Archiwa tagu: Skarb Państwa

Dlaczego “Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego i co z tego wynika?

  • Rynek jest żywiołem, którego nie można wziąć w karby, narzucać mu decyzji politycznych, wymuszać na nim procesy korzystne dla rządzących;
  • Rynek ma charakter twórczy, kreuje wartości materialne i niematerialne pobudzając rozwój gospodarczy;
  • Im mniej dotkliwa jest obecność państwa w gospodarce, im bardziej roztropne regulacje, tym bardziej korzystne warunki inwestowania na rynku;
  • Rynek rozwija się dzięki silnej własności prywatnej, preferencje dla własności państwa dotkliwie ograniczają swobodną przedsiębiorczość.

Stawką w wyborach jest nie tylko demokracja, także rynek, przedsiębiorczość, inwestycje. Partia nosząca nazwę „Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego, nie rozumie natury przedsiębiorczości, nie sprzyja inwestycjom zagranicznym. Dyskurs publiczny pomija te kwestie, toczy się głownie wokół wydarzeń politycznych, lekceważy sprawy gospodarki, zwłaszcza coraz trudniejsze problemy rynku kapitałowego. A ten więdnie, nie rozwija się, ubywa na nim spółek i pieniędzy, ubywa poszanowania dla zasad corporate governance, bez których kapitał nie napłynie.

Polska transformacja gospodarcza wiele zawdzięcza prywatyzacji niektórych składników majątku państwowego. Objęła ona głównie udziały w przedsiębiorstwach państwowych przekształconych w spółki handlowe. Prywatyzowano ostrożnie i odpłatnie. Ostrożność polegała na udostępnieniu zaledwie części udziałów w większych spółkach wprowadzanych na giełdę; jeszcze po latach Skarb Państwa jest w wielu z nich największym akcjonariuszem. Odpłatność, nie zawsze pełna, co było zrozumiałe w świetle okoliczności, była zaprzeczeniem powszechnego rozdawnictwa, którym objęto uprawnionych pracowników. Czarna propaganda o „złodziejskiej prywatyzacji” wyraża nie tylko brak zrozumienia realiów rynku, także – przede wszystkim – złą wolę, zaślepienie.

Rzecz charakterystyczna: o rzekomo złodziejskim charakterze prywatyzacji głośno mówią na przykład panowie Kaczyński i Jędraszewski – reprezentanci środowisk, które najwięcej uwłaszczyły się na państwowym majątku: Porozumienia Centrum sięgającego po składniki RSW Prasa Książka Ruch (z niego wylęgła się partia „Prawo i Sprawiedliwość”), oraz kościoła rzymsko-katolickiego sięgającego z rozmachem po dobra różnorodne i wszelakie. Przeto prywatyzacja byłaby naganna wtedy, gdy nie ubogaca wspomnianych podmiotów

Z czasem prywatyzacja gasła nie dlatego, że już „nie było czego prywatyzować”, jak głosili politycy różnych orientacji, lecz dlatego, że brakło odwagi stawiania czoło potrzebom rynku kapitałowego i gospodarki w ogóle. Wybitny liberał, gorzko doświadczony posługą w polskim banku należącym podówczas do obcego inwestora, rzucił hasło „udomowienia banków”. Wspomniany bank został z czasem „udomowiony” pod rządami PiS. Dla porządku zaproponowałem sprzedanie udziałów państwa w tym banku przez giełdę, można było uzyskać za nie znacznie więcej, niż wyniosły koszty ich nabycia. Propozycja była nierealna, partii rządzącej chodziło nie o zysk wcale, ale o schronienie dla swoich protegowanych obejmujących, często bez należytych kompetencji, wysoko opłacane stanowiska. Dzisiaj kapitalizacja banku jest znacznie niższa niż w chwili przejęcia, ale za to bank jest polski, narodowy, tromtadrata.

Przyczyną, dla której „Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego, jest przekonanie kierownictwa partii o wyższości własności państwowej nad prywatną. Własność  państwowa czyni partię rządzącą gospodarzem wielu tysięcy posad dla swoich popleczników, oraz dysponentem środków spółek z udziałem państwa na cele polityczne, choćby gospodarczo niedorzeczne, jak Polska Fundacja Narodowa. Własnością państwową można dowolnie sterować, łączyć Orlen z Lotosem i na dodatek z Ruchem, łączyć studia filmowe, by je tym sposobem upaństwowić, łączyć Bank Pekao z Aliorem (taki był zamiar prezesa PiS), aż w rozpaczy zakpiłem, że jeszcze połączą LOT ze spółkami górniczymi, a samoloty przerobią na węgiel.

W notowanych na GPW spółkach z udziałem państwa (mylnie nazywanych przez media „spółkami Skarbu Państwa”) są wprawdzie także inni akcjonariusze, krajowi i zagraniczni, instytucjonalni i prywatni, niekiedy reprezentują oni łącznie przewagę udziałów, czyniąc Skarb Państwa akcjonariuszem mniejszościowym, lecz ich głos „i tak nic nie znaczy”, zły wspólnik ich lekceważy, zniechęca do współwłasności, narusza ich interesy i dobre obyczaje. Nie widzę powodu, by Skarb Państwa korzystał w spółkach ze swoim udziałem z przywilejów nieproporcjonalnych do jego współwłasności, gdyż ze współwłasności tej korzysta niezgodnie z interesami i owych spółek, i ich pozostałych akcjonariuszy.

Konsekwentnie upominam się o dobre praktyki spółek notowanych na GPW. Przygotowałem pierwszy projekt dobrych praktyk (2001), opracowałem podręczniki stosowania kolejnych edycji dobrych praktyk (2008, 2016), starałem się inspirować rynek w kierunku poszanowania dobrych praktyk. Lecz często słyszą argument, że nie rozumiem specyfiki spółek z udziałem Skarbu Państwa, dla których dobre praktyki są nazbyt wymagające. Oraz że dobrze byłoby opracować odrębny zbiór dobrych praktyk dla spółek z udziałem państwa, któremu trzeba pozwolić na więcej. Odpowiadam na to, że jeżeli dobre praktyki są dla państwa krępujące, niewygodne – niech sprzeda ono swoje udziały w spółkach notowanych, co wyjdzie tym spółkom na dobre. Lub niech ogłosi wezwania na akcje owych spółek, skupi je i wycofa z giełdy, niech z czasem upadną w ciszy. Ewentualnie niech państwo otworzy osobną giełdę dla spółek ze swoim udziałem. Wtedy liderzy partii rządzącej będą mogli nawet wyznaczać kursy walorów spółek, jeżeli dowiedzą się, co to akcja, kwotowanie itd.

Można naśmiewać się z polityka usiłującego rządzić państwem w XXI wieku, który nie odróżnia akcji od obligacji. Lecz PiS nie dlatego nie lubi rynku, że go nie rozumie. Nie lubi rynku, bo wie, że rynek jest żywiołem swobody, którym politycy nie zdołają bez reszty zawładnąć. Z tego wynika dążenie ku minimalizacji rynku kapitałowego, ku systematycznemu osłabianiu giełdy, do skierowaniu jej do handlu innymi walorami, niż papiery spółek. Akcjonariuszy ubywa, więc ich potencjał wyborczy jest w sumie niewielki, niestety. Szkoda: nie tak miało być!

Cisza wyborcza na temat corporate governance trwa w Polsce przynajmniej cztery lata

  • W Polsce trwa kampania wyborcza. Żadne z ugrupowań ubiegających się o miejsca w parlamencie nie poświęca należytej troski sprawom rynku kapitałowego;
  • Ostatnie cztery lata upłynęły w polskiej polityce pod znakiem całkowitego braku zainteresowania tematyką corporate governance;
  • Politycy są przerażająco krótkowzroczni: interesują ich wyłącznie wyniki sondaży i władza, brak im szerszego spojrzenia na interesy państwa i społeczeństwa;
  • Państwo demoluje wolny rynek, zawłaszcza spółki ze swoim udziałem, zniechęca inwestycje zagraniczne, staje się Poletkiem Pana Prezesa.

Jedna z partii politycznych zapowiada ogłoszenie Aktu Przywrócenia Demokracji. Chciałbym wzbogacić tę piękną inicjatywę Aktem Ustanowienia w Polsce Ładu Korporacyjnego (czyli corporate governance). Ustanowienia, nie przywrócenia, bo nie wystarczy przywrócić sytuację na rynku kapitałowym do stanu z wybranego okresu lub roku, ponieważ nigdy nie był to stan należyty. Polska transformacja gospodarcza zakładała prywatyzację znacznej części przedsiębiorstw państwowych, w oparciu o własność prywatną uruchomiono giełdę, dzięki giełdzie kapitał zaczął napływać na rynek, sprawy szły w dobrym kierunku. Niebawem jednak opadł zapał reformatorski, prywatyzacja zaczęła wygasać, pojawiły się hasła głoszące potrzebę „udomowienia” banków zdominowanych przez obcy kapitał. A nadto odkrywcze stwierdzenia, że kapitał ma narodowość. Zaczęto głosić potrzebę pielęgnowania „narodowych czempionów” (jedynym prawdziwym czempionem, wiernie wspieranym przez państwo, jest kościół katolicki). Rozpoczęto pełzającą inwazję polityki na Giełdę Papierów Wartościowych. Jej współtwórca, Krzysztof Lis, powiadał, że “giełda zawdzięcza immunitet od polityki opiece Najświętszej Panienki“, lecz Panienka wyjechała na wakacje, a dzisiaj nie ma już do czego wracać.

Nigdzie na świecie temat corporate governance nie dominuje w debatach politycznych ani w kampaniach wyborczych. „Przypadkowy elektorat” (mimo wszystko, wolę ten nieszczęsny epitet od „ciemnego ludu”) nie dba o porządek na rynku kapitałowym, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że od owego porządku zależy pomyślność pokoleń: wzrost gospodarczy, inwestycje, emerytury. Niemniej są politycy, którzy w ostatnich latach sprawom corporate governance poświęcili niemało uwagi.

W Wielkiej Brytanii premier Theresa May nie spełniła pokładanych w niej nadziei, ale pobudziła świadomość potrzeby doskonalenia corporate governance jako paszportu gospodarki w przyszłość: Brytyjczycy pragną zwiększyć konkurencyjność kraju po opuszczeniu Unii poprzez wprowadzenie na swój rynek najwyższych standardów władztwa w korporacjach. Za czasów Theresy May przyjęto nowoczesny 2018 UK Corporate Governance Code, podjęto starania na rzecz wprowadzania pracowników do rad dyrektorów i analizy rozpiętości płac prezesów i pracowników.

W Stanach Zjednoczonych sprawom corporate governance wiele uwagi poświęcają liczne stany zabiegające o zwiększenie udziału kobiet w radach dyrektorów, a na szczeblu federalnym – senator Elizabeth Warren (demokratka z Massachusetts), zabiegająca o nominację swojej partii w wyborach prezydenckich 2020 r. Wprawdzie jej najpoważniejszy rywal twierdzi, że senator jest „niewybieralna”, lecz iluż pretendentów do prezydentury głosiło to samo w 1975 r. na temat Jimmy’ego Cartera, gubernatora Georgii, który wzbogacił zwycięską kampanię prezydencką ideą międzynarodowej ochrony praw człowieka? Politycy najczęściej dbają o słupki poparcia, lecz gdy pomiędzy nich wkracza rzecznik prawdziwych wartości, ma szansę rozgonić konkurentów.

W Polsce ostatnich lat nikt dostatecznie stanowczo nie zabiega o wartości. Cisza na temat corporate governance trwa od lat, bez względu na kolejne kampanie wyborcze. Populizm i rozdawnictwo skutecznie przemawiają do bezideowych mas. Lecz takie postępowanie prowadzi do upadku. Politycy nie są pomni faktu, że rozdawanie pieniędzy jednym wymaga zabierania ich wszystkim, lecz kiedyś, zapewne już wkrótce, skończą się możliwości zabierania pieniędzy społeczeństwu, więc skończy się władza łaskawców. Zapewne pozostanie po nich susza, moc rozczarowań, inflacja i kryzys zadłużenia.

Przez lata usiłowałem walczyć z określeniem „spółki Skarbu Państwa”; są to przecież spółki z udziałem państwa, niekiedy mniejszościowym, ale świadomość tego systematycznie gaśnie, ponieważ państwo nie liczy się ze wspólnikami, lekceważy ich interesy, pozbawia ich prawa współdecydowania o spółkach i ich pieniądzach. Krzyczącym przykładem jest Polska Fundacja Narodowa. Nawet nie chodzi o to, że marnotrawi ona pieniądze, lecz przede wszystkim o to, że pieniądze płyną do niej ze spółek z udziałem Skarbu Państwa bez pytania ich akcjonariuszy o zgodę na takie wydatki. Państwo, które lekceważy swoich wspólników, oszukuje ich na pieniądzach, traci zaufanie.

W państwie Prawa i Sprawiedliwości nie ma miejsca na prywatyzację, na silny rynek kapitałowy, giełdę, corporate governance. Wspomniane zjawiska dałyby Polsce i jej gospodarce rzeczywisty impuls do rozwoju. Gospodarki nie należy zaklinać w slajdach pełnych niedorzecznych założeń. Prezes ma wielką władzę, potrafi łamać prawa, ale praw ekonomii nie zmieni, nie pokona. Tu kończy się jego poletko.

Czytaj także:                                                                                                                                Nie napisałem tu niczego, czego nie głoszę w tym miejscu od blisko 20 lat. Musiałbym przywołać kilkaset tekstów…

 

Jak się dzisiaj zostaje prezesem spółki z udziałem Skarbu Państwa?

  • Nominacje piastunów spółek z udziałem Skarbu Państwa zawsze miały posmak polityczny – współcześnie to już nie posmak, lecz niesmak;
  • Nie są brane pod uwagę interesy spółek i ich akcjonariuszy, liczy się wyłącznie brudny interes polityczny koterii będącej przy władzy;
  • Kiedyś ukułem termin „alotaż”, który nie przebił się – przyćmiło go brutalnie szczere hasło „Teraz, K…wa, My!”;
  • Komu służy udział państwa w spółkach: gospodarce, społeczeństwu, inwestorom, czy grupie trzymającej władzę?

 

 

Dobry dziennikarz poczytnego pisma poprosił mnie kiedyś o wypowiedź na temat, jak można zostać prezesem Orlenu. Wyjaśniłem, że nigdy tego nie wiedziałem (zresztą do dzisiaj nie wiem), ponieważ gdybym wiedział, ubiegałbym się o tę posadę: imponujące zarobki, spora władza, niewielka odpowiedzialność. Oczywiście nie nadaję się na takie stanowisko, lecz nie ma to znaczenia: mogę wymienić kilku, którzy zostawali prezesami, chociaż także nie mieli po temu właściwych kwalifikacji. Przed kilkunastu laty kandydowałem do rady nadzorczej PKN Orlen, zgłosił mnie poważny akcjonariusz, jedna z największych instytucji finansowych. Skarb Państwa uciął moją kandydaturę, ponieważ – jak miał powiedzieć ówczesny szef resortu Wojciech Jasiński – owszem, niech już w radzie będzie niezależny, ale “nasz” niezależny. Nie byłem świadkiem tej wypowiedzi, ale pasuje ona do pana Jasińskiego. W tym czasie inna poważna instytucja finansowa zgłosiła moją kandydaturę do rady nadzorczej PKO Banku Polskiego, a resort Skarbu wystąpił z kandydaturą swojego niezależnego. Wybrano swojego.

Historia PKN Orlen tak bardzo nabrzmiała polityką, że ukułem określenie „Orlenino”, nie bez związku z potworną i zbędną masakrą pod Lenino. Walki o władzę nad spółką przybierały rozmaitą postać. Kiedyś policja polityczna zwinęła prezesa koncernu dzień przed ważnym posiedzeniem rady nadzorczej, co rada odczytała jako zaproszenie do jego odwołania. Innym razem, przez nieuwagę, przewodniczącym rady nadzorczej wybrano Jana Wagę z Kulczyk Holding, firmy będącej podówczas największym po Skarbie Państwa akcjonariuszem spółki. Podobało mi się, że w spółce notowanej to wpływowe stanowisko przypadło inwestorowi innemu niż Skarb Państwa (co nie znaczy, podobał mi się akurat Jan Waga). Niemniej zrobiła się z tego afera, Wagę odwołano, wybrano swojego.

O prezesurze koncernu decyduje polityka. Formalnie prezesa wybiera rada nadzorcza, ona też ustala mu wynagrodzenie (niekiedy czyni to w formie niezgodnej z prawem, co później daje zajęcie prawnikom). Ale skład rady jest stale przedmiotem rozgrywek politycznych. Kiedyś plotkowano, że prezydent Aleksander Kwaśniewski i Jan Kulczyk między sobą uzgodnili skład rady Orlenu w taki sposób, że każdy spisał na kartce swoich kandydatów, po czym zamienili się kartkami. Dzisiaj wiem, iż tak było rzeczywiście. Na walnym zgromadzeniu rząd posłusznie zgłosił kulczykowych, a Kulczyk lojalnie rządowych.  Brzydka sprawa. Lecz przynajmniej wtedy biznes miał, w osobie Jana Kulczyka, znaczący wpływ na spółkę. Dzisiaj nie ma żadnego.

Często podkreślam, że Skarb Państwa ma w Orlenie bezpośrednio mniej niż 30 procent udziału w kapitale, ale przypisał sobie 330 procent władzy nad nim. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest systematyczne oszukiwanie pozostałych akcjonariuszy. Zyski spółki, zamiast do nich, płyną na obce im cele: obrzydliwą kampanię dyskredytowania sądów i sędziów, wspieranie wątpliwych fundacji, finansowanie – poprzez ogłoszenia – wielkimi pieniędzmi zdychających pism. Finansowanie kongresów, rzekomo gospodarczych, w istocie służących propagandzie. Zaciera się różnica między wydatkami z budżetu państwa, a tymi wymuszanymi na spółkach z udziałem państwa. Budżet nie finansuje jachtu mającego sławić Niepodległą, ani Różańca do granic. Czynią to spółki z udziałem państwa, nie pytając akcjonariuszy o zgodę.

Trudno określić zakres kwalifikacji, jakie należy posiadać na stanowisku prezesa. Najlepiej świadczy o nich, gdy po odejściu z funkcji były prezes znajduje dobrą pracę w sektorze prywatnym. Przykładem Igor Chalupec – chociaż z Ruchem mu nie wyszło. Dał sobie radę mec. Jacek Walczykowski, wybrany w akcie rozpaczy, kiedy rada nadzorcza nie potrafiła dojść do porozumienia, został zdyskwalifikowany przez ministra Jacka Sochę, któremu nie spodobało się wybieranie prezesa o 5. nad ranem. Walczykowski zdobył sławę w Elektrimie, spółce głośnej z afer, ale akurat za nim ten smród się nie ciągnął. Lecz Socha był nie tylko dobrym ministrem Skarbu, także jednym z twórców rynku i dobrze go rozumiał.

Piotr Kownacki zawdzięczał prezesurę Orlenu współpracy z Lechem Kaczyńskim, Wojciech Jasiński zawdzięczał ją współpracy z Jarosławem Kaczyńskim. U obu trudno było dostrzec dostateczne kwalifikacje do zarządzania firmą o europejskich aspiracjach. Ostatnio Bianka Mikołajewska wyliczyła, że Jasiński zarobił w Orlenie 4 973 000 zł, co dało, w przeliczeniu na miesiące, wynagrodzenie w kwocie 191 000 zł. Także nominacja Daniela Obajtka miała charakter polityczny. Przyszedł on do koncernu z gotową listą osób, których należy wyrzucić. Nie znając spółki, sam jej nie sporządził, dostał ją od kogoś, kto go wynajął do brudnej roboty.

Państwo jako widzialna ręka rynki czyni więcej szkód, niż pożytków. Jego udział w podmiotach gospodarczych ma więcej wad, niż zalet. Niekoniecznie służy gospodarce, społeczeństwu, inwestorom. Obecnie najbardziej służy grupie trzymającej władzę.

Czytaj także: odstępując do rekomendowania poszczególnych tekstów, zalecam wpisywanie do okienka wyszukiwarki haseł Orlen i alotaż. Wysypie się kilkadziesiąt tytułów.

 

Dywidendy TAK, ale może z pominięciem Skarbu Państwa?

Kto nie potrafi podzielić się władzą w państwie, nie będzie dzielił się nią i w spółkach kapitałowych. Idzie za tym niechęć do dzielenia się zyskami spółek mających także innych akcjonariuszy. Ja dopatruję się nawet niechęci do osiągania przez te spółki zysków. Pieniądze można z nich przecież wyciągnąć innymi kanałami, niedostępnymi dla akcjonariuszy:
• Nakładając na spółkę zadania mogące przynosić straty – vide statut PGNiG;
• Skłaniając spółki do inwestycji służących bezpieczeństwu energetycznemu, z których inny niż Skarb Państwa akcjonariusz pożytków nie odniesie – przykładem spółki energetyczne;
• Posługując się podatkiem od kopalin – przykładem KGHM Polska Miedź; podatek nie objął natomiast górnictwa węglowego, za czym stanęły racje polityczne;
• Pobierając daninę z tytułu przeniesienia części środków spółki z kapitału zapasowego na kapitał zakładowy – przykładem PGE; towarzyszyły temu durne zapewnienia o korzyści akcjonariatu, a efektem jest groźba utraty przez spółkę zdolności emisyjnej.

Dlatego nie ma sensu uczestniczenie w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Nieważne, czy państwo ma w spółce większość, czy mniejszość udziałów; ono z reguły zignoruje przecież wspólników i ich prawa. Skarb Państwa posiada bezpośrednio po ok. 30% kapitału KGHM Polska Miedź lub PKN Orlen, lecz zachowuje się, jak gdyby posiadał aż 330%. W spółkach energetycznych Skarb Państwa dysponuje udziałami większościowymi, przeto tym bardziej nie lubi dzielić się zyskami z resztą akcjonariatu.

O podziale wypracowanego przez spółkę akcyjną zysku netto decydują jej akcjonariusze na walnym zgromadzeniu. Nie ciąży na nich obowiązek przeznaczenia zysku, w całości lub części, na wypłatę dywidendy. Mogą oni bowiem obrócić go na inne cele, jak inwestycje lub przejęcie innej spółki. Wobec tego nie wymaga się od spółek corocznej wypłaty dywidendy, wymaga się natomiast jasnej polityki dywidendowej. Przewidywalności zachowań organów spółki i akcjonariatu w kwestii gospodarowania zyskiem.

Zwiększeniu przewidywalności spółek z udziałem Skarbu Państwa służą oświadczenia min. Krzysztofa Tchórzewskiego o konieczności „trzymania się niskich dywidend” ze spółek energetycznych. W latach 2015–2017 dało to, zdaniem ministra, prawie 18 mld zł „oszczędności”. Tak samo ma być w następnych latach. Nie podoba się to „spekulantom”, ale niektórym inwestorom – owszem (być może chodzi o inne spółki z udziałem Skarbu Państwa).

Niełatwo znaleźć dobre wyjście z sytuacji, gdy kapitały wielu inwestorów pracują w spółkach, które zapowiadają działanie wbrew dobrym obyczajom (a dobrym obyczajem jest bezsprzecznie wypłata dywidendy), mające na celu pokrzywdzenie akcjonariuszy. Obecnie państwa nie stać na wykupienie akcji tych inwestorów. Może ono odczekać, aż wartość tych akcji spadnie, co przy takim zarządzaniu, takimi kadrami, wydaje się całkiem możliwe – i wtedy skupować akcje po znacznie niższych cenach, bliskich przyszłej wartości godziwej. Może ono także ograniczyć wydatki spółek na wypłatę dywidend, wyłączając Skarb Państwa z grona akcjonariuszy uprawnionych do dywidendy. W ten sposób pozostali udziałowcy otrzymaliby częściową przynajmniej rekompensatę z tytułu zaangażowania środków spółek na cele inne niż najbardziej uzasadnione ekonomicznie.

Zdaję sobie sprawę, że taka koncepcja dywidendy wyrównawczej, rekompensującej utratę korzyści akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, nie zmieści się w wielu głowach. Pieniądze wypłacane przez spółki tytułem dywidend trafiłyby do kieszeni inwestorów, a przecież państwo woli, żeby trafiły do biednych, dokładając zresztą wielu starań, by liczbę biednych pomnożyć.

Czytaj także, m.in.
2016.10.02 Rozwój i zaufanie
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2016.02.06 Przez dywidendę do wartości
2016.02.23 Spółki pod trzema dopustami
2013.07.03 Dobry obyczaj: wypłata dywidendy
2013.05.23 Parcie na dywidendę

“Pański głos i tak nic nie znaczy” w spółce z udziałem Skarbu Państwa

PGNiG SA, notowana na GPW spółka z udziałem Skarbu Państwa, mająca niezaprzeczalnie znaczenie strategiczne, zwołuje na 21 października b.r. nadzwyczajne walne zgromadzenie z jednym merytorycznym punktem porządku obrad. Jest nim zmiana statutu spółki polegająca na dodaniu doń jednego słowa i kosmetyczną zmianę drugiego. Chodzi o postanowienia § 17 ust. 2 pkt 2 statutu, przewidujące iż akcjonariusz Skarb Państwa … wyraża, w formie pisemnej, zgodę … „na realizację strategicznych przedsięwzięć inwestycyjnych lub udział Spółki w przedsięwzięciach inwestycyjnych trwale lub przejściowo pogarszających efektywność ekonomicznej działalności Spółki, ale koniecznych dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Polski” (podkreślenie moje – ASN). Proponowana zmiana polega jedynie na zastąpieniu podkreślonych słów sformułowaniem „mogących trwale lub przejściowo pogorszyć” – i dalej jak poprzednio.

Projekt uchwały w tej kwestii został uzupełniony lakonicznym uzasadnieniem o treści: „Proponowana zmiana Statutu Spółki ma charakter doprecyzowujący. Celem jej wprowadzenia jest usprawnienie funkcjonowania Spółki oraz sprawowania nadzoru przez Ministerstwo Energii”. Uważam, że nie ma potrzeby dokonywania tu wykładni noweli statutu ani uzasadnienia. Czytelnik może wszystko sam sobie dopowiedzieć.

Wątpliwości może budzić kwestia podejmowania przez spółkę publiczną, z udziałem akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, przedsięwzięć inwestycyjnych mogących trwale lub przejściowo pogorszyć efektywność spółki. Dlaczego akcjonariusze mieliby uczestniczyć w finansowaniu takich przedsięwzięć? Zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego Polski jest zadaniem państwa, nie drobnych akcjonariuszy spółki publicznej. Nie brak opinii, że Skarb Państwa powinien na godziwych zasadach spłacić pozostałych akcjonariuszy i wycofać spółkę z obrotu. Spotkałem się wszakże z twierdzeniem, iż Skarb Państwa nie czyni tego w obawie przed spadkiem kapitalizacji GPW. Osobliwy to pogląd, wszak gdyby państwu zależało na kapitalizacji warszawskiej giełdy, mogłoby ją wielokrotnie zwiększyć poprzez prywatyzację należącego doń majątku.

Sprawa nie jest nowa. Poprawiany obecnie przepis został wprowadzony do statutu PGNiG w październiku 2006 r. Dziennik Rzeczpospolita alarmował wówczas, że spółka „będzie mogła wydawać setki milionów złotych na nierentowne inwestycje”. Prawnicy, z którymi gazeta rozmawiała, krytykowali takie rozwiązanie („to horror, rażące naruszenie przepisów kodeksu spółek handlowych i reguł prawa unijnego”), ale nie pod nazwiskiem. „Nawet były szef giełdy Wiesław Rozłucki i obecny szef Ludwik Sobolewski odmówili skomentowania sprawy, choć dotyczy jednej z największych polskich firm notowanych na warszawskim parkiecie” – ujawniła gazeta. Dzisiaj prawnikom łatwiej o odwagę.

Nie odczuwam przemożnej potrzeby krytykowania przepisu uchwalonego przed 11 laty, a obecnie poddawanego kosmetycznej, raczej zbędnej, zmianie. Pragnę zwrócić uwagę na dwa niepokojące zjawiska:

* Po pierwsze, PGNiG SA źle czuje się w skórze swojego statutu, skoro tak często ulega on zmianom;
* Po drugie, spółka lekceważy swoich akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, skoro tak często, bez przemożnej potrzeby, zwołuje nadzwyczajne walne zgromadzenia, także w sprawie zmian statutu.

Kilka faktów na poparcie moich tez. Ostatnio statut PGNiG zmieniany był kilkakrotnie. Zmian dokonało zwyczajne walne zgromadzenie 28 czerwca 2016 r., po czym 12 września 2016 r. rada nadzorcza ustaliła jednolity tekst statutu. Wyjątkowo zmian nie dokonało nadzwyczajne walne obradujące 25 sierpnia i 9 września, ale już kolejne NWZ 24 listopada wprowadziło zmiany do statutu. 15 marca 2017 r. rada nadzorcza ustaliła tekst jednolity, acz nie na długo, ponieważ 28 czerwca 2017 r. zwyczajne walne zgromadzenie dokonało głębokich zmian w tekście statutu. 1 września b.r. rada nadzorcza po raz kolejny ustaliła tekst jednolity, aliści niespełna dwa tygodnie później, 13 września, kolejne nadzwyczajne walne dokonało kolejnych głębokich zmian statutu. Nie ma znaczenia, że nadchodząca zmiana będzie w istocie nieznaczna: dominujący akcjonariusz nie szanuje spółki ani jej statutu.

Nadzwyczajnych walnych zgromadzeń nie należy zwoływać bez istotnej po temu potrzeby. Spółki nie biorą pod uwagę sytuacji akcjonariuszy: ile razy w roku musiałby indywidualny akcjonariusz przyjeżdżać na obrady? Ponosić związane z tym trudy i koszty? Przeto udział indywidualnych akcjonariuszy w nadzwyczajnych walnych zgromadzeniach jest znikomy. Dźwięczą im pewnie w uszach słowa niesławnego prokuratora Piotrowicza wypowiedziane w parlamencie do posła opozycji: „Pański głos i tak nic nie znaczy”. Akcjonariusz mógłby wnieść skuteczny sprzeciw względem uchwały o finansowaniu przez spółkę niedorzecznej oszczerczej kampanii mającej siać nienawiść do sędziów orzekających w imieniu Rzeczypospolitej – lecz takich uchwał walne zgromadzenia nie podejmują, pieniądze wyciekają cicho, wstydliwie.

Na koniec ciekawostka: w październiku 2006 r., kiedy do statutu wprowadzono wspomniany przepis, kurs spółki wynosił 3,35 zł. Wczoraj notowania zamknęły się na poziomie 6,65 zł. Jak widać, inwestorzy nie przejmują się moją pisaniną…

Czytaj także inne wpisy z wzmiankami na temat PGNiG:

2017.01.21 Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa
2014.05.12 Outsourcing głupoty
2006.02.13 Tsunami

Inwestowanie w czasach zarazy

Od zarania transformacji gospodarczej interesuję się spółkami z udziałem Skarbu Państwa, od kilkunastu lat piszę o nich często, podpisuję swoje teksty mianem eksperta corporate governance, ale nie potrafiłem udzielić prawidłowych odpowiedzi na wszystkie pytania quizu ogłoszonego niedawno przez portal Bankier.pl i pb.pl (Puls Biznesu). Quiz dotyczył kwestii, kto kieruje „spółkami Skarbu Państwa” – w istocie chodziło o spółki z udziałem Skarbu Państwa, pytano o dziesięć spółek tylko, co ośmieliło mnie do podjęcia próby odpowiedzenia na pytania, mimo iż ostrzegano, że quiz jest wyjątkowo trudny. Należało wybierać jedną z czterech podpowiedzi. Każdy bez trudu wskaże, że PKO Bankiem Polskim kieruje Zbigniew Jagiełło, na polskim rynku poniekąd jest on jak Noe, bo jeszcze przedpotopowy. Nie sprawiło mi trudności wskazanie prezesa Orlenu, pisałem o nim z niemałym zdziwieniem, że dostał tę posadę w obliczu skromnych kwalifikacji i doświadczeń. Na osiem pozostałych pytań odpowiedziałem poprawnie w siedmiu przypadkach, za każdym razem wysilając pamięć, czy prezes powołany na stanowisko przed kilku zaledwie miesiącami pełni aby ową funkcję nadal. Podpowiadane do wyboru nazwiska byłego prezesa, jeszcze bardziej byłego, oraz – oczywiście – obecnego nic mi nie mówiły, ich nosiciele nie wyróżniają się na rynku jakimiś przymiotami godnymi zapamiętania. I zanim dadzą się poznać, są gorączkowo zwalniani.

Przywykłem nazywać to zjawisko drzwiami obrotowymi: ktoś wchodzi do zarządu lub rady nadzorczej spółki, pokręci się przez chwilę – i wychodzi, za sprawą odwołania lub rezygnacji. W spółkach z udziałem Skarbu Państwa praktyka drzwi obrotowych przybiera w ostatnim okresie zatrważające rozmiary. Media usiłują objaśniać przyczyny ważniejszych ruchów kadrowych tarciami wśród rządzących, podobno zwalczają się partyjne koterie, a Mordor z Nowogrodzkiej już traci nad wszystkim kontrolę. Lecz nie przyczyny się liczą, a skutki. Menedżerowie sadzani na karuzeli kadrowej i brutalnie z niej strąceni zanim zdążyli pokazać co potrafią, są traktowani podle, nawet po dwakroć podle. Raz, że objęli posady w zatrutej aurze „dobrej zmiany”, bez racjonalnych powodów przemawiających za ich powoływaniem na ważne stanowiska, dwa – że wkrótce zostali zmieceni z tych stanowisk bez jasnych po temu powodów, często także bez absolutorium. Za kompetentnych uważano ich przez chwilę, ale rychło ich zdemaskowano.

Zbyt wiele dokonuje się zmian, zapewne przypadkowych, w zarządach i radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa. Najbardziej pokrzywdzonymi są nie menedżerowie, a inwestorzy oraz ich pieniądze. Inwestowanie zawsze wiąże się z ryzykiem, lecz tu napotykamy ryzyko niepojęte: nie ma sensownych racji dla awanturniczej polityki kadrowej Skarbu Państwa, nie przemawiają za nią żadne argumenty. Kraj ogarnęła zaraza. W kręceniu drzwiami obrotowymi dostrzegam tę samą paranoję, która przenika obronność, politykę zagraniczną, niszczenie konstytucji i niezawisłego sądownictwa, wycinkę drzew, deformę oświaty. I tak dalej, dalej, dalej. W obliczu powagi tych spraw blednie znaczenie tej, o którą się dopominam, czyli corporate governance. Odnoszę wrażenie, że nie czas żałować dobrych praktyk, gdy dochodzi do dewastacji państwa, obrazy demokracji, wywracania na opak etyki, promowania zakłamania w życiu publicznym. Niemniej poczuwam się do obowiązku głoszenia wartości płynących dla rynku z poszanowania interesów spółek, ich piastunów i akcjonariuszy.

Te wartości są dzisiaj deptane. Przywódca partii rządzącej oświadcza, że rozwój gospodarczy kraju liczy się mniej niż dążenia do przebudowy państwa w duchu narodowego populizmu i na szkodę społeczeństwa. Wielu ludzi deklaruje poparcie dla tej mrocznej ideologii. Widoczna ręka rynku, czyli państwo, działa nieporadnie i na oślep. Pieniądz nie lubi takiej atmosfery. Prędzej lub później odpłynie na zdrowsze, bardziej bezpieczne rynki. Nasz był obiecujący, lecz polityka wydziera mu serce. Pozbawionym corporate governance spółkom z udziałem Skarbu Państwa nieuchronnie przyjdzie mierzyć się z kłopotami. Stracą zaufanie inwestorów. Z nich zaraza braku zaufania może rozlać się szeroko. Inwestorzy – nie tylko zagraniczni, także krajowi, którzy uzyskują możliwości lokowania kapitału w innych krajach – zadają sobie pytania: Czy polski rynek nadal należy do wschodzących? Czy jest obiecujący? Czy budzi zaufanie? Czy brak praworządności nie rodzi nadmiernego zagrożenia dla inwestycji? Dlaczego Polska przestała być krajem obliczalnym, przewidywalnym, odpowiedzialnym?
Czytaj także, między innymi:
2016.10.02 Rozwój i zaufanie
2015.02.17 Widoczna ręka rynku

“Pan Właściciel”, ornamentariusze, oraz kwestia odpowiedzialności

Niedawno (13 lutego) czytałem w „Parkiecie” arcyciekawy tekst Macieja Bitnera i Macieja Bukowskiego. Przyniósł on wartościowe propozycje ożywienia polskiego rynku kapitałowego; mniejsza, czy realne w obliczu agresywnie antyrynkowej polityki rządu. Skupię się na jednym ze spostrzeżeń: „co czwarta spółka notowana na GPW ma bardzo poważny problem z nadużywaniem pozycji (przez – ASN) akcjonariusza dominującego. Dotyczy to zarówno przedsiębiorstw, których głównym udziałowcem jest Skarb Państwa, jak wielu spółek prywatnych. Rozwiązaniu tego problemu sprzyjałoby ułatwienie akcjonariuszom składania pozwów o działanie na szkodę spółki”.

Rzeczywiście, Skarb Państwa często nadużywa swojej pozycji wobec pozostałych akcjonariuszy spółek z jego udziałem, co może doprowadzić te spółki do katastrofy, a rynek do uwiądu. Dominującej pozycji nadużywa też niejeden „właściciel spółki”: tak właśnie przedstawiają się publicznie niektórzy inwestorzy… Zdarza się także, że ktoś z tego grona obrzuci akcjonariuszy spółki z jego udziałem mianem „spekulantów i troglodytów”. Mniej gorszą mnie epitety, bardziej bezkarne przypadki działania na szkodę spółki, w przekonaniu inwestora – „własnej”.

Z tematem koresponduje świeży przypadek z USA. „Panem Właścicielem” jest Edward S. (Eddie) Lampert, posiadający bezpośrednio i poprzez kontrolowany przezeń fundusz hedgingowy ESL Investment dominujący udział w Sears Holding zarządzającym tysiącami placówek handlowych w USA, w tym sklepami Kmart. Jako CEO Lampert wyznaje osobliwą filozofię zarządzania: kontaktuje się z podwładnymi wyłącznie w formie telekonferencji (siedziba koncernu mieści się w Illinois, on sam najczęściej przebywa na Florydzie), jest arogancki i zarozumiały. Rzecz w tym, ze zdaniem mniejszościowych akcjonariuszy, Lampert działa na niekorzyść spółki.

Rażącym przykładem konfliktu interesów była transakcja sprzedaży przez Sears 235 placówek handlowych w najlepszych lokalizacjach – i wynajętych następnie przez koncern – funduszowi nieruchomości (REIT) Seritage Growth Properties. Dało to sprzedającemu upragniony przypływ gotówki (2,7 mld USD), ale dało też asumpt do stawiania Lampertowi zarzutów konfliktu interesów i asset stripping – słusznych, skoro występował on jednocześnie po obu stronach transakcji. Lampert i fundusz nazwany jego inicjałami mają ponad 54% akcji Sears Holding i 43% akcji Seritage. Co ważne, szemranej transakcji udzieliła wsparcia rada dyrektorów Sears złożona z biernych ornamentariuszy – jednym z nich był Steven T. Mnuchin, nominowany przez prezydenta Trumpa na stanowisko sekretarza Skarbu. Akcjonariusze Sears wystąpili z pozwem, zarzucając piastunom holdingu działanie na jego niekorzyść poprzez wyprzedaż „klejnotów koronnych”. Zawarto ugodę, na mocy której Lampert i członkowie rady dyrektorów Sears wypłacą spółce 40 mln USD; wymaga ona jeszcze zatwierdzenia przez Court of Chancery stanu Delaware.

Nasz system prawny nie sprzyja takim rozwiązaniom, przeto nie dziwi postulat dwóch Maciejów dotyczący ułatwienia akcjonariuszom postępowania w sprawie działania przez piastunów spółki na jej szkodę. Przykłady konfliktu interesów i występowania przez „Pana Właściciela” po obu stronach transakcji znane są także z polskiego rynku: ot, dominujący akcjonariusz ma zbędne nieruchomości, więc sprzedaje je „swojej” spółce. Lub wyprowadza z niej cenne aktywa. Ma przy tym prawo za nic, czemu trudno się dziwić. Postępowanie przed sądami lub Komisją Nadzoru Finansowego trwa długo, jest opieszałe. Brytyjczycy powiadają:justice delayed is justice denied, co ładnie się rymuje, a w istocie oznacza iż sprawiedliwość opieszała jest jej zaprzeczeniem.

Zresztą akcjonariat bywa słaby. Chlubą polskiego rynku jest Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, ale jego zdolność procesowa jest naturalnie niewielka. Inwestorzy instytucjonalni niechętnie wikłają się w spory. Zanim ruszy procedura, musi być podmiot gotowy do jej uruchomienia… Niestety, nasza kultura prawna – a raczej jej brak! – nie sprzyja polubownemu załatwianiu sporów. Znowu odwołam się do mądrości Brytyjczyków: bad settlement is better than a good judgement, nawet kiepska ugoda bywa lepsza od dobrego wyroku. My wszakże ugód nie cenimy, wolimy iść w zaparte: apelacje, kasacje, groźby wniesienia prawomocnie osądzonej sprawy do Strasbourga, Hagi; czemuż nie do Caipirinhi?

Podobieństwo między sytuacją w Stanach i w Polsce znajduję jednak w praktyce obsadzania rad nadzorczych (tam rad dyrektorów) ornamentariuszami. Sprzedają oni nadzorowanej spółce swoje nazwiska opromienione wcześniejszymi dokonaniami, czasem podzielą się doświadczeniami, ale ani czasu, ani pasji już jej nie poświęcą. Wzbogacą stronę internetową spółki, ale już nie ją samą, ani jej akcjonariat. Tam przynajmniej bywa, że ścigają ich pozwy akcjonariuszy, ponoszą odpowiedzialność. U nas trwa cisza przed burzą. Wierzę, że burza nadejdzie, oczyści atmosferę.

Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa

Kurs KGHM rwie na północ, ostatnio rośnie nawet PZU, moje biuro maklerskie zaleca kupno akcji m.in. PKO BP, PGNiG, PZU oraz akumulowanie walorów Energy, Tauronu, KGHM. Lecz ja jestem niedzisiejszym starszym panem i odżegnuję się od interesów ze Skarbem Państwa, a już szczególnie od inwestowania w spółki z jego udziałem. Albowiem nie ma „spółek Skarbu Państwa”, to niesympatyczny skrót myślowy. Są spółki, w których Skarb Państwa ma udział większościowy albo mniejszościowy, co przecież nie ma znaczenia: ileż razy ze zgorszeniem wskazywałem, że nawet w spółce, w której Skarb Państwa ma niespełna 30 procent kapitału zachowuje się on tak, jak gdyby miał 330 procent! Zawłaszczono więc nie tylko terminologię, także władztwo w spółkach.

Na postawione w tytule pytanie odpowiedź jest całkiem prosta: otóż żywię głębokie przekonanie, że jako akcjonariusz spółki z udziałem państwa zostałbym oszukany. Mali mogą wchodzić w relacje gospodarcze z dużymi, lecz na uczciwych zasadach. Takie zasady nie są dzisiaj praktykowane. Zostałem oszukany jako obywatel, skoro parlament nie potrafił uczciwie uchwalić budżetu. Oraz jako podatnik uczciwie dostarczający państwu środków wydawanych przezeń nieroztropnie. Nie zostałem oszukany jako uczestnik Otwartego Funduszu Emerytalnego wyłącznie z tego powodu, że z racji wieku nie zostałem objęty reformą emerytalną. Natomiast jako inwestor nie dam się oszukiwać, ponieważ na rynku mam prawa, których odebrać sobie nie pozwolę – dopóki rynek trwa.

Rekomendowane przez maklerów blue chips to w istocie blue cheats, antyrynkowe mutanty na służbie polityków. To oni zabiegają o tzw. repolonizację banków, czyli nacjonalizację, dla wykorzystywania ich potencjału w celach politycznych. Istnieją obawy, że kredyty popłyną nie do tych, którzy rokują spłatę, a „do tych, którzy zasłużyli” (czego domagał się niegdyś Jarosław Kaczyński). Ponadto: czy ktoś obliczył, ile stanowisk otrzyma do obsady partia rządząca po ostatecznym przejęciu Banku Pekao? Puls Biznesu od czasu do czasu ogłasza listę posad obsadzonych na rynku przez nominatów partii politycznych. Nad listą protegowanych przez PO i PSL oburzali się kiedyś obłudnie politycy PiS: Dawid Jackiewicz (był taki) i Mariusz Błaszczak (jeszcze jest). Ogłoszona ostatnio lista nominatów PIS i przystawek (tzw. sPiS zasobów własnych) zawiera ponad tysiąc nazwisk. Nie wszyscy z listy wstydu są do niczego, chociaż większość jest – lecz nawet wymienione tam osoby kompetentne stały się ofiarami zatrutej w kraju aury.

Ze spółek z udziałem Skarbu Państwa wyciskane są przez rząd pieniądze obracane na cele bez związku z przedmiotem działalności tych spółek. Zrobiono zrzutkę na Polską Fundację Narodową o mętnym posłannictwie. Ministerstwo Skarbu komunikowało: „Czempioni łączą siły w budowaniu nowego wizerunku polskiej gospodarki”. Wcześniejszy wizerunek gospodarki był wprawdzie lepszy, natomiast tu chodzi o obronę osobliwych metod rządzenia krajem. Lecz tego nie da się obronić za żadne pieniądze, nawet wydatkowane na szkodę inwestorów mniejszościowych. Zarządom spółek z udziałem Skarbu Państwa wyznacza się, gdzie wolno lokować ogłoszenia, jakie tytuły prasowe należy prenumerować, komu należy powierzać kolportaż przesyłek i listów, jakie inicjatywy wspierać, jakie obrzydzać.

Co gorzej: zarządom spółek z udziałem Skarbu Państwa wyznacza się cele inwestycyjne odległe od strategicznych interesów spółek i ich akcjonariatów. W niektórych spółkach otwarcie dąży się do ograniczenia dywidendy, co uderza mniejszość po kieszeni. Tę mniejszą mniejszość, czyli inwestorów indywidualnych. Instytucjonalni, gotowi skutecznie walczyć o prawa mniejszości w innych spółkach, są wobec Skarbu Państwa zadziwiająco potulni. Niektóre decyzje „właściciela” wyrządzają spółkom trwałą szkodę. Najbardziej wymownym przykładem grania akcjonariuszom na nosie było przeniesienie części kapitału zapasowego pewnej spółki na kapitał zakładowy. Niby nic się nie zmieniło, spółce nie przybyło, ale pieniędzy ubyło z niej sporo, poszły na podatek od tej ekscentrycznej operacji, a przy okazji trwale ograniczono zdolność emisyjną spółki. Wiele spółek z udziałem Skarbu Państwa już tej zdolności nie ma.

W interesie rynku leży niezbędna stabilizacja kadr zarządzających spółkami i nadzorujących je. Niestety, kadencyjność nie jest w poszanowaniu. Niesławnej pamięci minister Jackiewicz pouczał menedżerów, że nie mogą być pewni swoich posad. Wymieniał ich po uważaniu, nie bacząc kwalifikacji, doświadczenia, walorów etycznych swoich nominatów. W takim samym stylu wymienia się jego ludzi na innych, a i tych innych zapewne wkrótce wymiotą na czysto. W taki sposób nie uzyska się oczekiwanych wyników. Od rad nadzorczych nie oczekuje się wcale sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółek we wszystkich dziedzinach ich działalności; ważna jest dyspozycyjność polityczna, gotowość do sprawnego wyrzucania wskazanych członków zarządów. Zwołuje się nadzwyczajne walne zgromadzenie poważnej spółki, by dokonać kolejnych zmian w składzie rady, po czym odracza się obrady na trzy tygodnie: to skrajna amatorszczyzna, ludzie rynku tak nie postępują.

Od nadejścia „dobrej zmiany” w spółkach z udziałem Skarbu Państwa nie respektuje się Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW. Dobre praktyki naprawdę są dobre, natomiast „dobra zmiana” niekoniecznie. Doświadczenia płynące z wieloletniej obserwacji rynków kapitałowych skłaniają mnie do poparcia opinii licznych znawców zagadnienia, że spółki bez corporate governance wcześniej czy później ugrzęzną w kłopotach. I raczej wcześniej niż później. Wynika z tego, że spółki z udziałem Skarbu Państwa mogą poważnie ucierpieć z powodu nieudolnego władztwa polityków. Nie mam ochoty do tego dopłacać. Niestety i tak ucierpię, kiedy podniosą podatki.

Czytaj także:
2015.12.12 Owoce zatrutej aury
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2016.10.10 O pułapce utraty zdolności emisyjnej

Rozwój i zaufanie

Trudno nie protestować w obliczu jawnego szachrajstwa, jakim jest podniesienie kapitału zakładowego spółki z udziałem Skarbu Państwa poprzez papierowe podwyższenie wartości nominalnej akcji.

Rozwój i zaufanie to zjawiska pozornie odlegle, lecz napędzające się nawzajem. Zaufanie sprzyja rozwojowi, a rozwój – zaufaniu. Współczesna Polska rozbrzmiewa tekstami o rozwoju, w dodatku odpowiedzialnym, ale zaufania nie przybywa. Na rynku kapitałowym zaczynem zaufania są zasady corporate governance. Nie służy im formuła przewidująca prymat polityki nad prawem i ekonomią. Corporate governance jest przymiotem systemów demokratycznych przywiązanych do poszanowania praw wszystkich akcjonariuszy. W dzisiejszej Polsce mamy do czynienia z regresem corporate governance. Oto kilka przyczyn tej sytuacji.

Polityka destabilizuje konstytucyjne ramy ustrojowe. Trudno wymagać od spółek i ich akcjonariatów szacunku dla dobrych praktyk, skoro organy państwa systematycznie naruszają prawo. Polityka godzi także w podstawy ekonomii. Spółkom z udziałem państwa powierza się zadania polityczne, ekonomicznie nieuzasadnione, jak wspieranie własnymi środkami strukturalnie deficytowych kopalni węgla kamiennego, bądź tzw. „repolonizację” systemu bankowego. Partia rządząca wymiata na czysto zarządy i rady nadzorcze spółek z udziałem państwa, nawet gdy jest to udział mniejszościowy, by obsadzić je swoimi ludźmi, nie biorąc pod uwagę ich doświadczenia lub kwalifikacji. Wyrzucanym z posad menedżerom odbiera się, lub utrudnia, możliwość znalezienia nowej pracy, pozbawiając ich absolutoriów – bez ujawniania powodów takiego traktowania. Jest to nie tylko polityczny odwet mściwych nieudaczników na zdolniejszych poprzednikach. Takie postępowanie nosi znamiona naruszającej prawo i moralność dyskryminacji rzekomych „komunistów i złodziei”, „osób gorszego sortu”. Nadejdzie dzień zapłaty za takie postępowanie, więc znowu stracimy wszyscy.

Podstawą rynku kapitałowego jest powszechna umowa społeczna przewidująca, że spółki działają w celu osiągnięcia zysku, a zysk – jeżeli nie jest obracany na potrzeby spółki – podlega uczciwemu podziałowi między akcjonariuszy. Nie protestowałem, kiedy na KGHM nałożono podatek od kopalin; są one od stuleci domeną państwa, zatem akcjonariusze powinni się z tym liczyć. Lecz trudno nie protestować w obliczu jawnego szachrajstwa, jakim jest podniesienie kapitału zakładowego spółki z udziałem Skarbu Państwa poprzez papierowe podwyższenie wartości nominalnej akcji. Argumenty, jakoby spółka odnosiła z takiego zabiegu jakikolwiek pożytek, są niedorzeczne; chodzi tu jedynie o wyciągnięcie ze spółki pieniędzy tytułem podatku od tej osobliwej operacji, na szkodę pozostałych akcjonariuszy. Istnieją podstawy do obaw, że państwo będzie w ten sposób pozbawiać akcjonariat dywidend. Lecz skoro rynek straci zaufanie do spółek z udziałem państwa, odpłynie z nich akcjonariat, a kiedy przyjdzie podnosić kapitał, koszty poniesie ogół podatników. Czy notowania spółek z udziałem Skarbu Państwa nie potwierdzają tych przypuszczeń? Sytuację pogarszają zapowiedzi zwiększania pozycji państwa w spółkach z jego udziałem, bynajmniej nie poprzez wezwania. Nie wiem, jak państwo chce to przeprowadzić; wiem jedynie, że zapłacą podatnicy.

Podobne będą następstwa procesu udomowienia banków. Politycy zyskają możliwość kierowania strumieni kredytów na doraźnie wskazywane przez nich cele, lecz w zamian spada na nich ogromna odpowiedzialność za polski system bankowy, do tej pory stabilny, bezpieczny. Niewykluczone, że kiedyś w przyszłości będzie on potrzebował zwiększania kapitałów, za co znowu zapłaci podatnik.
Nie budzą zaufania nie tylko bieżące działania, także butne zapowiedzi wielkich inwestycji, cudownego uszczelnienia systemu podatkowego, miliona elektrycznych samochodów. Oraz androny o dronach. Jedyną realną zapowiedzią jest likwidacja Ministerstwa Skarbu Państwa i zastąpienie go agencją nadzorującą spółki z udziałem państwa, bądź holdingiem grupującym te spółki. Nie dostrzegam w tym jednak nadziei na poprawę sytuacji tych spółek. Zresztą zapowiedzi likwidacji resortu są niemal równie stare, jak nasza transformacja. Już w rządzie Jana Olszewskiego nie było właściwego ministra, prof. Tomasz Gruszecki pełnił skromną funkcję kierownika Ministerstwa Przekształceń Własnościowych. Co niczego przecież nie zmieniało…

Bardziej niż utrata zaufania społeczności międzynarodowej zażenowanej działaniami rządu na szkodę demokracji (chodzi nie tylko o Trybunał Konstytucyjny), niż ewentualne krytyczne oceny agencji ratingowych, grozi Polsce kryzys zaufania obywateli, podatników, inwestorów. Jest ono najcenniejszym kapitałem, najlepszą podstawą rozwoju. Warto pamiętać, że niegdyś – pozbawiony powszechnego zaufania – socjalizm rozwijał się jak rolka papieru toaletowego: im bardziej się rozwijał, tym mniej go zostawało, aż nie zostało nic.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 17 września 2016 r.
Czytaj także:
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2015.02.17 Widzialna ręka rynku

Advocatus diaboli. Obrona Dawida Jackiewicza

Gdyby ogłosić konkurs na najgorszego ministra, Jackiewicz miałby silną konkurencję. Większość pozostałych mogłaby przecież z nim wygrać. Wyrzucono go za to, że stanowiska w spółkach z udziałem Skarbu Państwa powierzał swoim znajomym, nie natomiast za to, że stanowiska w spółkach Skarbu Państwa powierzał znajomym prezesa Kaczyńskiego, premier Szydło, komendanta Macierewicza. Dlatego uważam, że wyrzucenie ministra Jackiewicza – czymkolwiek motywowane, rzekomymi zasługami czy rzeczywistymi przewinami – niczego nie zmieni. Będzie, jak było. Albo jeszcze gorzej.

Jackiewicz jako minister Skarbu Państwa nie prywatyzował spółek. Prywatyzował państwo, właściciela udziałów w tych spółkach. Uznawał je za łup należny kamaryli, którą „suweren” wyniósł do władzy. Dążył do podporządkowania domeny państwowej interesom partyjnym. Lecz najwięcej zgorszenia wywołał polityką kadrową. Paradoksalnie, poszło nie o to wcale, że największe korporacje, jak Orlen, Lotos lub KGHM powierzał menedżerom bez doświadczenia i kwalifikacji, a o to, że na posadach upchnął kilku szemranych ziomali. Którzy brakiem kwalifikacji, doświadczenia, reputacji, nie ustępowali faworytom prezesa, pani premier, komendanta bądź poszczególnych ministrów.

Z zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa pozbyto się setek menedżerów. Zastąpiono ich swoimi, często mniej przydatnymi na powierzanych im funkcjach, za to zaufanymi prezesa lub kogoś z jego otoczenia. Wyrzucanych próbowano przy tym pozbawić reputacji, odmawiając im absolutoriów. Nie starczało przyzwoitości, by poddać pod głosowanie uchwałę o odmowie absolutorium i rzeczowo ją umotywować; procedowano projekty uchwał dotyczących udzielenia absolutorium i odrzucano je głosami Skarbu Państwa oraz podmiotów zależnych. Stawia to wyrzuconych w niekorzystnej sytuacji reputacyjnej, utrudnia im znalezienie zatrudnienia. Wprawdzie w zawód menedżera wpisane jest ryzyko utraty stanowiska, niemniej wpisane jest także prawo do uzyskania merytorycznej oceny. Wielu pozbawionych absolutorium „refuseników” zapewne znajdzie pracę w korporacjach konkurujących z podmiotami z udziałem Skarbu Państwa, co może jeszcze bardziej pogrążyć te podmioty, tracące dramatycznie na wartości.

Przed laty, po nominacji Stanisława Alota, nauczyciela z technikum, polonisty, absolwenta studiów podyplomowych z wypoczynku i turystyki, na odpowiedzialne stanowisko prezesa ZUS – ukułem na takie praktyki termin alotaż. Niestety, „przykrył go” ukuty przez Jarosława Kaczyńskiego skrót TKM, rozwijany jako Teraz, K…., My. Kaczyńskiemu chodziło o zawłaszczanie państwa przez AWS. Obecnie sam je zawłaszcza na jeszcze większą skalę. Jackiewicz był jedynie wykonawcą jego polityki. A że na boku coś pokombinował? Nie on jeden, wszak kombinatorów jest w tej kamaryli pod dostatkiem. Prezes sam daje przykład: w telewizji upycha kuzyna, kuzyn wkręca się do filmu, jego partnerka dostaje rolę, a ojciec osobistej makijażystki prezesa dostaje stanowisko. François Hollande został potępiony i wyśmiany za zatrudnienie w Élysée fryzjera. Nazywają go Budyniem. Jarosław, nawet w profesjonalnym makijażu, zasłużył na zwarzony Kisiel.

Nie będę wyliczał przewin Dawida Jackiewicza. Nie starczyłoby miejsca na tym blogu. Jako adwokat diabła powołam więc argument na korzyść potępianego. Bardzo zaszkodziło mu powołanie Bartłomieja Misiewicza do rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Pytano: jak tak można? Wszak „osobisty przedstawiciel” komendanta – cóż za błyskotliwa formuła prawna, nieprawdaż? – nie ma wykształcenia (dopiero robi licencjat), nie ma doświadczenia, żadnych kwalifikacji, był tylko pomocnikiem w aptece gdzieś pod Warszawą. Znany prawnik pośpieszył z obroną tej nominacji: dowodzi, że mimo wszystko nie narusza ona prawa. Panie mecenasie, lubię pana, szanuję za dorobek, za wielką pracowitość, zazdroszczę stanowiska w radzie nadzorczej Przytułku Orlenino (przyszło tam panu pracować z nominatami lepszego sortu), ale przytoczę fundamentalną zasadę corporate governance: „W skład zarządu i rady nadzorczej powoływane są osoby reprezentujące wysokie kwalifikacje i doświadczenie”. Basta.

A Ryszard Petru ogłosił listę „40 Misiewiczów”. Albo zgubił zero, albo liczyć nie umie.

UZUPEŁNIACZ: Poniósł mnie temperament, przypisałem D. Jackiewiczowi decyzję o powołaniu Misiewicza do rady nadzorczej PGZ: dziękuję Czytelnikowi za sprostowanie, iż to decyzja MON.