Archiwa tagu: spółka europejska

Nie Amrest ucieka z Polski, ale Polska z Unii (o powodach przeniesienia siedziby Amrest Holding SE)

Amrest daje wyraz obawom, że Polska znajdzie się poza Unią Europejską. Byłoby to niekorzystne dla spółki, także dla Unii, a Polsce przyniosłoby katastrofę. Niemniej rynek kapitałowy nie docenia znaczenia wiadomości o planie przeniesienia siedziby Amrest Holding Spółki Europejskiej z Wrocławia do Madrytu. Analitycy mojego biura maklerskiego oceniają ją jako neutralną dla kursu spółki. W tym punkcie mogą mieć rację. Przez pryzmat polityki sprawa wygląda inaczej. Jak kiedyś podczas uczty Baltazara, tak dzisiaj podczas posiłku w restauracji Amrestu komuś może jawi się na ścianie złowrogie proroctwo: mane tekel fares.

Amrest nie opuści Polski całkiem. Spółka prowadzi tu biznes, ma kilkaset restauracji, jest notowana na warszawskiej giełdzie. Wytoczone przez nią argumenty wcale nie przemawiają za potrzebą przeprowadzki. Czytam projekt nowego statutu, niemiłosiernie przegadany, bo napisany językiem brukselskich biurokratów. Dotychczasowy tekst mieścił się na sześciu stronach, nowy zajmuje siedemnaście. Dwie nowości rzucają się w oczy. Po pierwsze, radę nadzorczą zastąpi rada dyrektorów. Po drugie, spółka będzie obowiązana publikować roczne sprawozdania o stosowaniu ładu korporacyjnego.

Wprowadzić radę dyrektorów, jednolity organ zarządczo-nadzorczy, spółka mogłaby śmiało bez wyprowadzki z Polski. Pozwala jej na to status spółki europejskiej, jednolity dla wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej. Dziwiłem się, że w miejsce takiego rozwiązania spółka przyjęła rozpowszechniony w Polsce model odrębnych organów, zarządu i rady nadzorczej. Tłumaczyłem sobie, że zapewne przemówiła za tym obawa przed znacznymi uprawnieniami związków zawodowych (w spółce europejskiej pozycja pracowników jest silniejsza niż w polskiej spółce akcyjnej). Planując przeprowadzkę do Hiszpanii, Amrest Holding SE przyjmuje model ustrojowy bardziej zrozumiały dla nowego otoczenia.

Cieszy mnie, że spółka będzie informować o stosowaniu ładu korporacyjnego. Powinna to robić i w Polsce, gdzie do corporate governance odnosiła się z lekceważeniem. Na stronie internetowej zamieszcza ogólniki na temat stosowania ładu korporacyjnego datowane na 25 listopada 2013 r. Dobre praktyki spółek notowanych na GPW w redakcji z 2016 roku w ogóle nie zostały przez Amrest zauważone. Wiadomo mi natomiast, że na hiszpańskim rynku corporate governance traktowane jest z większą niż u nas uwagą i powagą. Powodzenia życzę! Jeżeli spółka wejdzie, jak planuje, także na drugi parkiet, na którąś z giełd zachodnioeuropejskich, wnet nauczy się, jak ważne jest kierowanie się standardami corporate governance.

Z szacunkiem przyjmuję natomiast argument spółki, że jej dalszy rozwój na rynkach europejskich, z czasem zapewne i na innych, może wymagać kapitału (przeniesienie siedziby nie wpłynie na kapitał zakładowy), który łatwiej będzie zebrać poza Polską.
* Po pierwsze, Polska nie należy do strefy eura, a rządzący zarzekają się, że prędko eura nie przyjmie, co zniechęca do lokowania tu siedziby.
* Po drugie, niechęć do wspólnej waluty europejskiej jest obecnie jednym z komponentów niechęci polskiego rządu do Unii Europejskiej i jej systemu wartości, w tym rządów prawa i wolnego rynku; daje to pożywkę oszalałym pomysłom Polexitu.
* Po trzecie, chociaż w Polsce wcale nie brakuje kapitału, przecież brakuje zaufania. Oraz wiary w przyszłość gospodarki i rynku kapitałowego. Większość spółek notowanych w Warszawie nie jest w stanie przeprowadzić wtórnej oferty publicznej. Oferty pierwotne dochodzą do skutku w dolnych widełkach ceny, bądź są odwoływane, bądź po wejściu na parkiet spółka traci płynność (ratując się zleceniami na jedną akcję składanymi po coraz niższych cenach).
* Po czwarte, warszawska giełda pada ofiarą niejasnych rozgrywek politycznych w łonie grupy trzymającej władzę, która nie umie skutecznie powołać kompetentnego prezesa. Dlatego Amrest myśli o wprowadzeniu akcji do obrotu na jakiejś poważnej giełdzie, gdzie kurs kwotowany będzie w eurach (nawiasem: wartość nominalna akcji holdingu to raptem 1 eurocent).

Spółka taktownie nie wytacza wszystkich przywołanych wyżej argumentów za przeniesieniem siedziby. W Polsce wyrosła przecież ponad Pałac Kultury i zamierza rozwijać się nadal. Na siedzibę wybrała Hiszpanię, która jest jej drugim rynkiem, spośród kilkunastu; niebawem może ich przybyć. Jose Ortega y Gasset, hiszpański eseista i filozof, głosił pogląd, iż w jego ojczyźnie jest dużo do oglądania i mało do jedzenia, z czym zgadzam się w zupełności. Tamtejsza kuchnia nie ma najlepszej opinii, co przed Amrestem otwiera świetlane perspektywy.

Odkręcić tabliczkę [2006]

Jak zarządzać bankiem z klientelą w Niemczech i akcjonariuszami w City i na Wall Street?

Prezes Deutsche Banku ponownie staje przed sądem. Nie ma to niby nic wspólnego z bankiem, ale utrudnia kierowanie nim i ciąży na jego reputacji. Chodzi o znaną sprawę Mannesmanna, niemieckiego konglomeratu przejętego w lutym 2000 roku przez brytyjską firmę telekomunikacyjną. Zarząd Mannesmanna opierał się przejęciu, co wpłynęło na jakość oferty, lecz w końcu uległ naciskom przychylnej Brytyjczykom rady nadzorczej. Naciski przybrały postać bonusów dla członków zarządu. Prokuratura uznała bonusy za niezgodne z prawem i wytoczyła sprawę członkom rady; jednym z nich jest Josef Ackermann, obecnie prezes Deutsche Banku. W lipcu 2004 roku sąd wprawdzie stwierdził naruszenie prawa i zganił członków rady nadzorczej za szczodrość, lecz nie ukarał ich. Prokuratura wniosła apelację.

Sprawa ma kilka wątków. Pierwszy ma charakter polityczny. Niemieccy politycy wciąż cierpią, że ich wielka spółka padła ofiarą wrogiego przejęcia przez zagranicznego konkurenta. Hołdują oni protekcjonizmowi, a niektórzy w obcym kapitale widzą szarańczę, która spada z nieba, pustoszy, cokolwiek napotyka – i odlatuje dalej. Takie myślenie szkodzi niemieckiej gospodarce. I jest bezprzedmiotowe: akcjonariusze wcale nie rozpaczali po utracie spółki, nie ogłaszali żałoby, lecz podliczali zyski, a były one godziwe. Na rynku nie decyduje sentyment narodowy. Liczy się wyłącznie cena akcji.

Drugi wątek jest legalistyczny. Niemieckie prawo określa, jakimi kryteriami ma kierować się rada nadzorcza wynagradzając zarząd. Wyraża ono silne przekonanie, że w interesie spółki należy ograniczać wyciek pieniędzy z jej kasy, nawet gdyby na tej operacji korzystał akcjonariat. Prokuratura twierdzi, że bonusy nie należały się, że ich wypłacenie nie leżało w interesie spółki – i nie przekonuje jej bynajmniej, że wprawdzie wydano miliony, lecz zarobiono miliardy. Teraz Ackermann tłumaczy się także z rzekomo nazbyt wysokich dochodów menedżerów Deutsche Banku.

Trzeci wątek ma charakter pragmatyczny. Gdyby zarząd Mannesmanna nie bronił spółki (oraz swoich posad), nie zarobiłby wspomnianych milionów, ale akcjonariusze straciliby wspomniane miliardy. Takie podejście promuje oportunizm zarządów i stawia abstrakcyjny interes spółki ponad interesami jej akcjonariuszy. Sadzając ponownie członków rady Mannesmanna na ławie oskarżonych, Niemcy stawiają siebie pod pręgierzem anglosaskiej opinii publicznej, ceniącej pełną swobodę przepływu kapitału i niechętnej przepisom ograniczającym zarobki menedżerów.

Jest wreszcie wątek międzynarodowy. Ackermann jest Szwajcarem. Deutsche Bank większość klientów ma w Niemczech, ale większość akcjonariuszy ma za granicą, w City i na Wall Street. Świat już przywykł do takich międzynarodowych kombinacji; w konserwatywnych Niemczech wciąż rażą one niektórych. Akcjonariusze oczekują zysków; niemieccy interesariusze żądają zachowania zbędnych stanowisk pracy. Deutsche Bank próbuje wyjść z zaścianka, inwestuje w Rosji, Chinach, Turcji. Im więcej myśli o konkurowaniu z największymi bankami świata, tym bardziej może czuć się skrępowany gorsetem niemieckiego porządku korporacyjnego. Inny niemiecki potentat ze światowymi aspiracjami, ubezpieczyciel Allianz, zrzuca niewygodną szatę spółki akcyjnej i przekształca się w Niemczech w spółkę europejską, co pozwoli ograniczyć skład rady nadzorczej i wpływ pracowników na procesy podejmowania decyzji, przeto wzmocni konkurencyjność towarzystwa.

Kursują plotki, że Deutsche Bank rozważa przeniesienie siedziby z Frankfurtu do Londynu lub Nowego Jorku, gdzie działałby w bardziej przyjaznym, mniej sformalizowanym środowisku. Wprawdzie we Frankfurcie pracują zarząd i rada nadzorcza, ale najważniejsze decyzje już teraz podejmowane są przez komitet inwestycyjny w Londynie, za plecami nadzoru. Wiele decyzji związanych z zarządzaniem aktywami zapada jeszcze dalej, w Nowym Jorku. Wystarczy odkręcić tabliczkę…

Proces Ackermanna nie jest jedynym kłopotem banku. Niemiecka prokuratura wyjaśnia, czy aby Deutsche nie skorzystał na przecieku z koncernu Daimler–Chrysler o planowanej rezygnacji prezesa Juergena Schremppa. Natychmiast po jej oficjalnym głoszeniu (w lipcu ub. roku), bank sprzedał pokaźny pakiet akcji, notując na tej transakcji 37 milionów eur zysku netto. O insiding podejrzany jest szef rady producenta samochodów Hilmar Kopper, poprzednio szef rady banku. Za obecnym szefem rady banku, Rolfem Brauerem, ciągnie się z kolei sprawa z oskarżenia Leo Kirscha, bankruta medialnego, który obwinia bankowca o swoje niepowodzenie. Jest jeszcze problem DB Real Estate, funduszu niezbyt szczęśliwie inwestującego w nieruchomości: uczestnicy oczekują wsparcia ze strony banku, czemu sprzeciwiają się jego akcjonariusze. Albo więc bank pozostanie niemiecki – albo pozostanie bankiem.

Tekst ogłoszony 30 stycznia 2006 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Czytaj także: 2003.10.13 Przypadek Ackermanna