Archiwa tagu: rynek i polityka

Notowania, polityka, reputacja i półsłówko

Under Armour Inc. (NYSE: UAA) to ambitny producent odzieży sportowej, obuwia i akcesoriów, pogrążony ostatnio w kłopotach, na ogół zawinionych. Notowania dramatycznie słabną. Kurs pędzi na południe, w niespełna rok obsunął się o ponad 50 proc. Po ogłoszeniu dramatycznego raportu za IV kwartał 2016 r. natychmiast stracił 27 proc. Analitycy zwracają uwagę, że marka nie przemówiła do młodych, nie poniosła jej wysoka fala mody, nie sprostała ostrej konkurencji znacznie większych rywali, jak Nike lub Adidas. Owszem, firma zyskała popularność na przedmieściach wschodniego wybrzeża, lecz już nie w bardziej zasobnych śródmieściach, ani na zachodnim wybrzeżu, które jest bardziej jazzy i nadaje ton. A obligacje spółki błąkają się po rubieżach obszarów śmieciowych. Standard & Poor’s ściął ich rating do najniższego poziomu inwestycyjnego, BB+ (poprzednio BBB–) z perspektywą negatywną.

Spółce szkodzi także polityka. Jej CEO Kevin Plank w wywiadzie dla CNBC wychwalał Donalda Trumpa. Wyraził opinię, że tak probiznesowy prezydent to prawdziwy „asset” dla kraju (czytelnikom Parkietu nie muszę objaśniać znaczenia słowa „asset”; dlaczego wszakże pozostawiam je w oryginale, okaże się niebawem). Na reakcję rynku nie trzeba było długo czekać. Sam Poser, analityk Susquehanna Financial, brokera z wysoko cenionym zapleczem badawczym, uznał komentarz prezesa za niewłaściwy, kreujący dla spółki ryzyko reputacyjne, wobec czego przy kursie ok. 24 USD obniżył jej cenę docelową do 14 USD i zaliczył spółkę do kategorii negatywnej (na 310 analizowanych przez Susquehannę podmiotów tylko cztery spotkał taki despekt). Jeszcze do 30 stycznia Under Armour klasyfikowana była pozytywnie, jeszcze do 15 lutego neutralnie.

Ryzyko reputacyjne zmaterializowało się natychmiast. Wypowiedź Kevina Planka ostro skrytykowały twarze sportowej mody, ikony stylu, gwiazdy – jak Dwayne „The Rock” Johnson, niegdyś zawodnik NFL, później zapaśnik, dzisiaj aktor, lub Misty Copeland, podziwiana ballerina. Komentarz najczęściej cytowany, najbardziej dotkliwy dla spółki, wygłosił Stephen Curry, osobowość NBA, zawodnik Golden Star Warriors, związany z Under Armour kontraktem do 2024 roku, podobno opiewającym na 4 mln USD rocznie. Zgodził się on z Plankiem, że Trump to „asset” Stanów Zjednoczonych, aliści – pokreślił stanowczo – po obcięciu dwóch ostatnich liter (zostaje „ass”, czego czytelnikom Parkietu objaśniać nie będę, bo się wstydzę). Ze słowa zostało półsłówko, które poszło w świat i zostało przyjęte rechotem.

Czyli: utrata reputacji spółki nie została spowodowana wyłącznie jej wynikami, chociaż inwestorzy są nimi rozczarowani, natomiast doszło do niej, gdy menedżer niepotrzebnie wdał się w politykę. Menedżerów ceni się nie za to, czy kadzą Trumpowi, czy też go nie lubią (w miejsce Trumpa można wstawić nazwisko dowolnego polityka). Są oni oceniani za efekty pracy i jej styl, za wyniki oraz ich aspekty ludzkie i środowiskowe, za etykę i elegancję w działaniu. Panuje przekonanie, że lepiej niech pilnują interesu spółki i własnego nosa, niech nie pchają się do polityki (lecz co zrobić, gdy to polityka pcha się do nich?).

Analitycy i traderzy Susquehanna Financial nie interesują się polskimi spółkami, nie szacują ich perspektyw, reputacji, a także ryzyka jej utraty. Mieliby u nas dużo do roboty. O reputacji spółek myśli się w Polsce niewiele, o reputacji kraju wprawdzie dużo, ale źle. Ktoś zawierzy kraj lub spółkę opiece boskiej, wystawiając na śmieszność i siebie samego, i nas. Brakuje tylko, by do rad nadzorczych (zapewne i do rządu) powoływano świętych. Reputacji spółek, oraz rynku, na którym są one notowane, nie obroną kropidło i woda święcona, ani kibice Legii albo Arki, ani Reduta Dobrego Imienia, ani finansowana z łupów zdobywanych na spółkach z udziałem Skarbu Państwa jakaś fundacja „narodowa”. Tędy wiedzie droga do śmieszności, przez rynki wycenianej bardzo nisko.

Tekst ogłoszony 1 marca 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Jak wspierać giełdę, by jej nie zaszkodzić?

Prezydent Rzeczypospolitej wziął udział w obchodach 25-lecia Giełdy Papierów Wartościowych i wygłosił okolicznościową mowę, z której wyłowiłem dwa motywy. Pierwszy to gratulacje dla giełdy za Dobre praktyki spółek notowanych na GPW 2016. Podzielam pogląd, że to osiągnięcie godne jest szacunku głowy państwa. Brawo giełda, brawo matkująca przedsięwzięciu dyr. Agnieszka Gontarek, brawo zespół redakcyjny! Gdyby tak jeszcze Dobre praktyki były stosowane w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, gdyby politycy także przyjęli do stosowania zbiór swoich dobrych praktyk – skorzystalibyśmy na tym wszyscy.

B_REIT_bannerDrugi motyw pogadanki prezydenta: należy wspierać giełdę. Zastanawiam się, jak przybrać w konkrety tę całkiem słuszną myśl. Jak powinno postępować państwo, by nie zaszkodzić giełdzie, będącej jego tytułem do chluby? Warto pamiętać, że giełdzie lepiej wiodło się wtedy, kiedy pozostawała poza sferą wpływów polityków. Giełda potrzebuje zaufania, jest ono podstawą gospodarki, osnową tkanki społecznej, ale nasi politycy go nie krzewią. By wesprzeć giełdę, powinni zaniechać szkodzenia gospodarce, wzniecania nastrojów wrogości, judzenia, mącenia w głowach w nadziei, że ciemny lud wszystko kupi. Bieda w tym, że kupuje. Rządzący powinni poskromić zapędy ku demolce obłudnie nazywanej dobrą zmianą.

Po pierwsze, nie należy psuć rynku absurdalnymi interwencjami w działalność spółek giełdowych z udziałem Skarbu Państwa. Przykładem nakłanianie zdrowych spółek energetycznych do zakażenia się od wspieranego przez nie górnictwa węgla kamiennego wirusem destrukcji. Akcjonariusze nie po to inwestowali w Tauron, by spółka trwoniła ich pieniądze w deficytowej kopalni. Inwazja polityki do spółek oznacza gorsze wyniki, niższe dywidendy, odpływ inwestorów.

Po drugie, nie należy demoralizować społeczeństwa powszechną i szkodliwą czystką kadr. Następuje „wymiecenie na czysto” (termin ukuty przez Churchilla zapowiadającego wysiedlenie Niemców z Polski, Czechosłowacji i Węgier, nieprzypadkowo sięgam do wojennej terminologii) członków zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa i zdominowanych przez PiS samorządów. Nawet jeżeli na miejsce wymiecionych przychodzą kompetentni – a przecież nie zawsze tak bywa! – noszą oni na sobie znamię owoców szkodliwej czystki i zatrutej nią na długo aury.

Po trzecie, nie należy dążyć do likwidacji OFE, dotkniętych już boleśnie poczynaniami Jana Rostowskiego. Fundusze miały swoje za uszami, ale służyły krzewieniu corporate governance w spółkach ze swoim udziałem. Ich likwidacja oznaczałaby faktyczną nacjonalizację licznych spółek ze znaczącym udziałem funduszy, co – biorąc pod uwagę realia – przyniosłoby dramatyczne straty akcjonariuszom tych spółek. Kiedyś pisałem, że nie inwestuję w spółki, w których nie ma funduszy emerytalnych. Dzisiaj z ostrożności nie inwestuję w spółki, w których udziały funduszy są znaczne, ponieważ obawiam się tego, o czym piszę w dwóch powyższych akapitach.

Po czwarte, należy unikać awantur politycznych, dynamizowania sporów, podsycania złych emocji. Napływ inwestycji na warszawską giełdę zależy od perspektyw polskiej gospodarki, a ich najbardziej miarodajnym dla światowych inwestorów wykładnikiem są ratingi nadawane Polsce. Agencje ratingowe biorą pod uwagę nie tylko reputację rynku kapitałowego i zakres stosowania wspomnianych Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW, także klimat polityczny. Kto burzy trójpodział władz, szkodzi rynkowi kapitałowemu, dewastuje giełdę, ponieważ sądy są nie tylko ostoją Rzeczypospolitej, także gwarancją poszanowania praw inwestorów w ewentualnym sporze z administracją.

Kiedy powstawała warszawska giełda, zakładano jej rychłą prywatyzację, mówiono o dwóch latach, ale czas płynął, dwuletni horyzont przesuwał się, oddalał. GPW została upubliczniona, jest notowana na własnym parkiecie, ale nie przestała być spółką państwową, w której akcjonariusze inni niż Skarb Państwa mają niewiele do powiedzenia. Lecz kto wie, jaki obrót przybrałaby sytuacja, gdyby giełdę rzeczywiście sprywatyzowano. Czy dokonałaby ekspansji na ościenne rynki? Czy zostałaby już przejęta przez większą konkurentkę? Jedno jest pewne: przyszłość GPW zależy przede wszystkim od koniunktury na rynkach. Hossa potrafi zamroczyć najbardziej rozważnych inwestorów, bessa ma wielkie oczy, wszędzie dostrzeże zagrożenia. A tych wokół warszawskiej giełdy nie brakuje.

Testament ministra Skarbu

Resort Skarbu Państwa prowadzi politykę przy otwartej kurtynie. Minister Dawid Jackiewicz wypowiada się jasno, kategorycznie. Deklaruje „dobrą zmianę”: odwrót od prywatyzacji i rezygnację z większości płynących z niej przychodów. Zapowiada rychłą likwidację kierowanego przezeń urzędu. Ujawnia, jak chce to osiągnąć. Nie kryje, że nad interesy rynku przedkłada interes państwa (bądź to, co jego partia uznaje za ów interes), czyli iż polityka ma w jego działalności prymat nad gospodarką.

Minister oświadczył, że jego resort negatywnie ocenia prowadzoną przez poprzedni rząd politykę prywatyzacji. Przykładem wyrządzonych przez nią szkód była sprzedaż akcji KGHM Polska Miedź w 2010 roku, co osłabiło możliwość obrony spółki przed wrogim przejęciem. Sprzedane zostaną tylko podmioty zbędne, natomiast pozostawione w domenie Skarbu Państwa zostaną objęte sprawnym nadzorem.

Posłuży temu nowy podmiot gospodarczy obejmujący spółki Skarbu Państwa. Minister wymienił KGHM, Grupę Azoty, PLL LOT, PKO Bank Polski, PZU. Być może planowany holding, który powstanie najpóźniej do połowy przyszłego roku zastępując Ministerstwo Skarbu Państwa, obejmie także grupy związane z sektorem energetycznym; będzie to zależało od rozgrywek międzyresortowych. „Celem tego podmiotu będzie dbałość o wzrost wartości spółek Skarbu Państwa” – powiedział minister. Drogę do celu utorują odpowiednie regulacje i odpowiednie kadry, oraz wzajemne uprzywilejowanie spółek – uczestników zjednoczenia. Zysk będzie wspólny. Ważne, by piastuni spółek mogli skupić się na interesie właściciela [?] „bez ponoszenia konsekwencji wynikających z Kodeksu spółek handlowych”.

Spółki wchodzące w skład zjednoczenia będą rozliczane z realizacji polityki rządu. Surowo rozliczane. Żaden członek rady nadzorczej, żaden członek zarządu, żaden prezes nie może być pewien stanowiska. Już Dawid Jackiewicz o to zadba, w ministerstwie czy w przyszłym holdingu. Koniec z bezhołowiem, traktowaniem domeny Skarbu jako baronii, księstw. I koniec z patologią wynagradzania menedżerów, czyli omijaniem ustawy kominowej. Już wkrótce, w najbliższych tygodniach, światło dzienne ujrzy projekt ustawy o sprawiedliwych wynagrodzeniach, stosownych do możliwości poszczególnych przedsiębiorstw.

Czy Dawid Jackiewicz wie, co mówi? Jego kandydaci do holdingu w większości wcale nie są spółkami Skarbu Państwa. To spółki z udziałem Skarbu Państwa, niekiedy mniejszościowym. W PKO Banku Polskim, PZU, KGHM, Skarb Państwa ma niewiele ponad 30% udziału, ale zachowuje się, jakby miał 330%. Pozostali akcjonariusze nie mają tam czego szukać, ponieważ nie mogą już liczyć ani na znaczący wzrost notowań – bo podatki (bankowy, od kopalin, danina na SKOKi), ani na znaczące dywidendy – bo Morawiecki ciuła swój bilion. Możliwy jest ich exodus z tych spółek. Groźba wrogiego przejęcia KGHM jest wydumana z fusów. Grozi nam raczej wrogie przejęcie OFE przez urzędników państwowych.

Skarb Państwa nie ogłosi wezwania na spółki z jego udziałem, bo nie ma środków. Lecz nie zamierza się liczyć z pozostałymi akcjonariuszami, ani z prawem (minister wymienił Ksh, o konstytucji wspominać nie warto). Pewnie ustąpi jedynie związkowcom, co wróży wygaszenie polskiej gospodarki. Z wyjątkiem górnictwa węgla kamiennego.

Jedyną w holdingu spółką nienotowaną na giełdzie byłby LOT. Miał być łączony z PKP, teraz czeka go związek z Azotami, może także z Kompanią Węglową. Kiedy przerobimy samoloty za napędzane węglem, uda się zmniejszyć zwały czarnego złota na hałdach. Zanim do tego dojdzie, LOT przypuszczalnie upadnie. I dobrze mu tak, odwrócił się od Krakowa, skazał mnie na Lufthansę, stare bułki z kapustą, przesiadki w koszmarnym Frankfurcie.

W ciągu pierwszych stu dni Dawida Jackiewicza wartość akcji w rękach Skarbu Państwa spadła o blisko 11 miliardów złotych. To klęska, gospodarcze Waterloo. Wymieciono zarządy i rady nadzorcze, w sumie kilkaset osób. Zawodowych menedżerów zastępują pomazańcy prezesa, jak Wojciech Jasiński w Orlenie. Kiedy minister zapowiada pogrom, wierzę mu bezgranicznie.

Ramy prawne przyszłego holdingu nie zostały jeszcze określone. To nie dziwi, przecież polskie prawo nie zawiera regulacji holdingowych, do tej pory na przeszkodzie stawała im polityka. Wymyśli się jakąś formułę, a sprzeczne z nią przepisy zostaną wygaszone. Cieszy jedno: projekt ustawy o wynagrodzeniach słusznych i sprawiedliwych „ujrzy światło dzienne”. Do tej pory wiele ustaw uchwalono nocą.

Idea akcjonariatu obywatelskiego została nieodwołalnie pogrzebana jeszcze przez Platformę, więc obecny rząd do niej nie wróci. Za to wróci do walki z kominami: minister wyraża pogląd, ze zwyrodnieniem nie była ustawa kominowa, lecz omijanie jej.

Przed laty orędowałem za innym rozwiązaniem: wniesieniem należących do Skarbu Państwa akcji do Krajowego Funduszu Majątkowego, zarządzającego tymi walorami ponad polityką i partiami. Wtedy upragniony wzrost wartości spółek z udziałem Skarbu Państwa byłby bardziej realny. Partie podówczas rządzące pomysłu nie podjęły, zdały sobie sprawę, że projekt godzi w ich wpływy. Fałszywych liberałów zastąpili autentyczni totalersi, projekt rozdarto na strzępy; tylko patrzeć, aż to samo zrobią z gospodarką. „Polska w ruinie” to obietnica wyborcza, którą najłatwiej przychodzi im spełniać. Pozostali szefowie resortów gospodarczych też powinni spisać testamenty.

Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2015.05.31 Czuj się odwołany

Oparcie fotela [2000]

Polityk w radzie nadzorczej nie chroni spółki przed polityką, lecz wikła ją w politykę.
Przewodniczący rady nadzorczej jednej ze spółek giełdowych ogłosił o zamiarze ubiegania się o urząd prezydenta. Niebawem zapowiedział, jak w związku z tym potraktuje swoje rozliczne zajęcia: „Z wszystkich zrezygnuję. Do końca kwietnia z niektórych, a wraz z oficjalnym zarejestrowaniem kandydatów, z wszystkich”. Śladem deklaracji politycznej poszła więc zapowiedź ustąpienia aspiranta do prezydentury z przewodniczenia radzie jednej z najważniejszych polskich spółek – Banku Handlowego.

Można rozpatrywać tę zapowiedź przez pryzmat polityki. Praktyka była dotychczas odmienna. Kandydowali więc na prezydenta piastuni stanowisk państwowych, jak Prezes Rady Ministrów, Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego i Prezes NBP. Stanowisk nie złożyli. Postąpił tak tylko premier, acz dopiero po klęsce wyborczej. Utarła się praktyka, że sprawowanie ważnego urzędu nie przeszkadza w ubieganiu się o inny. Jest to praktyka zła, ale nie o niej piszę.

Na sprawę można spojrzeć także przez pryzmat potrzeby ukształtowania zasad porządku korporacyjnego. Istnieje taka potrzeba. Skoro na rynku idzie o pieniądze, normy postępowania winny być jednoznaczne. Prawo jest w tej kwestii lakoniczne. Precyzuje obowiązki i uprawnienia nadzoru spółek, ale nie mnoży zakazów. Nawet zakaz konkurencji (czyli zajmowania się bez zezwolenia spółki interesami konkurencyjnymi, bądź uczestniczenia w spółce konkurencyjnej w charakterze wspólnika jawnego lub członka władz), bezwzględny wobec członków zarządu spółki akcyjnej, jedynie wyjątkowo dotyczy członków organu nadzoru. „Prezesa” rady nadzorczej kodeks handlowy wspomina raz tylko, mimochodem, w związku z otwarciem obrad walnego zgromadzenia. Funkcję ująłem w cudzysłów, ponieważ w większości statutów pracami rady nadzorczej kieruje „przewodniczący”, natomiast „prezes” kieruje zarządem. O nim kodeks nie wspomina wcale.

Również praktyka niewiele wyjaśni. Członkowie rad nadzorczych, w tym ich przewodniczący, to często osoby aktywne, prowadzące bogatą działalność na rozmaitych niwach. Jest to zjawisko powszechnie uznane za dopuszczalne. Aspirant do urzędu prezydenta też pełni wiele różnych obowiązków. Rozwija nadto, jak kiedyś powiedział, „dobry portfel zamówień na doradztwo”. Obecnie nie łączy praktyki na rzecz podmiotów prawa handlowego z funkcjami publicznymi. Łączył ją w swoim czasie, jako minister spraw zagranicznych i przewodniczący rady nadzorczej Banku Handlowego jeszcze przed jego prywatyzacją. Z tego powodu trafił na listę Cimoszewicza (nie mylić z listą Macierewicza), plon akcji „Czyste ręce” (1994).

Z prawnego punktu widzenia lista Cimoszewicza budziła wątpliwości. Nie rozproszył ich sam Sąd Najwyższy. Dzisiaj Bank Handlowy jest prywatny. Zmienia się w nim struktura własności, rozstrzyga się jego przyszłość. Ma w tym spory udział polityka. Nie przez bank uprawiana, lecz wokół niego i na jego szkodę. Przewodniczący rady rozciągał nad bankiem parasol swojego autorytetu (lub wyobrażał sobie, że tak czyni), by osłonić go przed polityką. Sam, będąc osobą publiczną, postrzegany jest jako polityk o wyjątkowych ambicjach. Zapowiadając zgłoszenie swojej kandydatury na urząd prezydenta, zamyka ten parasol. Zapewne ma świadomość, że nie ochronił nim banku.

Nieuchronnie rodzi się pytanie o rolę polityków w organach spółek prawa handlowego. Czy są oni w stanie wesprzeć spółkę, czy szkodzą jej w gruncie rzeczy? Czego naprawdę potrzebuje spółka: wsparcia politycznego, czy raczej przejrzystości, tak miłej inwestorom? Inwestor ma pieniądze i związane z nimi interesy, a jeżeli ma poglądy polityczne, to trzyma je w innej kieszeni. W jego interesie leży zatem, by nie wikłano spółki w politykę. Ostatnio polityka zaszkodziła kilku polskim bankom, a w ślad za tym polskiemu rynkowi. Polityk w radzie nie jest piorunochronem, gdyż polityczne gromy ściąga nie na siebie, a na spółkę. „Odcinając przeszłość grubą linią” – należy powitać z uznaniem zapowiedź ustąpienia aspiranta do prezydentury z organu spółki publicznej. Odbędzie się to z korzyścią dla niego, dla spółki, a także dla rynku, gdyż stworzy ważny precedens. Oby!

O tym, że spółki trzeba oddzielić od polityki, świadczy postawa prezesa Rafinerii Gdańskiej. Oznajmił on, że nie ubiega się o kolejną kadencję, ponieważ w państwie zdominowanym przez jeden ze związków zawodowych niezbędne jest posiadanie silnego oparcia politycznego, a on go nie ma. Lecz czy polityka jest oparciem fotela, czy raczej fotel daje oparcie politykowi? Natomiast prezes NIK i minister koordynator służb specjalnych zapewne siedzą na taboretach, ponieważ deklarują apolityczność. Akurat oni.

Tekst został ogłoszony 3 kwietnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Drzwi obrotowe [2000]

Częste zmiany w składzie rad nadzorczych rozmywają ich odpowiedzialność. Skarb Państwa nie jest bez winy.

Rady nadzorcze w wielu polskich spółkach są jak drzwi obrotowe. Stale ktoś do nich wchodzi, ktoś wychodzi. Nie korzystają na tym ani spółki, ani akcjonariusze, ani inni uczestnicy rynku. Jest wiele przyczyn ruchu w składzie rad. W spółkach publicznych często zmienia się akcjonariat. Zmiany struktury własności znajdują odzwierciedlenie w układzie sił na walnych zgromadzeniach, a w konsekwencji – w składach rad nadzorczych. To przecież zrozumiałe, że główni inwestorzy chcą, poprzez obsadzenia swoimi ludźmi miejsc w radzie, wpływać na bieg spraw spółki.

Czasem jednak akcjonariat spółki nie uległ liczącym się zmianom, nie zmieniła się sytuacja spółki, a dochodzi do zmian w składzie rady. To główni inwestorzy, mający w radzie nadzorczej swoich przedstawicieli, zmienili kurs wobec spółki. Inaczej niż poprzednio postrzegają swoje interesy, więc powierzają ich realizację innym niż dotąd osobom. Najczęściej domyślam się tego, bowiem rzadko uzasadnia się wnioski o odwołanie z rady. Od biedy można wyobrazić sobie, że inwestor traci zaufanie do swoich ludzi w radzie, lub nie ma przekonania, że potrafią oni wcielać w życie jego zmienioną strategię.

Póki o zmianach w radzie decydują – bezpośrednio, lub nawet pośrednio – względy związane z rynkiem, jak wymienione powyżej, zjawisko to mieści się w ramach norm porządku korporacyjnego. Wszelako, często w spółce nie zmienił się akcjonariat, nikt z inwestorów nie zmienił – nawet o stopień! – kursu wobec spółki, a przecież zmiany w radzie toczą się wartkim tempem. O niektórych decyduje polityka, o innych – powiązania natury biznesowej lub prywatnej, potocznie nazywane „układami”. Polityka i układy szkodzą spółce, a przede wszystkim – rynkowi. Polityka i układy psują rynek. Sprzyjają pladze korupcji i płoszą inwestorów.

Inaczej wyobrażał to sobie ustawodawca. Kodeks handlowy daje nieskrępowaną możliwość odwołania „w każdej chwili” członków zarządów spółek akcyjnych, ale przemilcza kwestię odwoływania członków rad nadzorczych. Znamienne jest porównanie z kodeksową regulacją spółki z ograniczoną odpowiedzialnością: w niej członków organów nadzoru także można odwoływać „w każdej chwili”. Ustawodawca sądził, że rada spółki akcyjnej będzie zmieniać się w rytmie kadencji, zakłócanych najwyżej żądaniem wyborów oddzielnymi grupami. Kodeks handlowy jest jak zarośnięte dawne koryto rzeki, która zmieniła bieg. Życie płynie inaczej niż kodeks. Kadencyjność rady jest już fikcją. Zwołuje się nadzwyczajne walne zgromadzenie, nawet kilka razy w roku, i dokonuje się zmian w składzie rady. Czasem bywa to jedyny powód zwołania NWZ, zaś czasem – przy okazji – załatwia się inne sprawy. Mniejsza o koszty! Furda obraz spółki w oczach akcjonariuszy! Personalia zdają się ważniejsze.

Dochodzi do sytuacji wręcz komicznych. W spółce (giełdowej!) zmieniono skład rady, lecz zanim jeszcze rada w nowym składzie w ogóle zdołała się zebrać – a nie zdołała przez kilka miesięcy – dokonano w niej ponownych zmian. Inna sytuacja: osoba wybrana do rady NFI natychmiast rezygnuje, zasłaniając się jakąś przeszkodą natury formalnoprawnej, a niebawem zostaje wybrana, jakoby już bez tej przeszkody, do rady innego funduszu. Trzeba jednak uzupełnić skład rady w ten sposób zdekompletowanej. Zabawa w kadry toczy się na koszt spółki, czyli – akcjonariuszy…

W wielu spółkach, w tym w spółkach giełdowych, ważnym inwestorem jest Skarb Państwa. Czy usiłuje on odgrywać rolę stabilizującą, czy przeciwstawia się praktyce drzwi obrotowych? Wszak nazbyt częste zmiany w składzie rad rozmywają ich odpowiedzialność… W spółkach, gdzie nie ma konfitur, z ramienia Skarbu Państwa pracują długie lata ci sami kompetentni urzędnicy. W atrakcyjnych spółkach jest inaczej. Należne Skarbowi Państwa miejsca w radach nadzorczych mają obsadę zmienną, zależną od rozgrywek koteryjnych. Polityka kadrowa resortu przypomina nie drzwi obrotowe, ale diabelski młyn. Inni akcjonariusze najwyraźniej mają tego dość. Zatem Skarbowi Państwa coraz częściej nie udaje się odwołać z rad nadzorczych jego przedstawicieli (by ich miejsca padły łupem innych, aktualnie lepiej notowanych), względnie – po udanym odwołaniu na wniosek Skarbu Państwa jego przedstawiciela – obsadzić zwolnione miejsce innym przedstawicielem.

Jest to sytuacja szkodliwa dla rynku. Płynie z niej bowiem czytelne przesłanie dla rzeszy drobnych inwestorów: nie liczcie na Skarb Państwa, że ujmie się za wami, wspomoże waszą pozycję, ponieważ sam traci swoją. Zaś bez mniejszościowych inwestorów – rynek obumrze. A kto zgasi światło?

Artykuł został ogłoszony 20 marca 2000 r. (a więc jeszcze pod rządami powołanego w nim Kodeksu handlowego) w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

 

(CZYTAJ TAKŻE: Rada w przeciągu, 2013.01.17

Tłuste koty [2000]

Czy wkrótce ruszą w teren patrole kontrolujące płace w zarządach spółek Skarbu Państwa?

Może nie jest to powód do chluby, lecz warto odnotować, że pod kolejnym względem dogoniliśmy Zachód. Mamy już rodzime „tłuste koty” – wysoko opłacanych menedżerów, których zarobki budzą kontrowersje. Mamy też, oczywiście, naszą narodową specyfikę. Sięgamy mianowicie po metody administracyjne. Władza wie wszystko lepiej, więc sama ureguluje, ile się komu należy.

Na całym świecie opinia publiczna lubi zaglądać do cudzych portfeli. Puste nikogo nie interesują. Pełne wywołują namiętności. Jednych dręczy pospolita zazdrość, inni przywołują ideały sprawiedliwości społecznej. Świat jednoczy się w powszechnym przekonaniu, że płace menedżerów bywają wygórowane. Z każdego chyba kraju można przytoczyć przykłady szokująco wysokich zarobków prezesów korporacji, a nawet członków zarządów. Brytyjczycy obdarzyli ich obrazowym mianem „tłustych kotów”. Wiadomo: spijają śmietankę, na którą nie zasłużyli ani nakładem pracy, ani wynikami w zarządzaniu, ani ciężarem odpowiedzialności.

Apetyt tłustych kotów próbuje się poskramiać różnymi metodami. Chyba najbardziej skuteczną okazuje się karząca ręka rynku. Akcjonariusze przestają być bierni. W zamian za dobre zarobki – domagają się dobrego zarządzania, które najłatwiej poznać po wynikach. Kiepskie wyniki wróżą, że zarząd rychło znajdzie się w kłopotach. Pod presją akcjonariuszy rady nadzorcze staranniej niż dotąd kształtują składy zarządów i określają ich wynagrodzenie. Jest ono coraz częściej powiązane z wynikami spółek.

Powiązanie to polega na tym, że część wynagrodzenia zarząd pobiera w opcjach, uprawniających do objęcia akcji po określonej cenie. Wzrost wartości akcji owocuje wzrostem wartości opcji. Jak dotąd, ta metoda wynagradzania kadr nie została w Polsce doceniona. Niewiele mamy spółek uczestniczących w obrocie, lub wybierających się na parkiet. Opcja dojrzewa latami, więc wiąże zarząd ze spółką, daje też korzyści podatkowe. Nasi menedżerowie mniej dbają o przyszłe korzyści, niż o doraźne wypłaty w gotówce.

Spółką kręci więc bez reszty rynek, czyli akcjonariusze. Rada nadzorcza, czyli ręka rynku, dobiera spółce zarząd, docenia go i ocenia, a gdyby oceniła go krytycznie – potrafi popędzić mu kota.

Mechanizm rynku nie jest doskonały. Jeszcze gorszy jest jednak brak rynku. Próżnię wypełni władza. Gdzie płac zarządów nie ustala rynek, reguluje je administracja. Jej ręka wcale nie jest protezą ręki rynku, za to jest politycznym narzędziem rozdawnictwa. Rozdaje się stanowiska, bez przypisanej do nich odpowiedzialności. Dla władzy mniej liczy się, za co menedżer zarabia. Bardziej liczy się, ile zarabia, zaś najbardziej, czy jego zarobki spełnią kryteria jakiejś nieokreślonej słuszności.

Wysokość wynagrodzeń tłustych kotów, a w szczególności odpraw kwitujących ich niepowodzenia, to pożywka opinii publicznej. Na tej pożywce chętnie żerują politycy. Niejeden trybun ludu zdobywa głosy wyborców piętnując zawyżone zarobki menedżerów. Lecz tam, gdzie rządzi rynek, polityk nie ma wpływu na poziom wynagrodzeń w prywatnych przecież spółkach. Spółek innych, niż prywatne, jest niewiele, a mechanizmy ustalania płac i obsadzania stanowisk są w nich na tyle przejrzyste, że rugują wpływy polityków.

W polskiej gospodarce w dalszym ciągu mniej rynku, niż polityki. Obsada większości stanowisk jest nadal domeną władzy, czy państwowej, czy samorządowej. Każda partia dysponuje własną pulą. Lecz władza straciła kontrolę nad ustalaniem płac na rozdawanych przez siebie posadach. Można przytaczać rażące przykłady z rozmaitych spółek Skarbu Państwa, lub spółek komunalnych. Najpierw własnymi ludźmi obsadza się rady nadzorcze. Rady potrafią zadbać, by stanowiska w zarządach przypadły komu trzeba. Nie jest to wcale trudne, wystarczy nie zgubić kartki z nazwiskami osób namaszczonych. Wszelako, rady nadzorcze nie są aż tak kompetentne, by powołane przez siebie zarządy właściwie wynagradzać, nie wywołując przy tym zgorszenia powszechnego.

Dlatego rząd, bądź jego ministrowie, pragną sami ustalać zarobki członków zarządów spółek w swojej gestii. Nawet nie dziwię się temu, wszak powołane przez nich z klucza politycznego rady nadzorcze są niekompetentne, więc trzeba je wyręczać. W Polsce panuje wokół tłustych kotów nerwowa atmosfera, przywołująca wspomnienia czasu wojskowych grup operacyjnych i Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej. Może niebawem płacami działaczy samorządowych, dietami radnych, wynagrodzeniami członków zarządów spółek Skarbu Państwa zajmą się bacznie patrole płacowe, wysłane w teren przez władzę, która wsłuchuje się w głos społeczeństwa? Bo w to, że społeczeństwo przemawia jednym głosem, zwątpić nie wolno nikomu.

Artykuł został ogłoszony 6 marca 2000 r. w Magazynie Finansowym, poniedziałkowym wydaniu dziennika Prawo i Gospodarka.

Wytłuszczenia współczesne.