Archiwa tagu: państwo i rynek

Rynek za klimatem, polityka przeciw

www.personalities.plRynek nie zawsze podąża w tym samym kierunku, co państwo. Wypowiadając paryskie porozumienie klimatyczne prezydent USA stanął przeciwko rynkowi. Akcjonariusze usiłują wymuszać na spółkach przejrzystą politykę informowania o szacunkowych kosztach ryzyka płynącego z oddziaływania ich działalności na klimat, a także o podejmowanym na tym polu lobbingu. Aktywni inwestorzy, szczególnie finansowi, dają wyraz społecznej odpowiedzialności dążąc do wprowadzania w życie uzgodnionych w Paryżu standardów. Doroczne walne zgromadzenia coraz częściej podejmują uchwały w tym przedmiocie, często wbrew opozycji rady dyrektorów.

Oświadczenie prezydenta Trumpa o odstąpieniu przez Stany Zjednoczone od paryskiego porozumienia klimatycznego wisiało już w powietrzu, gdy walne zgromadzenie Exxon Mobil, jednej z flagowych korporacji Ameryki, powzięło ważną uchwałę o sprawozdawaniu przez spółkę na temat długoterminowego ryzyka ciążącego na jej działalności w następstwie zmian technologicznych i klimatycznych w świetle paryskich postanowień. Przeciwko projektowi opowiedziała się rada dyrektorów, za projektem głosowała doraźnie skomponowana koalicja inwestorów finansowych, w tym globalny fundusz inwestycyjny Black Rock, fundusz emerytalny pracowników stanu Nowy Jork i fundusz inwestycyjny Kościoła Anglii. W ubiegłym roku ta sama propozycja zyskała 38,1% głosów, więc uchwała nie została przyjęta; obecnie została powzięta większością 62% głosów i chociaż nie ma charakteru wiążącego, spółka nie może jej po prostu zignorować. Zwłaszcza, że SEC oraz stany Nowy Jork i Massachusetts prowadzą wymierzone w nią postępowania.

Wobec tego CEO Darren Woods, unikając formalnego zobowiązania do stosowania uchwały zapewnił, że rada dyrektorów przemyśli model komunikowania z interesariuszami na temat, jak paryskie limity wpływają na wartość pól naftowych, rafinerii i ropociągów. Jego zdaniem spółka jest gotowa do kierowania się paryskimi metodami i celami, ale porozumienie nie zmieni faktu, że popyt na ropę będzie rósł w najbliższych dekadach, zwłaszcza w regionach słabiej rozwiniętych. Zapotrzebowanie na energię wynika z demografii i standardów życia. Celem jest ograniczanie emisji gazów cieplarnianych najniższym kosztem dla społeczeństwa. Woods kieruje koncernem od 1 stycznia b.r.; w podobnym duchu wypowiadał się jego poprzednik Rex Tillerson, obecnie sekretarz stanu w administracji Trumpa.

Nie wszędzie głosowania w sprawie ryzyka zmian klimatycznych doprowadzały do powzięcia uchwał. Wielu inwestorów instytucjonalnych zwyczajowo głosuje na walnych zgromadzeniach zgodnie ze stanowiskiem rady dyrektorów. Brak jedności funduszy emerytalnych zważył na odrzuceniu projektu przez walne zgromadzenia Verizon Communications Inc. oraz First Energy Corp. Podobnie zdecydowało walne Chevron Corp., natomiast uchwały klimatyczne udało się funduszom przeforsować na walnych zgromadzeniach PPL Corp., a także Occidental Petroleum Corp., gdzie uchwała została powzięta większością 65,7% głosów z inicjatywy funduszu emerytalnego California Public Employees’ Retirement System (CalPERS) dzięki poparciu jej przez Black Rock. największego akcjonariusza spółki. Ten przypadek jest znamienny z trzech powodów: Occidental ma mroczną historię szkodnika politycznego i środowiskowego, przeciwko uchwale wypowiedziała się rada dyrektorów, a jeszcze w ubiegłym roku taki sam projekt nie zyskał większości głosów. Nie poparł go wówczas Black Rock, który obecnie zmienił stanowisko stwierdzając brak postępu w dostosowaniu polityki klimatycznej Occidental do porozumienia paryskiego z 2015 r.

Kompanie naftowe spoza Stanów Zjednoczonych już wcześniej podejmowały podobne uchwały: Royal Dutch Shell Plc, British Petroleum Plc oraz Statoil ASA raportują na temat polityki klimatycznej od roku 2015. Akcjonariusze, kiedy się jednoczą, potrafią oddziaływać na politykę spółek. Czy także potrafią wymusić zmianę polityki państwa? Za poszanowaniem paryskiego porozumienia opowiadają się liczne spółki, amerykańskie i obce, ale prowadzące działalność w USA, m.in. Adidas, Adobe, Allianz, Apple, Dow Chemical, Dupont, eBay, Gap, General Mills, Google – by poprzestać na pierwszych literach alfabetu…

Można oczekiwać rosnącego zaangażowania inwestorów na rzecz zwiększenia przejrzystości polityki klimatycznej spółek. Niechętne porozumieniu paryskiemu stanowisko prezydenta USA nie zatrzyma tej tendencji. Odpowiedzialność klimatyczna staje się jednym z ważnych kryteriów oceny spółek i tkwiącego w nich ryzyka. Natomiast tam, gdzie państwo jest obecne na rynku, ma silną pozycję w akcjonariacie spółek, jest w stanie narzucić im swoją politykę – należy spodziewać się trudności w realizacji standardów paryskich, co w może przyszłości owocować reakcją społeczności międzynarodowej. Nieprędko do tego dojdzie – ale zapewne dojdzie…

Tekst ogłoszony 20 czerwca 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2000.07.24 Zysk z plusem

Spółki pod specjalnym nadzorem, czyli pogarda dla rynku

Czy można sobie wyobrazić depeszę Deutsche Presse Agentur „Kanclerz federalna Angela Merkel ogłosiła, że przejęła nadzór nad Volkswagen AG”? Albo info na pasku w BBC World Service: „PILNE: PM Theresa May przejęła kontrolę nad Barclays”? Zakładam, że wyobraźnia nie sięga tak daleko. Lecz w Polsce bywa inaczej. Wicepremier Mateusz Morawiecki ogłosił kiedyś, że… przejął kontrolę nad PKO Bankiem Polskim. To znaczy: nie dokonał przejęcia spółki akcyjnej w trybie przewidzianym przez prawo, natomiast zagarnął ów bank do swojej domeny władzy. Co zresztą uchroniło bank przed nieprzemyślanymi zmianami personalnymi… Niedawno, na kanwie nagłego, do tego bezsensownego, odwołania prezesa PZU SA, rozpisywały się media, jak o wpływy w spółce rywalizują panowie Ziobro i Morawiecki. Aż sprawę spróbowała wyciszyć premier Beata Szydło informując, iż to ona osobiście „sprawuje nadzór” nad ubezpieczycielem.

W internecie pojawiły się urągliwe komentarze, co też pani premier, etnograf, wie o ubezpieczeniach. Dzięki temu dowiedziałem się, że ma ona dyplom wydziału, gdzie i ja studiowałem. Lecz profil wykształcenia nie ma tu nic do rzeczy. Nie chodzi przecież o nadzór w rozumieniu Ksh (art. 382 § 1: „Rada nadzorcza sprawuje stały nadzór nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności”). Jedyną dziedziną, nad którą premier, względnie wicepremier, względnie wspomniany minister, pragną sprawować „kontrolę” lub „nadzór” nad spółkami, jest selekcja kandydatów do korzyści czerpanych z owych spółek. Czyli najpierw dobór rad nadzorczych posłusznych dyrektywom politycznym, następnie wybór przez posłuszną radę prezesa i członków zarządu. Wtedy można już swobodnie rozprowadzać swoich po posadach. Nazywa się to repolonizacją, odzyskiwaniem, wymianą elit, dobrą zmianą – każdy z tych terminów zawiera większy ładunek nonsensu, niż bomba termobaryczna.

Ta zbójecka w gruncie rzeczy polityka nie budzi powszechnych sprzeciwów. Akcjonariuszy jakoś nie obchodzi, czy spółce prezesuje prawdziwy menedżer, czy Szydlak, Ziobrak lub Morawiak. Nie o zasady im chodzi, ani o Dobre praktyki, jedynie o pieniądze. A te obecnie płyną do udziałowców spółek pod specjalnym nadzorem. „W zaledwie 7 miesięcy wartość spółek Skarbu Państwa wzrosła o 90 mld zł. To jest tyle, ile wynosi kap. (kapitalizacja – ASN) PKN+PZU” tweetuje Piotr Kwestarz, ceniony analityk portalu Strefa Inwestorów. Twitter wymaga zwięzłości, liczy się każdy znak, stąd mylący skrót o spółkach Skarbu Państwa. W rzeczy samej są to spółki z udziałem Skarbu Państwa, niekiedy mniejszościowym; nie ma to wszelako nic do rzeczy, bowiem państwo zawłaszcza te spółki, uznaje je za swoje, tylko swoje; nie szanuje, nawet nie dostrzega, interesów innych udziałowców. Czas zrozumieć, że obecny rząd nie uświadamia sobie, jakich korzyści może rynek kapitałowy przysporzyć gospodarce, obywatelom i państwu, więc wkracza na niego z maczugą i wali nią na oślep.

Działania na szkodę demokratycznego państwa prawa, gwałt na Trybunale Konstytucyjnym, deforma systemu edukacji, masakrowanie Służby Cywilnej, zamach na niezawisłość sądów, lekkomyślne zadłużanie państwa, nieuczciwa procedura uchwalania budżetu, osłabianie zdolności obronnych Polski, a zatem i NATO, ubezwłasnowolnianie organizacji pozarządowych, ekscesy dyplomacji, rzeź samorządności – spotykają się z ostrą krytyką w kraju i na świecie. Lecz mało kto występuje w obronie rynku kapitałowego. Bank Światowy, Unia Europejska, opiniotwórcze media – nie angażują się w przeciwdziałanie krokom zmierzającym do unicestwienia zasad corporate governance. Być może jest tak dlatego, że wspomniane wartości demokratyczne wspierane były przez Zachód od czasu transformacji dobrym słowem, szkoleniami, pomocą techniczną i merytoryczną, pieniędzmi wreszcie, a nasze usiłowania ku wprowadzeniu na rynek zasad corporate governance nikogo nie obchodziły, nie skłaniały do udzielania wparcia merytorycznego lub finansowego.

Doskonale pamiętam pierwsze inicjatywy na rzecz sformułowania dla polskiego rynku Dobrych praktyk spółek publicznych. Inspirował je dr Krzysztof A. Lis, koordynował niedawno zmarły prof. Grzegorz Domański. Zaowocowały one m.in. powołaniem Polskiego Instytutu Dyrektorów, którym miałem zaszczyt przez lata kierować. Na tym polu nasza transformacja była zdana wyłącznie na siebie. Odnosiłem niekiedy wrażenie, że Zachodowi wcale nie zależy na doskonaleniu polskiego rynku. Owszem, napływały inwestycje, jak niegdyś napływały do kolonii. Później kolonie odłączały się, jak dzisiaj Polska próbuje odłączyć się od świata, wejść w alternatywną rzeczywistość. Kiedyś zagraniczni inwestorzy mogą wycofać kapitał. Przyjdzie nam jeszcze zatęsknić za rynkiem, ale rząd już zgasi na nim światło.
Czytaj także, m.in.:
2017.01.21 Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa?
2017.03.29 Inwestowanie w czasach zarazy
2015.02.17 Widoczna ręka rynku

Inwestowanie w czasach zarazy

Od zarania transformacji gospodarczej interesuję się spółkami z udziałem Skarbu Państwa, od kilkunastu lat piszę o nich często, podpisuję swoje teksty mianem eksperta corporate governance, ale nie potrafiłem udzielić prawidłowych odpowiedzi na wszystkie pytania quizu ogłoszonego niedawno przez portal Bankier.pl i pb.pl (Puls Biznesu). Quiz dotyczył kwestii, kto kieruje „spółkami Skarbu Państwa” – w istocie chodziło o spółki z udziałem Skarbu Państwa, pytano o dziesięć spółek tylko, co ośmieliło mnie do podjęcia próby odpowiedzenia na pytania, mimo iż ostrzegano, że quiz jest wyjątkowo trudny. Należało wybierać jedną z czterech podpowiedzi. Każdy bez trudu wskaże, że PKO Bankiem Polskim kieruje Zbigniew Jagiełło, na polskim rynku poniekąd jest on jak Noe, bo jeszcze przedpotopowy. Nie sprawiło mi trudności wskazanie prezesa Orlenu, pisałem o nim z niemałym zdziwieniem, że dostał tę posadę w obliczu skromnych kwalifikacji i doświadczeń. Na osiem pozostałych pytań odpowiedziałem poprawnie w siedmiu przypadkach, za każdym razem wysilając pamięć, czy prezes powołany na stanowisko przed kilku zaledwie miesiącami pełni aby ową funkcję nadal. Podpowiadane do wyboru nazwiska byłego prezesa, jeszcze bardziej byłego, oraz – oczywiście – obecnego nic mi nie mówiły, ich nosiciele nie wyróżniają się na rynku jakimiś przymiotami godnymi zapamiętania. I zanim dadzą się poznać, są gorączkowo zwalniani.

Przywykłem nazywać to zjawisko drzwiami obrotowymi: ktoś wchodzi do zarządu lub rady nadzorczej spółki, pokręci się przez chwilę – i wychodzi, za sprawą odwołania lub rezygnacji. W spółkach z udziałem Skarbu Państwa praktyka drzwi obrotowych przybiera w ostatnim okresie zatrważające rozmiary. Media usiłują objaśniać przyczyny ważniejszych ruchów kadrowych tarciami wśród rządzących, podobno zwalczają się partyjne koterie, a Mordor z Nowogrodzkiej już traci nad wszystkim kontrolę. Lecz nie przyczyny się liczą, a skutki. Menedżerowie sadzani na karuzeli kadrowej i brutalnie z niej strąceni zanim zdążyli pokazać co potrafią, są traktowani podle, nawet po dwakroć podle. Raz, że objęli posady w zatrutej aurze „dobrej zmiany”, bez racjonalnych powodów przemawiających za ich powoływaniem na ważne stanowiska, dwa – że wkrótce zostali zmieceni z tych stanowisk bez jasnych po temu powodów, często także bez absolutorium. Za kompetentnych uważano ich przez chwilę, ale rychło ich zdemaskowano.

Zbyt wiele dokonuje się zmian, zapewne przypadkowych, w zarządach i radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa. Najbardziej pokrzywdzonymi są nie menedżerowie, a inwestorzy oraz ich pieniądze. Inwestowanie zawsze wiąże się z ryzykiem, lecz tu napotykamy ryzyko niepojęte: nie ma sensownych racji dla awanturniczej polityki kadrowej Skarbu Państwa, nie przemawiają za nią żadne argumenty. Kraj ogarnęła zaraza. W kręceniu drzwiami obrotowymi dostrzegam tę samą paranoję, która przenika obronność, politykę zagraniczną, niszczenie konstytucji i niezawisłego sądownictwa, wycinkę drzew, deformę oświaty. I tak dalej, dalej, dalej. W obliczu powagi tych spraw blednie znaczenie tej, o którą się dopominam, czyli corporate governance. Odnoszę wrażenie, że nie czas żałować dobrych praktyk, gdy dochodzi do dewastacji państwa, obrazy demokracji, wywracania na opak etyki, promowania zakłamania w życiu publicznym. Niemniej poczuwam się do obowiązku głoszenia wartości płynących dla rynku z poszanowania interesów spółek, ich piastunów i akcjonariuszy.

Te wartości są dzisiaj deptane. Przywódca partii rządzącej oświadcza, że rozwój gospodarczy kraju liczy się mniej niż dążenia do przebudowy państwa w duchu narodowego populizmu i na szkodę społeczeństwa. Wielu ludzi deklaruje poparcie dla tej mrocznej ideologii. Widoczna ręka rynku, czyli państwo, działa nieporadnie i na oślep. Pieniądz nie lubi takiej atmosfery. Prędzej lub później odpłynie na zdrowsze, bardziej bezpieczne rynki. Nasz był obiecujący, lecz polityka wydziera mu serce. Pozbawionym corporate governance spółkom z udziałem Skarbu Państwa nieuchronnie przyjdzie mierzyć się z kłopotami. Stracą zaufanie inwestorów. Z nich zaraza braku zaufania może rozlać się szeroko. Inwestorzy – nie tylko zagraniczni, także krajowi, którzy uzyskują możliwości lokowania kapitału w innych krajach – zadają sobie pytania: Czy polski rynek nadal należy do wschodzących? Czy jest obiecujący? Czy budzi zaufanie? Czy brak praworządności nie rodzi nadmiernego zagrożenia dla inwestycji? Dlaczego Polska przestała być krajem obliczalnym, przewidywalnym, odpowiedzialnym?
Czytaj także, między innymi:
2016.10.02 Rozwój i zaufanie
2015.02.17 Widoczna ręka rynku

Dlaczego warto rozważyć powierzenie szefostwa GPW obcokrajowcowi?

Obcokrajowiec na czele warszawskiej giełdy… Niespełna trzy lata temu zgłosiłem taki pomysł pod rozwagę rynku. Kandydata nie wskazałem, nie opowiadałem się za kimś ani przeciwko komuś. Uważałem, że trzeba ruszyć z miejsca, w którym giełda utknęła na dobre. Byłem świadomy, że pomysł nie zostanie zrealizowany. Polsce już wtedy, wiosną 2014 roku, opadały skrzydła. Wspominano jeszcze, acz z niewiarą, o przejmowaniu Wiednia z plejadą giełd zależnych, inwestowano na rynku brytyjskim, ale mentalnie byliśmy już odklejeni od świata, który zdawał się coraz mniej potrzebny. W zarządach i radach nadzorczych spółek strategicznych – tych o największym znaczeniu dla państwa, gospodarki, społeczeństwa – rozsiedli się sami nasi. Ekspatów nie chciały już także pozostałe spółki z udziałem Skarbu Państwa, bądź firmy rodzinne, nawet spółki mieniące się innowacyjnymi.

2017-01-17_kaDzisiaj powtarzam tamtą propozycję, chociaż zdaję sobie sprawę, że jest ona nierealna. Polska stała się bardzo nieufna wobec obcokrajowców. Obawiamy się ich w przekonaniu, że mogą nas zdemaskować, więc lepiej zatrzasnąć się przed nimi. Zatrzaskujemy zatem drzwi i okna. Niemniej korzyści płynące z proponowanego rozwiązania byłyby liczne i niezaprzeczalne. Obcokrajowiec z natury byłby kimś spoza układów, nie byłby ani z Tamtych, ani z Naszych, co dawałoby mu niezbędną samodzielność. To nie jest, nigdy nie było i nie powinno być, stanowisko polityczne. Co więcej: szef GPW ma robić swoje bez oglądania się na polityków. Bez podpinania się pod tę czy inną partię, koterię, kamarylę. Nie powinien wyczekiwać, kiedy komuś odpowiedzialnemu w rządzie za gospodarkę napiszą wreszcie slajd, który wspomni o giełdzie. Powinien natomiast recenzować politykę gospodarczą rządu przez pryzmat interesów uczestników rynku kapitałowego.

Państwo nie zawsze kieruje się interesami swojego rynku kapitałowego, ale powinno je znać. Lecz rodzimi politycy, zwłaszcza ci z najwyższego obecnie szczebla władzy, nie znają rynku kapitałowego. Wiedzą o nim tyle, że to żywioł, którego państwo nie poskromi. To się im nie podoba, ponieważ pragną wzmacniać państwo, rozwijać je kosztem, między innymi, rynku. Giełda pragnie ukształtować zachowania uczestników rynku dobrymi praktykami – zasadami pozbawionymi mocy obowiązującej, wypracowanymi przez sam rynek i obwarowanymi wspólnymi interesami. Politykom nie mieści się w głowach, że można dobrowolnie stosować regulacje, za którymi nie stoi państwo ze swoim aparatem przymusu. Świat oparty na wzajemnym zaufaniu i wspólnocie interesów jest dla nich nie do przyjęcia, ponieważ sami nikomu nie ufają, zwłaszcza sobie; do wspólnoty się nie poczuwają; ewentualnego partnera mają za przeciwnika i zamierzają zniszczyć, a jego interesów nie chcą szanować lub realizować.

GPW zawsze była, i wciąż jest, krainą fachowości. Jej rozwój był możliwy dzięki dyskretnej kurtynie odgradzającej ją od polityki. Zapowiedź zmiany prezesa przez najbliższe walne zgromadzenie nie spowodowała ogłoszenia żałoby narodowej, ale na giełdzie wzbudziła niepokój. Jedni boją się desantu „bankomatów”, czyli specjalistów z sektora bankowego. Inni dowodzą, że przecież gorsi są urzędnicy. Wyrażane są obawy, by giełda nie stała się kolejną agendą realizacji strategii odpowiedzialnego rozwoju. Nie mam nic przeciwko rozwojowi, ale wolę go bez przymiotnika. Przymiotniki już były.

Dzisiejsza Polska oddala się od Europy, więc i nasz rynek dryfuje w nieokreślonym kierunku. Gdybyśmy jednak ogłosili międzynarodowy konkurs na stanowisko szefa GPW, zachęcając do udziału w nim także zagranicznych menedżerów, zapewne moglibyśmy pozyskać ciekawe zgłoszenia. Jeszcze nie wszystkie mosty są zerwane, jeszcze istnieją szanse, że taki krok zostałby przyjęty w dobrej wierze.

We wspomnianym już tekście pisałem: „Rynek kapitałowy to środowisko szczególnie wrażliwe na swobodę przepływu kapitału, idei, specjalistów. Skoro mógł ekspat zostać szefem rumuńskiej giełdy lub gubernatorem Banku Anglii, dlaczego nie mógłby starać się o posadę na Książęcej?” Dzisiaj z powtórzę tezę o szczególnej wrażliwości rynku na swobodę. Wszelką swobodę. Bez niej niczego nie było, czego doświadczyliśmy w okresie słusznie minionym, ani nie będzie dzisiaj lub w przyszłości.
Czytaj także:
2014.03.31 Obcy na Książęcej?

Zostawcie Giełdę w spokoju!

Już dzielą łupy po likwidowanym resorcie Skarbu Państwa. Największy apetyt ma imperium Morawieckiego, czyli ministerstwa rozwoju i finansów. Podobno „bierze” Azoty, LOT, PZU, coś jeszcze. Oraz Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych, wymieniany jednym tchem z Totalizatorem Sportowym; zapewne politycy zakładają, że te dwie firmy coś łączy. Czytam, że zapytany o los GPW wicepremier Morawiecki udzielił osobliwej odpowiedzi, iż „nadzór merytoryczny” sprawował będzie resort rozwoju, ale kwestia „nadzoru właścicielskiego” nie została jeszcze rozstrzygnięta. Coś dużo tych nadzorów… Ciekawe, jaką wartość merytoryczną mogą przysporzyć Giełdzie Papierów Wartościowych pracownicy resortu rozwoju… Dyrygowanie rynkiem spoza biurek Igor Postuła nader trafnie nazwał nadzorem urzędniczym.

Obejmując resort Skarbu Państwa, Dawid Jackiewicz zapowiadał „wygaszanie” prywatyzacji i likwidację ministerstwa. Akcje z portfela Skarbu Państwa miały zostać wniesione do agencji, nazywanej niekiedy holdingiem, „który pozwoli prezesom spółek (z udziałem – przyp. ASN) Skarbu Państwa realizować interesy państwa bez ponoszenia konsekwencji wynikających z Kodeksu spółek handlowych” – mówił min. Jackiewicz. Sam siebie widział na czele nowego podmiotu, „jednej dużej grupy kapitałowej spółek Skarbu Państwa”. Zapowiadał nieustające zmiany personalne. I ukrócenie dywidend. Skoro zuchy wygasiły konstytucję, wygaszą też Ksh. Hulaj dusza, piekła nie ma.

Włodarze majątku z domeny Skarbu Państwa nie rozumieją swojego mandatu. Nie przyjmują do wiadomości, że mają respektować także prawa i interesy innych akcjonariuszy. Oto jak Filip Grzegorczyk, podówczas wiceminister skarbu, objaśniał spadek akcji PZU: „Spadek kursu akcji nie oznacza spadku realnej wartości spółki, ale jest emanacją niezadowolenia części akcjonariuszy z faktu, że Skarb Państwa chce realizować swoją politykę. (…) Po to Skarb Państwa jest akcjonariuszem, żeby mieć z tego efekty”. Po co ja miałbym być akcjonariuszem, skoro efektów z tego ani nie mam, ani mieć nie będę, uczony minister nie wyjawił.

Martwi mnie przyszłość Giełdy Papierów Wartościowych. Dopóki była ona wyłączną domeną państwa, państwo trzymało się od niej na przyzwoity dystans, najwyżej od czasu do czasu na walnym zgromadzeniu surowa urzędniczka demonstrowała władztwo uderzając prezesa po premii. Od kiedy GPW została upubliczniona i wprowadzona na parkiet, państwo jakby przebudziło się, zaczęło dokazywać na szkodę rynku kapitałowego. Politycy oraz urzędnicy nie poczuwają się do odpowiedzialności za pomyślność pokoleń Polaków, do której Giełda może się przyczynić – jeżeli państwo zdoła poskromić swój aparat, nie mnożąc bez potrzeby instytucji mających ją nadzorować. Nadzór „merytoryczny” niewiele wniesie, ponieważ nie będzie merytoryczny, nadzór „właścicielski” zapewne tylko zaszkodzi, ponieważ państwo z natury jest dla giełdy kiepskim właścicielem. Niech ją zostawi w spokoju, a wszyscy skorzystamy.
Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2013.07.09 Nadzór urzędniczy

Zabronione co dozwolone i vice versa

Dozwolone będzie wszystko, co nie jest zabronione – obiecuje Mateusz Morawiecki. Zapomina przy tym dodać, że zakres tego, co jest zabronione, rozszerza się niepomiernie, że nasze państwo, wyzwalane spod „wszechwładzy Trybunału Konstytucyjne”, zrywające pęta demokracji, zmierza na manowce. O wieloznaczności relacji między tym, co dozwolone, a tym, co zabronione, świadczą wyniki badań, jakie przed 40. mniej więcej laty przeprowadził wybitny amerykański prawnik Newton Minow (nota bene ojciec Nell Minow, wybitnej rzeczniczki corporate governance). Porównawszy systemy prawne czterech państw europejskich, ogłosił on, iż:

„W Niemczech, w świetle prawa, wszystko jest zabronione, z wyjątkiem tego, co jest dozwolone. We Francji, w świetle prawa, wszystko jest dozwolone, z wyjątkiem tego, co jest zabronione. W Związku Radzieckim, w świetle prawa, wszystko jest zabronione, łącznie z tym, co jest dozwolone. Natomiast we Włoszech, w świetle prawa, wszystko jest dozwolone, a w szczególności to, co jest zabronione”.

W Polsce, jak wielokrotnie wskazywałem, działa widoczna, nazbyt widoczna!, ręka rynku. Uzbrojona w maczugę. Jest nią państwo. Dopóki go nie poskromimy, nie będzie miało znaczenia, co jest dozwolone, a co zabronione.

Drogowskaz do PRL

Minister Skarbu Państwa promuje projekt ustawy o zasadach wynagradzania osób kierujących niektórymi spółkami. Ustawę uważam za zbędną, a wobec tego – szkodliwą; krepowanie rynku kolejnymi wskaźnikami, zakazami i nakazami wyrządzi szkodę gospodarce i społeczeństwu. Owszem, materia wynagrodzeń menedżerów to jedno z wyzwań współczesnego świata, to bomba zegarowa tykająca pod kapitalizmem, lecz próbie jej rozbrojenia poprzez powrót do socjalizmu nie wróżę powodzenia. W dodatku projekt ustawy został zgłoszony na łapu-capu: bez wcześniejszych założeń przyjętych przez Radę Ministrów, bez uzgodnień międzyresortowych, opiniowania, konsultacji publicznych. Chodzi o to, by wprowadzić nowe przepisy w życie jeszcze przed sezonem walnych zgromadzeń. Takie patologie legislacji nie przezwyciężą patologii w wynagrodzeniach i przyznawaniu odpraw, chociaż wsparto je ogólnikami o celowości wprowadzenia zasad transparentnych, jednolitych i – a jakże! – sprawiedliwych. Od kiedy Chińczycy wynaleźli pieniądze, demagodzy i populiści chcą je dzielić sprawiedliwie, lecz nikomu się to nie udało.

Spółki, w których państwo ma udziały, nawet mniejszościowe, zostaną podzielone na pięć kategorii, do każdej z nich zostanie przypisany inny przedział wynagrodzeń menedżerów oparty o wielokrotność przeciętnego wynagrodzenia. Podział ma charakter mechaniczny, decydują dane statystyczne dotyczące zatrudnienia, przychodów, wartości majątku spółki itd. Względy merytoryczne, jak przedmiot działalności, branża, pozycja w świecie, mają znaczenie wtórne, pozwalając na ewentualne podwyższenie wynagrodzeń w ramach danej kategorii zaszeregowania. Premie będą naliczane według siatki wskaźników. Gospodarka jest żywiołem, którego nie da się ujarzmić zarządzeniami zza burka. Premier i wicepremier do spraw rozwoju mówią wprawdzie o innowacyjności, lecz polityka rządu temu przeczy, ciąży ku przeszłości, daje prymat nawykom z PRL.

W spółkach z przeważającym udziałem państwa ma ono spore możliwości wprowadzania własnych zasad wynagradzania zarządów. Projekt ustawy ma jednak objąć wszystkie spółki, w których państwowe podmioty mają udziały, choćby mniejszościowe. Ustawa zakłada zatem, że w sytuacjach, gdy walne zgromadzenie nie przyjmie wniosku Skarbu Państwa o zaszycie wynagrodzeń zarządu w określonym przedziale, odpowiedzialność za wprowadzenie nowych zasad poniosą członkowie rady nadzorczej. Kandydaci do rad mają podpisywać zobowiązanie do kierowania się wytycznymi płynącymi z ustawy. Skarb Państwa dotąd wyobrażał sobie rady nadzorcze jako miotły służące do pozbywania się ze spółek niechcianych przezeń zarządców, bez merytorycznej oceny ich pracy; teraz do zadań rad należeć będzie także ociosywanie zarządu z wynagrodzeń, bez merytorycznej oceny ich zasadności. Wynagrodzenia rad także będą ustalone w ministerialnym katalogu zaszeregowania…
Stawia to w trudnej sytuacji osoby zarządzające spółkami z udziałem Skarbu Państwa. Mają one mniej zarabiać, a nie będą mieli możliwości znalezienia lepiej płatnej pracy. Zajęli stanowiska po ofiarach wielkiej czystki, zajęli je z nadania partii rządzącej, najczęściej z pominięciem względów merytorycznych. Do sektora prywatnego nie przejdą, bo kto ich będzie chciał? Są już skażeni zatrutą aurą polityki. Do zagranicznych spółek nie przejdą, bo najczęściej brakuje im kwalifikacji. Opinia publiczna zdaje się tego nie dostrzegać. Wzburzyły ją zmiany kadrowe w stadninach, natomiast równie bezsensowne zmiany w spółkach paliwowych, nieporównanie ważniejszych dla gospodarki, przyjęto bez reakcji.

Dotkliwe ograniczenia dotkną także odprawy. Mam do tej formy wynagradzania wiele zastrzeżeń, podobnie jak do świadczeń z tytułu zakazu konkurencji. Wielu menedżerów otrzymuje takie świadczenia, żeby już sobie poszli. Otóż – jak starałem się wykazać to powyżej – kadra pomazańców partii obecnie rządzącej nie będzie miała dokąd pójść. Kto coś umiał, mógł zrobić karierę wcześniej, rynek był otwarty dla talentów. Ci, którzy wkrótce zejdą ze świeczników ze skromnymi odprawami, znajdą się w trudnej sytuacji.
Polityka Skarbu Państwa daje czytelny sygnał: osoby z wysokimi kwalifikacjami i płynącymi z tych kwalifikacji aspiracjami płacowymi powinny unikać zatrudnienia w podmiotach z udziałem państwa. Zaszkodzi to tym podmiotom, część z nich zapewne zwiędnie, za to wydatnie posłuży firmom zagranicznym i prywatnym. Zamiast produkować omówione tu przepisy – państwo, ta widoczna ręka rynku, mogłoby wesprzeć zasady wynagradzania proponowane rynkowi przez giełdę w Dobrych praktykach spółek notowanych 2016. Więcej można osiągnąć działając etycznie i po dobroci niż wymachując na oślep maczetą.

Tekst ogłoszony 29 kwietnia 2016 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2015.12.12 Owoce zatrutej aury
2015.02.17 Widzialna ręka rynku

Bogdanko, trzymaj się!

Rozhuśtali Bogdankę. Intryga jest tak mroczna, że nie wszyscy dostrzegli jej sens. Nie wszystko, co jest dozwolone prawem, automatycznie staje się uczciwe, etyczne, przyzwoite!

Najpierw Enea wypowiedziała umowę o dostawę węgla. Odmiennie niż traktaty, pospolite umowy handlowe nie są zawierane wiekuiście, po wsze czasy, w imię Przenajświętszej Trójcy. Natomiast podobnie jak traktaty, zawierane są w oparciu o zasadę rebus sic stantibus, czyli „w takim (obecnym) stanie rzeczy”, więc zasadnicza zmiana okoliczności przekreśla ich użyteczność. Zmianą okoliczności jest kryzys polskiego górnictwa węglowego, państwowi konkurenci wyprzedają surowiec po cenach niższych od kosztów wydobycia, ponieważ spółek Skarbu Państwa nie obowiązuje rachunek ekonomiczny. Straty pokrywa podatnik. Bogdanka wytrwale pracowała nad uzyskaniem przewagi kosztowej, oparła na niej swoją strategię – i znalazła się w obliczu groźby wrogiego przejęcia.

Enea jest spółką publiczną, ale ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa. To państwo tasuje w niej karty, przeto opinia publiczna uznała, że za wypowiedzeniem umowy z Bogdanką stoi partykularny interes polityczny: zamiast nabywać węgiel od solidnego dostawcy, Enea będzie wspierać bankrutujące państwowe kopalnie. Wspierać kosztem akcjonariuszy LW Bogdanka SA, której kurs zanurkował na wiadomość o utracie strategicznego odbiorcy. Skarb Państwa, ani spółki z jego gestii, nie przejęły się tym wcale: Bogdanka jest w pełni prywatna, jej akcjonariuszami są fundusze emerytalne i inwestorzy indywidualni. Jednych i drugich państwo ostatnio bardzo nie lubi, funduszom już zaszkodziło, szkodząc przy okazji pokoleniom własnych obywateli, inwestorom też podkłada nogę poprzez antyrynkowe przedsięwzięcia.

Niebawem po uderzeniu w Bogdankę i jej kurs, Enea wystąpiła z wezwaniem na akcje kopalni. Działając, jak się wydaje, w granicach prawa, Enea godzi nie tylko w interes przedsiębiorstwa, z którym współpracuje. Godzi w powagę państwa, które plecie o potrzebie rozwijania rynku kapitałowego, akcjonariatu obywatelskiego, nawyku oszczędzania przez społeczeństwo na emerytury. Enea godzi w państwo, ponieważ wyprawia harce pod jego parasolem. Działając z przyzwoleniem Skarbu Państwa pragnie dokonać renacjonalizacji spółki pomyślnie sprywatyzowanej. Różne bywały już próby odwojowania przez Skarb Państwa tego, co zostało przezeń zaoferowane i sprzedane, ale próba przejęcie Bogdanki przez Eneę cuchnie odrażająco. Niedawno związkowcy Bogdanki postulowali powrót spółki w domenę Skarbu Państwa – pisząc tu o tym (poniżej odsyłam do tego artykułu) jeszcze nie wiedziałem, że to nie jakaś przypadkowa paplanina, ale przygotowanie artyleryjskie przed natarciem.

Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych zwróciło się do Komisji Nadzoru Finansowego o zbadanie sprawy. W kwestii wezwania Komisja, jak sądzę, uczyni ile może, czyli niewiele. Przewodniczący Komisji nie jest Dyżurnym Etykiem Kraju powołanym do piętnowania nieprzyzwoitości; najwyżej mógłby spłodzić córkę i nadać jej imię Bogdanka. Do zbadania pozostaje kwestia, czy między wypowiedzeniem umowy przez Eneę a ogłoszeniem przez nią wezwania na akcje Bogdanki nie doszło aby do manipulacji. Pierwsza kwestia ma charakter ustrojowy, druga prawnokarny.

Bogdanka była już, przed kilku laty, obiektem próby przejęcia przez New World Resources. Za jej akcje oferowano cenę znacznie wyższą niż obecnie. Fundusze emerytalne nie przystały na nią, ale wówczas były one jeszcze mocno związane z polskim rynkiem kapitałowym, upatrywały na nim swoją przyszłość. Później zniechęcono je do niego (same nie były bez winy). Dzisiaj nie wiadomo, czy nie pozbędą się akcji Bogdanki, by pozyskane środki zainwestować na obcych rynkach, w interesie obcej gospodarki. Związkowcy będą zachwyceni, podatnicy mniej.

Dawno, dawno temu Bogdan Łazuka śpiewał „Bogdan, Bogdan, trzymaj się!” Dzisiaj chciałbym, by trzymała się Bogdanka. Jej piastuni pracują nad wykształceniem w spółce należytej kultury korporacyjnej. Natomiast Enea nie ma czystej karty na polu corporate governance. Przed trzema laty poprzedni prezes spółki złożył rezygnację „z powodów osobistych”. Rzeczniczka resortu Skarbu oświadczyła, że to jego „suwerenna decyzja”. Okoliczności sprawy nie zostały publicznie ujawnione. Więcej mówiono o jej aspektach obyczajowych, o tragicznej śmierci partnerki menedżera, niż o metodach zarządzania majątkiem spółki. Zamieniono śmieci pod dywan. Nie dziwi przeto, że i dzisiaj Skarb Państwa pozwala spółce na swawole.

Kilka miesięcy temu radziłem radzie nadzorczej JSW, by postąpiła przyzwoicie. Teraz chciałbym poznać stanowisko rady nadzorczej Enei. Czy spółka lub Skarb Państwa ogłoszą: „Nie ma sprawy, nie ma stanowiska?”
Czytaj także:
2015.07.25 Powrót do macierzy
2015.02.06 Je suis Jarosław Zagórowski

W Państwie Środka [2005]

Gospodarka już mknie po odległych orbitach, porządek korporacyjny dopiero wsiada na rower.

Mityczni argonauci wyprawili się do Kolchidy po złote runo. W poszukiwaniu wysokich stóp zwrotu współcześni inwestorzy wędrują ku mitycznym ziemiom obiecanym. Chodzi o rynki państw nazwanych zbiorczo BRIC: B jak Brazylia, R jak Rosja, I jak Indie, C jak Chiny. Ponieważ gospodarkę nakręca w znacznym stopniu należyte sprawowanie władztwa, zarówno na szczeblu państwowym, jak w poszczególnych podmiotach gospodarczych, losy tych rynków mogą ułożyć się rozmaicie. Brazylia i Rosja dopiero tworzą ramy corporate governance, zaś ich tożsamość polityczna jest wciąż nieokreślona. Indie to demokracja z silnie rozbudowanym porządkiem korporacyjnym, natomiast Chiny zdają się przeczyć teorii, że gospodarka łaknie demokracji i porządku korporacyjnego. Tamtejszą gospodarkę postrzegamy przez pryzmat wzrostu, który wyniósł ją pomiędzy galaktyki. Lecz warto także dostrzec obiecujący zwrot ku zrozumieniu wagi praw człowieka i porządku korporacyjnego.

Im bardziej jakakolwiek gospodarka zespala się ze światem, tym bardziej skłania się ona ku przyjęciu światowych standardów. W Chinach rodzi się rynek, rozwija się sektor prywatny. Rośnie wymiana handlowa. Firmy działające w formie spółek zostają dopuszczane do działalności w sektorach do tej pory zamkniętych przed nimi, jak infrastruktura, finanse, usługi komunalne. Sprzyja to przekształcaniu przedsiębiorstw państwowych w spółki i wprowadzaniu ich na giełdy, aczkolwiek wciąż występują liczne utrudnienia dla tworzenia spółek akcyjnych i spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Niemniej powstało nowoczesne prawo upadłościowe i trwają prace nad reformą prawa spółek. Zniesiony zostanie dokuczliwy limit liczby wspólników spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, dopuszczone zostanie zawiązywanie spółek jednoosobowych, obniżone będą wymogi dotyczące wysokości kapitału zakładowego w spółkach akcyjnych i z o.o.. Zresztą wszelakie limity są istną plagą chińskiej gospodarki, a tendencja zmierzająca ku ich ograniczaniu (jak zwiększenie możliwości zaangażowania inwestorów zagranicznych w spółkach działających w wybranych sektorach) wydaje się raczej wyrazem doraźnej polityki niż trwałym elementem porządku korporacyjnego.

Niemniej w toku reformy prawa spółek planuje się wprowadzenie instrumentów służących ochronie interesów mniejszości, zarówno w spółkach publicznych jak niepublicznych. Podejmowane są też usiłowania ku właściwemu określeniu roli rady nadzorczej i zdefiniowaniu praw i obowiązków członków organów spółki. Pożytki płynące z tych rozwiązań będą wszelako znikome dopóty, dopóki będzie utrzymywany faktyczny prymat organizacji partyjnej w przedsiębiorstwie spółki nad jej statutowymi organami.

W chińskiej praktyce corporate governance ścierają się sprzeczne prądy. Obok akcji zbywalnych, posiadanych przez inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych, występują akcje niezbywalne, posiadane przez podmioty państwowe. Często właśnie podmioty państwowe dysponują większością głosów na walnych zgromadzeniach spółek publicznych, decydują o obsadzie rady nadzorczej i – niejako „martwą ręką” – kontrolują spółkę. Reforma zmierza w kierunku wzmocnienia pozycji rzeczywistych inwestorów poprzez uzależnienie ważności uchwał walnego zgromadzenia od poparcia ich przez większość głosów wykonywanych z akcji zbywalnych uczestniczących w walnym zgromadzeniu.

Warto jednak odnotować, że spółki notowane na giełdach są zobowiązane do umożliwienia akcjonariuszom uczestniczenia w walnym zgromadzeniu online. Chodzi o zapewnienie możliwie powszechnego udziału inwestorów indywidualnych w podejmowaniu uchwał i wyeliminowanie niedogodności, na jakie byliby narażeni akcjonariusze z odległych regionów kraju (tamtejsza prasa głosi, że są tacy, i to wcale liczni!) pragnący uczestniczyć w walnym zgromadzeniu. Wprawdzie rośnie popularność internetu jako narzędzia głosowania, niemniej wśród inwestorów indywidualnych nadal przeważa nieufność do elektronicznych środków komunikowania. Oraz niewiara, że ich uczestnictwo w walnym zgromadzeniu ma jakiekolwiek praktyczne znaczenie. Natomiast inwestorzy instytucjonalni chętnie wykonują swoje prawa za pośrednictwem internetu.

W Chinach nie wykształciła się jeszcze instytucja niezależnych członków rady. Nie ma procedur umożliwiających wybór rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Lecz nie ma także akcji uprzywilejowanych pod względem siły głosu: na każdą przypada jeden głos. Tamtejsze giełdy i komisja papierów wartościowych podejmują starania na rzecz poprawy corporate governance nawet w dotychczasowych, niedoskonałych przecież ramach prawnych. Szanghajska giełda przyjęła zasady dobrej praktyki notowanych na niej spółek już w 2000 roku, czyli wcześniej, niż w Polsce podjęto prace nad kleceniem takich zasad…

Tekst ogłoszony 26 września 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Ile dywizji ma Higgs? [2003]

Rynek i inwestorzy skuteczniej upilnują porządku korporacyjnego niż państwo i jego organy.

W odpowiedzi na upadek Enronu i Andersena kongres Stanów Zjednoczonych przyjął Sarbanes – Oxley Act. Wcześniej zapewne mało kto przypuszczał, że Stany Zjednoczone przystąpią do wcielenia zasad corporate governance na drodze ustawodawczej. A jednak – stało się; inna sprawa, że sytuacje nadzwyczajne wymagają nadzwyczajnych środków. Upadek wielkiego koncernu i kompromitacja zawodu audytora wywołały poruszenie w świecie, zapewne znacznie większe, niż gdyby wymazano z mapy Erytreę lub Etiopię. Amerykanie lubią działać zdecydowanie. Skoro jednak w konkretnej sytuacji desant piechoty morskiej byłby bezużyteczny, uchwalono naprędce ustawę.

Przyjęto w niej zasadę, że w spółkach publicznych w składzie komisji do spraw audytu, będącej ciałem wyłanianym z rady, powinna znaleźć się przynajmniej jedna osoba znająca się na finansach. Jest to zasada słuszna. Ktoś powinien znać się na finansach, a trudno tego wymagać od wszystkich członków komisji, bo ekspertów finansowych jest za mało, by obsadzić nimi wszystkie funkcje nie tylko w radach, lecz nawet w komisjach do spraw audytu. Ale jak zdefiniować, kto naprawdę jest ekspertem finansowym, a kto podszywa się tylko? Amerykańska komisja papierów wartościowych (SEC) postanowiła uściślić tę kwestię. Jej wyjaśnienia zajęły aż 75 stron.

W tym miejscu myśl ulatuje ku wspomnianej już piechocie morskiej. W wojsku, jak wiemy, istnieje praktyka definiowania wszystkiego, co definicji zgoła nie wymaga, przy czym najczęściej owe definicje niczego do sprawy nie wnoszą („pies składa się ze smyczy i psa właściwego”). Skoro jednak normuje się sprawę aktem ustawodawczym, należy przecież objaśnić użyte w nim pojęcia. SEC poświęciła tej kwestii w sumie tysiące stron, z problematycznym skutkiem. Biurokraci mieli używanie, lecz rynek nie skorzystał.

W Wielkiej Brytanii przyjęto to samo rozwiązanie: w komisji do spraw audytu powinna znaleźć dysponująca „odpowiednim, znaczącym i świeżym” doświadczeniem w dziedzinie finansów. Przyjęto je tak po prostu, bez dziesiątek tysięcy słów zbędnych objaśnień. Lecz owo rozwiązanie płynie nie od państwa, a on rynku. Sformułowano je w raporcie Higgsa, o którym wspominałem w tym miejscu kilkakrotnie. Raport kontynuuje serię chwalebnych przedsięwzięć, którym patronowali Cadbury, Greenbury, Hampel. Z ich dorobku płynie jasny wniosek: lepiej, by rynek sam przyjął na siebie niezbędne ograniczenia, niż by miało wprowadzać je państwo.

Istnieją więc dwie drogi ku porządkowi korporacyjnemu. Jedna wiedzie przez państwo, druga przez rynek. Państwo uchwali ustawy, powierzy ich wykonanie swoim funkcjonariuszom, a niezawisłe sądy strzec będą praworządności. Wiele wskazuje jednak, że wszystko pozostanie po staremu. Ustawy mamy kiepskie, funkcjonariusze państwa bywają niekompetentni, a sądy toną pod nadmiarem spraw. Mechanizm rynku jest bardziej skuteczny. W imieniu inwestorów ktoś (niech będzie to giełda) ustala więc zasady dobrej praktyki spółek, a one stosują je, lub wyjaśniają publicznie, dlaczego nie stosują. Inwestor sam ocenia, czy owe wyjaśnienia są coś warte i bądź odwraca się całkiem od spółki, bądź zawierza jej pomimo wszystko.

Albowiem rynek jest miejscem, gdzie można rzucić pieniądze, lecz nie piechotę morską. Więcej można z nim uzyskać po dobroci, niż pobrzękując szabelką. Co dedykuję Komisji Papierów Wartościowych i Giełd – organowi bardzo potrzebnemu, lecz mało skutecznemu. Jakie istotne sprawy zostały rozwiązane przez komisję ku pożytkowi rynku? Prace nad nowelizacją prawa wloką się, wloką, rynek obumiera, a nowe regulacje życia mu nie przywrócą. Rynku nie zbawi interwencja państwa. Zbawić go może tylko śmiała umowa społeczna między spółkami i inwestorami, działającymi w duchu dobrej wiary i zgodnie piętnującymi przekręty i nadużycia.

Polski rynek potrzebuje przywództwa. Jest on wybrukowany, niczym kocimi łbami, ambicyjkami i animozjami personalnymi. City (brytyjskie kręgi gospodarcze) zdołała porozumieć się z Westminsterem (ośrodkiem władzy politycznej), i z tego porozumienia czerpie swoją siłę Derek Higgs. Nie stoją za nim dywizje, tylko dobra wola obu stron. W Polsce najwyższa już pora, by rynek zaczął budować porozumienie z państwem, nie w drugorzędnej sprawie podatku od zysków na giełdzie (jakich zysków?), lecz w kwestii dokończenia niemrawej prywatyzacji i wprowadzenia na rynek przynajmniej kilku spółek.

Potrzebny jest nam w tym celu raport o stanie rynku, oraz o przedsięwzięciach zmierzających ku jego naprawie. Powstał już Polski Instytut Dyrektorów. Jak wiele innych bytów tej samej proweniencji może on wkrótce ulec zapomnieniu. Może też podjąć szansę, której nikt dotąd w Polsce spełnić nie chciał, ani nie potrafił: wykreowania przywództwa i ożywienia gasnącego rynku.

Tekst ogłoszony 9 czerwca 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa