statystyk, bez pamięci zadłużała się, nie była w stanie obsługiwać zadłużenia, co zagroziło napakowanym jej obligacjami bankom francuskim i niemieckim. Te niemieckie może pójdą  na dno, ale francuskim koncertowa akcja pomocy Grecji rzeczywiście pomogła. Po szczegóły odsyłam do omawianej powieści. Najważniejszych informacji Autor nie przekazuje od siebie, utyka je w wypowiedziach dramatis personae, co jest zabiegiem zręcznym.

Książka ma dwie bohaterki: Olgę Kirsch i strefę eura. Pierwsza, znana już z kart poprzedniej powieści, jest postacią fikcyjną, aczkolwiek niektóre jej cechy zapożyczono od prawdziwych osób. Autor nie kryje sentymentu dla pierwszej, kreśli idealistyczny obraz młodej, arcyzdolnej finansistki. Druga bohaterka – strefa eura jest bytem rzeczywistym, mam do niej ogromny sentyment, chciałbym znaleźć się w niej, chociaż kalendarz nieubłaganie przekreśla tę nadzieję. Oglądana w lustrze powieści strefa eura prezentuje się mniej ciekawie, ma wiele słabości, lecz w końcu zostaje uratowana.

Z zainteresowaniem będę oczekiwać kolejnej powieści: czy intryga sięgnie gwiazd? Na tylnej okładce czytam błyskotliwą wypowiedź: „Kiedy Bóg stworzył Olgę Kirsch, w niebie trwała hossa”. Olga jest postacią pozytywną: doskonale orientuje się w arkanach sztuki finansów, ma przy tym zasady, stara się być uczciwą i etyczną. Nie są to cechy na rynkach szczególnie rozpowszechnione, ogromna większość osób opisywanych przez Pruska zapewne wywodzi się z piekieł i do nich niebawem powróci.

Akcja prowadzi czytelnika między innymi przez gabinet szefa banku federalnego w Nowym Jorku, gabinet zarządzającego globalnym „sępim” funduszem (kiedy takie pojęcia pojawiają się w tekście, zostają należycie objaśnione), alpejską klinikę nieopodal Berchtesgaden, oficjalne i tajemne adresy instytucji finansowych w Londynie, pole elitarnego klubu golfowego nieopodal Nowego Jorku (pojawia się na nim, na krótko, bo niezadługo trafi za kratki, sobowtór Bernarda Madoffa), pokład gigantycznego superjachtu greckiego finansisty, feralny hotel w Atenach, osobliwy pub w londyńskiej Soho, ponury gmach berlińskiego ministerstwa finansów, niemiecki ośrodek analiz finansowych, gabinet prezesa dużego greckiego banku, rzymskie centrum konferencyjne, greckie ministerstwo finansów, biura agencji bezpieczeństwa narodowego USA, bar kawowy lotniska w Zurychu, Biały Dom, Ministerstwo Finansów w Warszawie, Europejski Bank Centralny, alejkę w nowojorskim Central Parku, Dublin i prowincjonalną destylarnię whiskey (z pokojami gościnnymi), zurychską willę tajemniczego arcyspekulanta, ławkę przy fontannie w londyńskim Parku Św. Jakuba, wreszcie – kabinę luksusowego prywatnego odrzutowca oczekującego w Londynie na pozwolenie startu… Akcja toczy się wartko, ciekawie. Nie trzeba kończyć szkół ekonomicznych, by zrozumieć misterną intrygę. To dobra książka.

Wątkowi przewodniemu towarzyszą godne uwagi wątki uboczne. Jak ten, gdy doradca prezydenta USA setki razy starał się odpowiedzieć sobie na pytanie, jak jeden, niepozornie wyglądający człowiek, który pomimo miliardów dolarów na koncie nie nosił garniturów Armaniego ani butów Gucciego, mógł przewidzieć na giełdzie coś, czego nie przewidział rząd federalny, bank centralny, komisja papierów wartościowych razem wzięte? Dodam, iż ów zadziwiający geniusz finansów nawet nie miał na mankietach koszuli wyhaftowanych swoich inicjałów.

Z należnym szacunkiem dla Pruska – pisarza, który jak nikt potrafi przenikać tajemnice wielkich finansów i interesująco je opisać, pragnę wyrazić żal, że z łamów Gazety Wyborczej znikł Prusek – komentator rynku kapitałowego, kompetentny, rzeczowy, potrafiący utrzymać należny dystans do opisywanych zjawisk, wydarzeń, procesów. Tracą na tym czytelnicy, traci gazeta. Tematyka giełdowa warta jest uwagi.

Czytaj także:

2014.05.29 Im więcej kobieta ma zasad…

 

 

ALERT: Pod rynkiem tyka bomba! Czy obligacje banków Czarneckiego wysadzą nas w powietrze?

  • Istnieje niebezpieczeństwo, że obligacje wyemitowane przez banki Leszka Czarneckiego zostaną osierocone;
  • W przypadku obligacji Idea Banku, realnie zagrożonego, dotyczy to obligacji o wartości ok. 500 milionów złotych;
  • Jeżeli Getin Bank nie zdoła pozyskać inwestora strategicznego, zagrożenie może dodatkowo objąć obligacje o wartości 1 900 milionów złotych;
  • Spowodowałoby to niewyobrażalne konsekwencje dla inwestorów, rynku obligacji, TFI, GPW, a także PPK, oraz głęboki kryzys zaufania do państwa i jego organów.

Być może tuż za rogiem czeka nas katastrofa. Jeżeli spełni się czarny scenariusz i banki Leszka Czarneckiego nie będą w stanie obsłużyć wyemitowanych obligacji, pogrąży to nie tylko ich obligatariuszy, lecz stopniowo, krok po kroku, cały rynek. Najpierw dotknięty zostanie obrót obligacjami, ucierpią fundusze obligacji, akcjonariusze i klienci banków, nie tylko notowanych na GPW (bo znowu wzrosną już wysokie obciążenia), obligatariusze i akcjonariusze innych spółek, fundusze inwestycyjne, OFE, Giełda Papierów Wartościowych. Kryzys rynku może wstrząsnąć państwem, przekreślić (przecież już nadwerężone kilkoma wydarzeniami) zaufanie do regulatora i nadzorcy, zagrozić Pracowniczym Planom Kapitałowym.

Media chyba nie widzą problemu. Serwisy informacyjne żyją głównie tematami dnia, ich wyobraźnia się sięga przyszłych dni i tygodni. Dlatego eksponują wieść, że Getin Noble Bank wszedł oto do indeksu WIG40, co może być przez laika poczytane za dobrą wiadomość. Martwią się także losem TFI, które zainwestowały spore środki w ZM Henryk Kania, co zaciążyło na wartości aktywów kilku funduszy obligacji. Piszą o „obligacyjnej odwilży”. Lecz istota sprawy tkwi gdzie indziej.

Po pierwsze, zagrożone obligacje podporządkowane Idea Banku znajdują się przede wszystkim w portfelach inwestorów detalicznych. Po drugie, są to często ci sami inwestorzy, którzy utopili swoje środki w papierach Getback SA. Na temat kryzysu tej spółki sporządziłem ogłoszony tutaj raport, wskazuję w nim rozlicznych winnych i współwinnych katastrofy, lecz do tego grona nie zaliczam indywidualnych obligatariuszy. Działali oni w dobrej wierze pokładanej w emitencie, jego inwestorze strategicznym, dystrybutorach papierów, nadzorze nad rynkiem i państwie. Misterny system ochrony interesów obligatariuszy zawiódł na całej linii. To nie powinno się zdarzyć. To nie może się powtórzyć!

Komisja Nadzoru Finansowego pozwalała na sprzedaż obligacji Idea Banku klientom detalicznym. Winę można zwalić na poprzedniego przewodniczącego (ciekawe, co się dzieje w jego sprawie?). Bankom Leszka Czarneckiego zaszkodziły i nadmierne apetyty na ryzyko, i chciwość ich kierownictwa, i koniunktura na rynku, i „afera 1 procenta”. Nawiasem: ów jeden procent zdecydowanie potaniał, co jednak nie jest dobrą wiadomością. Zaszkodziły też – jeszcze nieznane w pełni – konsekwencje zaangażowania Idei Banku w obligacje Getback.

Lecz obligatariusze nie ponoszą odpowiedzialności za sytuację banku. Nie są nimi naiwni inwestorzy w Złoto Kolchidy (Amber Gold). Gdyby doszło do ich pokrzywdzenia w procesie resolution, skutki byłyby fatalne. Inwestor oszukany, a wkrótce potem skrzywdzony, w papiery dłużne nie zainwestuje. Odczuje to boleśnie kilka branż. Najpierw będą to spółki żyjące z kapitału indywidualnych obligatariuszy: przemysłowe, windykacyjne, budowlane. Wkrótce do reszty odpłynie kapitał z funduszy inwestycyjnych, następnie z GPW. Gospodarka pozbawiona wsparcia, opuszczona przez dostawców kapitału, pogrąży się w kryzysie, co ugodzi w dobrostan pokoleń pozbawionych oszczędności i nadziei. 

Także obligacje Getin Noble Banku w lwiej części znajdują się w portfelach indywidualnych inwestorów. Jeżeli bank nie pozyska inwestora strategicznego (a kryzys Idea Banku sprzyja tej fatalnej możliwości), osierocone mogą zostać dodatkowo papiery o nominale 1 900 milionów zł. Bank już od dawna nie spełnia wymogów kapitałowych. Sytuacja obligatariuszy byłaby korzystniejsza, gdyby konieczna interwencja została podjęta wcześniej, gdy kapitały własne banku były wyższe. Ta okazja została stracona.

Oprocentowanie emitowanych przez inne banki obligacji podporządkowanych może wydatnie wzrosnąć w obliczu ucieleśnionego w nich ryzyka. Oznacza to groźbę podwyższenia kosztu pozyskania kapitału. Należący do dużego banku dom maklerski, z którego korzystam, wycofał się od czasu załamania papierów Getback SA, może na stałe, z oferowania wszelkich obligacji.

Zapowiadana możliwość nadejścia katastrofy w następstwie osierocenia obligacji banków Czarneckiego nie ma w sobie owej nuty dramatyzmu, jaka nadała ton kryzysowi Getback SA. Nie ma tu toczącego się wątku kryminalnego – gdyż „afera 1 procent” przecież się nie toczy. Nie ma tu missellingu, który w przypadku obligacji Getback definiowałem jako „oferowanie przez niewłaściwe podmioty, niewłaściwym nabywcom, w niewłaściwy sposób, niewłaściwych walorów”. Z tej strony był tu porządek. Grozy mógłby dodać sprawie powołany przez BFG „Zły Bank”, ale nie zdołał on jeszcze ujawnić swojego charakteru. Wszelako mam nadzieję, że Bankowy Fundusz Gwarancyjny i Komisja Nadzoru Finansowego pod nowymi kierownictwami zdołają jeszcze rozbroić minę, która tyka pod rynkiem. Czasu zostało niewiele!

Czytaj także:

2019.03.04 Getback i corporate governance. Raport Nartowskiego