Archiwa tagu: ochrona informatora

Whistleblowing: szanuj demaskatora i jego anonimowość!

• Należyte traktowanie pracowników demaskujących nieprawidłowości jest ważnym elementem polityki zarządzania przez spółkę ryzykiem;
• Najważniejszym warunkiem skuteczności whistleblowingu jest bezwarunkowa ochrona anonimowości demaskatora;
• Jes Staley, CEO wielkiego brytyjskiego banku Barclays, został ukarany za próbę ustalenia tożsamości whistleblowera demaskującego nieprawidłowości w banku;
• Nadzór nałożył nań karę w kwocie 642.430 funtów szterlingów (pułap zagrożenia karą wynosił w tym przypadku ponad 900.000 funtów);
• Ponadto rada banku obcięła o 500.000 funtów przypadający Stanleyowi bonus, ale nie zwolniła go z posady.

Na boisku piłkarskim sędzia odgwizduje nieprawidłowości. Whistleblower (dosłownie: dujący w gwizdek) odgwizduje nieprawidłowości w swoim środowisku: w spółce, grupie kapitałowej, urzędzie, organizacji, fundacji… Odgwizduje je anonimowo. Brak poszanowania anonimowości demaskatora przekreśla sens demaskowania nieprawidłowości. Po polsku whistleblower bywa także nazywany „sygnalistą”. Ten, kto wymyślił ów termin, nie służył w marynarce. Nie podróżował też chyba koleją.

Przypadek Jesa Staleya, prezesa brytyjskiego banku Barclays dowodzi bezwzględnej potrzeby ochrony anonimowości informatora. Było tak: w czerwcu 2016 r. członkowie rady dyrektorów banku i niektórzy z jego menedżerów otrzymali anonimowe przesyłki sugerujące nieprawidłowości związane z niedawno zatrudnionym piastunem wysokiego stanowiska w banku. Staley miał wiedzieć o niewłaściwym postępowaniu menedżera u jego poprzedniego pracodawcy. Przy okazji zakwestionowano prawidłowość postępowania rekrutacyjnego. Najprawdopodobniej chodziło o Tima Maina, z którym Staley pracował wcześniej w JP Morgan. W czerwcu 2016 r. Main stanął na czele amerykańskiej odnogi banku. Staley później twierdził, że bronił kolegi, wobec którego podniesiono zarzuty dotyczące „spraw osobistych sprzed wielu lat”. Wprawdzie owa obrona sporo go kosztowała, ale uważa się, że – ostatecznie zachowując stanowisko – umknął sprawiedliwości.

Na zlecenie Staleya, szef bankowego działu bezpieczeństwa Troels Oerting podjął próbę zidentyfikowania whistleblowera. Ponieważ listy nadano z USA, Oerting zwrócił się do amerykańskich organów ścigania. Jako były pracownik Europolu, miał tam kontakty. Lecz nadawca listów nie został zidentyfikowany. Wyszło natomiast na jaw, że Staley dwakroć podejmował próby ustalenia jego tożsamości. Bank zatrudnił kancelarię prawną do zbadania sprawy i powiadomił o niej nadzór. Staley tłumaczył, że był przekonany, iż działa w ramach swoich uprawnień… Skończyło się dlań szczęśliwie. Brytyjskie organy nadzoru, Financial Conduct Authority i Prudential Regulation Authority zgodnie stwierdziły, że Jes Staley nie dopełnił w tej sprawie obowiązku „działania z należytą zręcznością, troską i starannością” (due skill, care and diligence). Wprawdzie został ukarany, ale jest pierwszym szefem poważnej instytucji finansowej w Wielkiej Brytanii, który zachował stanowisko pomimo napiętnowania go przez nadzór.

Orzeczona wobec Staleya kara finansowa, z daleka bardzo surowa, nie jest przecież szczególnie dolegliwa wobec jego zarobków na poziomie 3,9 miliona funtów rocznie. Było z czego potrącać! Natomiast zachowanie przez Staleya stanowiska daje rynkom niepokojący sygnał. Tym razem nie udało się wykryć demaskatora, lecz czy następny incydent zakończy się tak samo? Whistleblowing jest bardzo skutecznym sposobem wykrywania nieprawidłowości, lecz pod warunkiem, że demaskator nie obawia się, iż jego tożsamość zostanie ujawniona, a on lub ona poniesie przykre konsekwencje swoich działań, podejmowanych przecież w dobrej wierze. Innym ważnym aspektem whistleblowingu jest finansowe nagradzanie demaskatorów. Temat ten budzi obecnie żywą dyskusję w Stanach Zjednoczonych. Napiszę o tym wkrótce.

Czytaj także:
2008.10.30 Po pierwsze, anonimowość
2003.05.19 Whistleblowing tworzy wartość
2005.08.08 Między radą a spółką
2006.01.09 Nie struktura, a kultura
2006.02.27 Uwaga, oszustwo!
2014.05.12 Outsourcing głupoty
2014.12.07 Trąd w parlamencie

Whistleblowing tworzy wartość [2003]

Standardem współczesnej kultury korporacyjnej jest ochrona pracownika ujawniającego nieprawidłowości.

Zarząd, kontrola wewnętrzna, rada nadzorcza, biegły rewident, akcjonariusze, aparat państwowy coraz śmielej wdzierający się do spółek, na koniec prasa… To wszystko nie wystarczy, by zapobiec nieprawidłowościom, nadużyciom, błędnym przedsięwzięciom, a nawet – by wykryć je w porę. Nierzadko pierwszy sygnał pochodzi od pracownika. Stąd udział pracowników w przeciwdziałaniu nieprawidłowościom jest nie do przecenienia. To ich inicjatywa i zaangażowanie ułatwią stworzenie systemu wczesnego ostrzegania. Dlatego we współczesnej kulturze korporacyjnej jest coraz więcej miejsca na zjawisko nazywane po angielsku „whistleblowing”.

Nie znalazło ono do tej pory swojego odpowiednika nie tylko w Polsce, lecz nawet w polszczyźnie. Whistleblower to dosłownie ten, kto dmie w gwizdek; w przenośni – ten, kto bije na trwogę w dzwony lub tarabany, lub uruchamia syrenę alarmową, by ujawnić nieprawidłowości. Wielki słownik angielsko–polski PWN i Oxford University Press pod hasłem whistle–blower (częściej spotykam się z łączną pisownią) podaje jedno słowo: informator, oraz dobry przykład: who was the whistle–blower on that tax dodge? (kto ujawnił to oszustwo podatkowe?). Przypuszczam, że w Polsce osoba ujawniająca kant, a nawet oszustwo podatkowe, zostanie obelżywie przezwana donosicielem. Chodzi mi po głowie myśl paskudna, że jest to jedna z różnic między nami a protestantami. My mamy źle pojętą lojalność szwoleżerów, oni mają kanony etyki korporacyjnej.

W anglosaskiej kulturze biznesu standardem jest obecnie ochrona pracownika ujawniającego informacje mogące służyć wykryciu oszustwa lub zwyczajnych nieprawidłowości. W 1998 r. Wielka Brytania przyjęła Public Interest Disclosure Act, dający informatorom daleko idącą ochronę. Prace nad podobnym rozwiązaniem prowadzone są m. in. w Holandii i Niemczech. W USA ochronę informatorów przewiduje Sarbanes–Oxley Act. W niektórych krajach spółki, antycypując wejście w życie stosownych przepisów, same przyjmują programy ochrony informatorów. Należyte traktowanie pracowników ujawniających nieprawidłowości jest ważnym elementem polityki rozpoznawania ryzyka. Stąd wprowadza się wewnętrzne zbiory zasad postępowania, zachęcające zespół do podnoszenia alarmu, ilekroć pracownik poweźmie podejrzenie malwersacji, zaboru mienia, korupcji, bądź kantu.

Towarzyszy temu przekonanie, że ochrona informatora to ostatnia już rubież obrony przeciwko nadużyciom. Martin de Pous z Caux Round Table – stowarzyszenia krzewiącego etykę biznesu – radzi, by spółka raczej cofnęła się o krok budując system organizacyjny oparty o wartości etyczne i moralne, co sprawi, że whistleblowing ostatecznie okaże się zbędny. Pozwoliłoby to zapobiec katastrofom Enronów i Aholdów (cytuję za CFO Europe). Enron został przywołany nie bez powodu. Alarm podniosła tam pracownica korporacji Sherron Watkins. Daremnie, jeżeli pominąć, że swoją postawą zasłużyła na tytuł Człowieka Roku 2002 tygodnika Time. Rok wcześniej, w sierpniu 2000 r. James Bingham z Xeroxa zadął w gwizdek, że jego spółka zawyża dochody. Miał rację. Został wylany.

Pod wpływem tych doświadczeń wpływowe pismo Fortune radziło menedżerom, by na użytek kontroli wewnętrznej korzystali z szeregowych pracowników. To oni, nie zarząd, rada, nawet akcjonariusze, najwięcej stracą na upadku spółki: miejsce pracy, środki w zakładowym funduszu emerytalnym, opcje na zakup akcji. Wobec tego właśnie pracownicy są najbardziej wyczuleni na niebezpieczeństwa zagrażające spółce. Ale jak przekonać menedżerów, że whistleblowing to nie rozrabiactwo, ani donosicielstwo, ale działalność kreująca wartość? Z własnych doświadczeń menedżerskich wiem, że gwizdek wcale nie zawsze bywa używany w dobrej wierze; że dmą w niego także nawiedzeni, świrusy i świnie.

Ostatnio w gwizdek zadął członek zarządu Totalizatora, który wcześniej złożył rezygnację. Jego zdaniem, w spółce źle się dzieje, przetarg został ewidentnie ustawiony, zapłacono majątek za jakąś bzdurną opinię, zakłada się fundację mającą służyć okradaniu spółki i jej właściciela, Skarbu Państwa. Nie wiem, czy to prawda, czy kalumnie; że Totalizatora w przeszłości oskubywano, dobitnie świadczy przypadek jednego z byłych prezesów, którego proces powinien nareszcie wejść na wokandę. Czytam jednak, że przez dwa miesiące rada nadzorcza zrobiła niewiele dla wyjaśnienia sprawy. Uważam to za skandal. Nic dziwnego, że ludność plotkuje, jakoby miejsca w radach były synekurami, obsiadanymi tylko przez kamratów aktualnego ministra. Wiem, że to bzdura; że w radach nadzorczych Skarb Państwa bywa reprezentowany przez korpus dobrych fachowców. Niemniej postawa członków rady nadzorczej Totalizatora zasługuje na napiętnowanie. Ta spółka nie ma szczęścia do nadzorców. Ta spółka nie ma także szczęścia do właściciela. Lecz to już inna historia…

Tekst został ogłoszony 19 maja 2003 r. w tygodniku GAZETA BANKOWA

Zobacz także:
2014.05.12 Outsourcing głupoty
2005.08.08 Między radą a spółką