Archiwa tagu: rezygnacja

Kurier z Warszawy, konwojent, straż pożarna, czyli przypadki prezesów

Przyczyny wygaśnięcia mandatu piastuna spółki (upływ kadencji, odwołanie, rezygnacja, śmierć) to materia prawa. Natomiast okoliczności towarzyszące odwołaniu lub rezygnacji to materia obyczajów i kultury. Często złych obyczajów i braku kultury. Dotyczy to także spółek notowanych na GPW. Oto wybrane przykłady form pożegnania prezesa zarządu.

KURIER Z WARSZAWY. Rada nadzorcza nie zawsze spotyka się w spółce. Niekiedy sprawuje ona nadzór zaoczny, na dystans. Siedziba spółki mieści się gdzieś w Polsce. W skład rady wchodzą osoby wskazane przez inwestorów, w większości zamieszkałe i zatrudnione w Warszawie. Tam przeto, dla ich wygody, rada odbywa swoje posiedzenia. Czasem zaprasza na nie prezesa spółki i członków zarządu, lecz zdarza się niekiedy, że rada zostaje zwołana poufnie, bez wiedzy zarządu, i spotyka się we własnym tylko gronie, by podjąć uchwałę o odwołaniu prezesa spółki i czasowym oddelegowaniu na jego stanowisko kogoś ze składu rady. Uchwałę rady (czyli wyrok na prezesa piastującego funkcję przez wiele lat) dostarcza do spółki kurier z Warszawy. Prezes nie wie o zwołaniu rady, nie spodziewa się niczego złego, uchwała o odwołaniu ze skutkiem natychmiastowym dla niego zaskoczeniem. Zdarzają się jednak sytuacje odwoływania prezesa w okolicznościach bardzie dramatycznych.

KONWOJENT. Rada nadzorcza odkrywa, że zarząd popełnił nadużycie. Zarząd sprawę bagatelizuje, odpiera stawiane mu zarzuty. Rada zbiera się w siedzibie spółki i odwołuje pełny skład zarządu, w trybie dyscyplinarnym rozwiązując umowy o pracę z jego członkami. Przewodniczący rady wydaje prezesowi i jego kolegom z zarządu polecenie opuszczenia siedziby spółki, przyznaje im na to pół godziny i wyznacza członków rady nadzorczej mających konwojować poszczególnych członków zarządu do ich gabinetów, tam nadzorować pakowanie przez zwolnionych przedmiotów osobistych, po czym wyprowadzić byłych już członków zarządu z pomieszczeń spółki. Do nadużycia rzeczywiście doszło, ale sprawa miała jasny podtekst: przewodniczący rady – prezes firmy, która niedawno nabyła większość udziałów w spółce – był zainteresowany zakończeniem współpracy z zarządem, a zarząd mu to wydatnie ułatwił.

STRAŻ POŻARNA. Spółka od lat ma trudności, regularnie ponosi znaczne straty, utrzymuje się ze sprzedaży składników majątku. W radzie nadzorczej panuje różnica zdań na temat przyszłości spółki, w tym racji jej istnienia. W dniu, w którym zbiera się rada, dochodzi do niej wiadomość, że zarząd obiecał załodze podwyżki wynagrodzeń (umotywowane argumentem, że „podwyżek dawno nie było”). Pracownicy obawiają się, że rada będzie chciała wymóc na zarządzie odwołanie obietnicy, bądź odsunięcie terminu jej spełnienia w nieokreśloną przyszłość, wobec czego ogłaszają pogotowie strajkowe i zbierają się tłumnie na majdanie pośród fabrycznych zabudowań; rzecz działa się w wielkiej rzeźni, załoga uzbroiła się w topory i paralizatory. Rada zgodnie odwołuje zarząd i deleguje przewodniczącego do czasowego pełnienia funkcji prezesa zarządu. Jedyne wyjście z budynku wiedzie na majdan; członkowie zarządu obawiają się kontaktu z pracownikami rozjuszonymi wiadomością, że podwyżek nie będzie, wobec czego uchodzą po drabinie podstawionej z ulicy przez straż pożarną. Byłem tam, ale nie wiem, jak nakłoniono straż do pomocy w ewakuacji zarządu…

NIESPODZIEWANA WIZYTA. Wiele wskazuje, że spółka odnosi na polskim rynku oszołamiający sukces. Prezes wraca z Londynu, gdzie składał w centrali grupy kapitałowej rutynową wizytę „ad limina apostolorum”. Nazajutrz prowadzi posiedzenie zarządu; ku jego zdumieniu zjawia się na nim jego przełożony, z którym pożegnał się dopiero co, popołudniem poprzedniego dnia. Londyńczyk przyleciał do Warszawy porannym samolotem, do spółki zajechał taksówką (zazwyczaj był odbierany firmową limuzyną) i grzecznie poprosił prezesa o pilne złożenie rezygnacji „z powodów osobistych”. Który to prezes tak uczynił, by nie ryzykować utraty odprawy. Do dzisiaj nie wiem, co poszło nie tak. Wspomniany prezes też nie wie.

TRAMWAJ ZWANY POŻEGNANIEM. Nie ma wymogu uzasadniania decyzji o odwołaniu członka zarządu lub rady nadzorczej. Nie ma także wymogu ujawniania prawdziwych powodów rezygnacji (acz jeżeli rezygnacja narazi spółkę na szkodę, składający ją może ponieść odpowiedzialność). Dlatego najczęściej rezygnacje motywowane są tajemniczymi powodami osobistymi. Ambitni menedżerowie wolą jednak ogłaszać rynkowi, że odchodzą, gdyż spełnili swoją misję. Zamiast dojechać do walnego zgromadzenia, które zakończy kadencję, by na nim poddać się ocenie akcjonariuszy, wyskakują ze spółki (najczęściej pod presją dominującego akcjonariusza) w przypadkowym momencie, byle zachować odprawę – bo twarz już niekoniecznie. Bądź po prostu są ze spółki wypychani. Misji nie spełnia się przecież w dowolną środę w południe.
Była piosenka o cysorzu. Nikt nie śpiewa „Dobrze, dobrze być prezesem”. Albowiem czasem wcale nie jest dobrze…

Czytaj także (między innymi):
2001.01.22 Mroczny powód rezygnacji
2001.12.03 Odwołanie na puszczy
2004.11.08 Tramwaj zwany pożegnaniem
2013.03.15 Prezesi odchodzą znienacka
2015.05.31 Czuj się odwołany!

REZYGNACJA PIASTUNA SPÓŁKI AKCYJNEJ: NAJCZĘŚCIEJ ZADAWANE PYTANIA (PYTAQ VI)

I. DLACZEGO INSTYTUCJA REZYGNACJI PIASTUNA SPÓŁKI AKCYJNEJ BUDZI WĄTPLIWOŚCI?
Odpowiedź jest prosta: Kodeks spółek handlowych (Ksh) nie zawiera szczegółowej regulacji instytucji rezygnacji piastuna (członka zarządu lub rady nadzorczej) spółki akcyjnej, odsyłając w tej kwestii do Kodeksu cywilnego (Kc), a konkretnie – do przepisów o wypowiedzeniu zlecenia przez przyjmującego zlecenie (art. 746 §§ 2 i 3 Kc). Nic w tym dziwnego. Przepisy o spółkach handlowych są częścią systemu prawa cywilnego. Lecz dla wielu dwie ustawy to zbyt wiele, więc piszą do mnie.
II. KOMU NALEŻY ZŁOŻYĆ REZYGNACJĘ?
Ta kwestia budzi w praktyce rozterki. Rezygnację należy złożyć spółce. W praktyce jedynym organem urzędującym stale jest zarząd, rezygnacja powinna więc zostać doręczona zarządowi. Oczekuje się, że piastun spółki (członek zarządu bądź rady nadzorczej) niezwłocznie zawiadomi o swojej rezygnacji zarówno zarząd, jak– w sposób przyjęty w danej organizacji – radę nadzorczą.
III. KIEDY REZYGNACJA WCHODZI W ŻYCIE?
Rezygnacja staje się skuteczna w terminie określonym przez składającego rezygnację, czyli niezwłocznie, z chwilą należytego doręczenie spółce, bądź w oznaczonej w rezygnacji dacie. W żadnym wypadku rezygnacja nie wchodzi w życie w terminie przyjęcia jej przez spółkę, ponieważ jest ona czynnością jednostronną.
IV. CZY MOŻNA ODRZUCIĆ REZYGNACJĘ?
Rezygnacja jako przyczyna wygaśnięcia mandatu piastuna spółki wymieniona jest w art. 369 § 5 Ksh (zob. także art. 386 § 2) na równi ze śmiercią i odwołaniem z funkcji. Odwołanie można cofnąć, śmierci już nie. Rezygnacji nie można odrzucić, gdyż pełnienie funkcji w organie spółki nie polega na przymusie. Nie ma zatem sensu głosować nad przyjęciem rezygnacji, co się niestety zdarza nawet w poważnych spółkach – w przypadku negatywnego wyniku takiego głosowania należałoby przyspawać rezygnującego do krzesła. Zwoływanie nadzwyczajnego walnego zgromadzenia w sprawie przyjęcia rezygnacji (były takie ekscesy) jest nieporozumieniem.
Czytaj: 2001.12.03 Odwołanie na puszczy
V. CZY MOŻNA WYCOFAĆ REZYGNACJĘ?
Można (chociaż wygląda to niepoważnie) wycofać złożoną spółce zapowiedź rezygnacji z ponownego ubiegania się o wybór do zarządu lub rady nadzorczej, ponieważ jest to deklaracja intencji, nie zaś wiążące oświadczenie woli. Zgodnie z Kc, odwołanie rezygnacji byłoby skuteczne, gdyby dotarło do spółki jednocześnie z oświadczeniem o rezygnacji, lub wcześniej.
Czytaj: 2001.12.17 Samozwaniec
VI. CZY NALEŻY UJAWNIAĆ POWÓD REZYGNACJI?
Nie jest to wymagane. Gdyby ujawnienie powodu rezygnacji naraziło spółkę na szkodę, rezygnujący mógłby ponieść odpowiedzialność, więc powód nie bywa ujawniany, bądź zastępuje się go ogólnikami („względy osobiste”, „stan zdrowia”, „wypełnienie misji”). Spółka mogłaby określić w statucie karę za złożenie rezygnacji bez ważnego powodu, ale nie jest to praktykowane.
Czytaj: 2001.01.22 Mroczny powód rezygnacji
VII. CZY TRZEBA DOWIEŚĆ NALEŻYTEGO ZŁOŻENIA REZYGNACJI?
Dobrze być przygotowanym, że ktoś zakwestionuje skuteczne złożenie rezygnacji, bo spółka zaniedba niezwłocznej aktualizacji składu jej organów w rejestrze. Na wszelki wypadek należy zadbać o potwierdzenie doręczenia spółce rezygnacji. Niby nie musi być ona złożona na piśmie, praktykowane bywa także składanie rezygnacji w formie elektronicznej, lecz w każdym przypadku wskazane jest, ze względów dowodowych, uzyskanie potwierdzenia doręczenia rezygnacji. Rezygnacja ustna zgłoszona do protokołu walnego zgromadzenia jest uwiarygodniona protokołem w formie aktu notarialnego.
VIII. CZY REZYGNACJA MOŻE ZOSTAĆ ODROCZONA?
W większości przypadków rezygnacja wchodzi w życie z chwilą jej złożenia, ale rezygnujący może określić inny termin wejścia swojej rezygnacji w życie (na przykład z końcem miesiąca, bądź po najbliższym posiedzeniu organu, którego jest członkiem). Spółka może zabezpieczyć się przed skutkami nagłej rezygnacji, ustalając w statucie czas między doręczeniem rezygnacji a wygaśnięciem mandatu. Kiedyś wyśmiewałem spółkę, która przyjęła, że rezygnacja wchodzi w życie sześć tygodni po jej doręczeniu, mnie natomiast wyśmiewał prawnik tej spółki. Pozostałem przy swojej opinii.
Czytaj: 2004.12.13 Dziurawy statut, pełna kieszeń
IX. CZY, OBEJMUJĄC MANDAT W ZARZĄDZIE LUB RADZIE NADZORCZEJ, NALEŻY ZŁOŻYĆ SPÓŁCE REZYGNACJĘ BEZ DATY?
Nie! Oczekiwanie, że piastun spółki złoży rezygnację in blanco, bez daty, jest przejawem zdziczenia obyczajów. Składając taki dokument, piastun spółki staje się podatny na szantaż i manipulacje. Uczciwy człowiek tak nie postąpi.
Czytaj: 2015.05.31 Czuj się odwołany!
X. CZY ZŁOŻENIE REZYGNACJI ZWALNIA OD ODPOWIEDZIALNOŚCI?
Nie! Odpowiedzialność ponosi się z tytułu działań lub zaniechań, złożenie rezygnacji nie daje immunitetu przed odpowiedzialnością.
XI. CZY REZYGNACJA MOŻE SPOWODOWAĆ SZKODĘ?
Jak najbardziej. Najczęstszy przypadek to stadne rezygnacje członków rady nadzorczej, mające na celu zdekompletowanie tego organu w celu odroczenia odwołania (przez następny skład rady) zarządu spółki. Praktykowano to w PZU Życie w epoce „Lekarzy bez granic”. Do szkody może dojść także, kiedy rezygnujący ogłosi powody rezygnacji dyskredytujące spółkę; otwiera to jednak drogę do postępowania mającego na celu pociągnięcie go do odpowiedzialności.
Czytaj: 2001.03.19 Panika szalonych pudli
XII. CZY WŁAŚCIWE JEST SKŁADANIE REZYGNACJI PRZEZ CZŁONKA RADY NADZORCZEJ REPREZENTUJĄCEGO INWESTORA, KTÓRY WYSZEDŁ ZE SPÓŁKI?
W teorii członkowie rady nadzorczej nie są reprezentantami inwestorów, którym zawdzięczają wybór do rady. Uważam, że członek rady reprezentuje w niej cały kapitał spółki, nie jego ułamek przypadający na swojego mocodawcę. W praktyce członkowie rady zachowują się jak przedstawiciele poszczególnych inwestorów, więc kiedy inwestorzy wychodzą ze spółki, oni składają rezygnacje. Rynki godzą się z takim obyczajem, niemniej jest naganne, gdy rezygnacje powodują zdekompletowanie rady nadzorczej.
Czytaj: 2002.01.14 Hinduska wdowa

PYTAQ to odpowiedzi na często zadawane pytania.

Czuj się odwołany!

Nie znają dnia ni godziny. Codziennie czują się odwoływani. Powodem stresu nie jest dla nich praca, odpowiedzialna i trudna, ale ryzyko jej nagłej utraty. Nie jest to – jak się uważa – fatum ciążące wyłącznie na menedżerach spółek z udziałem Skarbu Państwa, prezesi innych spółek także tracą stanowiska nagle i z niewiadomych przyczyn – czasem równie niewiadomych, jak przyczyny powołania ich na funkcję. Jak mamy uwierzyć w rynek, w notowane na nim spółki, w sens powierzania im naszych pieniędzy, skoro nominacje menedżerów i ich denominacje spowite są mrocznymi sekretami?

Nastrój niepokoju jest podsycany przez media. Wiadomo: odwołanie menedżera lub jego rezygnacja to zawsze chwytliwy temat, można go pociągnąć nawet przez kilka dni. Menedżerowie długo trwający na posadzie budzą zniecierpliwienie. Po zmianie koalicji dysponującej większością parlamentarną często dzwonili do mnie dziennikarze z pytaniem, którzy prezesi zostaną „odstrzeleni” jako pierwsi. Menedżer budujący wartość spółki to temat mniej atrakcyjny niż menedżer do odstrzału. A właśnie zanosi się na wielkie polowanie, medialna nagonka już rusza.

Ostatnio nieoczekiwanie zdenominowano (czyli odwołano) prezesa jednego z banków. Do niedawna uważano banki za instytucje zaufania publicznego… Pechowy Bank Ochrony Środowiska często padał ofiarą niewłaściwych praktyk corporate governance. Tracił na inicjowanych przez jednego z menedżerów (później wpływowego polityka) niejasnych operacjach z wierzytelnościami. Niesławnej pamięci minister środowiska przepchnął do rady banku, a później do zarządu, swoją totumfacką z administracji domów mieszkalnych. Kredyt Bank próbował przejąć BOŚ nieeleganckimi metodami, ten zaś bronił się podobnie. Bank repolonizowano wyganiając zeń szwedzkiego inwestora; co na tym zyskaliśmy? Sergiusza Najara wyrzucono z fotela prezesa i – bez jasnych ku temu powodów – pozbawiono absolutorium, by utrudnić mu powrót do bankowości. Później o banku przycichło. Do teraz.

Przed kilkunastu laty ukazało się w Polsce tłumaczenie książki napisanej jeszcze dziesięć lat wcześniej, jednej z pierwszych na naszym rynku traktujących o corporate governance. Napisałem notkę recenzyjną, książkę umiarkowanie pochwaliłem, zganiłem tłumacza i wydawnictwo – za to, że odgrzało nieświeży już kotlet, bo książka była i z innej epoki, i z innego świata. Nie wspomniałem o drobiazgu, który mnie niezmiernie zirytował – cytowanej w książce wypowiedzi jednego z niezarządzających członków rady dyrektorów: „Kiedy wchodzisz do rady, wręczasz prezesowi niedatowany, podpisany wniosek o dymisję”.

Oczywiście członek rady dyrektorów (a także rady nadzorczej) nie składa „wniosku o dymisję”. Składa on rezygnację. Wniosek można przyjąć lub odrzucić, rezygnacja skutkuje tak samo jak odwołanie lub śmierć. Lecz to tylko nieporozumienie. Mnie zirytowało założenie, że o członkostwie dyrektora w radzie miałby decydować szef zarządu. To rozwiązanie niezgodne z prawem, przy tym niemoralne: nie po to akcjonariusze wybierają radę, by los jej członków zawisł na prezesie. Stabilizacja członkostwa jest szczególnie ważna w przypadku członków niezależnych. Byłby to także archaizm, takich rozwiązań zapewne już nikt nie stosuje. Wręczenie komukolwiek podpisanego, niedatowanego oświadczenia o rezygnacji spowoduje, że składający takie oświadczenie musiałby liczyć się z tym, iż w każdej chwili jego rezygnacja może wejść w życie, o czym nieszczęśnik zapewne dowie się po fakcie. Z gazet.

Przypominam tę niefortunną wypowiedź, ponieważ szykujący się do władzy (już jest w ogródku, już wita się z gąską) szef jednej z dużych partii politycznych złożył zaskakujące oświadczenie: „Premier powinien złożyć u prezydenta dymisję bez daty”. Propozycja jest niekonstytucyjna i również niemoralna. W tym przypadku nie chodzi o corporate governance, a o governance w państwie, o sposób sprawowania w nim władztwa. Od tego władztwa zależy też jakość rynku kapitałowego, a od rynku – pomyślność pokoleń. Przeto o tym prezesie także napiszę, że jest on przeżytkiem z innej epoki, z innego świata. Zasłużył już na status praprezesa, może czas by poczuł się odwołany?

Czytaj także:
2001.06.29 Zadania i wyzwania rad nadzorczych i ich członków w świecie i w Polsce

Prezesi odchodzą znienacka

Często bywa tak: na pasku płynącym przez ekran telewizora pojawia się pilna wiadomość, że odchodzi prezes ważnej spółki. Odchodzi nieoczekiwanie, wszak gdyby było inaczej, nie byłby to „hot news”, informacja elektryzująca. Powód nie zostaje ujawniony. Nie pozna go opinia publiczna, czyli postronni. Nie poznają go akcjonariusze, którzy wnieśli do spółki kapitał, czyli zainteresowani. Niekiedy podana wieczorem wiadomość nazajutrz wywrze negatywny wpływ na notowania spółki. Oficjalnie spółka powiadomi, że prezes złożył rezygnację. Niekiedy prezes szybko opuszcza stanowisko, niekiedy przez jakiś czas jeszcze sprawuje je, przynajmniej czysto formalnie. Wówczas ma jeszcze czas na przygotowanie trzech kopert dla następcy. On sam wyjaśnia mediom, że właśnie wypełnił swoją misję, że myśli o nowych wyzwaniach. Sytuacja nie jest przejrzysta, co szkodzi spółce, a nawet rynkowi.

Idealna sytuacja jest inna. Prezes, a wraz z nim zarząd, pracuje do końca kadencji. Przed jej upływem spółka ogłasza, którzy z członków zarządu powiadomili ją o zamiarze nieubiegania się o ponowny wybór. Ustępują oni na walnym zgromadzeniu. Wcześniej ujawnia się, kto w spółce kogo zastąpi. Poważne spółki (raczej zagraniczne) komunikują rynkowi w raportach rocznych, że prezes, lub dyrektor finansowy, będą pełnić funkcję jeszcze przez rok lub dwa, często do osiągnięcia określonego wieku, a na ich miejsca sposobieni są imiennie wskazani menedżerowie, zazwyczaj wywodzący się ze spółki. Pod pióro cisną się tu słowa wyrażające wartość: przejrzystość, zaufanie, ciągłość przywództwa.

O braku przejrzystości, zaufania, ciągłości przywództwa decydują w Polsce różne względy. Jeszcze przed kilku laty na pierwszym miejscu stawiałbym politykę: do władzy doszła nowa ekipa, wymiata starych liderów, ich stanowiska obsadza swoimi totumfackimi. Lecz dzisiaj jest już inaczej. Polityka kadrowa Skarbu Państwa cywilizuje się. Także związki zawodowe nie wywożą już prezesów na taczkach, chociaż niejednemu wciąż obrzydzają funkcję, czasem niestety skutecznie. Najwięcej zła czynią w Polsce międzynarodowe korporacje, które traktują menedżerów swoich spółek zależnych jak meble w gabinetach. Ni stąd, ni zowąd robią przemeblowanie…

Przed laty umówiłem się na długą, ciekawą rozmowę z prezesem znaczącej w Polsce spółki działającej w ramach międzynarodowej grupy. Opowiadał pasjonująco o bieżących dokonaniach i trudnościach. Opowiadał też porywająco o ambitnych planach biznesowych.

Z aktualnych wątków skomponowałem artykuł do tygodnika, wątki wybiegające śmiało w przyszłość planowałem poruszyć w kolejnym tekście. Mój rozmówca rzucił na pożegnanie, że właśnie wyjeżdża na rozmowy do centrali. Z podróży wrócił zadowolony. Nazajutrz po powrocie został odwołany. Pierwszego artykułu nie zdążyłem już wstrzymać, ukazał się w najbliższym wydaniu tygodnika z fotografią rozmówcy na okładce. Tekst cieszył się znaczną poczytnością. Nie dlatego, że był dobrze napisany, lecz z uwagi na nieoczekiwaną dymisję…

Czytaj także: Tramwaj zwany pożegnaniem, 2004.11.08 

Stacja przesiadkowa [2006]

Okoliczności, w jakich odchodzą menedżerowie, to ważne kryterium oceny jakości i kultury rynku.

Jacek Kseń, prezes Banku Zachodniego WBK, ogłosił o zamiarze złożenia stanowiska. Uczyni to w kwietniu 2007 roku, w związku z upływem kadencji zarządu, podczas walnego zgromadzenia, któremu zostanie przedstawiony następca. Taka praktyka czyni w pełni zadość porządkowi korporacyjnemu. Szkoda, że w Polsce nadal jest rzadkością. Spośród prezesów dużych polskich banków chyba tylko Krzysztof Szwarc i Cezary Stypułkowski zawczasu uprzedzili, że rezygnują z posad. I że będą wypełniali obowiązki do walnego zgromadzenia.

Wielu prezesów składało rezygnacje nieoczekiwanie, acz z pełną aprobatą inwestora strategicznego. Nie mogli (nie chcieli?) doczekać, aż spółka dojedzie na stację przesiadkową, jaką bywa walne zgromadzenie. Wyskakiwali z niej pomiędzy przystankami. Albo, prawdopodobnie, bywali wypychani siłą. Rynkowi opowiadano zwyczajowe androny, że menedżer właśnie spełnił swoją misję (spełnił ją we wtorek przed południem, czy może w nocy ze środy na czwartek?) i czekają go nowe wyzwania. Czas na ocenę, czy misja rzeczywiście została spełniona, nastaje z upływem kadencji, na walnym zgromadzeniu. Wprawdzie za andronami na temat spełnionej misji i pragnienia zmierzenia się z nowymi wyzwaniami nie zawsze muszą się kryć mroczne jakieś powody dymisji, lecz piętnowałem takie zachowania. Pisałem: instytucje finansowe powinny być obliczalne. Nie powinny zaskakiwać rynku ani nagłymi stratami, ani nagłymi zmianami na ważnych stanowiskach.

Pomijając sploty nieprzewidzianych okoliczności, czyli sytuacje nadzwyczajne i z natury rzeczy niekorzystne, do zmiany prezesa powinno dochodzić jak omawianym przypadku: w związku z upływem kadencji, na walnym zgromadzeniu. Nazywam je stacją przesiadkową, co nie oznacza, bym rekomendował przesadzanie ustępującego prezesa do rady nadzorczej. Takie rozwiązanie miewa wielu zwolenników, lecz i przeciwników. Dobrze byłoby, by obie strony wyłożyły swoje argumenty. W Polsce uciera się także fatalna praktyka przesiadania się członków rady nadzorczej do zarządu. Lecz to tematy na odrębne szkice. Dzisiaj chodzi o to, by prezesi zmieniali się na stacji, zgodnie ze znanym zawczasu rozkładem, a nie w biegu, nieoczekiwanie.

Kultura odejścia prezesa to tylko jedna strona zagadnienia. Drugą stroną jest płynność sukcesji. W Banku Zachodnim WBK wyłania się możliwość przeprowadzenia całej operacji w sposób przejrzysty i przewidywalny. Wprawdzie prezes Kseń nie wyhodował sobie sukcesora, lecz kalendarium jego rezygnacji daje dość czasu, aby go wyłonić, czy to z grona pracowników banku, wśród których nie brakuje uzdolnionych menedżerów i potencjalnych liderów, czy z pocztu menedżerów konkurencyjnych banków, czy z otwartego konkursu. Wszak jest na rynku zastęp specjalistów zwolnionych z instytucji finansowych, bynajmniej nie z powodu braku kwalifikacji, a raczej z ich nadmiaru, ponieważ zagraniczni inwestorzy przenoszą kompetencje do centrali, a tu, w koloniach, potrzebują głównie prostej siły roboczej.

Na wielu dojrzałych rynkach praktykuje się informowanie z niemałym wyprzedzeniem, kiedy prezes planuje przejście na emeryturę, oraz kto go zastąpi. Przy czym sukcesora nie namaszcza ustępujący prezes, ale akcjonariusze, chociaż nierzadko na wniosek prezesa. Informacje o przyszłej sukcesji bywają ogłaszane w raporcie rocznym. W Polsce w raporcie rocznym zwyczajowo nie ogłasza się niczego, co nie jest już znane inwestorom… Rzecznik BZ WBK oznajmił prasie, że prezes odejdzie z posady z powodów osobistych (imponują mi mężczyźni, którzy w tym wieku miewają sprawy osobiste…). Sam prezes wyjaśnia to inaczej, bardziej przekonująco: jest dobrym menedżerem, stanowisko piastuje od lat, sprawdził się, w tym czasie wartość akcji wzrosła dwudziestokrotnie, a przy tym „w grupie AIB panuje zwyczaj, że prezesi odchodzą przed 60. rokiem życia”. Zresztą – najlepiej odejść, kiedy sytuacja jest bardzo pomyślna. Jacek Kseń dodał jeszcze, że z pewnością będzie miał wpływ na wybór następcy i postara się przekazać mu swoją wiedzę dotyczącą banku.

Na szczęście dla czystości obyczajów, Bank Zachodni WBK jest instytucją prywatną, więc politycy nie będą mieli wpływu na decyzje kadrowe. Nie wepchną do zarządu partyjnego stronnika. Bank też od polityków niczego nie potrzebuje, więc nie stanie się podatny na ich ewentualne naciski. Trzyma się zresztą, wręcz ostentacyjnie, daleko od stolicy: jako jedyny z dużych polskich banków ulokował się poza Warszawą. Przy czym nie chodzi tutaj o formalny przepis statutu, ale o rzeczywistą siedzibę zarządu. Ów dystans do stolicy bardzo pomógł w staraniach o przejęcie przez dawny WBK rozrywanego wówczas Banku Zachodniego. Co nie oznacza, że poznaniacy powstrzymali się od innych argumentów. Dość, że swoją sprawę załatwili dyskretnie i skutecznie.

Tekst ogłoszony 6 lutego 2006 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2014.07.07 Sukcesja, siostra kadencji
2003.12.29 Następstwo tronu

Tramwaj zwany pożegnaniem [2004]

Czy dobrze świadczy o spółce, jeżeli prezes nie potrafi doczekać przystanku i wyskakuje w biegu?

Kolejny prezes ważnej polskiej instytucji finansowej opuszcza fotel znienacka. Po Marii Wiśniewskiej, Jarosławie Myjaku, Agenorze Gawrzyale, Marianie Czakańskim, nieoczekiwaną rezygnację złożył Wojciech Kostrzewa. Podobnie jak w tamtych przypadkach, spotkało się to z życzliwą reakcją inwestora strategicznego. Rozstanie spółki z prezesem przebiegło w sposób przyjazny. Złożono podziękowania. Przypomniano zasługi. Lecz kultura pożegnania nie przesłoni znaku zapytania. Dotyczy on kwestii porządku korporacyjnego. Mianowicie instytucje finansowe powinny być obliczalne. Nie powinny zaskakiwać rynku ani nagłymi stratami, ani nagłymi zmianami na ważnych stanowiskach.

W podróży w przyszłość, spółki – jak tramwaje – zatrzymują się na wyznaczonych przystankach. Są nimi walne zgromadzenia. Funkcje w zarządach nie są dożywotnie. Walne zgromadzenie jest okazją do opuszczenia spółki. Niedobrze, jeżeli prezes nie potrafi doczekać przystanku i wyskakuje w biegu. Powstaje wtedy wrażenie, że został wypchnięty siłą. Lub nakłoniony do skoku. Lepiej, by zawczasu ogłosił o zamiarze odejścia ze stanowiska z odbyciem walnego zgromadzenia, a wcześniej zadbał o płynną sukcesję.

Rzadko zdarza się, by oba te wymogi zostały spełnione naraz. Najłatwiej o to w sytuacji, gdy prezes przechodzi na emeryturę w ustalonym zawczasu terminie, a upatrzył już sobie następcę, przysposobił go do stanowiska i zjednał mu poparcie inwestorów. Tak było tylko w BRE Banku, gdy Krzysztof Szwarc złożył funkcję w ręce właśnie Wojciecha Kostrzewy.

W innych przypadkach prezes, który zawczasu ogłasza, że z walnym zgromadzeniem ustąpi ze stanowiska, już w chwili ujawnienia tej intencji pozbawia się istotnej porcji swojego mandatu. Doświadczyli tego Jarosław Myjak, Agenor Gawrzyał i Marian Czakański. Łatwiej donieść do walnego zgromadzenia tytuły i gabinety, niż związane z nimi uprawnienia. Które zresztą zmieniają swoją postać w miarę, jak spółka jest konsekwentnie wchłaniana przez macierzystą grupę. W takim przypadku ogromne znaczenie mają dyplomatyczne umiejętności osób reprezentujących inwestora strategicznego w zarządzie i radzie nadzorczej polskiej spółki zależnej. Lub, odpowiednio, brak tych umiejętności. Niekiedy właśnie zmiana owych reprezentantów prowadzi do zmiany prezesa.

Spotkałem się z wyjaśnieniem, płynącym z bardzo poważnego źródła, że rezygnacja Wojciecha Kostrzewy nie została zapowiedziana zawczasu, ponieważ inwestor strategiczny przywiązuje ogromne znaczenie do przestrzegania zasad prawa o publicznym obrocie, a szczególnie obawia się przecieków informacji cenotwórczych. Dlatego sprawę trzymano pod korcem. Nie przyjmuję tego argumentu. Prezesi niemieckich banków nie zmieniają się z godziny na godzinę. Dlaczego zatem w Polsce ma być inaczej niż w Niemczech?

Wojciech Kostrzewa ustąpił nie tylko z funkcji prezesa BRE Banku, lecz nadto, co dyskretnie przecież przemilczano w pierwszych komunikatach, ze stanowisk w grupie Commerzbanku i z rad nadzorczych, w których reprezentował grupę. Nie stało to wszelako na przeszkodzie wcześniejszemu ujawnieniu rezygnacji. Świadczy o tym przypadek Cezarego Stypułkowskiego, który zapowiedział rezygnację z odpowiednim wyprzedzeniem, chociaż Bank Handlowy w Warszawie jest jeszcze mocniej wprasowany w struktury Citibanku, niż BRE Bank w struktury Commerzbanku. Inna opinia głosi, że prezesi Stypułkowski i Kostrzewa działali w zgoła odmiennych okolicznościach, ponieważ pierwszy z nich nie pozostawiał następcy i musiał dać inwestorowi czas na jego wyłonienie, a drugi miał obok siebie, w zarządzie, wyrazistego kandydata do przywództwa w banku.

Pora na wnioski. Obsada stanowisk prezesów instytucji finansowych jest sprawą delikatną. Każdy przypadek jest szczególny, niepowtarzalny. Do tej materii należy podchodzić bardzo ostrożnie. Nie można ująć jej w imadło sztywnych zasad. Jak nie ma jednolitej procedury powoływania prezesów, tak nie ma i nie będzie szczegółowych regulacji dotyczących opuszczania przez nich posad. Porządek korporacyjny jest bardziej kwestią smaku, niż skodyfikowanych zasad postępowania. A smaki są rozmaite.

Nie można oczekiwać, że spółki będą ujawniać wszystkie okoliczności odwoływania prezesów lub składania przez nich rezygnacji. Za ogólnikową deklaracją, że piastun stanowiska wypełnił swoją misję, a teraz pragnie podjąć nowe wyzwania – nie zawsze trzeba dopatrywać się jakiegoś mrocznego powodu. Niekiedy pożegnania będą szorstkie, jak w przypadku Stanisława Pacuka, niekiedy aksamitne. Prezesi będą wyskakiwać w biegu lub wysiadać na przystankach na żądanie. Ważne, by tramwaj jeździł zgodnie z rozkładem jazdy. Wprawdzie akcjonariuszom przychodzi zmagać się z niepokojem, co naprawdę zdarzyło się w spółce, do której wnieśli pieniądze, lecz taki już ich los.

Tekst ukazał się w Gazecie Bankowej 8 listopada 2004 r. Zobacz także „Prezesi odchodzą znienacka” 2013.03.15

Samozwaniec [2001]

Praktyka dowodzi, że łatwiej złożyć rezygnację, niż pojąć znaczenie i skutki prawne tego kroku.

Z rynku publicznego dobiegają niepokojące sygnały dotyczące rezygnacji członków organów spółek. Rezygnacje składane są licznie. Nie są ujawniane ich powody. Rynkowi powszechnie doskwiera brak świadomości skutków złożenia rezygnacji. Prowadzi to do zwyrodnień. Na przykład radzie nadzorczej jednej ze spółek publicznych przewodniczy samozwaniec nie będący już w ogóle członkiem rady. Za sprawą takich praktyk, ryzyko inwestowania w spółki publiczne jest w Polsce wręcz niewyobrażalne!

Rezygnacje są liczne. Z komunikatów ogłoszonych w systemie Emitent w pierwszym tygodniu (od 3 do 9) grudnia wyłowiłem przypadki złożenia rezygnacji przez prezesa jednej i członka zarządu innej spółki giełdowej. Wiceprezes trzeciej i członek zarządu czwartej spółki zostali w tym czasie odwołani przez rady nadzorcze ‘w związku ze złożoną rezygnacją’. Wyłowiłem też osiem przypadków rezygnacji z rad nadzorczych. Ściśle biorąc, rezygnacje z członkostwa w radach pięciu innych spółek złożyło siedem osób. Z jednej z rad w ciągu tygodnia zrezygnowały aż cztery osoby. Jedna osoba złożyła rezygnację z członkostwa w dwóch radach. Dwanaście rezygnacji z pracy w organach spółek w ciągu zaledwie pięciu dni roboczych to zjawisko niepokojące. Źle świadczy ono o rynku.

Często przyrównuję polskie rady nadzorcze do drzwi obrotowych: stale ktoś wychodzi albo wchodzi. Do rad, a nawet zarządów, wybierane są osoby niepoważne, które nie potrafią dosłużyć końca kadencji. Kiedyś zwracałem uwagę na masowe rezygnacje członków rad nadzorczych w trójkącie bermudzkim PZU – PZU Życie – Totalizator Sportowy. ‘Wielkiego Szu’ już nie ma, ale przetrwały stadne rezygnacje z rad nadzorczych.

Nie są ujawniane powody rezygnacji. Konkretny i ważny powód został ujawniony tylko przez jedną osobę, rezygnującą z członkostwa w dwóch radach. Kilka rezygnacji zostało umotywowanych względami osobistymi, kilka innych nie zostało umotywowanych. Nie chodzi o ciekawość, lecz o odpowiedzialność. Kto składa rezygnację z zarządu lub rady nadzorczej bez ‘ważnego powodu’ – jest odpowiedzialny za szkodę. Czy rezygnacja może spowodować szkodę? Otóż tak, jeżeli skutkuje na przykład zdekompletowaniem organu. Czy ‘względy osobiste’ to ‘ważny powód’, zwalniający od odpowiedzialności? Otóż niekoniecznie. Ktoś może kiedyś odpowie za skutki niefrasobliwej rezygnacji.

Rynkowi powszechnie doskwiera brak świadomości skutków złożenia rezygnacji. Spółki nie rozumieją, że rezygnacja jest takim samym powodem wygaśnięcia mandatu, jak upływ kadencji, śmierć lub odwołanie. Nie ma zwyczaju odwoływania kogoś z powodu śmierci. Nie ma też potrzeby odwoływania ‘w związku ze złożoną rezygnacją’. Członkostwo organu spółki ustaje zatem w chwili skutecznego złożenia rezygnacji i nie ma już znaczenia, czy składający rezygnację zostanie w jej następstwie odwołany, czy przeciwnie – jego rezygnacja zostanie odrzucona. Znam taki przypadek!

Skuteczność rezygnacji zależy od tego, czy oświadczenie woli, którego treścią jest rezygnacja, doszło do spółki w taki sposób, że mogła ona zapoznać się z jego treścią. Polskie prawo dopuszcza swobodę formy oświadczenia woli, przeto nie jest konieczne składanie rezygnacji w formie pisemnej. Można ją także złożyć ustnie do protokołu (tak było 3 grudnia na jednym z walnych zgromadzeń). Odwołanie oświadczenia woli w przedmiocie rezygnacji jest skuteczne, jeżeli doszło do adresata jednocześnie z tym oświadczeniem lub wcześniej. W innym przypadku – rezygnacja staje się ostateczna, mandat wygasa, członkostwo ustaje, basta.

Niefrasobliwość członków rad oraz powszechna nieznajomość prawa w spółkach i wokół nich prowadzi do zwyrodnień. W radzie nadzorczej Szeptelu wybuchła epidemia rezygnacji. 3 grudnia rezygnuje przewodniczący rady, powołując ‘względy osobiste’. Spółka informuje o tym tego samego dnia w raporcie bieżącym. Nazajutrz spółka ogłasza, że 3 grudnia rezygnacje złożyli także dwaj członkowie rady, oczywiście ze względów osobistych. 5 grudnia Szeptel informuje, że przewodniczący rady 4 grudnia ‘odwołał ze względów formalnych swoje oświadczenie woli z 3 grudnia’ w przedmiocie rezygnacji z rady, przeto ‘tym samym’ pełni funkcję przewodniczącego rady. O jakie ‘względy formalne’ tu chodzi? 6 grudnia Szeptel informuje, że z rady ustąpił jeszcze jeden członek. Podał on ważny powód rezygnacji, przeto jego sytuacja jest czysta.

Szeptel ma więc burzliwe życie wewnętrzne. Były przewodniczący rady odwołał swoją rezygnację, ale z równym skutkiem mógłby odwołać królową brytyjską. Twierdzi, że nadal pełni funkcję, ale z równym skutkiem mógłby utrzymywać, że zasiada na brytyjskim tronie. Współcześnie samozwańca czeka nie kat, lecz śmieszność.

Tekst ogłoszony 17 grudnia 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:

Odwołanie na puszczy [2001]

Nieważne, z jakiego powodu dochodzi do odwołania. Liczy się tylko powód rezygnacji.

O zmianach w radzie nadzorczej najczęściej decydują zmiany struktury własnościowej spółki, o zmianach w zarządzie – wyniki, ale nie zawsze zachodzi potrzeba ujawniania tych powodów. Ostatnio jeden z dzienników ogłosił, że z foteli prezesów spółek giełdowych odeszło tylko w tym roku 69 osób, a kilku innych prezesów pakuje już manatki. Nic w tym dziwnego. Kryzys odsłonił wartość zarządów. Wokół tych zmian dochodzi do mnóstwa nieporozumień. Korygowanie ich przypomina wołanie na puszczy. Nikt nie słyszy, nikt nie reaguje. Wołam więc wszem i wobec: nie ma potrzeby publicznego ogłaszania powodu odwołania, nawet jeżeli może dojść do niego wyłącznie z „ważnych” powodów. W zasadzie rada nadzorcza nie jest obowiązania komunikować powodu (lub powodów) odwołania odwołanemu członkowi zarządu. Walne zgromadzenie nie jest obowiązane komunikować powodu odwołania odwołanemu członkowi rady.

Z odwoływaniem z zarządu i rady jest jak z biciem żony przez górala: już tam ona sama dobrze wie, za co obrywa. Uczestniczyłem w podejmowaniu wielu trudnych decyzji kadrowych i wiem, że odsłonięcie ich podłoża może wyrządzić spółce wiele szkody. Milczenie bywa złotem także dla odwołanych. Niekiedy spółka wyjaśnia powód odwołania mimochodem, przekazując do publicznej wiadomości, że sprawę byłego prezesa (albo całego zarządu) skierowano do prokuratury. Niekiedy spółka publicznie rozgłasza powód, a nawet powody, rozstania się z członkiem zarządu. W jednej ze spółek giełdowych ostatni (najmniej ważny?) spośród pięciu ogłoszonych powodów odwołania członka zarządu–dyrektora finansowego dotyczył „nieprawidłowości w zarządzaniu finansami spółki”. Mimo takich komunikatów, a także równie tragicznych wyników, spółka jeszcze istnieje.

Wołam też wszem i wobec: niech odwołani nie podnoszą wrzasku. Nikt jakoś nie protestuje, kiedy go powołują. Dlatego wątpię, czy wypada protestować z powodu odwołania. Kiedyś Andrzej Olechowski surowo skarcił ministra, że odwołanie go z rady nadzorczej to „decyzja nieuzasadniona i dla banku szkodliwa”. Otóż minister nie musiał decyzji uzasadniać, jak nie musiał reagować na publiczne połajanki zainteresowanego. W odróżnieniu od członka zarządu, członek rady nadzorczej nie ma umowy o pracę lub zarządzanie.

Wołam na puszczy, że rada nadzorcza może odwołać prezesa lub członka zarządu (chyba że statut stanowi inaczej), może zawiesić go (z ważnych powodów) i na jego miejsce czasowo delegować kogoś ze swojego grona, lecz nie może delegować członka rady, nawet na krótko, na miejsce wakujące z powodu odwołania, śmierci lub rezygnacji. Byłoby to naruszeniem prawa skutkującym nieważnością czynności podjętych przez zarząd z udziałem kaduka – bo tylko tak można nazwać członka rady delegowanego na miejsce kogoś, kogo nie ma. Takiego numeru nie było nawet w Elektromisie (nie mylić z Elektrimem).

Wołam na puszczy: nie można odwołać kogoś, kto nie pełni funkcji! Odwoływanie kogoś „z powodu zakończenia kadencji” lub „złożenia rezygnacji” to proceder niebezpieczny: co stanie się, gdyby taka uchwała nie została przyjęta? Może ktoś jeszcze wpadnie na pomysł odwoływania „z powodu śmierci”? Większością ¾ głosów… Podobnie jak odwołanie i śmierć, rezygnacja skutkuje wygaśnięciem mandatu. Podobnie jak śmierci, nie można jej cofnąć. Odmiennie niż śmierć, warto ją uzasadniać. Gdyby bowiem rezygnacja z zarządu lub rady nadzorczej naraziła spółkę na szkodę, składający rezygnację może ponieść odpowiedzialność za tę szkodę.

Od odpowiedzialności można się uchylić tylko dwojako. Albo pełniąc funkcję w nieodpłatnie, albo motywując rezygnację „ważnym” powodem. Jestem przeciwko nieodpłatnemu sprawowaniu funkcji. Po pierwsze, bez wynagrodzenia trudno należycie przyłożyć się do pracy. Po drugie – źle, jeżeli członek zarządu lub rady nadzorczej może czmychnąć z funkcji, kiedy mu się spodoba, nawet kosztem szkody wyrządzonej spółce. Spółka nie musi ogłaszać powodu rezygnacji. Nawet nie powinna go ogłaszać, jeżeli składający rezygnację poprosi o dyskrecję. Szkodę najłatwiej wyrządzić nie samą rezygnacją (bo któż jest niezastąpiony?), ale zatajeniem jej powodu. Wtedy opinia publiczna może powziąć podejrzenie, że w spółce dzieje się źle; natomiast jeżeli wie o tym, może przypuszczać, że w spółce dzieje się jeszcze gorzej, niż dzieje się naprawdę.

Utarło się w wielu krajach, że osoba powołana w skład zarządu lub rady nadzorczej z góry wręcza prezesowi (lub przewodniczącemu) niedatowany dokument zawierający rezygnację ze stanowiska. Jak ów ktoś przestanie się podobać, wpisze się datę, ogłosi jego rezygnację i już. Ponieważ w Polsce brak umotywowania rezygnacji „ważnym” powodem rodzi odpowiedzialność, przeto przestrzegam przed taką praktyką.

Tekst ogłoszony 3 grudnia 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2004.11.08 Tramwaj zwany pożegnaniem
2001.01.22 Mroczny powód rezygnacji

Panika szalonych pudli [2001]

Niektórym radom nadzorczym powinna przyjrzeć się inna rada: Rada Bezpieczeństwa Narodowego.

Gromadne rezygnowanie z członkostwa w radzie nadzorczej to zjawisko nowe, niepojęte, wybitnie niepokojące. Rada ulega zdekompletowaniu, wobec czego nie może skutecznie wykonywać nadzoru nad spółką. Pozostawienie spółki bez nadzoru godzi w spółkę i w jej akcjonariat; może też godzić we wszystkich, z którymi spółka wchodzi w interesy. Brak porządku korporacyjnego psuje reputację gospodarce i zagraża bezpieczeństwu państwa.

Prawo dopuszcza możliwość składania rezygnacji z członkostwa w radzie nadzorczej. W tej kwestii nie ma żadnych ograniczeń. Rezygnację można złożyć zawsze. Jest ona bezwzględnie skuteczna od chwili jej złożenia. Nie przyjmuje się więc rezygnacji, ani odrzuca jej, ponieważ nawet walne zgromadzenie nie może podjąć uchwały w sprawie ostatecznie przesądzonej, jak rezygnacja lub śmierć członka rady. Zachodzi tu jednak różnica. Śmierć nie rodzi odpowiedzialności z tytułu szkody wyrządzonej spółce, rodzi ją natomiast rezygnacja – jeżeli dwa warunki zostały łącznie spełnione. Po pierwsze, członkostwo w radzie dawało tytuł do wynagrodzenia. Po drugie, rezygnacja nie została umotywowana konkretnym, „ważnym” powodem.

Odnośnie pierwszego warunku warto dodać, że nie liczy się, czy osoba składająca rezygnację już pobrała od spółki wypłatę, bądź czy zdążyła zapracować na nią (obecnie modne bywa składanie rezygnacji jeszcze przed pierwszym posiedzeniem rady, lub na tym posiedzeniu). Nie warto też zasłaniać się twierdzeniem, jakoby ktoś nie wiedział, że za członkostwo w radzie przysługuje mu wynagrodzenie. Jestem za przyjęciem domniemania, że z pracą w radzie nadzorczej związane są pieniądze. Odnośnie drugiego warunku warto dodać, że ów „ważny” powód powinien być podany spółce do wiadomości i nie ma przeszkód, by spółka upowszechniła go. Kto nie ujawni powodu złożenia rezygnacji – poniesie odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną rezygnacją, jakby nie stał za nią żaden powód.

Łatwo o szkodę w sytuacji, kiedy aż kilkoro członków rady jednocześnie składa rezygnację, dekompletując radę. Jak w trójkącie bermudzkim znikają statki i samoloty, tak w Polsce tajemniczo znikają całymi czwórkami członkowie rad nadzorczych. Odbywa się to w trójkącie PZU – PZU Życie – Totalizator Sportowy. Kiedy trzeba wyrzucić prezesa, albo spojrzeć mu bacznie na ręce, rady nadzorcze rozsypują się. Jakie kryją się za tym powody, dowiemy się z reportaży, kiedy tylko dziennikarze zwęszą temat. Jakimi owocuje to skutkami, ustalić może bezstronnie tylko Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Albowiem wchodzą tu w grę najżywotniejsze interesy państwa. Z rad nadzorczych rezygnują na wyścigi i pracownicy ministerstw (finansów i Skarbu Państwa), i osoby powołane przez ministrów, by strzegły interesów Skarbu Państwa. Lecz zamiast występować w obronie tych interesów, mandatariusze Skarbu tchórzliwie umykają.

Kiedy rada Totalizatora na polecenie ministra zmieniła w spółce prezesa, nazwałem to „alotażem” (wzbogacając polszczyznę o wdzięczny rzeczownik odimienny), a członkom rady nadzorczej nadałem w felietonie status „halabardników”, którzy nie odgrywają żadnej poważnej roli, a tylko statystują w przedstawieniu. Ale przezwisko, jak się okazało, zostało użyte na wyrost, bo halabardnik nie pierzchnie ze sceny zanim zapadnie kurtyna. Za to z rady Totalizatora stale ktoś rezygnował, nawet parami i przed zakończeniem pierwszego posiedzenie, w którym nieszczęśnicy brali udział.

Wiadomo doskonale, że są to spółki trudne. Sprawowanie nadzoru nad nimi wymaga umiejętności i odwagi. Jakich przedstawicieli kierują do nich resorty? Jeden kandydat nie miał wyższego wykształcenia (acz był uczony na tyle, by kierować gabinetem politycznym ministra). Inny kandydat wykształcenie ma, jakkolwiek osobliwe. Jest on mianowicie kierownikiem katedry technologii surowców zwierzęcych w jednej z akademii rolniczych. Pytany przez dziennikarzy o kwalifikacje do kierowania pracami rady nadzorczej wielkiej instytucji finansowej – zapowiadał, że ujawni je niebawem. Zanim zdążył ujawnić, ustąpił. Prawdopodobnie słusznie.

Rada została zdekompletowana, ponieważ wraz z profesorem także trzej inni członkowie złożyli rezygnacje. Pewnie dotknęła ich jakaś tajemnicza epidemia. Ciekawe: czy to pryszczyca, czy choroba szalonych krów? Sytuacja byłaby komiczna, gdyby nie była tragiczna. Skarb Państwa nie potrafi panować nad spółkami, za które odpowiada, ani nad osobami, którym powierza zadanie nadzorowania tych spółek. Zamiast srogim, szkolonym brytanom, powierza zresztą nadzór rozkapryszonym pudlom, których nie da się uwiązać na łańcuchu, więc rozbiegają się, dobytku nie upilnują, złodzieja nie odstraszą. Za to roznoszą wirusa paniki szalonych pudli.

Tekst został ogłoszony 19 marca 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2000.04.25 Alotaż
2001.01.22 Mroczny powód rezygnacji

Mroczny powód rezygnacji [2001]

Można wyrządzić spółce szkodę ustępując z rady, a zwłaszcza – zatajając powody ustąpienia

Kodeks spółek handlowych jasno rozstrzyga kwestię rezygnacji członków zarządów i rad nadzorczych spółek kapitałowych (w spółce z o.o. także komisji rewizyjnej). Stanowi, że rezygnacja skutkuje wygaśnięciem mandatu. Basta! Nie będzie już wątpliwości, czy mimo rezygnacji mandat trwa nadal, do chwili, gdy członek zarządu lub rady zostanie odwołany. Oraz, czy można zrobić mu na przekór i nie odwołać go wbrew złożonej przezeń rezygnacji. Poprzedni kodeks milczał na ten temat, co budziło nieporozumienia.

Wbrew bowiem utartej opinii, że członkowie rad nadzorczych trwają nieustępliwie, jak gwardia pod Waterloo – przecież zdarzało im się rezygnować, często bez wyjaśnienia, jakie są powody rezygnacji, bądź gdzie tkwią jej przyczyny. Walne zgromadzenie odwoływało dezertera z rady „w związku ze złożoną rezygnacją”, bądź nie odwoływało. Czy można odrzucić rezygnację i zmusić kogoś, by wbrew woli pełnił obowiązki? W kabarecie Olgi Lipińskiej owszem: niech sobie Misiek składa rezygnację, lecz skoro wszyscy chcą, by nadal prezesował, zostanie po staremu. W ostatnich dniach starego roku (i kodeksu) walne zgromadzenie Espebepe rozpatrywało rezygnacje dwóch członków rady nadzorczej. Jednego odwołało, nie wyrażając zgody na odwołanie drugiego. Przywiążą go do krzesła?

Według kodeksu spółek handlowych, rezygnacja jest taką samą przyczyną wygaśnięcia mandatu, jak śmierć lub odwołanie. Ponadto kodeks stanowi, że do złożenia rezygnacji przez członka zarządu lub rady (komisji rewizyjnej) stosuje się odpowiednio przepisy o wypowiedzeniu zlecenia przez przyjmującego zlecenie. Przeto przyjmujący zlecenie może je wypowiedzieć w każdym czasie. Nie można zrzec się z góry uprawnienia do wypowiedzenia zlecenia z ważnych powodów. Jednakże gdy zlecenie jest odpłatne, a wypowiedzenie nastąpiło bez ważnego powodu, przyjmujący zlecenie jest odpowiedzialny za szkodę. Chodzi o szkodę poniesioną przez spółkę na skutek ustąpienia członka zarządu lub rady przed upływem czasu, na jaki został on powołany. Nieszczęśnik z Espebepe może teraz złożyć rezygnację nie oglądając się, czy walne zgromadzenie wyrazi zgodę na jej konsekwencje. Jeżeli pełnił swą funkcję odpłatnie, a spółka wskutek jego rezygnacji poniesie jakąś szkodę – jego odpowiedzialność z tytułu ustąpienia zależy od powodu rezygnacji. Odpowiedzialność byłego(!) członka rady wobec spółki zostaje wyłączona, jeżeli powód jest „ważny”.

Nie uchyla odpowiedzialności suche powiadomienie spółki o rezygnacji. Zdumiewa więc komunikat Banku Ochrony Środowiska: Dorota Jakuta zawiadomiła bank, że nie jest członkiem rady banku. Nie znam damy o tej sławie, przeto sprawdzam: p. Jakuta weszła do rady BOŚ ledwo z końcem października 2000 r. Znaczącej roli w radzie chyba nie odegrała, skoro nie zapamiętano jej imienia. Lecz nie jest osobą płochą, przepracowała 10 lat w ADM. Jest szefem gabinetu politycznego ministra środowiska. Ostatnio politycy, którzy nocą zmienili poglądy, zawiadamiają macierzyste partie, że nie są ich członkami. Zawiadamiają na piśmie, by uniknąć spoglądania w oczy niedawnym towarzyszom. Lecz takie postępowanie nie przystoi członkom rady banku! Od nich oczekujemy godnego zachowania. A zwłaszcza ogłoszenia powodów rezygnacji.

Kto zataja powód rezygnacji, wyrządza spółce szkodę. Otwiera pole domysłom, jakoby powód był mroczny, a w spółce działo się źle. Kreuje wokół spółki niekorzystną dla niej atmosferę. Tam, gdzie w grę wchodzi reputacja banku, nie ma miejsca na niedomówienia. O tym, jak bardzo nieodpowiedzialność nawet jednego członka rady banku może zaszkodzić interesom banku i jego akcjonariuszy, świadczy przypadek Banku Częstochowa. Zatem Dorota Jakuta przyczyniła się do szkody nie tym, że ustąpiła z rady, bo rada (nazbyt liczna) nie rozsypie się bez jej udziału. Przyczyniła się do szkody tym, że powody rezygnacji z rady zachowała wyłącznie dla siebie. A ponieważ powody ukryte nie są „ważnymi” w rozumieniu prawa – nie wyłączają odpowiedzialności za szkodę wywołaną pochopną rezygnacją. Chyba, że ktoś sprawował funkcję w radzie banku nieodpłatnie.

Lepiej zatem członkom rady płacić, a w zamian egzekwować ich odpowiedzialność wobec spółki. Nie ustrzeże to spółki przed ustępowaniem członków rady, ale ograniczy rezygnacje do powodów rzeczywiście ważnych i wymusi ogłaszanie tych powodów, które najczęściej leżą po stronie rezygnujących, a nie po stronie spółki. Natomiast kwestie warunków składania rezygnacji, formy jej doręczenia, nabrania przez nią skutku (by nie zdekompletowała składu zarządu lub rady), a także ogłaszania jej powodów – najlepiej precyzyjnie uregulować w statucie.

Tekst został ogłoszony 22 stycznia 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także: 2001.03.19 Panika szalonych pudli