Archiwa tagu: prywatyzacja

A teraz sprzedajcie akcje Banku Pekao SA przez giełdę!

Bank Pekao wraca „z ziemi polskiej do Wolski”… Jarosław Kaczyński nie ma słuchu, głosu, ani wiedzy ekonomicznej. Może ogłosić sukces repolonizacji polskiego sektora bankowego. Lecz być może rozczaruję zwolenników tezy, jakoby program repolonizacji banków był komponentem akcji wstawania z kolan. Autorstwo pomysłu należy do Jana Krzysztofa Bieleckiego. Był on w swoim czasie szczerym zwolennikiem umiędzynarodowienia finansów, nawet publicznie ogłosił tezę, że na czele grupy UniCredit może kiedyś stanąć Polak – ale z czasem mu przeszło.

Może otrzeźwiła go sprawa kredytów walutowych? W wywiadzie udzielonym mi w 2004 roku J K Bielecki , wówczas prezes Banku Pekao, wyraził opinię, że udzielanie kredytów walutowych osobom zarabiającym w złotych jest praktyką nieetyczną. Wcześniej podobny pogląd zaprezentował w udzielonym mi wywiadzie szef Banku Zachodniego WBK Jacek Kseń. Niezadługo później obaj menedżerowie opuścili swoje stanowiska (następcą dr. Ksenia został Mateusz Morawiecki), a kierowane przez nich banki zmieniły swoje nastawienie do tej kwestii. Bielecki, już jako przewodniczący Rady Gospodarczej (w jej skład wchodził wspomniany M. Morawiecki), pod wpływem doświadczeń lat 2008-2009 podjął ideę „udomowienia” banków należących do obcego kapitału. Co też dzieje się obecnie.

Z tym zastrzeżeniem, że to nie repolonizacja, ani udomowienie, a nacjonalizacja. Co oznacza większy wpływ polityków na gospodarkę, nowe posady dla stronników PiS, mniejsze szanse na wzrost gospodarczy, strumienie pieniędzy płynące na widzi-mi-się partii rządzącej. Bank Pekao trafił w ręce, do których nie mam zaufania: za dużo grzebią w moich kieszeniach.
Jest z tej sytuacji znakomite wyjście: sprzedając przez giełdę akcje należące do PZU SA i Polskiego Funduszu Rozwoju odniesiemy liczne korzyści.

Nie dojdzie do sytuacji, w której władztwo nad dwoma największymi bankami na polskim rynku skupione zostanie w jednym ręku. Otóż pakiety posiadane, bezpośrednio i pośrednio, przez Skarb Państwa nie dałyby tak silnego wpływu na oba banki, gdyby przynajmniej jeden z nich został rozproszony. Nawet silny akcjonariusz większościowy musi liczyć się z interesami mniejszości. Skarb Państwa czyni wyjątek od tej fundamentalnej zasady corporate governance. Nie liczy się z nikim i z niczym, robi co chce i nikomu: prawu, sądom, dobrym praktykom, Brukseli – nic do tego.
Pozbywając się akcji Banku Pekao SA ich obecni posiadacze (PZU SA i Polski Fundusz Rozwoju):
• Zarobią pieniądze, ponieważ w ofercie publicznej – jeśli zostanie umiejętnie przeprowadzona – uzyskają cenę wyższą od zapłaconej Włochom;
• Zapobiegną niebezpieczeństwu wykorzystania politycznych wpływów na bank, a zważywszy udziału Skarbu Państwa w PKO Banku Polskim – na cały sektor bankowy, ba, na stygnącą gospodarkę narodową;
• Dokonają rozproszenia akcjonariatu Banku Pekao SA; w trakcie prywatyzacji pakietu należącego do PZU i PFR, można będzie, mutatis mutandis, wykorzystać wiele elementów znakomicie przeprowadzonego przez ówczesnego ministra Skarbu Państwa Jacka Sochę upublicznienia akcji PKO Banku Polskiego;
Przeprowadzając prywatyzację udziałów PZU i PFR przez giełdę rząd umocni i rozwinie warszawską Giełdę Papierów Wartościowych, przywróci jej wigor i szansę rozwoju (co oznaczałoby jednak odejście od konsekwentnie prowadzonej polityki wygaszania GPW).

Czytaj także:
2015.01.15 Dzień franka

Advocatus diaboli. Obrona Dawida Jackiewicza

Gdyby ogłosić konkurs na najgorszego ministra, Jackiewicz miałby silną konkurencję. Większość pozostałych mogłaby przecież z nim wygrać. Wyrzucono go za to, że stanowiska w spółkach z udziałem Skarbu Państwa powierzał swoim znajomym, nie natomiast za to, że stanowiska w spółkach Skarbu Państwa powierzał znajomym prezesa Kaczyńskiego, premier Szydło, komendanta Macierewicza. Dlatego uważam, że wyrzucenie ministra Jackiewicza – czymkolwiek motywowane, rzekomymi zasługami czy rzeczywistymi przewinami – niczego nie zmieni. Będzie, jak było. Albo jeszcze gorzej.

Jackiewicz jako minister Skarbu Państwa nie prywatyzował spółek. Prywatyzował państwo, właściciela udziałów w tych spółkach. Uznawał je za łup należny kamaryli, którą „suweren” wyniósł do władzy. Dążył do podporządkowania domeny państwowej interesom partyjnym. Lecz najwięcej zgorszenia wywołał polityką kadrową. Paradoksalnie, poszło nie o to wcale, że największe korporacje, jak Orlen, Lotos lub KGHM powierzał menedżerom bez doświadczenia i kwalifikacji, a o to, że na posadach upchnął kilku szemranych ziomali. Którzy brakiem kwalifikacji, doświadczenia, reputacji, nie ustępowali faworytom prezesa, pani premier, komendanta bądź poszczególnych ministrów.

Z zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa pozbyto się setek menedżerów. Zastąpiono ich swoimi, często mniej przydatnymi na powierzanych im funkcjach, za to zaufanymi prezesa lub kogoś z jego otoczenia. Wyrzucanych próbowano przy tym pozbawić reputacji, odmawiając im absolutoriów. Nie starczało przyzwoitości, by poddać pod głosowanie uchwałę o odmowie absolutorium i rzeczowo ją umotywować; procedowano projekty uchwał dotyczących udzielenia absolutorium i odrzucano je głosami Skarbu Państwa oraz podmiotów zależnych. Stawia to wyrzuconych w niekorzystnej sytuacji reputacyjnej, utrudnia im znalezienie zatrudnienia. Wprawdzie w zawód menedżera wpisane jest ryzyko utraty stanowiska, niemniej wpisane jest także prawo do uzyskania merytorycznej oceny. Wielu pozbawionych absolutorium „refuseników” zapewne znajdzie pracę w korporacjach konkurujących z podmiotami z udziałem Skarbu Państwa, co może jeszcze bardziej pogrążyć te podmioty, tracące dramatycznie na wartości.

Przed laty, po nominacji Stanisława Alota, nauczyciela z technikum, polonisty, absolwenta studiów podyplomowych z wypoczynku i turystyki, na odpowiedzialne stanowisko prezesa ZUS – ukułem na takie praktyki termin alotaż. Niestety, „przykrył go” ukuty przez Jarosława Kaczyńskiego skrót TKM, rozwijany jako Teraz, K…., My. Kaczyńskiemu chodziło o zawłaszczanie państwa przez AWS. Obecnie sam je zawłaszcza na jeszcze większą skalę. Jackiewicz był jedynie wykonawcą jego polityki. A że na boku coś pokombinował? Nie on jeden, wszak kombinatorów jest w tej kamaryli pod dostatkiem. Prezes sam daje przykład: w telewizji upycha kuzyna, kuzyn wkręca się do filmu, jego partnerka dostaje rolę, a ojciec osobistej makijażystki prezesa dostaje stanowisko. François Hollande został potępiony i wyśmiany za zatrudnienie w Élysée fryzjera. Nazywają go Budyniem. Jarosław, nawet w profesjonalnym makijażu, zasłużył na zwarzony Kisiel.

Nie będę wyliczał przewin Dawida Jackiewicza. Nie starczyłoby miejsca na tym blogu. Jako adwokat diabła powołam więc argument na korzyść potępianego. Bardzo zaszkodziło mu powołanie Bartłomieja Misiewicza do rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Pytano: jak tak można? Wszak „osobisty przedstawiciel” komendanta – cóż za błyskotliwa formuła prawna, nieprawdaż? – nie ma wykształcenia (dopiero robi licencjat), nie ma doświadczenia, żadnych kwalifikacji, był tylko pomocnikiem w aptece gdzieś pod Warszawą. Znany prawnik pośpieszył z obroną tej nominacji: dowodzi, że mimo wszystko nie narusza ona prawa. Panie mecenasie, lubię pana, szanuję za dorobek, za wielką pracowitość, zazdroszczę stanowiska w radzie nadzorczej Przytułku Orlenino (przyszło tam panu pracować z nominatami lepszego sortu), ale przytoczę fundamentalną zasadę corporate governance: „W skład zarządu i rady nadzorczej powoływane są osoby reprezentujące wysokie kwalifikacje i doświadczenie”. Basta.

A Ryszard Petru ogłosił listę „40 Misiewiczów”. Albo zgubił zero, albo liczyć nie umie.

UZUPEŁNIACZ: Poniósł mnie temperament, przypisałem D. Jackiewiczowi decyzję o powołaniu Misiewicza do rady nadzorczej PGZ: dziękuję Czytelnikowi za sprostowanie, iż to decyzja MON.

Magazyn Sztuk Padłych (Bogdan Pęk w radzie Banku Pocztowego)

Nominacje do zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa często budzą grozę. Powoływane bywają osoby pozbawione kwalifikacji, wiedzy, doświadczenia. Partia rządząca wynagradza swoich, lecz jej zaplecze kadrowe jest rozpaczliwie płytkie. Skoro nawet najważniejszych ministerstw gospodarczych nie udało się powierzyć uznanym ekonomistom (finansami zajmuje się prawnik, rozwojem – historyk wspierany przez politolożkę), jest zrozumiałe, że organy spółek, na które Skarb Państwa ma wpływ, obsadza się byle jak. Prezesem spółki paliwowej zostaje więc polityk ze znikomą znajomością branży, członkiem zarządu banku inny polityk, który wcześniej nie przepracował w bankowości nawet jednego dnia – przykłady można mnożyć. Jeden wszakże szczególnie zasłużył na drwinę: chodzi o powołanie Bogdana Pęka do rady nadzorczej de facto państwowego Banku Pocztowego. Jest to klasyczny przykład postępowania określanego mianem alotażu (od nazwiska zucha, który niegdyś został szefem ZUS).

Bogdan Pek zyskał rozgłos, kiedy jako poseł PSL podniósł raban w sprawie prywatyzacji Banku Śląskiego SA (obecnie ING Bank Śląski SA). Oferta publiczna banku spotkała się z ogromnym zainteresowaniem, co można było odczytać jako społeczną aprobatę dla prywatyzacji. Przyjęto 820 tysięcy [!!] zapisów po atrakcyjnej cenie 500 tysięcy zł za akcję (przed denominacją złotego w stosunku 10.000:1). Gigantyczna nadsubskrypcja skutkowała znaczną redukcją zleceń kupna. Większości reflektantów przydzielono po 3 akcje, większe pule przypadły przede wszystkim zarządowi i pracownikom banku. Obrót walorami banku zainicjowano nazbyt wcześnie, ponieważ do chwili debiutu Banku Śląskiego na warszawskiej giełdzie większość emisji nie weszła jeszcze do obrotu.

W pierwszy notowaniu w systemie jednolitej ceny dnia akcje banku wyceniono na 6.750 tysięcy złotych, co oznaczało trzynastoipółkrotne przebicie względem IPO. Wkrótce bank podążył na południe, trzeba było czekać wiele lat na przekroczenie kursu z pierwszego notowania. Poseł Pęk rozpętał awanturę wychodząc z założenia, że akcje państwowego banku sprzedano za ułamek wartości, bank jest przecież wart kilkanaście razy więcej niż w pierwotnej ofercie publicznej. Szwindel tkwił jednak nie w wycenie banku, a w opieszałości biura maklerskiego banku, które do prac związanych z potwierdzaniem ponad ośmiuset tysięcy świadectw skierowało ledwie kilka osób. Świadectwa pracowników banku potwierdzano w pierwszej kolejności, wielusettysięcznej rzeszy nowych udziałowców przyszło czekać.

Najważniejszą z ofiar awantury posła Bogdana Pęka miał być wiceminister finansów Stefan Kawalec, analityk wysoko ceniony za twórczą wyobraźnię i rozwagę (wcześniej podpora ekipy współpracowników Leszka Balcerowicza) po prostacku odwołany przez premiera. Po prostacku, ponieważ ówczesny szef rządu Waldemar Pawlak nie uznał za stosowne uzgodnić odwołania wiceministra z ministrem finansów Markiem Borowskim, który – nie godząc się na takie praktyki na jego podwórku – elegancko zbeształ premiera i ustąpił z funkcji.

Poseł Pęk snuł poglądy zgodne z jego wykształceniem i dorobkiem. Wcześniej, z dyplomem zootechnika, zasłynął jako niefortunny szef tuczarni trzody chlewnej w podkrakowskich Tomaszowicach. Pod jego kierownictwem zespół pałacowy uległ degeneracji, w najlepszym stanie ostał się budynek służący za Magazyn Sztuk Padłych, najbardziej chyba przydatny w następstwie marnego zarządzania. Później Bogdan Pęk zajął się polityką, był posłem na Sejm, europosłem, senatorem. Nie zliczę wszystkich partii, którym służył wiedzą – o niektórych nawet nie słyszałem. Na jakiś czas zniknął z oczu, gdy sfotografowano go na korytarzu sejmowym w stanie bliskim sztuce padłej. Teraz wrócił na scenę i wyjaśnia, że ma kwalifikacje do pracy w radzie banku, ponieważ działał w sejmowych komisjach do spraw przekształceń własnościowych (1993-1994) oraz Skarbu Państwa (1997-2001). Na wszelki wypadek bank nie umieszcza na swojej stronie internetowej życiorysu tego członka rady.

Bank Pocztowy SA jest własnością Poczty Polskiej (ok. 75% kapitału i głosów na walnym zgromadzeniu) i PKO Banku Polskiego (25%). W grę wchodzą przeto interesy ogółu podatników finansujących państwo będące właścicielem poczty i większościowym udziałowcem banku, oraz rzeszy akcjonariuszy mniejszościowych banku notowanego na warszawskiej giełdzie. Jak w innych spółkach ze swojej domeny, wyłącznej bądź dzielonej z innymi udziałowcami, Skarb Państwa lekceważy interesy podatników i akcjonariatu. Organy niektórych spółek przypominają już magazyny sztuk padłych. Może jeszcze jesteśmy bezpieczni, ale nasze pieniądze już nie.

Historia GPW. ZA ROGIEM ZARAZA, NA ROGU STAŁ LIS

Im więcej czasu mija od startu transformacji, tej prawdziwie dobrej zmiany w Polsce, tym bezczelniej szerzy się legendy o sprzedawanych za bezcen klejnotach narodowej gospodarki, złodziejskiej prywatyzacji, zmarnotrawieniu wypracowanego w trudzie i znoju dorobku pokoleń.

Spór o prywatyzację wybuchł w Polsce zanim do niej doszło. Leszek Balcerowicz oczekiwał, że prywatyzacja dotrzyma kroku dynamicznie zapoczątkowanej transformacji polskiej gospodarki. Wiedział, że szybkość przemian zwiększa szanse na ich powodzenie. Rynek kapitałowy nie mógł ruszyć bez prywatyzacji, ale odpowiedzialny za te obszary Krzysztof A. Lis odrzucał drogę na skróty. Zamierzał prywatyzować w pełni profesjonalnie, a kiedy owej pełni brakowało – przynajmniej rozważnie, krok po kroku, unikając terapii szokowej. Uznano, że działa zbyt wolno, więc zepchnięto go na boczny tor. Lecz jego zasług nie da się przecenić.

Legendarna ekipa Balcerowicza zajmowała się naprawianiem gospodarki, przeprowadzaniem Polski na słoneczną stronę ulicy. Krzysztof Lis niczego nie naprawiał, przyszło mu tworzyć nowe, wcześniej niewyobrażalne. Miał dar wyłuskiwania talentów, skupiania ich wokół siebie, zarażania entuzjazmem. Współpracownikom powiadał żartem, że wie o prywatyzacji 10 procent tego, co chciałby wiedzieć, oraz że oni zdołali ogarnąć raptem 10 procent jego wiedzy, więc muszą się szybko uczyć. Zdołał sformować zastęp ludzi obdarzonych, jak on, wyobraźnią i odwagą, zjednać ich do udziału w niepowtarzalnym przedsięwzięciu. Stworzyli infrastrukturę prawną i organizacyjną rynku kapitałowego organizowanego wokół Giełdy Papierów Wartościowych – i wtedy przystąpili do prywatyzowania.

Najpierw była „pierwsza piątka”: Exbud, Kable, Krosno, Próchnik, Tonsil. Garstka spółek wybranych z ośmiu tysięcy przedsiębiorstw państwowych. Zastanawiano się jeszcze nad szóstą kandydaturą, Swarzędzem, ale odłożono ją na później, bo spółka miała kłopoty z płynnością. Im więcej czasu mija od startu transformacji, tej prawdziwie dobrej zmiany w Polsce, tym bezczelniej szerzy się legendy o sprzedawanych za bezcen klejnotach narodowej gospodarki, złodziejskiej prywatyzacji, zmarnotrawieniu wypracowanego w trudzie i znoju dorobku pokoleń. Otóż dorobek został zrujnowany już w latach osiemdziesiątych, kraj znalazł się na skraju katastrofy, w innej sytuacji ekipa rządząca w PRL nie oddałaby władzy. Spółki zdatne do prywatyzacji można było policzyć na palcach jednej ręki. Zresztą i tak dwie z nich niebawem wpadły w kłopoty. Nie powinniśmy pozwolić na fałszowanie historii.

Katastrofa polskiej gospodarki, zapoczątkowanie transformacji, podjęcie reformy ustroju – sprowokowały wysyp teoryjek o możliwości szybkiej powszechnej prywatyzacji, czy pracowniczej, czy obywatelskiej, poprzez rozdanie tytułów własności i ułatwienie obracania nimi. „Pomysł bezpłatnego rozdawania akcji obywatelom szerzył się wtedy w byłych krajach komunistycznych jak wirus grypy” – wspomina Jacek Kwaśniewski, przyjaciel i, w tamtym czasie, bliski współpracownik Lisa. Za rogiem czekało Polskę to, co wkrótce stało się z własnością i rynkiem kapitałowym w Czechosłowacji i Rosji.

KORDON SANITARNY. Ale na rogu stanął Lis i nie przepuścił zarazy powszechnego rozdawnictwa. Chciał prywatyzacji w oparciu o kapitał i wiarygodne wyceny. Jako pełnomocnik rządu do spraw przekształceń własnościowych stworzył strukturę nowego ministerstwa, obsadził ją dobranym zespołem, ale resortu nie objął. Wykluczył go Balcerowicz, rozczarowany skierowaniem prywatyzacji na tory fachowości. Lisowi przypisano opinię hamulcowego reform, zwolennika rozwiązań zachodnich, wręcz marudnego pedanta. Oraz impertynenta, który ponoć zraża sobie posłów. Ministrem został Waldemar Kuczyński, zausznik premiera Tadeusza Mazowieckiego, merytorycznie nieprzygotowany, ale świadomy tego. Krzysztof Lis współpracował z nim lojalnie jako sekretarz stanu. Aż doszło do zmiany rządu, ministrem został Janusz Lewandowski, współtwórca głośnej koncepcji powszechnej prywatyzacji, i Lis został z ministerstwa wyrzucony.

Nie pojechał do Sevres, by tam służyć za wzorzec pokrzywdzonego przez los. Został doradcą Banku Światowego, w tym charakterze pracował w państwach byłego Związku Radzieckiego. Był do tego zadania dobrze przygotowany. Warszawiak z rodziny inteligenckiej, studiował w Łodzi, bo tamtejszą ekonomię uważał za najlepszą. Zrobił doktorat z zarządzania, pracował naukowo, ale praktykował też doradztwo, prowadził pionierski butik konsultingowy, na owe czasy miał spore sukcesy. Swoje doświadczenia spożytkował w Rosji, Białorusi, na Ukrainie. Ceniono go, lubiano, wysłuchiwano z uwagą, lecz rad nie stosowano. Dzika prywatyzacja nie napotkała tam granic, kordonów.

WIELKI NIEŁAD KORPORACYNY. W słowach jakby wypowiedzianych dzisiaj Krzysztof Lis oponował pomysłowi budowy narodowej instytucji finansowej: „Wybraniec narodu, polityk, zaraz będzie chciał zaciągnąć ‘narodowy’ kredyt na szczególnych warunkach, a to by nas za drogo kosztowało. Otóż Skarb Państwa nie jest w stanie wypracować mechanizmów dających takiej ‘narodowej’ instytucji immunitet od nacisków politycznych”. Kwestie ewentualnego łączenia PKO z PZU uważał za „nieobyczajną”, skoro toczył się spór w arbitrażu co do tytułu własności tego, czym wówczas zamierzano zahandlować.

Krytycznie oceniał dwoistą rolę państwa na rynku: „Państwo jest regulatorem rynku, ale kiedy spełnia rolę właścicielską, staje się jego uczestnikiem. Nie ma w Polsce prawa, obyczaju, a także żadnych procedur pozwalających wyodrębnić jedną postać państwa od drugiej. W dodatku nie jest ono przygotowane do działania w tej drugiej postaci. Dlatego lepiej zapomnieć o postulatach ładu korporacyjnego w spółkach Skarbu Państwa, kiedy tylko zaczyna on sprawować rolę właścicielską. Tam jest jeden wielki nieład korporacyjny. Centralizacja, biurokracja i pełna nieprzejrzystość, która budzi niepokój, co się za tym kryje. Wniosek: albo państwo nadal będzie się zachowywać skandalicznie, albo – zachowując poważne udziały – stanie się inwestorem pasywnym.”

CZŁONEK Z RAMIENIA„. Po zakończeniu misji z ramienia Banku Światowego został Krzysztof Lis doradcą prof. Leszka Balcerowicza, wówczas wicepremiera w rządzie Jerzego Buzka. Liderzy transformacji znów pracowali zgodnie. A na przełomie stuleci, z właściwą sobie energią, Lis podjął nowe wyzwanie: uświadomienie uczestnikom rynku powołania naszych czasów do rozwijania corporate governance. W tym czasie i ja zająłem się tą tematyką, więc nasze drogi zeszły się niebawem. Współpraca z Panem Krzysztofem okazała się inspirująca, owocna, ale niełatwa. Odnosiłem wrażenie, że starannie rozgląda się wokół, ostrożnie ocenia nowych współpracowników. Czy ciążyły mu doświadczenia z przeszłości? Wspominał o karierach złamanych z tego powodu, że ktoś znalazł się w złym towarzystwie i zszargał nazwisko. Często powtarzał dewizę Stanisława Słonimskiego (ojca Antoniego): „Kiedy nie wiesz, jak należy się zachować – zachowaj się przyzwoicie”.

Krzysztof Lis usiłował zaszczepić na polskim rynku pojęcie ‘fiduciary duty” (powinność dołożenia należytej staranności w zawiadywaniu powierzonym mieniem) przeciwstawiając je rodzimemu, „nadwiślańskiemu” (nie)porządkowi korporacyjnemu. Wyśmiewał anatomiczne zwyrodnienie w postaci „członka z ramienia” – członka rady nadzorczej zasiadającemu w niej z ramienia inwestora, któremu zawdzięcza wybór i zafiksowanego na obronie interesów tego, kto przepchnął go do rady, nawet kosztem spółki i reszty akcjonariatu. „Pora zakorzenić na rynku świadomość, że członek rady nadzorczej reprezentuje tylko siebie i winien działać w interesie spółki, nie w interesie mocodawcy”.

Pod firmą Instytutu Rozwoju Biznesu Lis organizował cykl udanych konferencji na temat corporate governance, odbywanych to w warszawskiej siedzibie giełdy, to w ośrodku IRB w Serocku. Temat urzekał nowością, prezentowany bywał atrakcyjnie, wykształcił grono specjalistów, wokół niego skupiła się wnet społeczność interesariuszy. Krok po kroku zbliżaliśmy się do formalnego wyodrębnienia nowego organizmu – Polskiego Instytutu Dyrektorów. Doszło do tego już po śmierci inicjatora, mnie przypadło kontynuowanie przez lata jego zamierzeń. Mam świadomość, że zastąpić Pana Krzysztofa przecież nie zdołałem.

CERTFIKAT LISO. Najtrwalsze osiągnięcie Krzysztofa Lisa na polu corporate governance wyrosło z inicjatywy opracowania dobrych praktyk spółek giełdowych. Na kilku „wschodzących rynkach” po prostu skopiowano rozwiązania przejęte z Zachodu. Organizacje międzynarodowe przysłały specjalistów, którzy oświecali ciemny lud… Pobieżnie przekładano na rodzime języki cudze zasady dobrych praktyk. Odfajkowano sprawę. W Polsce było inaczej. Ruch na rzecz corporate governance rodził się oddolnie, samoistnie, skupiając wiele z najtęższych umysłów rynku kapitałowego. Fermentowi intelektualnemu, który udało się twórczo pobudzić, zaczyn dawał właśnie Krzysztof Lis. I nieustannie dążył, by nie tylko dyskutować – także działać.

W 2002 r. ujrzała światło dzienne pierwsza redakcja dokumentu, najnowsza weszła w życie z początkiem bieżącego roku, bardziej dojrzała, ale reprezentująca to samo przesłanie: dobre praktyki służą kreowaniu zaufania, a właśnie zaufania najbardziej potrzebuje rynek kapitałowy. W dyskusjach Lis często wracał do pomysłu audytowania spółek pod kątem corporate governance. Fantazjowałem wtedy, że będziemy, na wzór certyfikatów ISO, wydawać świadectwa LISO. Bawił się tym powiedzeniem.

Krzysztof Aleksy Lis (18 VIII 1948 – 31 I 2005) zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Odszedł zbyt wcześnie, w pełni sił, lecz pozostawił po sobie tak wiele: obiecujący i dojrzewający rynek kapitałowy, którego był prawdziwym twórcą. Zdążył jeszcze odebrać, jako pierwszy z pocztu laureatów, nagrodę im. Lesława Pagi, swojego ucznia. Nie doczekał publikacji napisanej wespół prof. Henrykiem Sterniczukiem (i grupą współpracowników) monografii „Nadzór korporacyjny”. Mógł jeszcze sporo dokonać

Tekst ogłoszony 6 czerwca w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Między cedułą a kulturą

Narodziny warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych (XXV-lecie za pasem!) przyjmowano jako błahą ciekawostkę. Uwagę mediów przykuły czerwone szelki maklerów drużyny Igora Chalupca w scenerii dawnego Komitetu Centralnego. Zlecenia złożone na pierwszą sesję 12 kwietnia 1991 roku kojarzono na pożyczonych komputerach, notowano akcje pięciu spółek, obrót wyniósł 2.000 złotych (20 milionów sprzed denominacji). Lecz było to wydarzenie historyczne; z dzisiejszej perspektywy widać, że wcześniej nie było w Polsce, ani za ziemiach polskich, prawdziwego rynku i prawdziwej giełdy. Dzisiaj mamy i jedno, i drugie.

GPW powstała jako platforma prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Z tej roli wywiązała się chwalebnie. Nie tylko sprzedano poprzez giełdę papiery licznych spółek, ale – co najważniejsze! – osiągnięto wysokie standardy procesu prywatyzacji. Transakcje były przejrzyste. Wzbudziły zainteresowanie rynkiem kapitałowym. Przysporzyły mu zaufania inwestorów krajowych i zagranicznych. Nie obyło się bez lamentów nad wyprzedażą majątku narodowego za niewielki ułamek wartości. Krytykom często chodziło o wartość domniemaną, bezkrytycznie pomnożoną przez emocje, natomiast giełdowe wyceny, kreowane grą podaży i popytu, są liczone w prawdziwych pieniądzach.

Z czasem proces prywatyzacji wyhamował, przygasło też zaufanie do państwa jako wspólnika, bo mimo wyzbywania się własności nie wyzbywało się ono wszechwładztwa nad upublicznianymi spółkami. Dysponując nierzadko udziałem rzędu 30%, Skarb Państwa dzieli i rządzi jak gdyby miał w portfelu po 330% udziału w sprzedanych już spółkach. Lecz nie można winić za to giełdy, która sama mocno ucierpiała, wiążąc swój wizerunek z zapóźnioną, nieudaną akcją Akcjonariatu Obywatelskiego, poległą gdzieś na dnie szybów Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Zresztą i GPW, będąca tytularnie spółką publiczną notowaną na własnym parkiecie, jest powszechnie uznawana w świecie za instytucję państwową, co wydatnie utrudniało jej ekspansję.

Z czasem na plan pierwszy wyszła inna funkcja giełdy jako platformy pozyskiwania kapitału przez spółki prywatne, ambitne, innowacyjne, także zagraniczne. W miarę, jak kurczyć się będą obroty walorami spółek surowcowych i energetycznych (ostatnio angażujących się w kontrowersyjne przedsięwzięcia inwestycyjne), a także instytucji finansowych, zwiększy się udział w obrotach, a więc także w indeksach, spółek od zawsze prywatnych. Należy to wziąć pod uwagę w procesie budowy strategii rozwoju polskiego rynku kapitałowego, nowej Agendy Warsaw City 2020 (a może 2025?).

Wielkie giełdy słyną z wielkich afer. Warszawska jeszcze do wielkiej afery nie dorosła. Owszem, w ćwierćwieczu nie brakło przekrętów, ale za żaden z nich nie można winić giełdy. Wszędzie wokół parkietów kręcą się aferzyści, rodzimi i zagraniczni. „Dezyderata” śpiewana w krakowskiej Piwnicy Pod Baranami zaleca ostrożność w interesach, bowiem dokoła pełno jest oszustwa. W kabarecie zwanym polityką populiści plotą o kasynie, ignoranci o ruletce. Przekładając mowę kabaretów na język rynku kapitałowego należy dostrzegać ryzyko czające się na giełdach, gdzie pieniądze płyną z rak do rąk, aż wpływają we właściwe ręce. Lecz warto mieć na uwadze, że warszawska giełda tylko raz – raz jeden w całym ćwierćwieczu ! – dała pożywkę prasie sensacyjnej. Chodziło, przypomnę, o sprawę związaną z niedochowaniem standardu dobrych obyczajów w działalności biznesowej, gdzie obowiązują wymogi nieporównanie wyższe niż w polityce.

Przez lata rodzima polityka trzymała się daleko od parkietu. Politycy wstydzili się przyznać, że nie rozumieją mechanizmów giełdy. Nieodżałowany Krzysztof A. Lis, architekt polskiego rynku kapitałowego, powiadał że swoista autonomia warszawskiej giełdy od rozgrywek politycznych jest zasługą opieki, jaką nad tą instytucją roztacza Najświętsza Panienka. Wkrótce po wypadku, w którym zginął, Panienka wyjechała na wakacje, więc politycy od czasu do czasu przecież dobierają się do giełdy lub do jej otoczenia (pamiętny rajd Jana Rostowskiego na Otwarte Fundusze Emerytalne), z czego nic dobrego nie wynika.

Rynek jest żywiołem. Warszawska giełda dąży do poddania go rygorom dobrych obyczajów. Służą temu przyjmowane przez nią, systematycznie od kilkunastu lat, dobre praktyki spółek notowanych na GPW. Ich najnowsza redakcja weszła w życie 1 stycznia 2016 r. Dobre praktyki nie mają mocy obowiązującej, nie niosą z sobą nakazów i zakazów, a na ich straży nie stoi państwo ze swoimi organami i sankcjami. Wyrażają one wartości godne ochrony i promocji, wypracowane z udziałem rynku i zalecone mu przez giełdę. Zawierają wskazówki postępowania spółek giełdowych, służące rynkowi do ich oceny, a międzynarodowym inwestorom do oceny rynku. Od ich dobrowolnego stosowania przybywa zaufania, na którym opiera się gospodarka.

Warszawską giełdę można oceniać według rozlicznych kryteriów, biorąc pod uwagę jej wkład w rozwój rynku, liczbę notowanych spółek, ich kapitalizację, obroty, wielkość kapitału pozyskanego dzięki giełdzie przez notowane na niej spółki, innowacyjność i różnorodność oferowanych produktów i usług. Nie należy jednak zapominać o kulturotwórczej woli GPW, o jej zaangażowaniu w budowę systemu wartości służących rozwojowi gospodarczemu i etycznemu Polski, o roli giełdy w krzewieniu dobrych obyczajów handlowych oraz kultury i czystości obrotu. Przed dwudziestu pięciu laty nikt nie śmiał oczekiwać, że otrzymamy od giełdy aż tyle.

Tekst ogłoszony 2 kwietnia 2016 r. w dzienniku Parkiet

Testament ministra Skarbu

Resort Skarbu Państwa prowadzi politykę przy otwartej kurtynie. Minister Dawid Jackiewicz wypowiada się jasno, kategorycznie. Deklaruje „dobrą zmianę”: odwrót od prywatyzacji i rezygnację z większości płynących z niej przychodów. Zapowiada rychłą likwidację kierowanego przezeń urzędu. Ujawnia, jak chce to osiągnąć. Nie kryje, że nad interesy rynku przedkłada interes państwa (bądź to, co jego partia uznaje za ów interes), czyli iż polityka ma w jego działalności prymat nad gospodarką.

Minister oświadczył, że jego resort negatywnie ocenia prowadzoną przez poprzedni rząd politykę prywatyzacji. Przykładem wyrządzonych przez nią szkód była sprzedaż akcji KGHM Polska Miedź w 2010 roku, co osłabiło możliwość obrony spółki przed wrogim przejęciem. Sprzedane zostaną tylko podmioty zbędne, natomiast pozostawione w domenie Skarbu Państwa zostaną objęte sprawnym nadzorem.

Posłuży temu nowy podmiot gospodarczy obejmujący spółki Skarbu Państwa. Minister wymienił KGHM, Grupę Azoty, PLL LOT, PKO Bank Polski, PZU. Być może planowany holding, który powstanie najpóźniej do połowy przyszłego roku zastępując Ministerstwo Skarbu Państwa, obejmie także grupy związane z sektorem energetycznym; będzie to zależało od rozgrywek międzyresortowych. „Celem tego podmiotu będzie dbałość o wzrost wartości spółek Skarbu Państwa” – powiedział minister. Drogę do celu utorują odpowiednie regulacje i odpowiednie kadry, oraz wzajemne uprzywilejowanie spółek – uczestników zjednoczenia. Zysk będzie wspólny. Ważne, by piastuni spółek mogli skupić się na interesie właściciela [?] „bez ponoszenia konsekwencji wynikających z Kodeksu spółek handlowych”.

Spółki wchodzące w skład zjednoczenia będą rozliczane z realizacji polityki rządu. Surowo rozliczane. Żaden członek rady nadzorczej, żaden członek zarządu, żaden prezes nie może być pewien stanowiska. Już Dawid Jackiewicz o to zadba, w ministerstwie czy w przyszłym holdingu. Koniec z bezhołowiem, traktowaniem domeny Skarbu jako baronii, księstw. I koniec z patologią wynagradzania menedżerów, czyli omijaniem ustawy kominowej. Już wkrótce, w najbliższych tygodniach, światło dzienne ujrzy projekt ustawy o sprawiedliwych wynagrodzeniach, stosownych do możliwości poszczególnych przedsiębiorstw.

Czy Dawid Jackiewicz wie, co mówi? Jego kandydaci do holdingu w większości wcale nie są spółkami Skarbu Państwa. To spółki z udziałem Skarbu Państwa, niekiedy mniejszościowym. W PKO Banku Polskim, PZU, KGHM, Skarb Państwa ma niewiele ponad 30% udziału, ale zachowuje się, jakby miał 330%. Pozostali akcjonariusze nie mają tam czego szukać, ponieważ nie mogą już liczyć ani na znaczący wzrost notowań – bo podatki (bankowy, od kopalin, danina na SKOKi), ani na znaczące dywidendy – bo Morawiecki ciuła swój bilion. Możliwy jest ich exodus z tych spółek. Groźba wrogiego przejęcia KGHM jest wydumana z fusów. Grozi nam raczej wrogie przejęcie OFE przez urzędników państwowych.

Skarb Państwa nie ogłosi wezwania na spółki z jego udziałem, bo nie ma środków. Lecz nie zamierza się liczyć z pozostałymi akcjonariuszami, ani z prawem (minister wymienił Ksh, o konstytucji wspominać nie warto). Pewnie ustąpi jedynie związkowcom, co wróży wygaszenie polskiej gospodarki. Z wyjątkiem górnictwa węgla kamiennego.

Jedyną w holdingu spółką nienotowaną na giełdzie byłby LOT. Miał być łączony z PKP, teraz czeka go związek z Azotami, może także z Kompanią Węglową. Kiedy przerobimy samoloty za napędzane węglem, uda się zmniejszyć zwały czarnego złota na hałdach. Zanim do tego dojdzie, LOT przypuszczalnie upadnie. I dobrze mu tak, odwrócił się od Krakowa, skazał mnie na Lufthansę, stare bułki z kapustą, przesiadki w koszmarnym Frankfurcie.

W ciągu pierwszych stu dni Dawida Jackiewicza wartość akcji w rękach Skarbu Państwa spadła o blisko 11 miliardów złotych. To klęska, gospodarcze Waterloo. Wymieciono zarządy i rady nadzorcze, w sumie kilkaset osób. Zawodowych menedżerów zastępują pomazańcy prezesa, jak Wojciech Jasiński w Orlenie. Kiedy minister zapowiada pogrom, wierzę mu bezgranicznie.

Ramy prawne przyszłego holdingu nie zostały jeszcze określone. To nie dziwi, przecież polskie prawo nie zawiera regulacji holdingowych, do tej pory na przeszkodzie stawała im polityka. Wymyśli się jakąś formułę, a sprzeczne z nią przepisy zostaną wygaszone. Cieszy jedno: projekt ustawy o wynagrodzeniach słusznych i sprawiedliwych „ujrzy światło dzienne”. Do tej pory wiele ustaw uchwalono nocą.

Idea akcjonariatu obywatelskiego została nieodwołalnie pogrzebana jeszcze przez Platformę, więc obecny rząd do niej nie wróci. Za to wróci do walki z kominami: minister wyraża pogląd, ze zwyrodnieniem nie była ustawa kominowa, lecz omijanie jej.

Przed laty orędowałem za innym rozwiązaniem: wniesieniem należących do Skarbu Państwa akcji do Krajowego Funduszu Majątkowego, zarządzającego tymi walorami ponad polityką i partiami. Wtedy upragniony wzrost wartości spółek z udziałem Skarbu Państwa byłby bardziej realny. Partie podówczas rządzące pomysłu nie podjęły, zdały sobie sprawę, że projekt godzi w ich wpływy. Fałszywych liberałów zastąpili autentyczni totalersi, projekt rozdarto na strzępy; tylko patrzeć, aż to samo zrobią z gospodarką. „Polska w ruinie” to obietnica wyborcza, którą najłatwiej przychodzi im spełniać. Pozostali szefowie resortów gospodarczych też powinni spisać testamenty.

Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2015.05.31 Czuj się odwołany

Milczące trąbki pocztowe

Gorzka refleksja nad działaniem państwa wbrew rynkowi kapitałowemu nie ma związku z wyborami. Lecz nie odkładam publikacji do soboty, by nie narazić się na zarzut złamania ciszy. Wszak milczą nawet pocztowe trąbki mające zwiastować ofertę publiczną. Pomilczą jeszcze długo.

ENEA / BOGDANKA. Operacja przejęcia Bogdanki przez Eneę dobiega finału. To nie jest wrogie przejęcie: oferta Enei została pozytywnie zaopiniowana przez zarząd Bogdanki, wezwanie spotkało się z odzewem akcjonariuszy. Z punktu widzenia corporate governance wrogie przejęcia nie są niczym złym. Rada nadzorcza Bogdanki ukuła plan ratunkowy, lecz nie przyjęli go akcjonariusze, zresztą proponowany voting cap wcale nie jest rozwiązaniem zgodnym z corporate governance. Lecz szkopuł tkwi gdzie indziej. Nie chodzi nawet o to, że wezwanie na akcje Bogdanki zostało poprzedzone zagnaniem jej do kąta po wypowiedzeniu ważnej dla niej umowy, ponieważ w kwestiach etyki nasz rynek jest nazbyt liberalny. Chodzi natomiast o to, że spółka z dominującym udziałem Skarbu Państwa przejmuje spółkę prywatną, sprzedaną przez Skarb Państwa funduszom emerytalnym.

Do niedawna Bogdanka była modelową spółką prywatną z uwagi na obecność w akcjonariacie inwestorów przewidywalnych, odpowiedzialnych i stabilnych. Nie zamierzam idealizować funduszy emerytalnych, wiele założeń reformy nie sprostało oczekiwaniom, wielu pokładanych w nich nadziei fundusze nie spełniły i spełnić nie zamierzały. Co nie zmienia postaci rzeczy: im więcej środków płynęło do funduszy, tym bardziej korzystał na tym rynek. Wcześniej fundusze odrzuciły znacznie korzystniejszą ofertę New World Resources, dlaczego teraz przystały na gorszą? Otóż w czasie między dwoma ofertami państwo zmasakrowało fundusze emerytalne, osłabiając tym ich wolę walki w interesie pokoleń klientów.

TAURON. Rząd ratuje górnictwo pieniędzmi akcjonariuszy spółek energetycznych. Tauron, spółka z dominującym udziałem Skarbu Państwa, otrzymała polecenie przejęcia kopalni Brzeszcze. Zarząd, działając w interesie spółki, stawiał opór i twarde warunki, więc został wyrzucony. Jak zwykle, interes górników okazał się ważniejszy od interesu akcjonariuszy. Partia rządząca posłużyła się metodami przypisywanymi partii opozycyjnej. Tak skonała idea Akcjonariatu Obywatelskiego. Kto przystąpił do spółki ze Skarbem Państwa – stracił.

JASTRZĘBSKA SPÓŁKA WĘGLOWA. W trudnych czasach spółka nie ma prezesa. Wcześniej poświęcono Jarosława Zagórowskiego, któremu rynek ufał, ale związkowcy nie, więc jak zwykle górnicy wzięli górę nad akcjonariuszami. Nie wiem, czy teraz nie ma odpowiednich kandydatów, czy rada nadzorcza zwleka z obsadą prezesury wychodząc z założenia, że piastun stanowiska, ktokolwiek nim będzie, wyleci, gdy tylko PIS wygra wybory (nie odpowiada mi takie myślenie). Inwestorzy, kiedyś skuszeni ideą Akcjonariatu Obywatelskiego, zapewne już wyszli ze spółki z mocnym postanowieniem, by więcej ze Skarbem Państwa nie robić interesów.

CIECH. Kiedyś wspomniałem o skandalu na walnym zgromadzeniu Ciech SA. Prezes nie otrzymał absolutorium, co wprawdzie zdarza się, ale okoliczności wydarzenia były przecież kompromitujące. Skarb Państwa na zgromadzeniu dysponował większością głosów. Obradom przewodniczyła i dysponowała tymi głosami pani dyrektor z Ministerstwa Skarbu. W głosowaniu nad absolutorium oddała głosy wstrzymujące się. Uchwały nie powzięto, czemu pani dyrektor nie mogła się nadziwić. Przecież, mówiła, ona tylko wstrzymała się, nie głosowała przeciw. Co to się porobiło? Po latach Ciech sprzedano. Kiedy rynek uznał, że nieodpowiedzialny państwowy akcjonariusz już spółce nie zaszkodzi, kurs akcji wystrzelił w górę. Ale optymizm rynku był przedwczesny. Agenci służb specjalnych z dyskrecją, kulturą i taktem złożyli wizytę Giełdzie Papierów Wartościowych, spółce z dominującym udziałem Skarbu Państwa, by zaszkodzić Ciechowi i Giełdzie, a przy okazji reputacji rynku.

BANK POCZTOWY / POCZTA POLSKA. Plany ofert publicznych spółek z dominującym udziałem Skarbu Państwa, potencjalnych uczestników Akcjonariatu Obywatelskiego – Banku Pocztowego i Poczty Polskiej – rozpływają się we mgle spowijającej przyszłość polskiego rynku kapitałowego. Póki mgła nie opadnie, niebo się nie rozchmurzy, będzie istniało ryzyko, że oferty zakończą się klapą, bo kto jeszcze kupowałby akcje od Skarbu Państwa? Trąbki zwiastujące publiczną ofertę poczt obudziły niejeden rynek. U nas milczą.

Czytaj także:
2014.06.17 Głos kulawy i szkodliwy
2015.02.06 Je suis Jarosław Zagórowski
2015.09.18 Bogdanko, trzymaj się!

Bogdanko, trzymaj się!

Rozhuśtali Bogdankę. Intryga jest tak mroczna, że nie wszyscy dostrzegli jej sens. Nie wszystko, co jest dozwolone prawem, automatycznie staje się uczciwe, etyczne, przyzwoite!

Najpierw Enea wypowiedziała umowę o dostawę węgla. Odmiennie niż traktaty, pospolite umowy handlowe nie są zawierane wiekuiście, po wsze czasy, w imię Przenajświętszej Trójcy. Natomiast podobnie jak traktaty, zawierane są w oparciu o zasadę rebus sic stantibus, czyli „w takim (obecnym) stanie rzeczy”, więc zasadnicza zmiana okoliczności przekreśla ich użyteczność. Zmianą okoliczności jest kryzys polskiego górnictwa węglowego, państwowi konkurenci wyprzedają surowiec po cenach niższych od kosztów wydobycia, ponieważ spółek Skarbu Państwa nie obowiązuje rachunek ekonomiczny. Straty pokrywa podatnik. Bogdanka wytrwale pracowała nad uzyskaniem przewagi kosztowej, oparła na niej swoją strategię – i znalazła się w obliczu groźby wrogiego przejęcia.

Enea jest spółką publiczną, ale ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa. To państwo tasuje w niej karty, przeto opinia publiczna uznała, że za wypowiedzeniem umowy z Bogdanką stoi partykularny interes polityczny: zamiast nabywać węgiel od solidnego dostawcy, Enea będzie wspierać bankrutujące państwowe kopalnie. Wspierać kosztem akcjonariuszy LW Bogdanka SA, której kurs zanurkował na wiadomość o utracie strategicznego odbiorcy. Skarb Państwa, ani spółki z jego gestii, nie przejęły się tym wcale: Bogdanka jest w pełni prywatna, jej akcjonariuszami są fundusze emerytalne i inwestorzy indywidualni. Jednych i drugich państwo ostatnio bardzo nie lubi, funduszom już zaszkodziło, szkodząc przy okazji pokoleniom własnych obywateli, inwestorom też podkłada nogę poprzez antyrynkowe przedsięwzięcia.

Niebawem po uderzeniu w Bogdankę i jej kurs, Enea wystąpiła z wezwaniem na akcje kopalni. Działając, jak się wydaje, w granicach prawa, Enea godzi nie tylko w interes przedsiębiorstwa, z którym współpracuje. Godzi w powagę państwa, które plecie o potrzebie rozwijania rynku kapitałowego, akcjonariatu obywatelskiego, nawyku oszczędzania przez społeczeństwo na emerytury. Enea godzi w państwo, ponieważ wyprawia harce pod jego parasolem. Działając z przyzwoleniem Skarbu Państwa pragnie dokonać renacjonalizacji spółki pomyślnie sprywatyzowanej. Różne bywały już próby odwojowania przez Skarb Państwa tego, co zostało przezeń zaoferowane i sprzedane, ale próba przejęcie Bogdanki przez Eneę cuchnie odrażająco. Niedawno związkowcy Bogdanki postulowali powrót spółki w domenę Skarbu Państwa – pisząc tu o tym (poniżej odsyłam do tego artykułu) jeszcze nie wiedziałem, że to nie jakaś przypadkowa paplanina, ale przygotowanie artyleryjskie przed natarciem.

Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych zwróciło się do Komisji Nadzoru Finansowego o zbadanie sprawy. W kwestii wezwania Komisja, jak sądzę, uczyni ile może, czyli niewiele. Przewodniczący Komisji nie jest Dyżurnym Etykiem Kraju powołanym do piętnowania nieprzyzwoitości; najwyżej mógłby spłodzić córkę i nadać jej imię Bogdanka. Do zbadania pozostaje kwestia, czy między wypowiedzeniem umowy przez Eneę a ogłoszeniem przez nią wezwania na akcje Bogdanki nie doszło aby do manipulacji. Pierwsza kwestia ma charakter ustrojowy, druga prawnokarny.

Bogdanka była już, przed kilku laty, obiektem próby przejęcia przez New World Resources. Za jej akcje oferowano cenę znacznie wyższą niż obecnie. Fundusze emerytalne nie przystały na nią, ale wówczas były one jeszcze mocno związane z polskim rynkiem kapitałowym, upatrywały na nim swoją przyszłość. Później zniechęcono je do niego (same nie były bez winy). Dzisiaj nie wiadomo, czy nie pozbędą się akcji Bogdanki, by pozyskane środki zainwestować na obcych rynkach, w interesie obcej gospodarki. Związkowcy będą zachwyceni, podatnicy mniej.

Dawno, dawno temu Bogdan Łazuka śpiewał „Bogdan, Bogdan, trzymaj się!” Dzisiaj chciałbym, by trzymała się Bogdanka. Jej piastuni pracują nad wykształceniem w spółce należytej kultury korporacyjnej. Natomiast Enea nie ma czystej karty na polu corporate governance. Przed trzema laty poprzedni prezes spółki złożył rezygnację „z powodów osobistych”. Rzeczniczka resortu Skarbu oświadczyła, że to jego „suwerenna decyzja”. Okoliczności sprawy nie zostały publicznie ujawnione. Więcej mówiono o jej aspektach obyczajowych, o tragicznej śmierci partnerki menedżera, niż o metodach zarządzania majątkiem spółki. Zamieniono śmieci pod dywan. Nie dziwi przeto, że i dzisiaj Skarb Państwa pozwala spółce na swawole.

Kilka miesięcy temu radziłem radzie nadzorczej JSW, by postąpiła przyzwoicie. Teraz chciałbym poznać stanowisko rady nadzorczej Enei. Czy spółka lub Skarb Państwa ogłoszą: „Nie ma sprawy, nie ma stanowiska?”
Czytaj także:
2015.07.25 Powrót do macierzy
2015.02.06 Je suis Jarosław Zagórowski

Lasy Państwowe, państwo lasów

Premier Ewa Kopacz zastanawia się, skąd pochodzi legenda o zamiarach prywatyzacji lasów. Nie wykluczam, że z kręgów związanych z lasami państwowymi, zainteresowanych utrzymaniem status quo.

Na I i II Europejskich Kongresach Finansowych (Sopot, 2011 i 2012 r.) prezentowałem kongresowe rekomendacje w sprawie utworzenia Krajowego Funduszu Majątkowego, który przejąłby od agend rządowych zarządzanie znajdującymi się w ich domenie wyodrębnionymi aktywami korporacyjnymi Skarbu Państwa. Zamierzenie było oczywiste: wyjęcie majątku państwowego spod wpływów polityków i powierzenie go fachowemu national wealth fund kierującego się zasadami gospodarki rynkowej i wysokimi standardami corporate governance, dążącemu przy tym do tworzenia wartości w średnim / długim okresie, wykraczającym poza kadencje parlamentu.

Byłem entuzjastą tego projektu, lecz nie jego pomysłodawcą. Autorstwo należało do organizatora kongresów, prof. Leszka Pawłowicza i inspiratora myśli kongresowych Jana Krzysztofa Bieleckiego. Zresztą idea ewoluowała, punktem wyjścia było dążenie do poprawy corporate governance, efektem dążenie do lepszego zarządzania wartością kraju, a po drodze pojawił się temat wspierania i poręczania inwestycji infrastrukturalnych, co dało asumpt do stworzenia spółki celowej Polskie Inwestycje Rozwojowe SA.

Zamierzenie nie miało niczego wspólnego z prywatyzacją – przeciwnie, chodziło w nim o skupienie pod kompetentnym zarządem i sprawnym nadzorem tych zwłaszcza składników majątkowych, które miały pozostać w domenie Skarbu Państwa. Nie było powodów do mącenia w procesach prywatyzacji, z tym Ministerstwo Skarbu dawało sobie radę. Warto było natomiast rozważyć, jak odsunąć polityków od doraźnych wpływów, także personalnych, na substancję majątkową kraju, a także jak przygotować się do wykupu akcji polskich banków z rąk grup międzynarodowych, gdy będą one opuszczać nasz rynek. Zamierzaliśmy ingerować nie w rynek, a w państwo, wskazując kierunek zmiany ustrojowej.

Idea Krajowego Funduszu Majątkowego podzieliła los wcześniejszych propozycji rady Gospodarczej przy Premierze, jak zapomniany Narodowy Program Nadzoru Korporacyjnego czy Komitet Nominacyjny: owszem, kiwano głowami, że kierunek słuszny, ale nic z tego nie wyjdzie, nie zgodzą się politycy, ich układy i spółdzielnie. Natomiast dzielna brać leśna dostrzegła w tej idei zagrożenie dla swoich interesów, występując przeciwko prywatyzacji /reprywatyzacji lasów państwowych. Otóż nikt takiej propozycji nie zgłaszał. Nikt poważny.

Przy okazji warto przypomnieć zapomnianą (zresztą słusznie) teoryjkę prezydenta Ignacego Mościckiego, skądinąd wybitnego chemika. Pisze o niej w swoich ciekawych wspomnieniach polski dyplomata Jan Gawroński. Będąc wówczas posłem Rzeczypospolitej w Wiedniu, został w listopadzie 1934 r. wezwany do Warszawy na audiencję u prezydenta. Ten „rozpoczął od długiej tyrady” na temat ogólnego kryzysu. „Winę ponosiła fałszywa rola pieniądza i niesłuszne uprzywilejowanie złota jako czynnika nie wszystkim dostępnego. […] Konstatował …, że Polska nie ma złota, ale w swoich lasach nieprzebrane bogactwo drzewa; ono winno stać się tym złotem, na którym opierałaby się nasza waluta. W końcu zawyrokował, że właśnie dlatego lasy … winny stać się własnością państwa i podstawą jego finansów. […] ogólny kryzys … da się usunąć, jak tylko oprzemy naszą walutę na upaństwowionych lasach”.

Fragmentu cytowanej tyrady na temat Hitlera i oceny, co „z całego (jego) wielkiego dzieła … będzie najtrwalszym i najcenniejszym przyczynkiem do rozwoju historii i postępu ludzkości” litościwie nie przytoczę. Prezydenci także nie są wolni od mówienia bredni. Kto ciekawy, niech sięgnie po tom wspomnień „Moja misja w Wiedniu 1932-1938” (PWN 1965, s. 227-8).

Czas reform minął. W znacznej mierze został zmarnowany. Nie powołaliśmy, jak wiele krajów od Norwegii po Singapur, tzw. suwerennej agendy majątkowej. Za to chociaż w części spełniliśmy marzenie Mościckiego sprzed 80 lat. Państwo ma lasy. A lasy mają państwo.

POST SCRIPTUM. Tekst został napisany na zaproszenie portalu www.forbes.pl i ogłoszony tam 27 sierpnia 2015 r. Podlinkowany do portalu www.onet.pl, zgromadził tam liczne komentarze pisane kijami baseballowymi i odbiegające od tematu. Przez wiele z nich przewijają się twierdzenia, że „Tusk i Komorowski” potajemnie obiecali dochód z prywatyzacji lasów organizacjom żydowskim, a w ogóle „wszystko jest efektem zatrudnienia przez panią Kopacz dodatkowych hejterów”.

Powrót do macierzy

By cofnąć prywatyzację Bogdanki, należy dorżnąć OFE i rozkułaczyć garstkę „spekulantów”. To nie straszenie PiSem, raczej ocena dorobku PO.

Nie opłaca się być w Polsce podatnikiem. Taki wniosek można wysnuć z tezy głoszonej przez związkowców z LW Bogdanka SA. Oświadczyli oni: „Chcemy wrócić do Skarbu Państwa, bo nie opłaca się być w Polsce prywatną firmą” (cytuję za Parkietem 11-12 lipca). Gdyby udało się cofnąć prywatyzację, bądź odwojować spółkę, związkowcom byłoby lepiej, a podatnikom gorzej. Wiele wskazuje na taki scenariusz. By cofnąć prywatyzację Bogdanki należy dorżnąć OFE i rozkułaczyć garstkę „spekulantów”. To nie straszenie PiSem, raczej ocena dorobku PO.

Wypowiedź związkowców z Bogdanki jest przyczynkiem do oceny sytuacji w obliczu nadchodzących wyborów parlamentarnych. Gdyby Bogdanka jakimś dziwnym trafem wróciła do Skarbu Państwa, następstwem protestów załogi przeciwko byleczemu byłby przyjazd premier Ewy Kopacz; uszami wyobraźni już słyszę zapowiedzi, co jej gabinet zrobi dla górników. Gdyby natomiast premierem została Beata Szydło, usłyszę jej senny głos obiecujący znacznie, znacznie więcej. Wszystko na koszt podatnika – czyli wyborcy, który zapomina, kto dobiera mu się do kieszeni.

Przyczyny kłopotów Bogdanki znajdują się poza spółką. Prywatna kopalnia wydobywa węgiel taniej niż państwowi konkurenci. Cóż z tego, skoro Kompania Węglowa wyprzedaje zapasy węgla po rozpaczliwie zaniżonych cenach. Ekonomia polega na tym, że wydobywa się taniej i sprzedaje drożej. Państwowe górnictwo węgla kamiennego wydobywa drogo i sprzedaje tanio, coraz taniej. Ekonomia polega na tym, że spółka utrzymuje się sama, płaci podatki i wypracowuje zysk dla akcjonariuszy. Państwowe górnictwo węgla kamiennego utrzymywane jest przez podatnika. Bogdanka uprawia ekonomię, jej związkowcy chcieliby przenieść spółkę w otchłań ekonomii politycznej.

Bogdanka jest efektywnie zarządzana i nadzorowana. Przed kilku laty zostałem zaproszony do Cancun w Meksyku na konferencję Międzynarodowego Stowarzyszenia Funduszy Emerytalnych (FIAP) z referatem na temat wpływu funduszy emerytalnych na corporate governance w Polsce. Wskazałem kilka obiecujących spółek mających niezłe wyniki i przyzwoite oceny pod kątem corporate governance, w tym Grupę Kęty, Elektrobudowę oraz Bogdankę właśnie. Większość ich akcji należy do polskich funduszy emerytalnych i im wspomniane spółki zawdzięczają znaczną część swoich sukcesów. Lecz niebawem rozpoczęła się rzeź OFE, teraz tonąca Kompania Węglowa brzydko się chwyta, związkowcy Bogdanki chcieliby powrócić do macierzy, politycy zalewają nas populizmem, demagogią i kłamstwami. Wynik wyborów prezydenckich świadczy, że społeczeństwo przyjmuje fałszywy szeląg za dobrą monetę.

Pod warstwą brudu czai się pełzająca kontrprywatyzacja. Skarb Państwa stara się krok po kroku odwojować wpływy, które sprzedał za ciężkie pieniądze, nabywcom akcji ograniczać nabyte przez nich prawa, z siebie strząsnąć niektóre rygory ciążące na uczestnikach obrotu. Politycy bez pamięci prą do władzy nie zważając na realia gospodarcze i społeczne koszty zamętu, jaki towarzyszy ich dążeniom. Pracownicy spółek z udziałem Skarbu Państwa zostali wyposażeni w znaczące uprawnienia, w tym reprezentację w radzie nadzorczej, a w niektórych spółkach – nawet w zarządzie. Miejsca w radach nadzorczych zazwyczaj przypadają, z wyboru pracowników, liderom organizacji związkowych. Wywierają oni znaczny wpływ na swój pracownicy elektorat, a także na zarządy. Spółki, nawet publiczne, nie rozliczają się przed akcjonariatem z kosztów ponoszonych na finansowanie związków zawodowych, począwszy od utrzymania etatów i biur działaczy związkowych po rzeczywistą działalność związkową (jeżeli taka bywa prowadzona).

Szkopuł polega na tym, że działalność związków zawodowych w niektórych spółkach giełdowych bywa nastawiona przede wszystkim, lub nawet wyłącznie, na korzyść działaczy związkowych, nie na dobro spółki – pracodawcy, albo nawet temu dobru wbrew. Przykładem głosy związkowców z Bogdanki przed sejmową Komisją Skarbu: „Chcemy wrócić do Skarbu Państwa”. Domyślam się, że pragną powrócić do macierzy wraz z kopalnią i złożami, zapewne bez ciężarów w postaci akcjonariatu (są nim głównie Otwarte Fundusze Emerytalne, ale także indywidualni „spekulanci”) i bez dopustów w postaci rady nadzorczej i zarządu spółki. Mogliby wówczas liczyć na wyłączenie także nad Bogdanką, jak nad państwowymi spółkami górniczymi, działania praw ekonomii i zastąpienie ich szczodrymi dopłatami. Ciekaw jestem, kiedy zażądają wyłączenia prawa grawitacji.

Tekst ogłoszony 22 lipca 2015 r. w Gazecie Giełdy Parkiet

Czytaj także: 2015.02.06 Je suis Jarosław Zagórowski