Archiwa tagu: obowiązki informacyjne

Przejrzystość i jej ramy

Rafał Filip Szymański, Karolina Kocemba: Obowiązki informacyjne spółek publicznych. LexisNexis 2013, s. 218, cena zł. 89.

Książka ukazała się w udanej serii z paragrafem „Prawo w praktyce”. Sygnowana jest przez kancelarię Tomczak i Partnerzy znaną z licznych publikacji o walorach dydaktycznych. Opracowana została przystępnie, jest dobrze napisana, łatwa w lekturze; dodam, że także niewielka rozmiarami (format ma kieszonkowy) i stosunkowo droga. Cena byłaby ewentualnie usprawiedliwiona wąskim kręgiem potencjalnych odbiorców, ale w tym przypadku jest inaczej: ten praktyczny przewodnik po obowiązkach informacyjnych spółek publicznych nie jest pozycją niszową. Wróżę mu powodzenie zarówno u nadawców, jak odbiorców strumieni informacji kierowanych na rynek przez spółki publiczne w ramach ciążących na nich obowiązków informacyjnych.

Współczesna gospodarka bazuje na zaufaniu. Jego dostatek sprzyja wzrostowi, niedostatek pobudza sytuacje kryzysowe. Racją nakładanych na spółki publiczne obowiązków informacyjnych jest zwiększanie przejrzystości i przewidywalności emitentów, czystości i wolumenu obrotu, jakości rynku kapitałowego. Autorzy nie poprzestają na omówieniu przepisów, wskazują na ich genezę i rolę gospodarczą. Wywód jest zdyscyplinowany, skoncentrowany na trzech wątkach (obowiązek prospektowy, obowiązek przekazywania do publicznej wiadomości informacji poufnych, obowiązek upubliczniania informacji bieżących i okresowych); w zarysie przedstawiono także odpowiedzialność i sankcje za naruszenie obowiązków informacyjnych. Wobec tego pominięto obowiązki informacyjne spółek akcyjnych wynikające z Ksh oraz obowiązki informacyjne związane ze znacznymi pakietami akcji spółek publicznych. Nie podjęto także analizy wymogów informacyjnych nałożonych na spółki notowane w alternatywnym systemie obrotu. O wartości publikacji przesądza w dużej mierze wzbogacająca jej warstwę informacyjną warstwa refleksyjna: opisując, jak emitenci powinni wykonywać obowiązki informacyjne, Autorzy klarują, jakie są przyczyny i cele tych obowiązków i jakie korzyści płyną, dla samych emitentów i dla rynku, z ich sumiennego wykonywania.

Polecam szczególnie rozdział pierwszy, omawiający kolejno ogólną teorię i znaczenie informacji dla uczestników rynku (jest ona postrzegana jako jeden z najważniejszych instrumentów ochrony interesów inwestora), asymetrię informacji między spółką a inwestorami, ratio legis nakładania na spółki publiczne obowiązków informacyjnych, obowiązki informacyjne w systemie corporate governance, systematykę obowiązków informacyjnych spółek publicznych i pojęcie spółki publicznej.

Omówieniu obowiązujących przepisów w ich kontekście gospodarczym i społecznym towarzyszy krytyka przyjętych rozwiązań i postulat poszukiwania nowych, bardziej skutecznych. Albowiem „…choć obecne ukształtowanie obowiązków informacyjnych tworzy złożony system, który rzeczywiście najlepiej zabezpiecza rynek przed niebezpiecznym deficytem informacyjnym, to obserwacja praktyki pokazuje, iż nie jest on idealny, a spółki publiczne miewają istotne trudności z prawidłowym jego zastosowaniem” (s. 203). Lepiej byłoby przyjąć rozwiązanie wskazujące emitentom, o czym i w jakim trybie powinni informować, a o czym i kiedy – nie. Wiele trudności sprawia raportowanie informacji poufnych: „rynek rzadko jest informowany o zdarzeniach rzeczywiście istotnych według elastycznie sformułowanych przepisów ustawowych o informacji poufnej” (s. 204). Na zakończenie Autorzy omawiają propozycje zmian przepisów i ich ewentualnych skutków.

Obowiązki informacyjne to cecha najsilniej różniąca spółkę publiczną od innych spółek handlowych. Wymogi przejrzystości działania i szybkości przekazywania na rynek przewidzianych prawem informacji kreują nie tylko odmienny reżim prawny, w jakim działa spółka publiczna, także odmienną jej naturę. Uchwalając w roku 2000 Kodeks spółek handlowych ustawodawca zakładał jedność regulacji dotyczących spółek publicznych i niepublicznych, korygowaną względem spółki publicznej przepisami o charakterze lex specialis. Czas zweryfikować to założenie. Coraz więcej przepisów Ksh (na przykład dotyczących walnego zgromadzenia) rozszczepia ustrój spółki akcyjnej i spółki publicznej. Mnogość przepisów o obowiązkach informacyjnych jest jednym z argumentów wspierających postulat dokonania podziału Ksh na prawo o spółkach handlowych i prawo o spółkach publicznych. Lecz to już temat na inny komentarz…

Czytaj także: 2000.08.07 Rekomendacja – kreuj!

Kultura raportu rocznego [2003]

Spółka jest winna rynkowi i akcjonariuszom rzetelną informację o swoich poczynaniach i zamierzeniach.

Wzrasta znaczenie raportu rocznego. Ambitne spółki widzą w nim sposobność do rzetelnej autoprezentacji. Zyskują na tym względem konkurencji, która po staremu śle na rynek ociekające lukrem broszury marketingowe. Dobry raport sytuuje spółkę nie tylko na tle jej historii, także na tle sektora i rynku; wnikliwie i krytycznie przedstawia jej otoczenie, sytuację i perspektywy. Wynik oczywiście też się liczy, lecz wcale nie jest jedynym kryterium oceny spółki. Dzisiaj rynkowi nie wystarcza wiedza, ile spółka zarobiła lub straciła. Nie bez znaczenia jest także, jak spółka zarobiła, albo dlaczego straciła. Same liczby tego nie powiedzą. Dlatego w raporcie rocznym nad kolumnami liczb, wykresami i ilustracjami, górują słowa.

Raport roczny z natury wychodzi poza ciążące na spółce obowiązki informacyjne. W komunikatach bieżących spółka ogłasza to, co musi; tutaj może ponadto ogłosić, co uzna za stosowne. Jest to najlepsze miejsce dla przedstawienia przez spółkę jej misji, strategii, corporate governance, etyki działalności, oceny krajobrazu gospodarczego, pozycji konkurencyjnej, porównania osiągnięć z zamierzeniami, wrażliwości i odpowiedzialności społecznej, innowacji i nowych produktów, osiągnięć w dziedzinie badań i rozwoju, relacji ze spółkami zależnymi, a także ich struktury i dokonań, wynagrodzenia biegłego rewidenta (oraz kwot wypłaconych firmie audytorskiej tytułem innych usług), indywidualnych wynagrodzeń członków zarządu i rady nadzorczej wraz w wszelkimi ubocznymi świadczeniami (i z uwzględnieniem bieżącej wartości przyznanych im kiedyś opcji), wyzwań, ryzyk, niepewności, oraz błędów i złych wiadomości. Raport nie musi być hymnem pochwalnym. Nic nie uwiarygodni spółki bardziej, niż sumienne przedstawienie negatywnych wydarzeń, zagrożeń, niepowodzeń. Sam Warren Buffet przyznaje się do błędów (jest w tym zresztą odrobina kokieterii) i mocno akcentuje niesprzyjające okoliczności.

Niektóre spółki publiczne są najwyraźniej zmęczone obowiązkami informacyjnymi (ponieważ przychodzi im odsłaniać niekorzystne informacje) i emocjonalnymi reakcjami analityków na ich raporty kwartalne. Lecz kwartał jest tylko częścią cyklu gospodarczego, którego jednostką jest rok. Nie jestem orędownikiem ogłaszania sprawozdań kwartalnych, lecz nisko cenię spółki, które nie ogłaszają raportów rocznych, albo usiłują wykorzystać ten instrument dla agresywnej reklamy. W Polsce nie mamy bogatej tradycji raportów rocznych. Mamy też do czynienia z biernością rad nadzorczych. Stąd przyjęte przez giełdę zasady dobrej praktyki przewidują, że spółka publiczna ogłasza raport roczny i zamieszcza w nim dokonaną przez radę nadzorczą, niezależną od zarządu ocenę sytuacji spółki. Zmusi to rady do samodzielności i uświadomi ich członkom, że za każde słowo tej oceny – oraz za brak właściwego słowa – poniosą odpowiedzialność.

Spółki nauczą się odpowiedzialnie traktować swoje raporty roczne dopiero wtedy, gdy rynek nauczy się z nich korzystać. Warto studiować raporty, by poznawać spółki, ich produkty, oraz rynki na jakich działają. Oto kilka przykładów na kanwie raportów za 2002 rok. Raport fińskiej spółki Setec może służyć za świetny przewodnik po innowacjach technicznych i tendencjach w dziedzinie kart o najwyższych parametrach bezpieczeństwa i urządzeń służących identyfikacji wizualnej. Raport ING Banku Śląskiego zawiera cenne wyznania na temat kierunków rozwoju banku. Ciekawskim polecam zdjęcie prezesa na s. 10, a raczej – widok za oknem (Warszawa to, czy raczej Katowice?).

Cenny użytek z raportu rocznego potrafią czynić spółki niepubliczne. W raporcie Samopomocy bardzo ważna jest deklaracja zawarta w liście prezesa rady nadzorczej, że inwestor strategiczny, HDI, będzie w miarę wzrostu sprzedaży obejmował akcje następnych emisji. Takie przyrzeczenie waży tu znacznie więcej, niż w oświadczeniu dla prasy, albo nawet w liście intencyjnym. W raporcie rocznym Ergo Hestii nie ma ani słowa o działalności rad nadzorczych obu towarzystw. Za to wyraziście przedstawiono społeczną odpowiedzialność i obywatelską aktywność grupy. Wysublimowane artystycznie wydawnictwa Ergo Hestii dowodzą, że raport roczny jest jak mężczyzna z piosenki Jacka Fedorowicza: nie musi być piękny, ale wcale nie szkodzi gdy jest. Tym razem grupa zaskakuje nas chłodną ascezą alfabetu Braille’a.

Na rozwiniętych rynkach kształtuje się już kultura raportu rocznego. Finansiści dokładają starań, żeby dla dobra spółki odsłonić jak najwięcej, bo wtedy raport może dać oparcie decyzjom inwestycyjnym. Dlatego spółki konkurują nie tylko wynikami, także ich prezentacją. Coraz więcej znaczy przekonanie, że przyszłość rynków zależy od zaufania pokładanego w nich przez inwestorów, a źródłem zaufania jest dostęp do informacji: rzetelnych, zrozumiałych, kompletnych, porównywalnych.

Tekst ogłoszony 21 lipca 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.

Przejrzystość w granicach rozsądku [2003]

Spółkę ocenia się nie tylko po wynikach, także po jakości informacji udostępnianych rynkowi.

Niedawno nowy prezes wielkiej państwowej firmy zapowiedział, iż dołoży starań, by pod jego kierownictwem spółka stała się przejrzysta jak akwarium. Wyborne porównanie! W powszechnym przekonaniu wzorcem przejrzystości bywa kryształ, lecz jest on strukturą martwą, a w spółce toczy się życie. Kryształ przejrzysty jest z natury, natomiast utrzymanie czystości i przejrzystości akwarium wymaga wielu zabiegów. Rynku nie można więc przyrównać do kryształu, a można do akwarium, bo spółki są jak rybki: bardziej i mniej okazałe, bardziej i mniej drapieżne, więc czasem któraś padnie lub zostanie zjedzona przez inne.

Recepta na przejrzystość zdaje się oczywista: wystarczy upublicznić spółkę. Otóż nie wystarczy. Publiczny charakter spółki wcale nie daje gwarancji, że będzie ona przejrzysta. Niektóre spółki publiczne są mętne, a ich polityka informacyjna ma na celu wprowadzanie rynku w błąd. Wymagania dotyczące przejrzystości są za to coraz większe. Co jeszcze wczoraj można było skryć za nieprzeniknioną kurtyną tajemnicy handlowej, dzisiaj wywleka się na światło dzienne. Jest to uboczny koszt pozyskiwania kapitału na rynku publicznym. Trzeba za niego płacić wieloma informacjami. Płacić nieustannie, nie tylko w momencie kuszenia inwestorów prospektem emisyjnym. Zebrane z rynku pieniądze zostały już przeputane, a tu na spółce wciąż ciążą obowiązki informacyjne. Do nich dochodzą jeszcze powinności ujawniania tego i owego, płynące z przyjętych przez giełdę zasad dobrej praktyki.

Oczekiwanie, że spółka publiczna będzie odsłaniać przed rynkiem coraz to owe sfery działalności nie jest kaprysem, ale wyrazem trwałej tendencji. Rynek stracił zaufanie inwestorów. Zarządy traktują spółki jak swoje prywatne folwarki. Rady nadzorcze prześlizgują się po ciążących na nich obowiązkach. Profesja biegłych rewidentów przeżywa kryzys etyczny. W Polsce mamy nadto do czynienia z zapaścią wymiaru sprawiedliwości. Ponadto wpisy w rejestrze niekiedy przeczą rzeczywistości. Za to najlepszym sprzymierzeńcem przejrzystości jest internet. Wystarczy kliknąć, by odnaleźć poszukiwaną witrynę; wystarczy rzucić na nią okiem, by na tej podstawie wyrobić sobie opinię o spółce.

Zasady dobrej praktyki nakładają na spółkę powinność ogłaszania raportów rocznych, a w nich – dokonywanych przez rady nadzorcze ocen sytuacji spółki, oświadczeń o stosowaniu przez spółkę zasad corporate governance, a także łącznych wysokości wynagrodzeń zarządu i rady nadzorczej. Nakładają też na nią powinność publicznego udostępniania informacji o powiązaniach członków rady nadzorczej z akcjonariuszami. Ponadto spółka powinna ogłaszać na swojej witrynie internetowej statut, podstawowe regulacje wewnętrzne, informacje i dokumenty związane z walnymi zgromadzeniami, a także sprawozdania finansowe.

Czas zweryfikuje te powinności. Rynek zapewne doceni rzeczowość i otwartość dokonywanej przez radę nadzorczą oceny sytuacji spółki, a także niezależność tej oceny od stanowiska zarządu. Rynek zapewne dokona bardzo wnikliwych analiz składanych przez spółki oświadczeń na temat corporate governance. Napiętnuje spółki odmawiające ujawniania powiązań członków rady z akcjonariuszami. Wątpię, czy rynek zadowoli się łącznymi zestawieniami wynagrodzeń zarządu i rady; być może inwestorzy niebawem wymuszą na spółkach, by ujawniały indywidualne wynagrodzenia i wszelkie bonusy każdego z członków zarządu i rady (chociaż przeciwko temu przemawiają względy ambicjonalne, bo chyba każdy menedżer widziałby się chętnie na czele takiej klasyfikacji). Nie ulega także wątpliwości potrzeba ogłaszania na stronach internetowych regulaminu walnego zgromadzenia, a nawet rady nadzorczej. Im więcej spółka ogłosi rzeczowych informacji, tym łatwiej będzie jej pozyskać sympatię rynku.

Zapewne już niebawem powstaną pierwsze rankingi witryn internetowych prowadzonych przez spółki publiczne, a ich wyniki wpłyną na reputację tych spółek. Niemniej mam zastrzeżenia wobec zasady, iż regulamin zarządu „powinien być jawny i ogólnie dostępny”. Co to oznacza, skoro regulamin rady nadzorczej „powinien być publicznie dostępny”? Czy chodzi tylko o brak należytej staranności redakcyjnej autorów dobrej praktyki? Uważam, że regulamin zarządu i zawarty w nim szczegółowy podział obowiązków pomiędzy członków zarządu to sfera szczególnej wrażliwości spółki. Nawet rada nadzorcza nie ma wstępu na posiedzenia zarządu, wyjąwszy szczególne przypadki członków rady wybranych w drodze głosowania oddzielnymi grupami i delegowanych przez te grupy do indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Podział obowiązków między członków zarządu jest zresztą materią niestałą, zmienianą w rytmie aktualnych potrzeb. Nie wymuszajmy na spółkach nazbyt wielu informacji o zarządzie, bo otrzymamy fałszywe.

Tekst ogłoszony 30 czerwca 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Nech jedzą ciastka [2002]

Osobny parkiet dla upadłych spółek? Akcje po groszu? Jednolity statut spółek Skarbu Państwa? To może i bilans?

W mijającym roku poczyniony został ważny krok dla wprowadzenia do Polski porządku korporacyjnego. Giełda przyjęła zasady dobrej praktyki spółek. To ważne wydarzenie przeszło właściwie bez echa. Jedynym pismem, które poświęca mu uwagę, jest Gazeta Bankowa. Często jest to uwaga krytyczna, bo chociaż zasady są słuszne, przecież obchodzą z daleka niektóre bolączki rynku. Ale teraz nikt już nam nie wytknie, że jakieś małe, egzotyczne rynki dopracowały się dobrej praktyki, a Polska jeszcze nie. Wprawdzie na polskim rynku jest, jak było, ale nad nim, jak flaga na maszcie, powiewa stosowny kwit.

Lecz pospolitość skrzeczy. Coraz więcej notowanych spółek przeżywa poważne kłopoty. Niektóre jeszcze układają się z rzeszami wierzycieli, inne skazane są już na bankructwo. Ostatnio pojawia się pomysł, by dla tonących spółek urządzić odrębny parkiet. Niebawem ktoś jeszcze wymyśli, żeby upadłe gazety sprzedawać w osobnych kioskach.

Prasa cytuje wypowiedź jednego z urzędników KPWIG. Rozważa on utworzenie wydzielonego rynku podwyższonego ryzyka. Pozwoliłoby to rozwiązać problem spółek zagrożonych upadłością. Rozwiązać go w krótkim czasie (ciekawy jestem, jak). Komisja dostrzega skalę zjawiska. Z tego względu zamierza zaproponować pewne zmiany. Spółki zagrożone upadłością miałyby ograniczone obowiązki informacyjne.

W gospodarce rynkowej upadłość bywa zjawiskiem normalnym. Nie zawsze wiąże się ona z przekrętem. Czasem po prostu nie udaje się. Lecz inwestorzy mają prawo wiedzieć, co dzieje się w takiej spółce. Jaki los spotyka ich pieniądze. Dlatego ograniczanie obowiązków informacyjnych spółek zagrożonych upadłością uważam za niedorzeczność. Mam pewną praktykę w tym względzie. W tym roku upadła spółka, którą nadzorowałem. Przed laty prezesowałem spółce zagrożonej upadłością. Stąd wiem, że w takiej spółce każdy dzień czyni różnicę, bo nawet przypadkowe wydarzenie może odmienić jej los. Ograniczanie zagrożonej spółce obowiązku informacyjnego to przyznanie jej poważnych przywilejów kosztem inwestorów i wierzycieli. Urzędnik KPWiG zakłada, że jeżeli spółka nie ma dla inwestorów i wierzycieli pomyślnych informacji, niech ich przynajmniej nie niepokoi złymi. Gdzieś w uszach brzęczy refren kabaretowej piosenki sprzed lat: ‘Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy’.

Zaślepiony analityk może dostrzec w potencjał wzrostu w każdej spółce. Netii wróżono kurs 130 zł, Optimusowi 540 zł. Jakiś fundusz emerytalny lub inwestycyjny kupi dla zabawy kiepskie akcje, przecież zarządzający nie ryzykuje własnymi pieniędzmi, ale pieniędzmi klientów (tak działo się w BRE Brokers). Ktoś nieuchronnie straci. Niekoniecznie będzie to pan Waldek, spekulant, miłośnik ryzyka. Może to być masowy uczestnik funduszu emerytalnego lub inwestycyjnego. Inicjatywa KPWiG może wywrzeć negatywny wpływ na jakość jego życia.

Także z KPWiG wyciekła propozycja zmiany przepisu w kwestii wartości nominalnej akcji. W świetle polskiego prawa nie może być ona niższa niż 1 złoty. Ogranicza to zdolność emisyjną szkaradków, których akcje notowane są po kilka albo kilkanaście groszy. Stąd pomysł obniżenia minimalnego nominału akcji do 1 grosza. Spółki mogłyby wtedy emitować akcje po groszu. Kiedy Polska wkrótce przyjmie euro, na jednego eurocenta przypadnie ok. 3.9987 wartości nominalnej takich groszowych akcji. Będziemy handlować ułamkowymi pakietami.

W mijającym roku rozbawił mnie także pomysł, by spółkom Skarbu Państwa nadawać jednolite statuty. Oraz identyczne regulaminy rady nadzorczej. Tak było u prapoczątków polskiej transformacji. Dyżurny rejent przybyły do ministra taśmowo spisywał akty przekształcenia przedsiębiorstw państwowych w spółki. Wszystkim nadawano ten sam statut i ten sam regulamin rady. Z tymi samymi błędami. Potem przez lata resort blokował próby naprawy statutów. Lecz każda spółka jest inna. Ma inna misję, działa w innym otoczeniu. Władztwo państwowe nie sięga statutu i regulaminu rady nadzorczej. Powinno zatrzymać się na progu spółki. Statut spółki powinien zostać skonfigurowany do jej specyfiki, a nie do urzędniczej mądrości. Pomysł nadawania spółkom Skarbu Państwa statutów spod sztancy jest równie życiowy, jak ten, żeby dla porządku wszystkie spółki miały te same bilanse. Oraz rachunki wyników.

Na osłodę rozważań na temat bzdury roku przytoczę przypadek ITI. Spółka próbowała wejść na giełdę, ale rozległy się głosy, że jest to podmiot obcego prawa, a walne zgromadzenia będą obradować w Luksemburgu. Energiczna pani z rady nadzorczej ponoć ripostowała, że akcjonariusz może skorzystać z samolotu. Ponoć, bo wypowiedź jest zbyt piękna, by mogła być prawdziwa. Legenda głosi, że Maria Antonina poradziła żądającym chleba, żeby z braku tegoż – jedli ciastka. Jako historyk wiem, że to nieprawda. Samolot do Luksemburga też między bajki włożę.

Tekst ogłoszony 31 grudnia 2002 r. w tygodniku GAZETA BANKOWA
Czytaj także:
2013.01.26 Bezwartość nominalna
2013.09.14 Przestrzeń dla spadków

Rekomendacja: kreuj [2000]

Rzetelna informacja buduje wizerunek spółki, wizerunek – reputację, reputacja – wartość.

„Niektórzy członkowie zarządów chcą być gwiazdami mediów i bardziej dbają o swój wizerunek niż o interesy firmy” – pisze miesięcznik „Press” w nagłówku ciekawego artykułu na temat wizerunku polskich spółek. Bywa także postawa przeciwna: zarządy uważają, że komunikować się nie muszą. Co na to rady nadzorcze?

Przestrzeń pomiędzy spółką a jej otoczeniem: rynkiem, akcjonariatem, konkurencją, analitykami – wypełniona jest informacjami. Zarządy wielu spółek zakładają, że jeżeli nie ujawnią informacji, to przestrzeń wokół spółki będzie czysta. Otóż nic podobnego! Brak informacji też jest informacją. Fatalnie wróży akcjonariatowi. Za to krzepi serca konkurencji. Opinie, fakty, liczby mogą być różnie interpretowane. Milczenie jest przesłaniem jednoznacznym.

Korzystne informacje zwiększają wartość spółki. Niekorzystne natomiast, rzetelne i w porę ujawnione, też mają swoją wartość. Sposób ich prezentacji może wywrzeć wrażenie na rynku. Jest to domena zarządu. Zarazem jest to jedna z gałęzi przedsiębiorstwa, w których rada jest obowiązana wykonywać stały nadzór. Za terminowe, rzetelne informowanie o spółce odpowiedzialny jest zarząd. Za jego politykę, lub brak tej polityki, odpowiedzialna jest rada nadzorcza. Lecz chociaż radzie często zdaje się, że zna się na tym lepiej od zarządu, nie wolno jej go wyręczać. Niedobrze, kiedy rada zabiega o rozgłos w mediach, konkuruje z zarządem o sławę. Bardzo niedobrze, kiedy przewodniczący rady próbuje zaćmić prezesa, traktuje spółkę jako trampolinę do wielkiej polityki. Lepiej, gdy w spółce bije tylko jedno źródło informacji. Najlepiej, gdy jest nim zarząd. Rada nie uprawia polityki informacyjnej, relacji inwestorskich lub public relations spółki, jakkolwiek to nazwać. Bacznie nadzoruje tę dziedzinę, ale sama w niej nie uczestniczy.

Spółka publiczna powinna rzetelnie i terminowo ujawniać informacje wymagane przez prawo. Ale kształtowanie wizerunku to znacznie więcej, niż komunikaty słane do inwestorów pod rygorami prawa. To mozolne budowanie reputacji. To przekonywanie inwestorów, że postąpili słusznie, wnosząc do spółki kapitał. To zjednywanie dla spółki rzesz przyszłych inwestorów.

Nie sprzyja temu gwiazdorstwo prezesów, pojawiających się niekiedy w mediach nie w interesie spółki, lecz dla prywatnej sławy. Na koszt spółki. Skąpanych w deszczu nagród. Na koszt spółki. Aktywnych w opiniotwórczych (może ująć to słowo w cudzysłów?) organizacjach biznesu. Na koszt spółki. Ale to rada nadzorcza ma zadbać, żeby prezes informował nie o sobie, a o spółce. Ma też pilnować kosztów. I na odwrót: to rada nadzorcza ma dać impuls leniwym zarządom, które nie lubią się komunikować. Wiele zarządów uważa, że do kontaktów z opinią publiczną wystarczy rzecznik prasowy. Lecz rzecznik, który nie ma dostępu do zarządu, jest zgoła bezużyteczny. Duża spółka giełdowa z Krakowa ma rzecznika wyłącznie w Warszawie. To zniechęca do kontaktów z nią.

Niekiedy spółka posługuje się agencją public relations. Jeżeli zadaniem agencji jest szkolenie personelu spółki do współpracy z opinią publiczną i budowanie kanałów przepływu informacji wewnątrz spółki i w kontaktach z jej rynkowym otoczeniem – może to przynieść pożytek. Jeżeli zaś agencję wynajęto, żeby spacyfikować opinię publiczną i utrzymać ją z daleka od zarządu zajętego innymi sprawami – szkoda pieniędzy na taką działalność! Bodaj najlepsza agencja public relations w Polsce pracuje na rzecz spółki wytrwale atakowanej przez wielkich akcjonariuszy, a to za ukrywanie istotnych informacji, a to za brak klarownej wizji rozwoju. Jeżeli spółka sama nie zadba o reputację, nikt jej w tym nie wyręczy. Agencja public relations może najwyżej skrapiać dobrymi perfumami ukryte w szafach trupy.

Wszystko zaczyna się od informacji. Niech płynie wartkim strumieniem na rynek. Z obłoków informacji wyłoni się z biegiem czasu należyty wizerunek spółki. Właściwie pielęgnowany, wydatnie wspomoże on spółkę w budowaniu dobrej reputacji. A reputacja – powiadają znawcy – to przecież jedna trzecia rynkowej wartości spółki. Wynika z tego wniosek ogromnie pomyślny dla rynku. Taki, że polskie spółki są niedowartościowane. Aż o 33 procent! Przeciętnie, bo Ocean to chyba znacznie więcej, skoro ma fatalną reputację.

Wynika z tego także doniosły wniosek dla spółek. Bieżący zysk przestaje wystarczać akcjonariuszom. Liczy się przyszłość spółki. Im lepsza jej reputacja, tym większe szanse na zyski w przyszłości. Wynika z tego na koniec wniosek dla rad nadzorczych. Należy rozciągnąć nadzór na politykę spółki w dziedzinie informacji i mieć na względzie wizerunek spółki w oczach opinii i rynku. Stała rekomendacja: kreuj reputację. To popłaca.

Artykuł ogłoszony 2000.08.07 w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także: 2013.07.18 Przejrzystość i jej ramy