Archiwa tagu: prezes zarządu

Prerogatywa na szali

Prerogatyw prezesa zarządu lub przewodniczącego rady nadzorczej nie można przenosić na inne osoby. Istota prerogatywy polega właśnie na tym, że jest ona nierozdzielnie związana z określoną funkcją, czyli przysługuje wyłącznie piastunowi tej funkcji w czasie jej pełnienia. Przykładem uprawnienie przewodniczącego rady nadzorczej – a także prezesa zarządu – do rozstrzygnięcia głosowania w razie równości głosów. Z tą różnicą, że w takiej sytuacji głos przewodniczącego rady „rozstrzyga” wynik głosowania (art. 391 § 1, zdanie drugie Ksh), natomiast głos prezesa zarządu „decyduje” o wyniku głosowania (art. 371 § 2 zdanie drugie Ksh). Nie widzę tu różnicy, chociaż zapewne można na ten temat napisać habilitację. Powodzenia!

W przypadku obu organów ustawa przewiduje, jako zasadę, podejmowanie uchwał bezwzględną większością głosów (nie dotyczy to z natury rzeczy zarządu w składzie jednoosobowym). Statut może wprowadzić wyjątki od tej zasady. Wyjątki rozmaite. Może więc sformułować wymóg większości kwalifikowanej co do liczby głosów (na przykład warunkować przyjęcie uchwały od oddania na nią ¾ głosów). Może warunkować ważność uchwały od udziału w głosowaniu prezesa zarządu lub przewodniczącego rady nadzorczej, a nawet od oddania przezeń głosu za. Może też zawierać inne postanowienia podwyższające lub obniżające warunki przyjmowania uchwał, w tym znieść wymóg bezwzględnej większości głosów, a wtedy przyznać prezesowi zarządu i/lub przewodniczącemu rady nadzorczej prawo przeważenia szali w razie równości głosów. Anglosasi nie odróżniają głosu „decydującego” od „rozstrzygającego”, używają terminu casting vote. Radzę nie mylić go z terminem casting couch, znaczeniowo bliskiemu prawu pierwszej nocy. Ksh nie wyposaża przewodniczących rad w taki przywilej (może szkoda?), niemniej prezesi jakoś sobie radzą.

Utarło się, że większość polskich rad nadzorczych podejmuje większość uchwał jednomyślnie, bo któż śmiałby wychylić się ze swoim zdaniem, jeżeli go nie ma? Utarło się, że wiele (może nie większość, ale – na oko – blisko połowy) statutów spółek publicznych uznaje, że w razie równości głosów można głosem rozstrzygającym wykreować większość bezwzględną, z czym się nie zgadzam (o tym obszerniej kiedy indziej!). Utarło się wreszcie, że prerogatywą przewodniczącego rady nadzorczej pod jego nieobecność statuty obdzielają wiceprzewodniczącego, bądź nawet członka rady prowadzącego, pod nieobecność obu, głosowanie. Jest to nieporozumienie.

Fantazji bywało więcej. W jednej ze spółek przewodniczącemu rady nadzorczej przysługiwał, w razie równości głosów, głos podwójny (!). W innej, niegdyś dość głośnej, doszło do sytuacji osobliwej. Statut nie przewidywał głosu rozstrzygającego prezesa zarządu, w skład dwuosobowego zarządu wchodzili: członek zarządu i członek rady nadzorczej oddelegowany do czasowego pełnienia obowiązków prezesa. Doszło do głosowania w sprawie niebagatelnej, bo dotyczącej zmiany terminu walnego zgromadzenia. W obliczu równego rozkładu głosów p.o. prezesa uparł się, że jego głos przeważa. Obu tych spółek nie ma już na giełdzie.

W niektórych spółkach kwestię głosu rozstrzygającego uregulowano nie w statucie, a w regulaminie zarządu i/lub rady nadzorczej. Regulamin nie może dotykać spraw zastrzeżonych dla statutu spółki, ponieważ statut leży w gestii walnego zgromadzenia, a regulamin – niekoniecznie. Nawet nie o to chodzi, że regulacja płynie z niewłaściwego źródła, ani o to, że często jest ona niezgodna z prawem – lecz przede wszystkim o to, że nikomu to jakby nie przeszkadza. Sorry, taki mamy rynek.

Czytaj także:
2013.07.28 Za, a nawet przeciw
2001.04.09 Wyjście z pata

JE SUIS JAROSŁAW ZAGÓROWSKI

Po paryskiej masakrze przyzwoici ludzie deklarowali: JE SUIS CHARLIE HEBDO. W obliczu wydarzeń w Jastrzębiu Polacy powinni powiedzieć: ZAGÓROWSKI TO JA!

Czytelnik poprosił mnie o stanowisko w sprawie Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Sprawa jest trudna: w kopalniach strajkują załogi, brak wydobycia powoduje straty, przed siedzibą spółki trwają zamieszki z udziałem związkowców, policja użyła broni gładkolufowej, prowadzone są rozmowy zarządu spółki ze związkowcami, ale w rozmowach nie uczestniczy prezes spółki Jarosław Zagórowski; załogi domagają się jego odwołania. A co ja o tym sądzę?

Mam do górnictwa węgla kamiennego stosunek osobisty. Dorastałem w Katowicach, ojcowie moich kolegów ze szkół, z podwórek, fedrowali w Wujku, w Kleofasie; mój ojciec dbał o ich bezpieczeństwo, kodyfikował prawo górnicze. Mam szacunek dla pracy górnika. Ale mam także szacunek dla prawa. Nie mają go przywódcy związkowi z JSW, organizatorzy dzikich strajków, szkodnicy gospodarczy. Ich hasło: „Zagórowski musi odejść”, wypisywane na Biało-Czerwonej, jakby szło o sprawę narodową, przypomina mi harce Leppera, także szkodnika, organizatora blokad dróg i zamieszek, który domagał się odejścia wicepremiera Balcerowicza, aż ktoś jego pokroju i jego uczynił wicepremierem. Jarosławie, nigdy Panu tego nie zapomnę!

Otóż Zagórowski odejść nie powinien. Ma jasny program ratowania spółki przed stającymi przed nią trudnościami. Przywódcy związkowi są świadomi, że prezes zagraża ich osobistym interesom. Domagają się jego dymisji. Za nic mają interes i spółki, i jej akcjonariuszy. Na razie prezes został wykluczony z udziału w negocjacjach. Nie jest to obrazą zasad corporate governance. Spółkę może z należytym skutkiem reprezentować każdy z członków zarządu we współdziałaniu z drugim członkiem zarządu, bądź z prokurentem. Statut JSW zawiera przy tym postanowienie, iż „zarząd spółki zobowiązany jest do współpracy z organizacjami związkowymi działającymi w przedsiębiorstwie spółki na zasadach określonych w ustawie o związkach zawodowych” (§ 12 ust. 2).

Nie zawsze prezes zarządu uczestniczy w rozmowach o spółce. Byłem przewodniczącym rady nadzorczej delegowanym do czasowego pełnienia funkcji prezesa zarządu. Spółka była w sytuacji trudniejszej, niż dzisiaj JSW. Opowiadałem się za jej likwidacją i wyprzedażą majątku, by zaspokoić wierzycieli, a pozostałymi środkami obdzielić akcjonariuszy. Stałem się wrogiem publicznym. Minister skarbu zwołał naradę w sprawie spółki, na którą zaprosił związkowców, lokalnych polityków i działaczy, pozostałych członków zarządu, akcjonariuszy, swojego hiszpańskiego doradcę, francuskiego dyrektora inwestycyjnego – wszystkich, oprócz mnie. Niczego nie uradzono, ostatecznie stanęło na moim.

Pytanie Czytelnika dotyczy kwestii, jak powinna postąpić rada nadzorcza? Powinna postąpić przyzwoicie. Rada może odwołać prezesa, lecz doskonale wie, że to niczego nie zmieni. Chyba, że na gorsze. Tu w rachubę wchodzi nie tylko interes spółki. Także interes Rzeczypospolitej. Kto tknie Zagórowskiego, wyrządzi szkodę publiczną.

Bez klamki [2000]

Rada powinna współdziałać z zarządem, a nie zamykać się przed nim w wieży z kości słoniowej

Na anglosaskich filmach czasem widzimy migawkę z posiedzenia „rady dyrektorów”. Z analizy sytuacji wynika, że zarząd i nadzór spółki to jeden i ten sam organ. Nie znaczy to bynajmniej, że w Polsce jest tak samo. Nasz ustrój spółek jest inny, podobnie jak sądownictwo. Na anglosaskich filmach widzimy wszak ławę przysięgłych, której w naszej procedurze także nie ma. Gdzie w spółce anglosaskiej jest agora, miejsce obrad i ścisłej współpracy zarządców i nadzorców, tam w polskiej spółce jest mur. Po jednej stronie usytuowano zarząd, po drugiej nadzór. W murze jest małe okienko, przez które zarząd może dostarczać nadzorowi sprawozdania i dokumentację. W murze są także drzwi, przez które można przejść na drugą stronę, by spotkać się twarzą w twarz, przyjrzeć się sobie, nawiązać dyskusję, wysłuchać argumentów, uzgodnić stanowiska.

Lecz klamka w drzwiach jest tylko z jednej strony. Dysponuje nią rada nadzorcza. Oznacza to, że rada może otwierać drzwi, wchodzić na pole zarządu, zapraszać zarząd do siebie, lub wzywać go po prostu. Zarząd pracuje bez klamki. Nie ma wstępu na poletko rady. Nie ma też wpływu na to, kiedy i w jakim składzie rada, lub jej członkowie, wstąpią na jego poletko. W spółce akcyjnej rada nadzorcza przynajmniej temperowana jest brakiem przepisu odnoszącego się do spółki z o.o., a zezwalającego (w braku przeciwnego rozstrzygnięcia w umowie spółki) każdemu członkowi rady na wykonywanie prawa nadzoru z osobna. Za to rada może m.in. „przeglądać każdy dział czynności spółki”, „żądać od pracowników spółki sprawozdań i wyjaśnień”, „dokonywać rewizji majątku, tudzież sprawdzać księgi i dokumenty”. Od rady nadzorczej zależy, czy dopuści obecność zarządu przy wykonywaniu tych czynności.

Od rady zależy także, czy oraz w jakim zakresie dopuści obecność zarządu na swoim posiedzeniu. Praktyka bywa różna. Są rady, które przyjęły zasadę, że zarząd uczestniczy w ich obradach (chociaż opuszcza je w pewnych sytuacjach). W takiej praktyce nie widzę złych stron. Jestem jej zwolennikiem.

Są rady, które tylko wyjątkowo spotykają się z zarządem w pełnym składzie, poprzestając na kontaktach z prezesem. Są rady, które doraźnie wzywają przed swoje oblicza prezesa lub poszczególnych członków zarządu z osobna, lecz z zasady obradują same. Są nawet takie rady, które utajniają przed zarządem protokoły ze swoich posiedzeń. Jest wiele argumentów przeciw temu, by rada nadzorcza odbywała posiedzenia trzymając zarząd za drzwiami bez klamki z tamtej strony. Podstawowym obowiązkiem rady jest sprawowanie stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich gałęziach przedsiębiorstwa. Spółką kieruje zarząd, on też najlepiej zna wszystkie gałęzie, więc może ułatwić radzie wykonywanie jej zadań. Wprawdzie zarząd jest zobowiązany do przedkładania radzie w formie pisemnej wszystkiego, czego rada od niego zażąda, lecz czasem dokumenty nie mówią całej prawdy. Najbardziej, jak wiadomo, kłamią liczby. Nic nie zastąpi stałej i harmonijnej współpracy nadzoru z nadzorowanym. Ponadto rada nadzorcza ma, w moim przekonaniu, sprawować w spółce przywództwo, a brak współpracy z zarządem, wzajemnego zrozumienia i sympatii – udaremni jej wysiłki na tym polu.

Są oczywiście sprawy, które rada nadzorcza powinna załatwić we własnym gronie. Należą do nich zwłaszcza wewnętrzne sprawy rady, a także sprawy kadrowe zarządu (powoływanie, odwoływanie lub zawieszanie jego członków, ich wynagrodzenia itd.). Natomiast w sprawach innych, niż dotyczące rady i zarządu, a takich właśnie jest ogromna większość, rada może współdziałać z zarządem.

Często porządek dzienny obrad rady obejmuje „spotkanie z zarządem”. Wnioskuję z tego, że rada spotyka się czasem z zarządem, jak spotyka się z delegacją związków zawodowych, a raz do roku także z audytorem. Takie doraźne, pobieżne spotkania nie tworzą warunków do budowania partnerstwa z zarządem. Trzymanie zarządu za drzwiami (pozbawionymi klamki!), spuszczanie przed nim kurtyny chroniącej tajność prac rady, można tłumaczyć dwojako. Albo jest to sytuacja przejściowa, do wyjaśnienia sprawy, w której zarząd wzbudził podejrzenia. Albo jest to normalna praktyka, bowiem rada jest niekompetentna, brak jej przygotowania do nawiązania dialogu z fachowym przecież zarządem, więc niechaj zarząd lepiej o tym nie wie.

W stosunkach z radą nadzorczą zarządu spółki nie zastąpi prezes. Nie jest on organem spółki. W świetle prawa – partnerem rady udzielającym jej, na żądanie, sprawozdań i wyjaśnień, jest zarząd spółki, a nie jego prezes. Można ustanowić zarząd jednoosobowy, lecz kiedy jest on wieloosobowy, rada nadzorcza powinna współpracować z kompletem członków zarządu, a nie z poszczególnymi.

Tekst ogłoszony 29 maja 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.