Archiwa tagu: OFE

Gorszący przypadek Farmacolu

Koniec przygody Farmacolu z giełdą podpowiada kilka smutnych wniosków. Pierwszy: spółka nie powinna zostać wpuszczona na warszawski parkiet, jej statut obrażał prawo, otwierał kanał służący wyprowadzaniu pieniędzy ze spółki do kieszeni jej założycieli. Drugi: akcjonariusze nie zwracali uwagi na statut, inwestowali w spółkę w przeświadczeniu, że skoro prowadzony przez nią biznes przynosi niemałe dochody, będą w tych dochodach uczestniczyć. Trzeci: skoro spółka ani nie płaciła dywidendy, ani płacić jej nie zamierzała, nie dbała o komunikację z rynkiem, nie miała corporate governance, nie stosowała wielu dobrych praktyk, w radzie nadzorczej zasiadali tłumnie członkowie rodziny panującej – rodzą się pytania, co w takiej spółce robili inwestorzy instytucjonalni, oraz na co liczyli wnosząc do Farmacolu pieniądze uczestników? Jesienią ogłosiłem analizę „O co skarżyłbym Farmacol gdybym był akcjonariuszem”, wytykając spółce liczne nieprawidłowości. Teraz pora zastosować naming & shaming (wytykanie i zawstydzanie) wobec funduszy emerytalnych, które wspierały nieprawidłowości lekkomyślnie inwestując w spółkę. Należały do nich otwarte fundusze emerytalne ING, Aviva, Metlife, PZU, PKO BP – instytucje pretendujące w swoim czasie do miana zwolenników corporate governance.

Uważam, że inwestorzy instytucjonalni powinni składać oświadczenia o wnikliwym zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować pieniądze uczestników. W statutach tkwią bowiem dziury, przez które wyciekają pieniądze akcjonariuszy.

Kolejne wnioski maja charakter ogólny. Nie widzę racji obecności na parkiecie spółek, które nie będą już w stanie pozyskać przez giełdę kapitału. Farmacol miał marną reputację, nie budził zaufania, nie byłby w stanie przeprowadzić podniesienia kapitału. Niestety, takich spółek mamy na giełdzie sporo. Pozyskiwały pieniądze w pierwotnej ofercie publicznej przeprowadzonej w sprzyjającej chwili, ale o inwestorów nie zamierzały dbać. Niepokoi mnie także obyczaj, jaskrawo obecny w Farmacolu, wypełniania rad nadzorczych familiadą. Czasy nie sprzyjają niezależnym, boi się ich panicznie Skarb Państwa, niektóre spółki wolą nasycić skład rady nadzorczej rodziną założyciela lub jego przyjaciółmi. Niekoniecznie jestem przeciwnikiem instytucji małżeństwa, ale brzydzi mnie żona prezesa jako osoba mająca sprawować stały nadzór nad działalnością spółki. Alma niedawno upadła, ambitny Integer przeszarżował, złapał zadyszkę; jak żony cezarów powinny pozostawać poza podejrzeniami, tak żony założycieli spółek powinny pozostawać poza radami nadzorczymi. W Farmacolu do rady nadzorczej wpakowały się cztery osoby o takim samym nazwisku, co podważa istotę nadzoru.

Rodzina panująca w Farmacolu sama sobie określała wynagrodzenia za pracę (pracę? – mam wątpliwości, czy tu użyłem właściwego słowa) w radzie nadzorczej. Chodzi o wynagrodzenia wypłacane nie z prywatnych szkatuł, ale ze środków spółki należących nie do „państwa właścicieli”, a do akcjonariatu. Andrzejowi i Zycie Olszewskim wypłacono zatem spore kwoty bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia, wbrew interesom akcjonariuszy, a także fiskusa, który nie powinien uznawać tych kwot za koszty uzyskania przez spółkę przychodu. Lecz to już inna historia.
Czytaj także:

2016.11.06 O co skarżyłbym Farmacol gdybym był akcjonariuszem
2017.02.15 „Pan Właściciel”, ornamentariusze, oraz kwestia odpowiedzialności

CalPERS czyli etyka przed biznesem

Lektura depesz ze świata umacnia mnie w przekonaniu, że corporate governance to w Polsce pojęcie wciąż obce. Oto największy na świecie fundusz emerytalny, CalPERS – California Public Employees’ Retirement System (kalifornijski fundusz emerytalny pracowników sektora publicznego), po wnikliwej dyskusji podtrzymał zasadę nieinwestowania środków swoich uczestników w przemysł tytoniowy. Zasada została wprowadzona w roku 2000. Analiza Wilshire Associates, konsultanta inwestycyjnego CalPERS, wykazała że w następstwie tego kroku fundusz utracił latach 2001 -2014 ok. 3 miliardy USD.

W grudniu 2016 r. rozważano, czy zasadę utrzymać, czy uchylić. Utrzymano ją znaczną większością głosów. Co więcej: zdecydowano o wycofaniu się przez fundusze afiliowane z inwestycji w akcje i obligacje spółek tytoniowych; chodzi o kwoty rzędu 547 milionów USD. Inny kalifornijski potentat emerytalny, CalSTRS – California State Teachers’ Retirement System (kalifornijski stanowy fundusz emerytalny nauczycieli) poszedł tą drogą już w 2009 r.
Decyzja nie była łatwa. Eksperci CalPERS wnioskowali o powrót do praktyki inwestowania w branżę tytoniową. Dyskusja chwilami przybierała tony emocjonalne. Jeden z menedżerów funduszu, Terry Brennand z Service Employees’ International Union, deklarował „Nie stanę przed moimi emerytami by im oświadczyć, że ich świadczenia zależą od firm produkujących choroby lub śmierć” (cyt. za dziennikiem Sacramento Bee). Ustalając politykę inwestycyjną funduszu wzięto więc pod uwagę opinie m.in. American Heart Association i American Cancer Society, że podejmując współpracę z firmami tytoniowymi CalPERS naraziłby się na ryzyko kroku, który mógłby zostać niewłaściwie odczytany przez potencjalnych palaczy.

Nasuwa się wniosek, że etykę postawiono przed biznesem. W polszczyźnie słowo etyka spotykam coraz rzadziej. Nie występuje ono w języku polityków, zostało wyparte z języka rynku kapitałowego. Należę do obrońców Otwartych Funduszy Emerytalnych, lecz nie wyobrażam sobie prezesa zarządzającego funduszem Powszechnego Towarzystwa Emerytalnego, który staje przed swoimi emerytami i oświadcza im cokolwiek. Może wśród przyczyn kryzysu OFE należy wymienić nie tylko błędy popełnione przy ich konstruowaniu, nie tylko kalkulacje budżetowe Jana Rostowskiego, nie tylko zamiary obecnego rządu odebrania przyszłym emerytom ich składek dla łatania nimi dziury w finansach państwa – także konsekwentne stawianie biznesu przed etyką, a z czasem polityki przed biznesem.

Ale sprawa nie jest aż tak prosta. Albowiem pod uwagę wzięto nie tylko etykę, także ideologię inwestowania społecznie odpowiedzialnego (Socially Responsible Investment), wspartą fałszywymi prognozami, że przemysł tytoniowy chyli się ku ruinie, że tylko patrzeć, jak zniknie. Słyszałem takie proroctwa już przed 20 laty. Decyzją CalPERS z 2000 r. sterowała nie tylko etyka, także błędne kalkulacje inwestycyjne. To one kosztowały fundusz (a właściwie jego uczestników) aż 3 mld USD. Niby niewiele, skoro jego środki wynoszą aktualnie 303,6 mld USD. Lecz najprawdopodobniej fundusze emerytalne nie zwiążą w przyszłości końca z końcem. CalPERS oficjalnie zakłada roczną stopę zwrotu z inwestycji na poziomie 7,5%, ale pospolitość skrzeczy: w ostatnim roku obrotowym uzyskano 0,61%, w poprzednim 2,4%.

CalPERS zyskał zasłużoną opinię rzecznika corporate governance. Owszem, może za daleko wyszedł na spotkanie idei inwestowania społecznie odpowiedzialnego, lecz przecież lepsze to, niż zaślepienie bezwzględnym podnoszeniem stopy zwrotu. Niemniej im słabsze CalPERS osiągał będzie wyniki, tym mniej nieba gwiaździstego nad nim będzie, tym mniej ładu moralnego w nim. Niepowetowana byłaby to szkoda!

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 14 stycznia 2017 r.

Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa

Kurs KGHM rwie na północ, ostatnio rośnie nawet PZU, moje biuro maklerskie zaleca kupno akcji m.in. PKO BP, PGNiG, PZU oraz akumulowanie walorów Energy, Tauronu, KGHM. Lecz ja jestem niedzisiejszym starszym panem i odżegnuję się od interesów ze Skarbem Państwa, a już szczególnie od inwestowania w spółki z jego udziałem. Albowiem nie ma „spółek Skarbu Państwa”, to niesympatyczny skrót myślowy. Są spółki, w których Skarb Państwa ma udział większościowy albo mniejszościowy, co przecież nie ma znaczenia: ileż razy ze zgorszeniem wskazywałem, że nawet w spółce, w której Skarb Państwa ma niespełna 30 procent kapitału zachowuje się on tak, jak gdyby miał 330 procent! Zawłaszczono więc nie tylko terminologię, także władztwo w spółkach.

Na postawione w tytule pytanie odpowiedź jest całkiem prosta: otóż żywię głębokie przekonanie, że jako akcjonariusz spółki z udziałem państwa zostałbym oszukany. Mali mogą wchodzić w relacje gospodarcze z dużymi, lecz na uczciwych zasadach. Takie zasady nie są dzisiaj praktykowane. Zostałem oszukany jako obywatel, skoro parlament nie potrafił uczciwie uchwalić budżetu. Oraz jako podatnik uczciwie dostarczający państwu środków wydawanych przezeń nieroztropnie. Nie zostałem oszukany jako uczestnik Otwartego Funduszu Emerytalnego wyłącznie z tego powodu, że z racji wieku nie zostałem objęty reformą emerytalną. Natomiast jako inwestor nie dam się oszukiwać, ponieważ na rynku mam prawa, których odebrać sobie nie pozwolę – dopóki rynek trwa.

Rekomendowane przez maklerów blue chips to w istocie blue cheats, antyrynkowe mutanty na służbie polityków. To oni zabiegają o tzw. repolonizację banków, czyli nacjonalizację, dla wykorzystywania ich potencjału w celach politycznych. Istnieją obawy, że kredyty popłyną nie do tych, którzy rokują spłatę, a „do tych, którzy zasłużyli” (czego domagał się niegdyś Jarosław Kaczyński). Ponadto: czy ktoś obliczył, ile stanowisk otrzyma do obsady partia rządząca po ostatecznym przejęciu Banku Pekao? Puls Biznesu od czasu do czasu ogłasza listę posad obsadzonych na rynku przez nominatów partii politycznych. Nad listą protegowanych przez PO i PSL oburzali się kiedyś obłudnie politycy PiS: Dawid Jackiewicz (był taki) i Mariusz Błaszczak (jeszcze jest). Ogłoszona ostatnio lista nominatów PIS i przystawek (tzw. sPiS zasobów własnych) zawiera ponad tysiąc nazwisk. Nie wszyscy z listy wstydu są do niczego, chociaż większość jest – lecz nawet wymienione tam osoby kompetentne stały się ofiarami zatrutej w kraju aury.

Ze spółek z udziałem Skarbu Państwa wyciskane są przez rząd pieniądze obracane na cele bez związku z przedmiotem działalności tych spółek. Zrobiono zrzutkę na Polską Fundację Narodową o mętnym posłannictwie. Ministerstwo Skarbu komunikowało: „Czempioni łączą siły w budowaniu nowego wizerunku polskiej gospodarki”. Wcześniejszy wizerunek gospodarki był wprawdzie lepszy, natomiast tu chodzi o obronę osobliwych metod rządzenia krajem. Lecz tego nie da się obronić za żadne pieniądze, nawet wydatkowane na szkodę inwestorów mniejszościowych. Zarządom spółek z udziałem Skarbu Państwa wyznacza się, gdzie wolno lokować ogłoszenia, jakie tytuły prasowe należy prenumerować, komu należy powierzać kolportaż przesyłek i listów, jakie inicjatywy wspierać, jakie obrzydzać.

Co gorzej: zarządom spółek z udziałem Skarbu Państwa wyznacza się cele inwestycyjne odległe od strategicznych interesów spółek i ich akcjonariatów. W niektórych spółkach otwarcie dąży się do ograniczenia dywidendy, co uderza mniejszość po kieszeni. Tę mniejszą mniejszość, czyli inwestorów indywidualnych. Instytucjonalni, gotowi skutecznie walczyć o prawa mniejszości w innych spółkach, są wobec Skarbu Państwa zadziwiająco potulni. Niektóre decyzje „właściciela” wyrządzają spółkom trwałą szkodę. Najbardziej wymownym przykładem grania akcjonariuszom na nosie było przeniesienie części kapitału zapasowego pewnej spółki na kapitał zakładowy. Niby nic się nie zmieniło, spółce nie przybyło, ale pieniędzy ubyło z niej sporo, poszły na podatek od tej ekscentrycznej operacji, a przy okazji trwale ograniczono zdolność emisyjną spółki. Wiele spółek z udziałem Skarbu Państwa już tej zdolności nie ma.

W interesie rynku leży niezbędna stabilizacja kadr zarządzających spółkami i nadzorujących je. Niestety, kadencyjność nie jest w poszanowaniu. Niesławnej pamięci minister Jackiewicz pouczał menedżerów, że nie mogą być pewni swoich posad. Wymieniał ich po uważaniu, nie bacząc kwalifikacji, doświadczenia, walorów etycznych swoich nominatów. W takim samym stylu wymienia się jego ludzi na innych, a i tych innych zapewne wkrótce wymiotą na czysto. W taki sposób nie uzyska się oczekiwanych wyników. Od rad nadzorczych nie oczekuje się wcale sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółek we wszystkich dziedzinach ich działalności; ważna jest dyspozycyjność polityczna, gotowość do sprawnego wyrzucania wskazanych członków zarządów. Zwołuje się nadzwyczajne walne zgromadzenie poważnej spółki, by dokonać kolejnych zmian w składzie rady, po czym odracza się obrady na trzy tygodnie: to skrajna amatorszczyzna, ludzie rynku tak nie postępują.

Od nadejścia „dobrej zmiany” w spółkach z udziałem Skarbu Państwa nie respektuje się Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW. Dobre praktyki naprawdę są dobre, natomiast „dobra zmiana” niekoniecznie. Doświadczenia płynące z wieloletniej obserwacji rynków kapitałowych skłaniają mnie do poparcia opinii licznych znawców zagadnienia, że spółki bez corporate governance wcześniej czy później ugrzęzną w kłopotach. I raczej wcześniej niż później. Wynika z tego, że spółki z udziałem Skarbu Państwa mogą poważnie ucierpieć z powodu nieudolnego władztwa polityków. Nie mam ochoty do tego dopłacać. Niestety i tak ucierpię, kiedy podniosą podatki.

Czytaj także:
2015.12.12 Owoce zatrutej aury
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2016.10.10 O pułapce utraty zdolności emisyjnej

Zanim pogrążą OFE, a z nimi gospodarkę

P_FunduszePomysł konsolidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych pod zarządem państwowym jest tak niedorzeczny, że aż prawdopodobny. Nikt jeszcze oficjalnie tego pomysłu nie zgłosił, ale już zajęły się nim media. Nic w tym nadzwyczajnego, wiele przełomowych inicjatyw dojrzewa po cichu, w mroku, a później są, szast-prast, energicznie wprowadzane w życie, bez konsultacji społecznych, bez uzgodnień międzyresortowych, bez dyskusji w parlamencie – taka bowiem jest wola prezesa.

Niedorzeczność pomysłu scalenia wszystkich Otwartych Funduszy Emerytalnych i ich szybkiej nacjonalizacji polega na tym, że konsekwencje takiego kroku niechybnie prowadziłyby do marginalizacji znaczenia warszawskiej giełdy i znacznego osłabienia gospodarki w następstwie utraty zaufania pokładanego w niej przez krajowych i zagranicznych inwestorów. Wiarygodność Polski doznałaby znacznego uszczerbku, nie tylko w świetle ocen agencji ratingowych, także w oczach inwestorów i społeczności międzynarodowej. Dumne, obiecujące, rozwijające się pomyślnie państwo byłoby przyrównywane już nie do Białorusi, a do Korei Północnej.

Prawdopodobieństwo takiego niedorzecznego projektu można uzasadniać wielorako. OFE to instytucje prywatne, a koteria trzymająca władzę nie lubi własności prywatnej, szkodzi jej jak potrafi. Funduszom nie można narzucić inwestowania w wybrane gałęzie gospodarki, na przykład w górnictwo węglowe. Z punktu widzenia wspomnianej koterii w funduszach emerytalnych marnują się stanowiska, które można obsadzić swoimi, na przykład przedsiębiorczymi bohaterami afery madryckiej. Rząd próbuje reformować gospodarkę doraźnie łącząc różne organizmy, przyłączając słabszych do silniejszych, czego nauczył się chyba od menedżerów osławionych Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych: gdy jakaś SKOK chorowała, przyłączano ją do innej, zdrowej (rachunek za takie praktyki zapłaci system bankowy, a ściślej – jego klienci). Nie da się osiągnąć rentowności, poprawić efektywności, poprzez zabiegi pozorne. Fundusze emerytalne poważnie już ucierpiały na poczynaniach Jana Vincenta-Rostowskiego. Kolejny akt destrukcji prowadziłby do ich likwidacji.

Fundusze emerytalne są znaczącymi inwestorami w wielu spółkach giełdowych. Przejęcie funduszy przez państwo oznaczałoby w praktyce przejęcie owych spółek, lub – co na jedno wychodzi – znaczący wzrost pozycji Skarbu Państwa w ich akcjonariacie. Prowadzona przezeń polityka, którą uważam za katastrofalną, niechybnie prowadziłaby do spadku wartości tych spółek, czyli zmarnotrawienia części majątku pokoleń Polaków. Pisałem tu przed laty: „Nie inwestuję w spółki, w których wspólnikami nie są fundusze emerytalne. Nie ufam spółkom, którym nie ufają fundusze”. Skoro okoliczności zmieniły się radykalnie, radykalnie zmieniam też podejście do spółek z udziałem funduszy. W obawie przed ich nacjonalizacją wycofuję z nich swoje pieniądze. Nie ufam politykom gotowym przejąć fundusze i spółki z ich udziałem, pogrążyć je wraz z giełdą i polską gospodarką, ku czemu to wszystko zmierza. Co nie oznacza, że gloryfikuję fundusze emerytalne, że nie dostrzegam błędów w ich działaniach. Lecz to temat na inną okazję.

Czytaj także:
2011.01.26 Fundusze dobrych praktyk
2013.03.15 Sprzedawcy tęczy
2013.04.17 OFE, dobry wspólnik
2015.07.25 Powrót do macierzy

Jak wspierać giełdę, by jej nie zaszkodzić?

Prezydent Rzeczypospolitej wziął udział w obchodach 25-lecia Giełdy Papierów Wartościowych i wygłosił okolicznościową mowę, z której wyłowiłem dwa motywy. Pierwszy to gratulacje dla giełdy za Dobre praktyki spółek notowanych na GPW 2016. Podzielam pogląd, że to osiągnięcie godne jest szacunku głowy państwa. Brawo giełda, brawo matkująca przedsięwzięciu dyr. Agnieszka Gontarek, brawo zespół redakcyjny! Gdyby tak jeszcze Dobre praktyki były stosowane w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, gdyby politycy także przyjęli do stosowania zbiór swoich dobrych praktyk – skorzystalibyśmy na tym wszyscy.

B_REIT_bannerDrugi motyw pogadanki prezydenta: należy wspierać giełdę. Zastanawiam się, jak przybrać w konkrety tę całkiem słuszną myśl. Jak powinno postępować państwo, by nie zaszkodzić giełdzie, będącej jego tytułem do chluby? Warto pamiętać, że giełdzie lepiej wiodło się wtedy, kiedy pozostawała poza sferą wpływów polityków. Giełda potrzebuje zaufania, jest ono podstawą gospodarki, osnową tkanki społecznej, ale nasi politycy go nie krzewią. By wesprzeć giełdę, powinni zaniechać szkodzenia gospodarce, wzniecania nastrojów wrogości, judzenia, mącenia w głowach w nadziei, że ciemny lud wszystko kupi. Bieda w tym, że kupuje. Rządzący powinni poskromić zapędy ku demolce obłudnie nazywanej dobrą zmianą.

Po pierwsze, nie należy psuć rynku absurdalnymi interwencjami w działalność spółek giełdowych z udziałem Skarbu Państwa. Przykładem nakłanianie zdrowych spółek energetycznych do zakażenia się od wspieranego przez nie górnictwa węgla kamiennego wirusem destrukcji. Akcjonariusze nie po to inwestowali w Tauron, by spółka trwoniła ich pieniądze w deficytowej kopalni. Inwazja polityki do spółek oznacza gorsze wyniki, niższe dywidendy, odpływ inwestorów.

Po drugie, nie należy demoralizować społeczeństwa powszechną i szkodliwą czystką kadr. Następuje „wymiecenie na czysto” (termin ukuty przez Churchilla zapowiadającego wysiedlenie Niemców z Polski, Czechosłowacji i Węgier, nieprzypadkowo sięgam do wojennej terminologii) członków zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa i zdominowanych przez PiS samorządów. Nawet jeżeli na miejsce wymiecionych przychodzą kompetentni – a przecież nie zawsze tak bywa! – noszą oni na sobie znamię owoców szkodliwej czystki i zatrutej nią na długo aury.

Po trzecie, nie należy dążyć do likwidacji OFE, dotkniętych już boleśnie poczynaniami Jana Rostowskiego. Fundusze miały swoje za uszami, ale służyły krzewieniu corporate governance w spółkach ze swoim udziałem. Ich likwidacja oznaczałaby faktyczną nacjonalizację licznych spółek ze znaczącym udziałem funduszy, co – biorąc pod uwagę realia – przyniosłoby dramatyczne straty akcjonariuszom tych spółek. Kiedyś pisałem, że nie inwestuję w spółki, w których nie ma funduszy emerytalnych. Dzisiaj z ostrożności nie inwestuję w spółki, w których udziały funduszy są znaczne, ponieważ obawiam się tego, o czym piszę w dwóch powyższych akapitach.

Po czwarte, należy unikać awantur politycznych, dynamizowania sporów, podsycania złych emocji. Napływ inwestycji na warszawską giełdę zależy od perspektyw polskiej gospodarki, a ich najbardziej miarodajnym dla światowych inwestorów wykładnikiem są ratingi nadawane Polsce. Agencje ratingowe biorą pod uwagę nie tylko reputację rynku kapitałowego i zakres stosowania wspomnianych Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW, także klimat polityczny. Kto burzy trójpodział władz, szkodzi rynkowi kapitałowemu, dewastuje giełdę, ponieważ sądy są nie tylko ostoją Rzeczypospolitej, także gwarancją poszanowania praw inwestorów w ewentualnym sporze z administracją.

Kiedy powstawała warszawska giełda, zakładano jej rychłą prywatyzację, mówiono o dwóch latach, ale czas płynął, dwuletni horyzont przesuwał się, oddalał. GPW została upubliczniona, jest notowana na własnym parkiecie, ale nie przestała być spółką państwową, w której akcjonariusze inni niż Skarb Państwa mają niewiele do powiedzenia. Lecz kto wie, jaki obrót przybrałaby sytuacja, gdyby giełdę rzeczywiście sprywatyzowano. Czy dokonałaby ekspansji na ościenne rynki? Czy zostałaby już przejęta przez większą konkurentkę? Jedno jest pewne: przyszłość GPW zależy przede wszystkim od koniunktury na rynkach. Hossa potrafi zamroczyć najbardziej rozważnych inwestorów, bessa ma wielkie oczy, wszędzie dostrzeże zagrożenia. A tych wokół warszawskiej giełdy nie brakuje.

UWAGA! Wysokie ryzyko!

Rynek kapitałowy darzony zaufaniem. Giełda miejscem bezpiecznych inwestycji długoterminowych. Portfele akcji przechodzące z pokolenia na pokolenie. Wizja to mało realna, lecz politycznie poprawna. Zarysowała ją prof. Małgorzata Zaleska obejmując stanowisko prezesa warszawskiej giełdy. Środowisko corporate governance powinno okazać jej przychylność.

Twórca warszawskiej giełdy Wiesław Rozłucki nie omieszkał wspomnieć, że prof. Zaleska ma poważne doświadczenie w bankowości (więc nie na rynku kapitałowym). Oraz, że prezes giełdy sprawdza się dopiero w sytuacjach naprawdę krytycznych, a on takich przeżył kilka. Zmiana prezesa giełdy jest także sytuacją krytyczną, jeżeli dochodzi do niej w innych okolicznościach, niż podczas zwyczajnego walnego zgromadzenia kończącego kadencję zarządu. W tym przypadku pośrodku kadencji nie tylko wymieniono prezesa, dokonano też masakry Rady Giełdy. Odeszli weterani, na ich miejsce wchodzi całkiem świeży zaciąg.

To potęguje wrażenie niesprzyjające budowaniu zaufania, tak bardzo potrzebnego rynkowi kapitałowemu! Zmiany przeprowadza się dyskretnie, finanse nie lubią demonstracji. Lecz giełdę potraktowano równie prostacko, jak publiczne media, Trybunał Konstytucyjny i spółki publiczne z udziałem Skarbu Państwa, w których dokonano wielkiego pogromu prezesów. Nie dziwi, że Standard & Poor’s obniża Polsce rating i zmienia perspektywę, wszak Polska „dobrej zmiany” jest całkiem innym krajem.

Pretensje mam nie tylko do rządzących. Wielu uczestników rynku okazuje mu – i samym sobie – bezwzględny brak szacunku. Są spółki, które wolą zgłaszać niestosowanie licznych zasad Dobrych praktyk 2016, niż zastanowić się, jak niewiele wysiłku wymaga stosowanie tych wskazówek, oraz jak fatalnie ich postawa zaciąży na reputacji polskiego rynku kapitałowego.

Na warszawskiej giełdzie inwestuję nieprzerwanie od ćwierćwiecza, przeto jestem inwestorem długoterminowym, lecz moje inwestycje wcale nie są długoterminowe. Po pierwsze, wyjąwszy rzadkie przypadki nagradzania inwestorów trzymających przez rok akcje objęte w ofertach publicznych, przetrzymywanie akcji nie daje korzyści, nie uwalnia od podatku Belki, nie jest nagradzane wyższą stopą dywidendy. Zresztą połowy spółek, w które inwestowałem, nie ma już na parkiecie: zostały z niego ściągnięte. Makler nagradza mnie niższą prowizją za wysoki obrót na rachunku, czyli za sprzedawanie i nabywanie akcji. Gdybyśmy powszechnie zamrażali portfele dla wnuków, domy maklerskie upadłyby pierwsze, a giełda niebawem po nich.

Próbą ożywienia rynku, otulenia go zaufaniem, był Akcjonariat Obywatelski, projekt niezdarny, całkiem nieudany. Skarb Państwa udostępniał inwestorom papiery spółek ze swoim udziałem, ale ze współwłasnością nie poszedł w parze współudział w decydowaniu o losach tych spółek. Narzuca się im cele zgodne z doraźnym interesem państwa, a niezgodne z interesem inwestorów. Stracili oni pieniądze, a także zaufanie do rynku i do państwa, zaś rynek stracił wielu inwestorów. Miary błędów dopełniła fatalna polityka wobec OFE. Platformę Obywatelską spotkało za to srogie pokaranie. A teraz narasta psychoza wobec inwestorów zagranicznych. Narodowi populiści chętnie by ich pognali. Nie trzeba. Sami wyjdą.

Najtrudniej będzie spełnić postulat bezpiecznych inwestycji. Inwestowanie na giełdzie nigdy i nigdzie nie było na wskroś bezpieczne. Giełda to nie kasyno, loteria, gniazdo hazardu: jest ona spółką regulowaną, notowaną i w miarę przejrzystą, lecz mimo tego nie jest oazą spokoju. Inwestowanie wiąże się z ryzykiem. Nie daje ochrony przed ryzykiem inwestowanie w funduszach. TFI też ponoszą spektakularne straty. Losy obligacji notowanych na rynku Catalyst dowodzą ponad wątpliwość, że współczesny inwestor nie znajdzie bezpiecznej przystani.

Nie sprzyja warszawskiej giełdzie spory zamęt na światowych rynkach. Zadławił się chiński smok. Krztusi się Brazylia. Kłopoty ma Rosja. Prysła legenda BRIC. Niektórzy analitycy wieszczą katastrofę, radzą: zabieraj swoje pieniądze, wynoś się z giełd już teraz, wkrótce tłok zatka wyjście. Tako rzecze Royal Bank of Scotland; w dziejach bankowości mało która instytucja okryła się taką niesławą, ale jeżeli niewidzialna ręka naprawdę pisze na ścianie proroctwo?
Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2015.12.12 Owoce zatrutej aury

Milczące trąbki pocztowe

Gorzka refleksja nad działaniem państwa wbrew rynkowi kapitałowemu nie ma związku z wyborami. Lecz nie odkładam publikacji do soboty, by nie narazić się na zarzut złamania ciszy. Wszak milczą nawet pocztowe trąbki mające zwiastować ofertę publiczną. Pomilczą jeszcze długo.

ENEA / BOGDANKA. Operacja przejęcia Bogdanki przez Eneę dobiega finału. To nie jest wrogie przejęcie: oferta Enei została pozytywnie zaopiniowana przez zarząd Bogdanki, wezwanie spotkało się z odzewem akcjonariuszy. Z punktu widzenia corporate governance wrogie przejęcia nie są niczym złym. Rada nadzorcza Bogdanki ukuła plan ratunkowy, lecz nie przyjęli go akcjonariusze, zresztą proponowany voting cap wcale nie jest rozwiązaniem zgodnym z corporate governance. Lecz szkopuł tkwi gdzie indziej. Nie chodzi nawet o to, że wezwanie na akcje Bogdanki zostało poprzedzone zagnaniem jej do kąta po wypowiedzeniu ważnej dla niej umowy, ponieważ w kwestiach etyki nasz rynek jest nazbyt liberalny. Chodzi natomiast o to, że spółka z dominującym udziałem Skarbu Państwa przejmuje spółkę prywatną, sprzedaną przez Skarb Państwa funduszom emerytalnym.

Do niedawna Bogdanka była modelową spółką prywatną z uwagi na obecność w akcjonariacie inwestorów przewidywalnych, odpowiedzialnych i stabilnych. Nie zamierzam idealizować funduszy emerytalnych, wiele założeń reformy nie sprostało oczekiwaniom, wielu pokładanych w nich nadziei fundusze nie spełniły i spełnić nie zamierzały. Co nie zmienia postaci rzeczy: im więcej środków płynęło do funduszy, tym bardziej korzystał na tym rynek. Wcześniej fundusze odrzuciły znacznie korzystniejszą ofertę New World Resources, dlaczego teraz przystały na gorszą? Otóż w czasie między dwoma ofertami państwo zmasakrowało fundusze emerytalne, osłabiając tym ich wolę walki w interesie pokoleń klientów.

TAURON. Rząd ratuje górnictwo pieniędzmi akcjonariuszy spółek energetycznych. Tauron, spółka z dominującym udziałem Skarbu Państwa, otrzymała polecenie przejęcia kopalni Brzeszcze. Zarząd, działając w interesie spółki, stawiał opór i twarde warunki, więc został wyrzucony. Jak zwykle, interes górników okazał się ważniejszy od interesu akcjonariuszy. Partia rządząca posłużyła się metodami przypisywanymi partii opozycyjnej. Tak skonała idea Akcjonariatu Obywatelskiego. Kto przystąpił do spółki ze Skarbem Państwa – stracił.

JASTRZĘBSKA SPÓŁKA WĘGLOWA. W trudnych czasach spółka nie ma prezesa. Wcześniej poświęcono Jarosława Zagórowskiego, któremu rynek ufał, ale związkowcy nie, więc jak zwykle górnicy wzięli górę nad akcjonariuszami. Nie wiem, czy teraz nie ma odpowiednich kandydatów, czy rada nadzorcza zwleka z obsadą prezesury wychodząc z założenia, że piastun stanowiska, ktokolwiek nim będzie, wyleci, gdy tylko PIS wygra wybory (nie odpowiada mi takie myślenie). Inwestorzy, kiedyś skuszeni ideą Akcjonariatu Obywatelskiego, zapewne już wyszli ze spółki z mocnym postanowieniem, by więcej ze Skarbem Państwa nie robić interesów.

CIECH. Kiedyś wspomniałem o skandalu na walnym zgromadzeniu Ciech SA. Prezes nie otrzymał absolutorium, co wprawdzie zdarza się, ale okoliczności wydarzenia były przecież kompromitujące. Skarb Państwa na zgromadzeniu dysponował większością głosów. Obradom przewodniczyła i dysponowała tymi głosami pani dyrektor z Ministerstwa Skarbu. W głosowaniu nad absolutorium oddała głosy wstrzymujące się. Uchwały nie powzięto, czemu pani dyrektor nie mogła się nadziwić. Przecież, mówiła, ona tylko wstrzymała się, nie głosowała przeciw. Co to się porobiło? Po latach Ciech sprzedano. Kiedy rynek uznał, że nieodpowiedzialny państwowy akcjonariusz już spółce nie zaszkodzi, kurs akcji wystrzelił w górę. Ale optymizm rynku był przedwczesny. Agenci służb specjalnych z dyskrecją, kulturą i taktem złożyli wizytę Giełdzie Papierów Wartościowych, spółce z dominującym udziałem Skarbu Państwa, by zaszkodzić Ciechowi i Giełdzie, a przy okazji reputacji rynku.

BANK POCZTOWY / POCZTA POLSKA. Plany ofert publicznych spółek z dominującym udziałem Skarbu Państwa, potencjalnych uczestników Akcjonariatu Obywatelskiego – Banku Pocztowego i Poczty Polskiej – rozpływają się we mgle spowijającej przyszłość polskiego rynku kapitałowego. Póki mgła nie opadnie, niebo się nie rozchmurzy, będzie istniało ryzyko, że oferty zakończą się klapą, bo kto jeszcze kupowałby akcje od Skarbu Państwa? Trąbki zwiastujące publiczną ofertę poczt obudziły niejeden rynek. U nas milczą.

Czytaj także:
2014.06.17 Głos kulawy i szkodliwy
2015.02.06 Je suis Jarosław Zagórowski
2015.09.18 Bogdanko, trzymaj się!

Powrót do macierzy

By cofnąć prywatyzację Bogdanki, należy dorżnąć OFE i rozkułaczyć garstkę „spekulantów”. To nie straszenie PiSem, raczej ocena dorobku PO.

Nie opłaca się być w Polsce podatnikiem. Taki wniosek można wysnuć z tezy głoszonej przez związkowców z LW Bogdanka SA. Oświadczyli oni: „Chcemy wrócić do Skarbu Państwa, bo nie opłaca się być w Polsce prywatną firmą” (cytuję za Parkietem 11-12 lipca). Gdyby udało się cofnąć prywatyzację, bądź odwojować spółkę, związkowcom byłoby lepiej, a podatnikom gorzej. Wiele wskazuje na taki scenariusz. By cofnąć prywatyzację Bogdanki należy dorżnąć OFE i rozkułaczyć garstkę „spekulantów”. To nie straszenie PiSem, raczej ocena dorobku PO.

Wypowiedź związkowców z Bogdanki jest przyczynkiem do oceny sytuacji w obliczu nadchodzących wyborów parlamentarnych. Gdyby Bogdanka jakimś dziwnym trafem wróciła do Skarbu Państwa, następstwem protestów załogi przeciwko byleczemu byłby przyjazd premier Ewy Kopacz; uszami wyobraźni już słyszę zapowiedzi, co jej gabinet zrobi dla górników. Gdyby natomiast premierem została Beata Szydło, usłyszę jej senny głos obiecujący znacznie, znacznie więcej. Wszystko na koszt podatnika – czyli wyborcy, który zapomina, kto dobiera mu się do kieszeni.

Przyczyny kłopotów Bogdanki znajdują się poza spółką. Prywatna kopalnia wydobywa węgiel taniej niż państwowi konkurenci. Cóż z tego, skoro Kompania Węglowa wyprzedaje zapasy węgla po rozpaczliwie zaniżonych cenach. Ekonomia polega na tym, że wydobywa się taniej i sprzedaje drożej. Państwowe górnictwo węgla kamiennego wydobywa drogo i sprzedaje tanio, coraz taniej. Ekonomia polega na tym, że spółka utrzymuje się sama, płaci podatki i wypracowuje zysk dla akcjonariuszy. Państwowe górnictwo węgla kamiennego utrzymywane jest przez podatnika. Bogdanka uprawia ekonomię, jej związkowcy chcieliby przenieść spółkę w otchłań ekonomii politycznej.

Bogdanka jest efektywnie zarządzana i nadzorowana. Przed kilku laty zostałem zaproszony do Cancun w Meksyku na konferencję Międzynarodowego Stowarzyszenia Funduszy Emerytalnych (FIAP) z referatem na temat wpływu funduszy emerytalnych na corporate governance w Polsce. Wskazałem kilka obiecujących spółek mających niezłe wyniki i przyzwoite oceny pod kątem corporate governance, w tym Grupę Kęty, Elektrobudowę oraz Bogdankę właśnie. Większość ich akcji należy do polskich funduszy emerytalnych i im wspomniane spółki zawdzięczają znaczną część swoich sukcesów. Lecz niebawem rozpoczęła się rzeź OFE, teraz tonąca Kompania Węglowa brzydko się chwyta, związkowcy Bogdanki chcieliby powrócić do macierzy, politycy zalewają nas populizmem, demagogią i kłamstwami. Wynik wyborów prezydenckich świadczy, że społeczeństwo przyjmuje fałszywy szeląg za dobrą monetę.

Pod warstwą brudu czai się pełzająca kontrprywatyzacja. Skarb Państwa stara się krok po kroku odwojować wpływy, które sprzedał za ciężkie pieniądze, nabywcom akcji ograniczać nabyte przez nich prawa, z siebie strząsnąć niektóre rygory ciążące na uczestnikach obrotu. Politycy bez pamięci prą do władzy nie zważając na realia gospodarcze i społeczne koszty zamętu, jaki towarzyszy ich dążeniom. Pracownicy spółek z udziałem Skarbu Państwa zostali wyposażeni w znaczące uprawnienia, w tym reprezentację w radzie nadzorczej, a w niektórych spółkach – nawet w zarządzie. Miejsca w radach nadzorczych zazwyczaj przypadają, z wyboru pracowników, liderom organizacji związkowych. Wywierają oni znaczny wpływ na swój pracownicy elektorat, a także na zarządy. Spółki, nawet publiczne, nie rozliczają się przed akcjonariatem z kosztów ponoszonych na finansowanie związków zawodowych, począwszy od utrzymania etatów i biur działaczy związkowych po rzeczywistą działalność związkową (jeżeli taka bywa prowadzona).

Szkopuł polega na tym, że działalność związków zawodowych w niektórych spółkach giełdowych bywa nastawiona przede wszystkim, lub nawet wyłącznie, na korzyść działaczy związkowych, nie na dobro spółki – pracodawcy, albo nawet temu dobru wbrew. Przykładem głosy związkowców z Bogdanki przed sejmową Komisją Skarbu: „Chcemy wrócić do Skarbu Państwa”. Domyślam się, że pragną powrócić do macierzy wraz z kopalnią i złożami, zapewne bez ciężarów w postaci akcjonariatu (są nim głównie Otwarte Fundusze Emerytalne, ale także indywidualni „spekulanci”) i bez dopustów w postaci rady nadzorczej i zarządu spółki. Mogliby wówczas liczyć na wyłączenie także nad Bogdanką, jak nad państwowymi spółkami górniczymi, działania praw ekonomii i zastąpienie ich szczodrymi dopłatami. Ciekaw jestem, kiedy zażądają wyłączenia prawa grawitacji.

Tekst ogłoszony 22 lipca 2015 r. w Gazecie Giełdy Parkiet

Czytaj także: 2015.02.06 Je suis Jarosław Zagórowski

Widzialna ręka rynku

Polska potrzebuje kompleksowego programu na rzecz rynku kapitałowego. Potrzebuje go pilnie. Jeszcze niedawno sądzono, że chodzi o program rozwoju rynku, nową Agendę Warsaw City, zapewne 2020. Dzisiaj czas uznać powagę sytuacji: jeżeli nie zostaną podjęte stanowcze działania, do roku 2020 polski rynek kapitałowy skarleje. Polsce potrzebne są usiłowania ku ocaleniu rynku. Doświadczenie wskazuje, że państwo nie tylko rynku nie wspiera należycie, ale rozmyślnie mu szkodzi. Politycy i znaczna część mediów dążą do narzucenia społeczeństwu przekonania, że żywioł rynku, owa jego niewidzialna ręka – to ręka aferzysty, której trzeba przeciwstawić pięść widzialnej ręki rynku, czyli państwa.

Stosunki państwa z rynkiem z natury bywają burzliwe. Lecz rynek kapitałowy w istocie rzeczy nie uwiera państwa, natomiast państwo potrafi dotkliwie uwierać rynek. W Polsce panuje zgoda na obecność państwa na rynku. Rzecz w tym, że nie potrafimy jasno określić, na czym na obecność ma polegać, w czym się wyrażać, jakie granice przybrać. Zgadzając się na udział państwa w grze rynkowej, powinniśmy zadawać pytania o formy tego udziału:

  • Czy rzeczywiście niektóre gałęzie gospodarki powinny wiekuiście pozostać w gestii państwa? Oraz czy owa gestia nie jest iluzoryczna? Ronald Reagan powiadał, że państwo nie rozwiązuje problemów, ono je tylko dofinansowuje. Z pewnością państwo jest w stanie dofinansować branże jego specjalnej troski, na przykład energetykę, lecz nie idzie mu rozwiązywanie stojących przed tą ostatnią problemów, jak gaz łupkowy, energia atomowa, terminal LPG.
  • Skoro niektórych przedsiębiorstw nie imają się surowe prawa rynku, skoro ochrania je państwo, to czy ochrania je w imię rzeczywistej racji stanu, czy raczej w interesie pracowników? Przykład pierwszy z brzegu to górnictwo węgla kamiennego.
    • Czy udział Skarbu Państwa w akcjonariacie spółki podlega ograniczeniom płynącym z reguły „tyle władztwa, ile własności”? Odnoszę nieodparte wrażenie, że większość polityków (i znaczna część dziennikarzy) nie rozumie rozróżnienia między „spółką Skarbu Państwa” (czytaj: spółką z wyłącznym udziałem Skarbu Państwa) a „spółką z udziałem Skarbu Państwa” (czytaj: spółką, w której Skarb Państwa jest jednym z akcjonariuszy, nierzadko mniejszościowym, ale nawet gdy ma – powiedzmy – 33% akcji, zachowuje się, jak gdyby miał 333% …).
  • Dlaczego zakwalifikowanie spółki do koszyka spółek o znaczeniu strategicznym zamyka ją przed światem? Jakiś czas temu przejrzałem składy rad nadzorczych owych spółek. Rzecz ciekawa: nie znalazłem w nich ani jednego obcokrajowca. Są to często podmioty znaczące, uczestniczące w procesach współpracy ze światem, ale przed owym światem intelektualnie zatrzaśnięte. Bałamucimy się zapewnieniami, że udział Polski w Unii i w NATO, nie wspominając tu o innych organizacjach, dowodzi jej otwartości. Lecz wszędzie tam, dokąd sięga widzialna ręka państwa, w poprzek rynku wytyczana jest granica „nasi – obcy”. Niedawno Marek Kondrat trafnie zaobserwował: „Świat się na nas przyjaźnie otworzył, my na świat nie bardzo, bo obawiamy się, że nas jednak zdemaskują”.

ZJAWA Z LOCH NESS
Próby uporządkowania obecności państwa na rynku kapitałowym niezmiennie kończą się niepowodzeniem. Przed kilku laty Rada Gospodarcza wystąpiła z ciekawym pomysłem Komitetu Nominacyjnego opiniującego kandydatury zgłaszane przez Skarb Państwa do rad nadzorczych spółek z jego udziałem. Zachowanie Skarbu Państwa na tej niwie dotknięte jest dwoma grzechami. Pierwszym jest zjawisko „alotażu”, czyli promowanie na stanowiska stronników politycznych ekipy akurat rządzącej, często niekompetentnych (nazwa zjawiska wywodzi się od nazwiska byłego prezesa ZUS). Drugim jest sztuczka „królik z cylindra” – zgłaszanie kandydatur na walnym zgromadzeniu w ostatniej chwili, z zaskoczenia, by utrudnić akcjonariuszom ocenę ewentualnych kwalifikacji i doświadczeń faworytów Skarbu Państwa. Projekt powołania Komitetu Nominacyjnego obumarł, podobno ze względu na sprzeciw polityków dostrzegających w nim tamę dla ich wszechwładztwa; później jeszcze dwakroć wynurzał się z głębin, niczym zjawa z Loch Ness, lecz tylko na krótko i na niby. Podobnie potraktowano pomysł powołania Krajowego Funduszu Majątkowego mającego zarządzać udziałami Skarbu Państwa w spółkach rozproszonych między domeny różnych resortów. I tym razem politycy uznali, że Fundusz ograniczyłby ich władztwo nieskrępowane odpowiedzialnością.

STARORZECZE
Państwo jednocześnie pełni na rynku kilka różnych funkcji, niekiedy wzajemnie sprzecznych. Jest włodarzem wspólnego majątku. Jest czynnym uczestnikiem wydarzeń gospodarczych. Jest nadzorcą. Jest regulatorem. Jednym z ważnych wyzwań stawianych przez współczesność jest reforma spółki akcyjnej jako najważniejszego z uczestników rynku kapitałowego. Chyba nie zdajemy sobie sprawy, jak dalece odstajemy tu od rzeczywistych potrzeb. Rdzeniem współczesnej spółki publicznej jest komitet audytu, nieznany przecież Kodeksowi spółek handlowych, amatorsko uregulowany w peryferyjnej ustawie o biegłych rewidentach. Inny ważny komponent rady nadzorczej, komitet wynagrodzeń, wprowadzany jest tylnymi drzwiami, gdyż nie doczekał się jeszcze instytucjonalizacji w formie ustawy. Rady nadzorcze w spółkach notowanych coraz powszechniej wykorzystują członków niezależnych, Ksh do tej pory nie zna tej instytucji, a wspomniana ustawa o biegłych za kryterium niezależności przyjęła – uwaga, uwaga! – nieposiadanie akcji nadzorowanej spółki, co jest obrazą corporate governance. Także inna fundamentalna zasada ustroju spółki akcyjnej – odpowiedzialność jej piastunów, w tym członków rady nadzorczej, za sprawozdawczość spółki – została ustanowiona w ustawie o rachunkowości, czyli daleko poza Ksh. Kodeks jest jak starorzecze, życie pędzi innym nurtem. Przy czym spółkom ze swojej domeny państwo najchętniej postać spółki akcyjnej, choćby ten ustrój spółki był dla właściciela niekorzystny (klasycznym przykładem Gaz-System). Nie bez racji pisał The Economist, że w przypadku państwowego właściciela spółka akcyjna nie daje możliwości efektywnego wykorzystania jej zasobów.

UPAŃSTWOWIĆ CORPORATE GOVERNANCE?
Terminem corporate governance określa się styl zarządzania spółką i jej nadzorowania. Jest to obszar rozpościerający się pomiędzy prawem a rynkiem. W Polsce corporate governance zawdzięcza swoją pozycję Giełdzie Papierów Wartościowych wymagającej od notowanych na niej spółek stosowania dobrych praktyk lub wyjaśnienia rynkowi, dlaczego ich nie stosują. Przy czym osąd postępowania spółek należy do rynku. Dopiero kiedy zjawisko niestosowania jednej lub więcej dobrych praktyk przybiera wymiar krytyczny, na scenę powinno wkroczyć państwo. Ostatnio próbuje ono poszerzyć swoją domenę: jego organ, Komisja Nadzoru Finansowego, której zasługi oceniam wysoko, zeszła moim zdaniem na manowce wydając dla podmiotów nadzorowanych instrukcję generalną stosowania corporate governance. Pomijając wątpliwości w kwestii podstawy prawnej wydanych przez KNF wskazówek, widzę w nich pewne szkodliwe nieporozumienia. Komisja odstępuje od zasady „stosuj lub wyjaśnij, dlaczego nie stosujesz”, grozi sankcjami w procesie BION (badanie i ocena nadzorcza), wnika w takie szczegóły, jak język i częstotliwość posiedzeń organów spółki, domaga się uzasadniania zdań odrębnych (co jest szkodliwe) i postuluje wybieranie przewodniczącego rady nadzorczej spośród niezależnych (co jest nieżyciowe).

INSTRUMENT KREOWANIA ZAUFANIA
Widzialna ręka dzierży kij bejsbolowy i bije nim w godność rynku i zaufanie do niego. Niektórzy politycy za wzór cnót obywatelskich uważają demonstrowanie obrzydzenia do posiadania akcji lub obligacji; jeden to nawet wyjaśniał, że nie ma rachunku bankowego, bo „nie jest aferzystą”. Niepowetowane i trwałe szkody moralne i materialne wyrządziła rynkowi kampania pomówień Otwartych Funduszy Emerytalnych o wszystko, co najgorsze. Krzysztof Lis, niezapomniany inspirator powołania Polskiego Instytutu Dyrektorów, często powiadał, że warszawska giełda nie jest niepokojona przez polityków tylko dzięki wstawiennictwu Najjaśniejszej Panienki. Ostatnio odnoszę wrażenie, że Najjaśniejsza wyjechała na wakacje. Politycy głoszą wartość państwa i krzewią awersję do rynku, w szczególności kapitałowego, który nie jest im potrzebny jak poprzednio, gdy trwała prywatyzacja.

Lecz rynek nie jest bezradny. Dysponujemy orężem obronnym, sprawnym instrumentem kreowania zaufania. Jest nim corporate governance. Dzięki niemu rośnie zaufanie do rynku, do giełdy, do spółek, do osób sprawujących władztwo nad spółkami. W świecie zaufanie zyskują te rynki, które zaprowadziły porządek korporacyjny. I te spółki, które na tym porządku budują swoją przyszłość. Oraz ci członkowie ich organów, którzy kierują się dobrą praktyką. Zaufanie jest jednym z czynników sterujących przepływami kapitału. Ma ono zatem bezsporną wartość ekonomiczną. Kapitał wybiera rynki, do których ma zaufanie, przeto pomyślność rynku zależy od zaufania pokładanego w nim przez inwestorów, oraz od mechanizmów weryfikacji tego zaufania. My, rynek, dbajmy więc o inwestorów.

Tekst został napisany na zaproszenie Izby Domów Maklerskich dla biuletynu IDM.

Czytaj także:
2013.02.25 Między oceną a wyceną

Wrzutka

Polska jest krajem otwartym, przyjaznym i serdecznym. Oto zjechał do nas cudzoziemiec stale zamieszkały za granicą (przeto bez numeru PESEL), by bez przeszkód z jakiejkolwiek strony podjąć pracę zawodową na stanowisku ministra finansów, z czasem i wicepremiera, po czym zameldować się w Bydgoszczu i kandydować stamtąd do Europarlamentu. Nikt od niego nie zażądał, by stanął przed państwową komisją egzaminacyjną i złożył egzamin ze znajomości języka polskiego. Który to język, lubo nie rodzimy, wspomniany cudzoziemiec zna wybornie, podobnie jak kilka innych.

Minister Rostowski przyszedł mi do głowy w związku z procedowanym przez parlament rządowym projektem ustawy o zmianie ustawy o języku polskim oraz ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych. Gospodarzem projektu jest Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Dlaczegóż to, gotów spytać Czytelnik niniejszego wpisu, MNiSzW zajmuje się funduszami emerytalnymi? Prawdopodobnie za sprawą wrednej wrzutki. Otóż przygotowano projekt ustawy o bardzo rozbudowanym trybie składania przez cudzoziemców egzaminów ze znajomości języka polskiego; nie chodziło o to, by im cokolwiek narzucać, lecz by ułatwić im uzyskiwanie świadectwa znajomości języka. I do tego projektu ktoś na dokładkę wprowadził założenie, że co najmniej dwie osoby wchodzące w skład zarządu towarzystwa emerytalnego, w tym prezes, muszą legitymować się urzędowym poświadczeniem znajomości języka polskiego.

Trudno nie dostrzec w tym szykany wobec członków zarządów Powszechnych Towarzystw Emerytalnych zarządzających Otwartymi Funduszami Emerytalnymi, którym to funduszom wspomniany minister Rostowski szkodził jak potrafił, a potrafił bardzo. Przepisy rangi ustawowej zejdą na psy, jeżeli będziemy je wykorzystywać do spraw małych i zbędnych. Inflacja pieniądza ustała, inflacja prawa trwa. Szacunek dla języka polskiego nie powinien być na siłę rozciągany na prywatne spółki. Podobnie nie ma sensu wymaganie, by posiedzenia rad nadzorczych i zarządów podmiotów nadzorowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego odbywały się w języku polskim. Owszem, protokoły i zawarte w nich uchwały powinny być sporządzane po polsku, ale nie ma powodu, by wymagać obradowania po polsku, zwłaszcza że współczesna rada nadzorcza może skutecznie wykonywać znaczną część swoich zadań poza posiedzeniami.

Wiele korporacji przyjmuje angielski jako język roboczy. Są wśród nich firmy skandynawskie, niemieckie, szwajcarskie, nawet francuskie. Zmiana ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych nie zmieni faktu, że to angielski jest językiem globalizacji. Językiem biznesu, internetu, nowych technologii i idei. To po angielsku uczą w słynnych francuskich szkołach biznesu. I już w niektórych polskich szkołach wyższych. Profesor Andrzej Koźmiński słusznie zauważył, że angielski nie powinien już być uważany za język obcy: jak ktoś nie umie, niech się nauczy. Bo nie jest człowiekiem.

Przeto uważam, że z projektu ustawy o zmianie ustawy o języku polskim należy wykreślić zmianę ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych.