Archiwa tagu: państwo w gospodarce

“Zmiany w składzie zarządu”

Nikt nie może być pewny posady – powiada minister Skarbu Państwa, zapewne pod dyktando prezesa, bo sam też nie może być pewny swojego stanowiska. Uznano, że strach o posadę jest dobrym motywatorem. Dlatego porządek obrad każdego posiedzenia rady nadzorczej spółek z udziałem Skarbu Państwa ma zawierać punkt „Zmiany w składzie zarządu”. Zapewne porządek obrad każdego walnego zgromadzenia będzie zawierał punkt „Zmiany w składzie rady nadzorczej”. Nad piastunami spółek ma bezustannie wisieć miecz Damoklesa.

Ustrój spółki akcyjnej dopuszcza nagłe, niespodziewane zmiany w składzie organów. Lecz w założeniu członkowie zarządu i rady nadzorczej piastują mandaty przez określony czas, nazywany kadencją. Mogą oni być powoływani na kolejne kadencje, ich liczba nie jest ograniczona prawem. Kadencja nie może być dłuższa niż pięć lat. Mandat piastuna spółki wygasa przed upływem kadencji w przypadku śmierci, rezygnacji albo odwołania go ze składu organu, co może nastąpić w każdym czasie. Wprawdzie statut spółki może zawierać inne postanowienia, w szczególności ograniczać prawo odwołania do ważnych powodów, lecz o tym, czy powód jest ważny, najczęściej przecież decyduje ten, kto odwołuje. Mandaty członków rady nadzorczej w zasadzie wygasają przed upływem kadencji także w sytuacji, gdy doszło do wyboru przynajmniej jednego członka rady w drodze głosowania przez walne zgromadzenie oddzielnymi grupami. Wynika z tego, że piastuni spółki akcyjnej nie są zabetonowani na swoich stanowiskach, tracą je w określonych prawem okolicznościach, lecz są to sytuacje szczególne. W spółkach z udziałem Skarbu Państwa takie sytuacje szczególne mogą zachodzić często. Wróży to źle i piastunom stanowisk w organach spółek, i spółkom.

Odnoszę wrażenie, że ekipa rządzących państwem nie ogarnia pojęć mandatu piastuna spółki akcyjnej, jego kadencji, obowiązku dokładania przezeń staranności wynikającej z zawodowego charakteru jego działalności, a także odpowiedzialności. Pojęcie mandatu bywa radośnie używane – nadużywane! – w znaczeniu „mandatu demokratycznie udzielonego partii rządzącej przez suwerena”. Piastunów spółek z udziałem Skarbu Państwa traktuje się jak lalki w teatrze kukiełkowym.

Nietrudno zauważyć, że wiele osób powoływanych ostatnio na piastunów spółek z udziałem Skarbu Państwa reprezentuje tak wątłe kwalifikacje i przymioty, że ich wzmożona rotacja nie obniży potencjału intelektualnego zarządów i rad nadzorczych. Zapewne ministrowi na tym potencjale nie zależy, wszak on sam wie najlepiej, co dobre jest dla spółek, przeto dba on głównie o posłuszeństwo swoich nominatów. Rozumny piastun spółki miałby na względzie jej interes, nie widzimisię urzędnika lub interes partii będącej akurat przy władzy. Nie wniósłby aktywów zarządzanej przezeń spółki w wątpliwe przedsięwzięcia gospodarcze, jak wspomaganie beznadziejnych pomysłów i projektów. Już w starożytności ukuto powiedzenie „homo sapiens non urinat in ventum” – człowiek rozumny nie sika pod wiatr. Posłuszny będzie sikać, gdzie mu każą, o czym świadczą – na przykład – usiłowania rządu wokół ratowania, kosztem spółek z innych branż, nierentownych kopalni węgla kamiennego.

Tylko patrzeć, aż resort nakaże zastąpić w porządku obrad rad nadzorczych punkt o zmianach w składzie zarządu punktem o dobrych zmianach. Kanon o „dobrej zmianie” służy wzmacnianiu obecności państwa w gospodarce. Podstawowe funkcje gospodarcze państwa to zapewnienie społeczeństwu bezpieczeństwa egzystencji, a przedsiębiorcom wolności od zbytecznej ingerencji. Im bardziej rozpycha się państwo w rozwiniętej gospodarce, tym słabsze i państwo, i gospodarka. Zyskują natomiast związkowcy z największych zakładów pracy. Obecne zamierzenia objęcia gospodarki kuratelą państwa (czytaj: PIS) nie wróżą niczego dobrego ani gospodarce, ani państwu. W potiomkinowskiej złudzie Polska była już „dziesiątą potęgą gospodarczą świata”, ale w sklepach mięsnych były nagie haki.

Przed kilku laty zabiegałem o utworzenie Krajowego Funduszu Majątkowego, profesjonalnej instytucji zarządzającej udziałami Skarbu Państwa w spółkach określanych, niekiedy na wyrost, mianem „strategicznych”. Takie rozwiązanie ograniczałoby wpływ polityków na skład organów tych spółek (lecz nie na ich strategię), więc okazało się zupełnie nierealne. W miejsce państwowego funduszu majątkowego (takie twory określa się mianem „sovereign wealth funds”, co nie ma nic wspólnego z suwerenem z przytoczonego powyżej powiedzenia) miał powstać byt mgławicowy pod nazwą Polskich Inwestycji Rozwojowych. Dzisiaj jego miejsce zajmuje równie mgławicowe Coś-tam-coś-tam. Niby też chodzi o rozwój, ale odpowiedzialny. Wymienia się kadry, zmienia się plany, struktury, strategie, zadania. Jest ruch, jest szum, medialna wrzawa, entuzjazm „przekazów dnia” – i prawda na opak wywrócona.

Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2016.02.23 Spółki pod trzema dopustami

Widzialna ręka rynku

Polska potrzebuje kompleksowego programu na rzecz rynku kapitałowego. Potrzebuje go pilnie. Jeszcze niedawno sądzono, że chodzi o program rozwoju rynku, nową Agendę Warsaw City, zapewne 2020. Dzisiaj czas uznać powagę sytuacji: jeżeli nie zostaną podjęte stanowcze działania, do roku 2020 polski rynek kapitałowy skarleje. Polsce potrzebne są usiłowania ku ocaleniu rynku. Doświadczenie wskazuje, że państwo nie tylko rynku nie wspiera należycie, ale rozmyślnie mu szkodzi. Politycy i znaczna część mediów dążą do narzucenia społeczeństwu przekonania, że żywioł rynku, owa jego niewidzialna ręka – to ręka aferzysty, której trzeba przeciwstawić pięść widzialnej ręki rynku, czyli państwa.

Stosunki państwa z rynkiem z natury bywają burzliwe. Lecz rynek kapitałowy w istocie rzeczy nie uwiera państwa, natomiast państwo potrafi dotkliwie uwierać rynek. W Polsce panuje zgoda na obecność państwa na rynku. Rzecz w tym, że nie potrafimy jasno określić, na czym na obecność ma polegać, w czym się wyrażać, jakie granice przybrać. Zgadzając się na udział państwa w grze rynkowej, powinniśmy zadawać pytania o formy tego udziału:

  • Czy rzeczywiście niektóre gałęzie gospodarki powinny wiekuiście pozostać w gestii państwa? Oraz czy owa gestia nie jest iluzoryczna? Ronald Reagan powiadał, że państwo nie rozwiązuje problemów, ono je tylko dofinansowuje. Z pewnością państwo jest w stanie dofinansować branże jego specjalnej troski, na przykład energetykę, lecz nie idzie mu rozwiązywanie stojących przed tą ostatnią problemów, jak gaz łupkowy, energia atomowa, terminal LPG.
  • Skoro niektórych przedsiębiorstw nie imają się surowe prawa rynku, skoro ochrania je państwo, to czy ochrania je w imię rzeczywistej racji stanu, czy raczej w interesie pracowników? Przykład pierwszy z brzegu to górnictwo węgla kamiennego.
    • Czy udział Skarbu Państwa w akcjonariacie spółki podlega ograniczeniom płynącym z reguły „tyle władztwa, ile własności”? Odnoszę nieodparte wrażenie, że większość polityków (i znaczna część dziennikarzy) nie rozumie rozróżnienia między „spółką Skarbu Państwa” (czytaj: spółką z wyłącznym udziałem Skarbu Państwa) a „spółką z udziałem Skarbu Państwa” (czytaj: spółką, w której Skarb Państwa jest jednym z akcjonariuszy, nierzadko mniejszościowym, ale nawet gdy ma – powiedzmy – 33% akcji, zachowuje się, jak gdyby miał 333% …).
  • Dlaczego zakwalifikowanie spółki do koszyka spółek o znaczeniu strategicznym zamyka ją przed światem? Jakiś czas temu przejrzałem składy rad nadzorczych owych spółek. Rzecz ciekawa: nie znalazłem w nich ani jednego obcokrajowca. Są to często podmioty znaczące, uczestniczące w procesach współpracy ze światem, ale przed owym światem intelektualnie zatrzaśnięte. Bałamucimy się zapewnieniami, że udział Polski w Unii i w NATO, nie wspominając tu o innych organizacjach, dowodzi jej otwartości. Lecz wszędzie tam, dokąd sięga widzialna ręka państwa, w poprzek rynku wytyczana jest granica „nasi – obcy”. Niedawno Marek Kondrat trafnie zaobserwował: „Świat się na nas przyjaźnie otworzył, my na świat nie bardzo, bo obawiamy się, że nas jednak zdemaskują”.

ZJAWA Z LOCH NESS
Próby uporządkowania obecności państwa na rynku kapitałowym niezmiennie kończą się niepowodzeniem. Przed kilku laty Rada Gospodarcza wystąpiła z ciekawym pomysłem Komitetu Nominacyjnego opiniującego kandydatury zgłaszane przez Skarb Państwa do rad nadzorczych spółek z jego udziałem. Zachowanie Skarbu Państwa na tej niwie dotknięte jest dwoma grzechami. Pierwszym jest zjawisko „alotażu”, czyli promowanie na stanowiska stronników politycznych ekipy akurat rządzącej, często niekompetentnych (nazwa zjawiska wywodzi się od nazwiska byłego prezesa ZUS). Drugim jest sztuczka „królik z cylindra” – zgłaszanie kandydatur na walnym zgromadzeniu w ostatniej chwili, z zaskoczenia, by utrudnić akcjonariuszom ocenę ewentualnych kwalifikacji i doświadczeń faworytów Skarbu Państwa. Projekt powołania Komitetu Nominacyjnego obumarł, podobno ze względu na sprzeciw polityków dostrzegających w nim tamę dla ich wszechwładztwa; później jeszcze dwakroć wynurzał się z głębin, niczym zjawa z Loch Ness, lecz tylko na krótko i na niby. Podobnie potraktowano pomysł powołania Krajowego Funduszu Majątkowego mającego zarządzać udziałami Skarbu Państwa w spółkach rozproszonych między domeny różnych resortów. I tym razem politycy uznali, że Fundusz ograniczyłby ich władztwo nieskrępowane odpowiedzialnością.

STARORZECZE
Państwo jednocześnie pełni na rynku kilka różnych funkcji, niekiedy wzajemnie sprzecznych. Jest włodarzem wspólnego majątku. Jest czynnym uczestnikiem wydarzeń gospodarczych. Jest nadzorcą. Jest regulatorem. Jednym z ważnych wyzwań stawianych przez współczesność jest reforma spółki akcyjnej jako najważniejszego z uczestników rynku kapitałowego. Chyba nie zdajemy sobie sprawy, jak dalece odstajemy tu od rzeczywistych potrzeb. Rdzeniem współczesnej spółki publicznej jest komitet audytu, nieznany przecież Kodeksowi spółek handlowych, amatorsko uregulowany w peryferyjnej ustawie o biegłych rewidentach. Inny ważny komponent rady nadzorczej, komitet wynagrodzeń, wprowadzany jest tylnymi drzwiami, gdyż nie doczekał się jeszcze instytucjonalizacji w formie ustawy. Rady nadzorcze w spółkach notowanych coraz powszechniej wykorzystują członków niezależnych, Ksh do tej pory nie zna tej instytucji, a wspomniana ustawa o biegłych za kryterium niezależności przyjęła – uwaga, uwaga! – nieposiadanie akcji nadzorowanej spółki, co jest obrazą corporate governance. Także inna fundamentalna zasada ustroju spółki akcyjnej – odpowiedzialność jej piastunów, w tym członków rady nadzorczej, za sprawozdawczość spółki – została ustanowiona w ustawie o rachunkowości, czyli daleko poza Ksh. Kodeks jest jak starorzecze, życie pędzi innym nurtem. Przy czym spółkom ze swojej domeny państwo najchętniej postać spółki akcyjnej, choćby ten ustrój spółki był dla właściciela niekorzystny (klasycznym przykładem Gaz-System). Nie bez racji pisał The Economist, że w przypadku państwowego właściciela spółka akcyjna nie daje możliwości efektywnego wykorzystania jej zasobów.

UPAŃSTWOWIĆ CORPORATE GOVERNANCE?
Terminem corporate governance określa się styl zarządzania spółką i jej nadzorowania. Jest to obszar rozpościerający się pomiędzy prawem a rynkiem. W Polsce corporate governance zawdzięcza swoją pozycję Giełdzie Papierów Wartościowych wymagającej od notowanych na niej spółek stosowania dobrych praktyk lub wyjaśnienia rynkowi, dlaczego ich nie stosują. Przy czym osąd postępowania spółek należy do rynku. Dopiero kiedy zjawisko niestosowania jednej lub więcej dobrych praktyk przybiera wymiar krytyczny, na scenę powinno wkroczyć państwo. Ostatnio próbuje ono poszerzyć swoją domenę: jego organ, Komisja Nadzoru Finansowego, której zasługi oceniam wysoko, zeszła moim zdaniem na manowce wydając dla podmiotów nadzorowanych instrukcję generalną stosowania corporate governance. Pomijając wątpliwości w kwestii podstawy prawnej wydanych przez KNF wskazówek, widzę w nich pewne szkodliwe nieporozumienia. Komisja odstępuje od zasady „stosuj lub wyjaśnij, dlaczego nie stosujesz”, grozi sankcjami w procesie BION (badanie i ocena nadzorcza), wnika w takie szczegóły, jak język i częstotliwość posiedzeń organów spółki, domaga się uzasadniania zdań odrębnych (co jest szkodliwe) i postuluje wybieranie przewodniczącego rady nadzorczej spośród niezależnych (co jest nieżyciowe).

INSTRUMENT KREOWANIA ZAUFANIA
Widzialna ręka dzierży kij bejsbolowy i bije nim w godność rynku i zaufanie do niego. Niektórzy politycy za wzór cnót obywatelskich uważają demonstrowanie obrzydzenia do posiadania akcji lub obligacji; jeden to nawet wyjaśniał, że nie ma rachunku bankowego, bo „nie jest aferzystą”. Niepowetowane i trwałe szkody moralne i materialne wyrządziła rynkowi kampania pomówień Otwartych Funduszy Emerytalnych o wszystko, co najgorsze. Krzysztof Lis, niezapomniany inspirator powołania Polskiego Instytutu Dyrektorów, często powiadał, że warszawska giełda nie jest niepokojona przez polityków tylko dzięki wstawiennictwu Najjaśniejszej Panienki. Ostatnio odnoszę wrażenie, że Najjaśniejsza wyjechała na wakacje. Politycy głoszą wartość państwa i krzewią awersję do rynku, w szczególności kapitałowego, który nie jest im potrzebny jak poprzednio, gdy trwała prywatyzacja.

Lecz rynek nie jest bezradny. Dysponujemy orężem obronnym, sprawnym instrumentem kreowania zaufania. Jest nim corporate governance. Dzięki niemu rośnie zaufanie do rynku, do giełdy, do spółek, do osób sprawujących władztwo nad spółkami. W świecie zaufanie zyskują te rynki, które zaprowadziły porządek korporacyjny. I te spółki, które na tym porządku budują swoją przyszłość. Oraz ci członkowie ich organów, którzy kierują się dobrą praktyką. Zaufanie jest jednym z czynników sterujących przepływami kapitału. Ma ono zatem bezsporną wartość ekonomiczną. Kapitał wybiera rynki, do których ma zaufanie, przeto pomyślność rynku zależy od zaufania pokładanego w nim przez inwestorów, oraz od mechanizmów weryfikacji tego zaufania. My, rynek, dbajmy więc o inwestorów.

Tekst został napisany na zaproszenie Izby Domów Maklerskich dla biuletynu IDM.

Czytaj także:
2013.02.25 Między oceną a wyceną

Komitet z Loch Ness

Niczym potwór z Loch Ness, z otmętów mediów wyłonił się znowu komitet nominacyjny. Z tą różnicą, ze więcej osób wierzy w istnienie Nessie niż w powstanie komitetu. I z tą, że Nessie bywa traktowana przez media z sympatią, a komitet z nieufnością, wręcz wrogością. Sceptycy twierdzą, że skoro o składzie komitetu ma decydować premier, twór ten będzie miał charakter polityczny. Lecz kto inny miałby decydować o personaliach: prezydent? prymas? prezes opozycji? Czy wówczas nominacje byłyby apolityczne? Komitet nominacyjny jawi się jako produkt polskiego paradoksu: rośnie nasza aprobata dla zachowania znacznych udziałów w spółkach strategicznych w sferze wpływów i własności państwa, a jednocześnie narasta dezaprobata dla stylu zarządzania przez państwo jego wpływami i własnością. Innymi słowy: w gospodarce dopuszczamy własność państwa, lecz nie godzimy się na sposób zarządzania przez państwo tą własnością. W tym obszarze domagamy się reformy.

Wyobrażam sobie, że komitet miałby charakter kadencyjny. Jego zadaniem byłoby opiniowanie kandydatur zgłaszanych przez Skarb Państwa do rad nadzorczych spółek o znaczeniu strategicznym – zapewne dwudziestu kilku. Inaczej widzi sprawę min. Włodzimierz Karpiński, który podobnio chciałby zachować ograniczyć rolę komitetu do spółek o mniejszym znaczeniu, a strategiczne, w tym energetyczne, zostawić po staremu. Reformę corporate governance rozpocząłby zatem od ogona, chociaż ryba psuje się od głowy.

Wyobrażam też sobie, że opinie komitetu byłyby ściśle poufne: opinia publiczna nie powinna wiedzieć, kto i dlaczego nie zyskał rekomendacji tego gremium. Członkowie komitetu byliby osobami poważnymi, które nie pójdą z plotkami do mediów, nie będą intrygować w środowisku. Decyzje o zgłaszaniu walnym zgromadzeniom kandydatur do rad należałyby do ministra Skarbu Państwa, on też ponosiłby za nie odpowiedzialność.

Pamiętajmy, do czego prowadził brak jasnej odpowiedzialności za decyzje personalne: prezydent zamieniał się z Jasiem listami kandydatur do rady nadzorczej spółki o znaczeniu ultrastrategicznym, Skarb Państwa zgłaszał jasiowych, a Jasiu – prezydenckich. Bądź znowu do rady tej spółki ktoś wkręcał wójta nieodległej gminy. A Stasiek chciał sprawdzić się w biznesie. Nazwałem to zjawisko alotażem, a natchnęło mnie nazwisko nauczyciela w technikum, którego mianowano szefem ZUS, instytucji o największych przepływach finansowych.

Czytam, jakoby w skład komitetu nominacyjnego wejść miały „autorytety”. Wymaga to wyjaśnienia. Termin ten budzi nieufność, w pełni uzasadnioną. Nie zapomnę, jak osoba szanowana, uznana za powszechny autorytet, ale niezdolna – nie ujmując jej zasług na innym polu – do przeczytania bilansu, porwała się na przewodniczenie radzie nadzorczej PLL LOT ponieważ „często lata samolotami”. Przeto zanim napiszę, kogo widziałbym w komitecie – wspomnę, kto nie powinien się w nim znaleźć.

Po pierwsze – czynni politycy. Po drugie – urzędnicy Skarbu Państwa lub innych resortów, którzy i tak decydują o składzie rad nadzorczych i zarządów spółek z udziałem Skarbu, choćby był to udział mniejszościowy. Po trzecie – osoby piastujące funkcje w zarządach lub radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa, czyli wybrańcy wspomnianych polityków lub urzędników. Po czwarte – osoby piastujące funkcje w licznych spółkach, nie tylko z udziałem państwa, czyli zawodowi członkowie rad nadzorczych, zresztą szanowani, wykwalifikowani, lecz znajdujący się po drugiej stronie lustra. Otóż nie uważam za stosowne łączenie funkcji nominata Skarbu Państwa w jednej radzie nadzorczej z funkcją doradcy tegoż Skarbu Państwa w sprawie obsady innych rad. Ani oddanie wpływu na nominacje w radach kolekcjonerom posad w innych radach, choćby poza gestią Skarbu Państwa.

Widziałbym w komitecie nominacyjnym osoby reprezentujące, prócz innych, trzy najważniejsze przymioty: doświadczenie pozyskane w pracy w radach nadzorczych lub zarządach spółek, dobrą znajomość rynku oraz możliwie bogatą znajomość ludzi rynku. Wprawdzie powiada się, że na polskim rynku wszyscy wszystkich znają osobiście, lecz w tym powiedzeniu tkwi przesada. Nawet „warszawiści” nie znają się wszyscy nawzajem, nie wspominając tzw. prowincji. Chodzi o to, by żaden wartościowy kandydat nie umknął uwadze komitetu nominacyjnego, skomponowanego z należytym uwzględnieniem żywiołów pozastołecznych.

Pora na przykłady. Widziałbym w komitecie nominacyjnym osoby takiego pokroju, takich kwalifikacji, jak prof. Andrzej Koźmiński – założyciel uczelni noszącej imię jego ojca; Maciej Leśny, Andrzej Olechowski, Jacek Siwicki – doświadczeni członkowie rad nadzorczych, przy tym zasłużeni w służbie państwowej; Maria Wiśniewska – b. prezes Banku Pekao, doświadczona także w pracy w radach. Nie widziałbym zaś miejsca dla Staśków, Jasiów, lub ich stronników.

Tekst został ogłoszony 8 marca 2014 r. w Gazecie Giełdy Parkiet
Czytaj także:
2010.07.08 Szkopuły programu reformy
2010.07.05 Biznes przed polityką

Nie ma powinności bez wzajemności [2004]

Społeczna odpowiedzialność biznesu wymaga odpowiedzialności państwa i społeczeństwa wobec biznesu!

Idea społecznej odpowiedzialności biznesu staje się coraz bardziej popularna, lecz jest niebezpiecznie wieloznaczna. W swoim obecnym, jeszcze mglistym kształcie, sprowadza się ona do tego, żeby uświadomić biznesowi powinności wobec otoczenia, które samo nie poczuwa się do żadnych powinności w stosunku do biznesu. Na owo otoczenie składa się nie tylko społeczeństwo. Jego elementem jest też państwo. To właśnie ono jest najbliższym partnerem biznesu. To właśnie kształt stosunków między biznesem a państwem rzutuje na stosunki biznesu ze społeczeństwem. Jeżeli państwo żąda od biznesu cokolwiek ponad przestrzeganie prawa i sumienne płacenie podatków, zakłóca to harmonię biznesu ze społeczeństwem. Także jeżeli regulacje prawne dotyczące działalności gospodarczej są nazbyt rozbudowane, podatki za wysokie – odbywa się to kosztem społeczeństwa.

Dyskusję o społecznych powinnościach ciążących na biznesie należy wesprzeć refleksją o polityce państwa wobec społeczeństwa i biznesu. Uważam, że w Polsce państwo w stosunkach ze społeczeństwem lekceważy treści biznesowe, natomiast w stosunkach z biznesem pomija treści społeczne. Społeczna odpowiedzialność biznesu najlepiej rozwinie się wtedy, gdy polityka społeczna przestanie być wyłączną domeną biurokracji, a stanie się przedmiotem partnerstwa publiczno–prywatnego.

Wielu uczestników dyskusji poświęconych krzewieniu społecznej odpowiedzialności biznesu nie rozumie potrzeby biznesowej odpowiedzialności społeczeństwa. Nie rozumieją jej rozwielmożnione, szczególnie w Polsce, związki zawodowe. Nie dostrzegają jej niektóre ruchy i organizacje ochrony środowiska albo praw konsumentów. Czyniony przez nie zamęt nierzadko bywa słuszny, lecz często gdzieś w tle jasnych spraw czają się niejasne interesy. Wielu zachodnich intelektualistów stawia społeczną odpowiedzialność biznesu na jednej platformie z uznaniem małżeństw homoseksualnych. Zaczynają od litanii ogólników poświęconych prawom kobiet i mniejszości, po czym z wdziękiem przechodzą do modnej dzisiaj kwestii gay marriage, która z biznesem nie ma nic wspólnego.

W wielu korporacjach sprawami społecznej odpowiedzialności nie zajmują się osoby kształtujące politykę spółki, ani jej aspekty finansowe, handlowe, produktowe, a w szczególności członkowie zarządów i rad nadzorczych, tylko osoby odpowiedzialne za public relations. Nie mają one wpływu na zachowanie spółki, za to starają się dorobić spółce korzystny wizerunek. Zaśmiecają one rynek mnóstwem niechcianych, nieistotnych informacji. Nie ulega jednak wątpliwości, że działy public relations dostrzegły ważne zjawisko: społeczna odpowiedzialność to coraz ważniejsza płaszczyzna konkurowania spółek. Konkurowania nie tylko o prestiż w społeczeństwie lub sympatię opinii publicznej, ale przede wszystkim o pieniądze konsumentów i inwestorów. Społeczna odpowiedzialność nie powinna być przy tym jedynie chwytem marketingowym; jest ona sensem spółki. Dlatego i u nas niebawem ta tematyka wkroczy do sal posiedzeń zarządów i rad nadzorczych, będzie prezentowana w raportach rocznych spółek (gdzie do tej pory nie jest poruszana, lub bywa poruszana wybitnie nieudolnie), omawiana na walnych zgromadzeniach.

Racja bytu spółki to nie tylko zbieżność interesów inwestorów, to także gotowość do współdziałania z otoczeniem gospodarczym i społecznym. Wielu menedżerów protestuje przeciwko nakładaniu na podmioty gospodarcze brzemienia jeszcze jednej postaci odpowiedzialności. Mówią oni, że odpowiedzialnością biznesu jest po prostu biznes. Cytują Miltona Friedmana, iż jest tylko jedna i jedyna postać społecznej odpowiedzialności biznesu, mianowicie wykorzystywanie jego sił i środków dla zwiększania zysku. Lecz kiedy oponentów społecznej odpowiedzialności biznesu wciąga się w dyskusję, często wychodzi na jaw, że uprawiają oni biznes ze wszech miar odpowiedzialny. Dbają o wysokie standardy etyczne, o corporate governance, o prawa i pieniądze inwestorów, o interesy klienteli, o pracowników, o harmonijny rozwój lokalnych społeczności, o środowisko, o dobre stosunki z bankami, nawet o sympatię dziennikarzy, co nie przeszkadza im pracować z myślą o zwiększeniu zysku i osiągać ten cel.
Skąd przeto niechęć polskich menedżerów do wspominania o tym, co robią znakomicie? Z podejrzliwości wobec otoczenia. Z populizmu politycznej tłuszczy, pragnącej wygodzić wszystkim, a przede wszystkim sobie, kosztem spółek, inwestorów, rozwoju gospodarczego. W imię społecznej odpowiedzialności oczekuje się czasem od spółek działań sprzecznych z interesem społeczeństwa.

Oczekując wiele od biznesu, zarazem strzelamy mu w plecy. Parafrazując Johna Kennedy’ego: nie pytaj, co biznes może zrobić dla społeczeństwa, ale co społeczeństwo może zrobić dla biznesu.

Tekst został ogłoszony 15 marca 2004 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.

Czytaj także:

2014.03.15 (P)oszukiwanie sponsora
2004.03.15 Grzęzawisko ryzyk

Grzęzawisko ryzyk [2003]

Społeczna odpowiedzialność to nie kaprys, kosztowny zbytek, a instrument kreowania wartości spółki.

Jedna z najpoważniejszych postaci polskiego rynku z niepokojem zareagowała na coraz częstsze w moich tekstach wtręty o społecznej odpowiedzialności spółek. W przesłanym do mnie listelu pyta, czy nie sądzę,

że skoro jesteśmy dopiero w szkole podstawowej ładu korporacyjnego, to zbyt dużym wymaganiem jest stawianie zadań na miarę uniwersytetu, czyli odpowiedzialności społecznej korporacji? Nie umiemy jeszcze porządnie obsadzić rady nadzorczej czy poprowadzić walnego zgromadzenia (a to zaledwie tabliczka mnożenia), a Pan pisze o corporate social responsibility i każe rozwiązywać całki… Rozumiem, że trzeba uczniom uświadamiać, co ich czeka w dalszej edukacji, ale czy nie należy zarazem dawkować materiału? Nie jestem wrogiem całek, ale wszystko w swoim czasie… Tylko kiedy ten ‘swój’ czas nastąpi i kto to określi?

Nie jest to pogląd odosobniony. Podobne stanowisko zajmują zarządy spółek. Wykonują one trudną pracę. Zmagają się z problemami, o których opinia publiczna nie ma nawet bladego pojęcia. Mozolnie walczą o wynik, bo od wyniku zależą ich płace, a nawet stanowiska. Mają na głowie przeróżne kontrole. Konkurencja nie daje spokoju. Związki zawodowe rozrabiają. Prasa się czepia. Nadto spółki są molestowane różnymi wymaganiami dotyczącymi jakiegoś tam „ładu” lub „porządku” korporacyjnego. Trzeba pogodzić się z nimi, ponieważ cały świat aż huczy na ten temat. Dlatego zarządy spółek (wcale nie tylko publicznych!) obecnie zatrudniają specjalistów do spraw porządku korporacyjnego. Wprawdzie porządku korporacyjnego w niektórych spółkach nie ma, a nawet ma go nie być, lecz specjalista – jest. Tyle, że rada nadzorcza jest po staremu tylko ornamentem, a walne zgromadzenie to w istocie walne zwyrodnienie.

Ledwo opędzono jeden problem, a tu pojawia się drugi: społeczna odpowiedzialność. Czy dorośliśmy już do niej? Co po społecznej odpowiedzialności, skoro gospodarka ledwo zipie? Najpierw ugaśmy pożary. Wtedy nastanie czas na pielęgnację róż. Wszak nawet banki, z natury liderujące wszelkim innowacjom, nadto obyte w świecie za sprawą obecności inwestorów strategicznych z pierwszej ligi, nie zawracają sobie jeszcze głowy jakąś społeczną odpowiedzialnością. W raportach rocznych wielu polskich banków albo nie ma na ten temat słowa, albo pod takim nagłówkiem wspomina się przedsięwzięcia natury charytatywnej…

Jedno nie ulega wątpliwości: spółka jest po to, by dawała zysk. Porządek korporacyjny, społeczna odpowiedzialność, etyka korporacyjna – to narzędzia wspomagania tego celu. Porządek korporacyjny oznacza bowiem taką organizację spółki i jej stosunków z akcjonariuszami, która umniejszy ryzyko, że ze spółki wyciekną aktywa. Społeczna odpowiedzialność oznacza, że spółka tak kształtuje stosunki z otoczeniem, by zmniejszyć wszelkie ryzyka czyhające na nią na tym polu.

Albowiem spółka działa na bezkresnych obszarach ryzyka. Jego niektóre postacie są już całkiem dobrze rozpoznane. Dotyczy to w szczególności ryzyk ekonomicznych. O innych wiemy mało. Dotyczy to w szczególności mnogości ryzyk na stykach spółki ze społeczeństwem. Tu rozpościera się prawdziwe grzęzawisko, przez które trudno przebrnąć. Spółka może stracić na nim impet, a nawet może całkiem się zatracić.

Albowiem społeczeństwo ma inne priorytety niż działające wśród niego podmioty gospodarcze. Dla niego wzrost gospodarczy jest zjawiskiem bardzo pożądanym, lecz nie jest absolutem. Za to liczą się prawa człowieka. Ochrona środowiska. Postęp społeczny i zrównoważony rozwój. Nie są to sprawy nowe. Świadomość ich znaczenia towarzyszy nam przecież od dawna. Lecz wcześniej brzemię odpowiedzialności za urzeczywistnienie płynących z nich postulatów nakładano wyłącznie na państwa. Na arenie międzynarodowej nie liczył się przecież nikt inny. Dzisiaj – na naszych oczach! – zmienia się ten stan rzeczy. Zmniejsza się rola państw, przede wszystkim w sferze gospodarki. Zwiększa się za to rola podmiotów gospodarczych. Globalne korporacje zyskały większy wpływ na losy naszej planety, na kształt cywilizacji, niż parlamenty lub rządy. Budżet niejednej takiej korporacji zdecydowanie przewyższa budżety większości państw świata.

Spółki zawsze działały pośród społeczeństwa. Zawsze też na spółkach spoczywała odpowiedzialność wobec społeczeństwa. Zmienia się natomiast wymiar sprawy. Rozrasta się współzależność spółki i społeczeństwa. W społeczeństwie dojrzewa świadomość, że na biznesie ciążą znaczące powinności wobec niego. Spółka, która nie dostrzeże powinności wobec otoczenia, w jakim działa, może utonąć w grzęzawisku ryzyk. Zostanie przez nie wessana bez reszty. Jeżeli spółka pragnie uchronić swoją wartość (a pomnażanie wartości jest przecież racją jej bytu), lepiej niechaj uświadomi sobie i zacznie spełniać swoją społeczną odpowiedzialność.

Tekst został ogłoszony 17 listopada 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Czytaj także:
2014.03.15 (P)oszukiwanie sponsora
2004.03.15 Nie ma powinności bez wzajemności

Racja stanu [2001]

Porządek korporacyjny poskromi zapędy państwa ku obsadzaniu spółek kolesiami.

Pomiędzy kapitałem, spółkami, ich otoczeniem, oraz pomiędzy organami spółek rozpościera się wrażliwa przestrzeń, w której kształtuje się charakter gospodarki, jej konkurencyjność wobec świata, innowacyjność, mobilność. Wiele zależy od tego, czy ta przestrzeń ogarnięta jest chaosem, czy wypełniają ją jasne reguły i należycie sprawowane władztwo.
Współcześnie światem rządzi gospodarka, a gospodarką rządzą stosunki w owej wrażliwej przestrzeni, czyli corporate governance. Im lepsze te stosunki, bardziej przejrzyste i przewidywalne, tym atrakcyjniejsza gospodarka w oczach światowego kapitału, przeto tym więcej wchodzi go do spółek, przeto tym więcej bodźców pobudza je do działania, przeto tym większe ich szanse na sukces. Świadczy to o powołaniu naszych czasów do stanowienia i wcielania w życie zasad porządku korporacyjnego.

Niedawno słyszałem pogląd, że poprawa corporate governance jest dla Polski sprawą racji stanu. Podzielam to stanowisko. Konieczne jest wszak ważne zastrzeżenie. Otóż do racji stanu odwołujemy się najczęściej wtedy, gdy dążymy do wzmocnienia roli państwa. Natomiast w tym przypadku nie państwo wymaga wzmocnienia, ale reprezentacja światłych kół gospodarczych. Przyjęta przez nie autoregulacja pozwoli wygnać państwo z tej przestrzeni. Przywrócić w niej porządek, ustawicznie burzony przez państwo.

W ostatnich latach wpływ państwa na wydarzenia w sferze porządku korporacyjnego uległ degeneracji. Kolejni ministrowie Skarbu Państwa psuli Polskę, angażując resort w rozgrywki polityczne. Stanowiska w spółkach obsadzano z nadania partyjnego (nazwałem to zjawisko “alotażem”), wikłano Skarb Państwa w gorszące rozgrywki o NFI, wykorzystywano wpływ na spółki z udziałem Skarbu Państwa, by ich pieniędzmi wspierać wątpliwe przedsięwzięcia. Stąd pisałem, że „Skarb Państwa to dwa w jednym: włodarz wspólnego majątku i polityczny kłótnik”. Kiedy nastał fatalny epizod Andrzeja Chronowskiego, włodarzenia było jeszcze mniej, kłótni i szkód jeszcze więcej. Minister Aldona Sowińska zdążyła w krótkim czasie poprawić atmosferę. Dobrze, że w rządzie jest ktoś na poziomie. Źle, że tak wiele zależy od tego, czy szef jednego z resortów działa odpowiedzialnie. Fatalnie, że kiedy poprzedni minister postępował nieodpowiedzialnie, nie budziło to reakcji szefa rządu.

Dowodzi to, jak bardzo porządek korporacyjny bywa podatny na wpływ polityki. Wpływ kapryśny: raz zły, raz fatalny, lub akurat dobry, jak ostatnio. Trzeba wyzwolić go spod tego wpływu. Nikt przecież nie da gwarancji, że nie pojawi się kolejny Emil Wąsacz (na samą myśl – odpukuję!). Państwo ma zajmować się sprawami o randze strategicznej, a nie bezustannie ingerować w obsadę rad nadzorczych i zarządów, dobieranych całkiem do niedawna na podstawie antykompetencji. Wszechobecność polityki w gospodarce osłabia gospodarkę, szkodzi obrazowi Polski w świecie. Dobrze, że przy obsadzie prezesur Totalizatora i PZU nie liczyła się nareszcie polityka, ale kwalifikacje i cechy charakteru.

Porządek korporacyjny jest sprawą racji stanu w tym znaczeniu, że jego wprowadzenie pomoże gospodarce. Ale to nie państwo go wprowadzi. Nie państwo będzie dbało o jego przestrzeganie. Porządek korporacyjny pomoże okiełznać państwo, poskromić jego niezdrowe zapędy ku obsadzania spółek kolesiami i upartyjnianiu gospodarki. Utrudni finansowanie awanturniczych projektów pieniędzmi akcjonariuszy. Jeżeli środowiska gospodarcze przyjmą twórcza autoregulację zasad postępowania – wydatnie ograniczą rolę państwa, pozbawią je atrybutów politycznego kłótnika.

Racją stanu jest też wyplenienie nonszalanckiego stosunku do prawa. Za to, że prawo nie jest przestrzegane, wini się sądownictwo, które ponoć działa opieszale. To uproszczenie! Niedawno omawiałem postanowienie olsztyńskiego sądu, który nałożył grzywnę na prezesa Stomilu Olsztyn za odmowę udzielenia wyjaśnień członkowi rady nadzorczej delegowanemu do indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Sąd szybko rozpoznał sprawę.

Wygląda na to, że sąd trudził się niepotrzebnie. Albowiem Stomil nie zmienia swojego postępowania. Sąd wywiódł, że zbyteczne jest składanie przez członka rady nadzorczej oświadczeń o zachowaniu poufności. Sąd wskazał, że Stomil bezpodstawnie żąda od członka rady zobowiązania do niepodejmowania działalności konkurencyjnej. Stomil przysłał mi ostatnio komunikat, w którym w istocie odmawia poddania się nadzorowi. Szczytem hucpy jest ubolewanie zarządu Stomilu Olsztyn, że członek rady nadzorczej nie podpisuje klauzul, których nie powinien podpisywać. Michelin zapowiedział ściganie inwestorów, którzy w Polsce zwalczają jego wątpliwe praktyki. Już pozwał ich o zniesławienie. Po ochronę prawa sięga ten, kto sam go nie przestrzega.

Tekst ogłoszony 17 kwietnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka. Od tego czasu złagodziłem ocenę ministerium Emila Wąsacza, za to przygasł mój zachwyt dokonaniami min. Aldony Sowińskiej.

Czytaj także:
2001.03.16 We dwa kije
2001.04.02 Piąte koło