Archiwa tagu: tłuste koty

Wielka Brytania na opak wywracana

Wcale nie tak miało być! Referendum, zamiast rozbroić zwolenników wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, przyniosło zwolennikom opcji „Leave” niespodziewaną przewagę nad głosującymi „Remain”. Premier David Cameron, który w ubiegłym roku zapewnił Partii Konserwatywnej zdecydowane zwycięstwo w wyborach parlamentarnych, w pośpiechu odszedł z urzędu. Objęła go minister spraw wewnętrznych Theresa May; wcześniej opowiadała się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii – teraz robi dobrą minę do złej gry i obiecuje, że przekształci Brexit w sukces (ciekawe, jak).

Jedyna, do tej pory, korzyść z Brexitu, to pogrom jego zwolenników. Najgłośniejszy z krytyków UE, szef stronnictwa „niepodległościowego” Nigel Farade, w obliczu tryumfu nieoczekiwanie wycofał się z polityki. Były burmistrz Londynu Boris Johnson, który najbardziej wśród konserwatystów mącił za wyjściem z Unii, nawet nie ośmielił się stanąć do wyborów przywódcy partii (i szefa rządu); dostał posadę ministra spraw zagranicznych, ale jej zapewne nie podoła. Szpetnie zdradził go poplecznik, minister sprawiedliwości Michael Gove, który niebawem przepadł. Na koniec z rywalizacji z Theresą May szybko wycofała się odpowiedzialna w rządzie za energię Andrea Leadsom, gwiazda kampanii „Leave”. Niech będzie to przestrogą dla przeciwników Unii, nie tylko w Wielkiej Brytanii: zaprawdę, marny spotyka ich los!

Brexit rozpoczyna proces wywracania Wielkiej Brytanii na opak. 76. premier Zjednoczonego Królestwa zapowiada reformę państwa, rządzącej nim Partii Konserwatywnej, gospodarki, corporate governance. Państwo ma zapewnić, że dobrodziejstwa gospodarki będą dostępne dla wszystkich, nie tylko dla nielicznych uprzywilejowanych (the privileged few). Partia Konserwatywna ma odtąd służyć ludziom pracy… Opozycyjna Labour Party oddała torysom pole, jest zajęta i przejęta przepędzaniem swojego nieudanego przywódcy: Jeremy Corbyn długo występował jako eurosceptyk, zmienił zdanie tuż przed referendum, ale niewielu przekonał do pozostania w Unii.

Zapowiedziana reforma corporate governance zmierza daleko. Po pierwsze, przewiduje ona zapewnienie pracownikom reprezentacji w radach dyrektorów. Po drugie, zakłada umocnienie pozycji akcjonariuszy, którzy mają decydować o wynagrodzeniach menedżerów (obecnie mają głos wyłącznie opiniujący, najczęściej puszczany mimo uszu). Po trzecie, Theresa May zapowiada ograniczenie wynagrodzeń i przywilejów kadry zarządzającej największymi spółkami. Brzmi ładnie, ale szczegółów dotąd nie przedstawiono. Najdalej idzie zapowiedź wzbogacenia składu rad dyrektorów o przedstawicieli pracowników. Zostali oni pominięci, kiedy do rad dyrektorów wprowadzano reprezentację konsumentów. Klawo być konsumentem klejnotów Asprey’a lub samochodów aston martin! Za obecnością pracowników w radach dyrektorów przemawia postulat zwiększenia liczby beneficjentów (spodziewanego) wzrostu gospodarczego. To ważny zwrot w polityce Partii Konserwatywnej, która do niedawna zaprzeczała, jakoby nie wszyscy w równym stopniu korzystali z dobrodziejstw gospodarki. Pani premier uważa, że dominujący w radach dyrektorów non-executive directors (NEDs, dyrektorzy niewykonawczy, czyli spoza zespołu zarządzających) reprezentują te same kręgi zawodowe i społeczne, co dyrektorzy wykonawczy, których mają nadzorować. Dyskusji na temat reprezentacji pracowniczej zaniechano w radach przed czterdziestu laty (po raporcie Bullocka z 1977 r. o demokracji w przemyśle), lecz dzisiaj odżywają oczekiwania, że rady dyrektorów będą dzięki udziałowi pracowników podejmować lepsze decyzje, co leży w interesie spółek, gospodarki i społeczeństwa. Pożyjemy, zobaczymy.

Zapowiedź wzmocnienia roli akcjonariuszy w procesie ustalania płac menedżerów oznacza zerwanie z zasadą, że akcjonariuszom przysługuje tylko głos opiniujący propozycje zarządzających, często bezkrytycznie zatwierdzane przez radę dyrektorów. Od ćwierćwiecza opinia publiczna krytycznie oceniała wysoko opłacanych menedżerów przyrównując ich do tłustych kotów, które wylegują się leniwie na przypiecku, spijają śmietankę, a strącone – bezpiecznie spadają na cztery łapy. Obecnie w Westminsterze dojrzewa apetyt na zmiany. Przyczynił się do tego prezes BP Bob Dudley, który za nieudany rok marnego przywództwa w spółce zgarnął – mimo sprzeciwów akcjonariuszy – 14 milionów funtów, czym zgorszył brytyjską opinię. Narastający sprzeciw wobec przywilejów, z jakich korzystają menedżerowie, pobrzmiewa jednak tanim populizmem.

Wywracanie Wielkiej Brytanii na opak ilustruje rysunek w jednym z dzienników. Kelner proponuje gościowi herbatę, gość… odmawia. Podpis pod rysunkiem: „Anarchia w Zjednoczonym Królestwie”. O czasy, o obyczaje!

Tekst ogłoszony w dzienniku Parkiet 20 lipca 2016 r.

Od przejrzystości do populizmu

Corporate governance traktuje o zaufaniu. Na nim opiera się pieniądz, gospodarka, rynek kapitałowy. Zaufanie jest pochodną przejrzystości, jak wiara jest pochodną tajemnicy. Im więcej wiadomo o spółce, tym bardziej racjonalna jest decyzja o wniesieniu do niej kapitału. Dlatego corporate governance dąży do ujawniania przez spółkę wszystkich informacji niezbędnych lub przydatnych w procesie podejmowania decyzji inwestycyjnych.

Jednym z obszarów wrażliwych jest system wynagradzania piastunów spółki oraz wysokość pobranych przez nich wynagrodzeń w rozbiciu na części składowe. Spółka woli zatrzymać te informacje dla siebie, nie ujawniać ich nawet swoim pracownikom, by nie wspomnieć o akcjonariacie i interesariuszach. Rynek domaga się pełnej jawności, ponieważ chciałby wiedzieć, ile pieniędzy należących do akcjonariuszy znika w kieszeniach menedżerów, oraz dlaczego tak dużo.

Dobre praktyki spółek notowanych zajęły stanowisko, że informacje o wynagrodzeniach powinny być ujawniane. Spółki potraktowały uczestników rynku jak przygłupów: zaczęły ujawniać kwoty, ale robiły to tak, by z tych ujawnień nic nie wynikało. Jakiż pożytek płynął dla nas z wiedzy, że spółka w ubiegłym roku wydała tyle-a-tyle milionów na „wynagrodzenia osób sprawujących funkcje kierownicze”? Nie ujawniano ani jak liczny był krąg tych osób, ani jakie piastowały stanowiska, ani ile kto otrzymał, ani za co; jaką pulę pieniędzy menedżer zarobił tytułem pensji, jaką tytułem odprawy, jaką w postaci bonusu, i za co komu bonusy przyznano, skoro wyniki były takie sobie? Gra toczyła się w-kółko-Macieju: my żądaliśmy ujawnień, oni wytrwale stawiali zasłony dymne, aż na scenę wkroczył regulator i wydał mrowie przepisów o obowiązkach informacyjnych. Ilekroć brak stosowania przez spółki dobrych praktyk po dobroci zaniepokoi regulatora, spółkom przyjdzie stosować te zasady, często znacznie obostrzone, pod przymusem.

Jawność wynagrodzeń menedżerów została więc wymuszona. Rynek stał się bardziej przejrzysty. Pod pióro ciśnie się sformułowanie, że stał się też bardziej przyjazny. Lecz mam w tej kwestii znaczne wątpliwości. Wynagrodzenia piastunów spółek kapitałowych stały się jawne, ale niekoniecznie racjonalne. Ich wysokość często budzi sprzeciw. Chciwość tłustych kotów napędza reakcję Oburzonych.

Otóż współcześnie jawność nie wystarcza. Wprowadzane są regulacje dotyczące odroczonych wypłat bonusów, by nie nagradzać za wynik zanim przyszłość zweryfikuje jego wartość i trwałość. Podejmowane są inicjatywy na rzecz zwiększenia wpływu akcjonariatu spółek na zasady wynagradzania ich piastunów (say on pay). Dopiero kombinacja wszystkich tych elementów może ucywilizować politykę wynagradzania menedżerów. Może, ale nie musi…

Lecz oto „widmo krąży nad Europą”. Widmo populizmu! Jego eksplozja jest ubocznym, fatalnym następstwem wzrostu przejrzystości. Ujawnienie wysokości płac dało pożywkę mediom. Informacji, ile zarabia prezes, nie towarzyszy komentarz, za co zarabia i dlaczego tyle. Towarzyszy jej natomiast wyliczenie, że na kwotę składającą się na roczne zarobki prezesa Kowalski musiałby pracować 47 lat. Wobec tego należy ukrócić tę jawną niesprawiedliwość, rozkułaczyć prezesów, wyznaczyć im limit zarobków (może wydatków też?), obłożyć wysokimi podatkami. Wprawdzie Kowalski na tym nie skorzysta, zapewne raczej straci, lecz będzie miał satysfakcję, że prezesowi zabrano. Piewcy ludowego poczucia sprawiedliwości społecznej nie zamierzają ograniczać się do spółek publicznych. Chcieliby także poskromić rzekome zwyrodnienia płacowe w przedsiębiorstwach prywatnych. Lada chwila wezwą wyklęty lud Ziemi, by powstał i zrobił porządek.

 

Czytaj także: 2002.05.27 Kominy i wiatraki, 2003.05.05 Jawność rodzi ufność

Od wypasionych do Oburzonych

Sławiona polityka prywatyzacyjna Margaret Thatcher nie skutkowała wzrostem konkurencyjności, ale zawrotnym wzrostem zarobków menedżerów.

Terminem „tłuste koty” określani są suto opłacani menedżerowie, którym dobrze się wiedzie bez względu na to, jak wiedzie się kierowanym przez nich korporacjom. Analogia jest trafna: tłuste koty wylegują się na przypiecku, spijają śmietankę, a strącone z wysokości – bezpiecznie spadają na cztery łapy. Trudno rozstrzygnąć, co bardziej porusza opinię publiczną: śmietanka, czyli zarobki (i przeróżne uboczne korzyści) powszechnie uważane za nadmierne, czy owo bezpieczne lądowanie, utożsamiane z brakiem odpowiedzialności menedżerów.

Jan Krzysztof Bielecki zwrócił uwagę, że mianem „tłustych kocurów” pierwotnie oznaczano zamożnych obywateli wpłacających pokaźne sumy na fundusze wyborcze swoich kandydatów na najwyższe stanowiska w USA. Podobno termin ten ukuł w 1928 roku dziennikarz Baltimore Sun Frank R. Kent (Rzeczpospolita 24-25 maja 2003 r.). Z czasem termin uwspółcześniono, określając nim wypasionych menedżerów. W tym znaczeniu pojęcie to weszło to pojęcie do powszechnego obiegu. Stało się to w Wielkiej Brytanii z początkiem lat 90. ubiegłego wieku. Gdyby ktoś szukał genezy współczesnego ruchu Oburzonych, podpowiem: właśnie wtedy rozległy się pierwsze pomruki.

Świnia Cedric

Program prywatyzacji rządu Konserwatystów pod kierunkiem Margaret Thatcher objął także instytucje użyteczności publicznej: dostawców wody, gazu i prądu, odbiorców ścieków. Było to udane przedsięwzięcie, oferty publiczne zaktywizowały mieszczańskie oszczędności, zamożność stała się bardziej przystępna, poprawiły się nastroje. Narodził się prawdziwy akcjonariat obywatelski. W akcje jednej tylko spółki: British Gas zainwestowało cztery i pół miliona uczestników rynku, nie licząc stu trzydziestu tysięcy pracowników. Takich ofert było wiele, przeto w londyńskim teatrze na Haymarket wystawiono z powodzeniem komedię o prywatyzacji… powietrza.

Lecz prywatyzacja przedsiębiorstw użyteczności publicznej nie pociągnęła za sobą wzrostu ich konkurencyjności. Firmy te zachowały monopolistyczne pozycje w swoich regionach. Najwięcej zyskali menedżerowie. Wielu z nich szybko wstąpiło do klubu milionerów. Ich zarobki rosły wielokrotnie, nadto spłynęły na nich hojne programy motywacyjne, gwarancje zatrudnienia, atrakcyjne plany emerytalne, obietnice wysokich odpraw. Nie stały za tym okoliczności zazwyczaj decydujące o podwyżkach, jak poprawa wyników, wzrost konkurencyjności, premia za ryzyko, nagroda za wysiłek. Wystarczyło znaleźć się na właściwym stanowisku, kiedy licznik płac nagle przyśpieszył.

Gdyby na tę okoliczność strawestować znane powiedzenie Churchilla, brzmiałoby ono: jeszcze nigdy tak nieliczni nie uzyskali tak wiele za tak mało. Setki tysięcy funtów szterlingów (ich wartość była wówczas nieporównanie wyższa niż obecnie) wypłacano menedżerom nie za osiągnięcia, lecz za ich brak; nie za pracę, lecz za to, żeby odeszli i szkodzili innym firmom.

Do pamiętnej manifestacji oburzenia doszło na walnym zgromadzeniu British Gas w 1995. Akcjonariusze stawili się tłumnie, jeden z nich przyprowadził świnię nazwaną Cedric. Otóż prezes Cedric Brown otrzymał właśnie znaczną (75%) podwyżkę wynagrodzenia, plus spory bonus, podczas gdy w tym czasie spółka prowadziła program dobrowolnych odejść, a liczba skarg klientów rosła. Projekt uchwały przeciwko podwyżce dla prezesa został utrącony przez inwestorów instytucjonalnych. Więc kto okazał się świnią?

Greenbury proponuje

Na wzburzenie opinii publicznej londyńska City i tym razem zareagowała prawidłowo. Kilka lat wcześniej, po serii skandali korporacyjnych (BCCI, Maxwell, Poly Peck) City wyłoniła z siebie komitet mędrców, powierzając mu opracowanie sprawozdania na temat finansowych aspektów corporate governance. Na czele zespołu stanął powszechnie szanowany Sir Adrian Cadbury, przewodniczący rady dyrektorów Cadbury Schweppes. Noszący jego nazwisko raport został ogłoszony w 1992 r. Niebawem zespołowi, którym kierował Sir Richard Greenbury, przewodniczący rady dyrektorów Marks & Spencer, zlecono opracowanie na temat zasad wynagradzania menedżerów (członków rad dyrektorów). Raport ujrzał światło dzienne w lipcu 1995 roku.

The Greenbury Report postulował wprowadzenie zasad dobrych praktyk:

  • notowane spółki powołują komitetów wynagrodzeń złożone wyłącznie z niezależnych dyrektorów niewykonawczych (członków rad dyrektorów nie zajmujących się bieżącym zarządzaniem spółką i reprezentujących przymioty niezależności);
  • przewodniczący komitetu wynagrodzeń bierze udział w walnym zgromadzeniu i odpowiada na pytania akcjonariuszy;
  • raport roczny zawiera imienne zestawienia wszelkich wynagrodzeń dyrektorów w spółce;
  • kontrakty (kadencje) dyrektorów nie powinny przekraczać roku, a to dla uniknięcia nazbyt wysokich odpraw (ang. golden handshakes);
  • oferowane członkom rady dyrektorów systemy opcji na akcje powinny zostać powiązane z długoterminowymi wynikami spółki.

Oburzeni nie milkną

Inicjatywa City nie powstrzymała, bo przecież nie mogła, wzrostu płac dyrektorów. Zwracano uwagę, że nawet członkowie zespołu redakcyjnego The Greenbury Report niebawem uzyskali w swoich firmach wysokie podwyżki. Raport wywarł przecież inny efekt. Wymusił on ujawnianie przez spółki notowane, zrazu na LSE, wkrótce na innych giełdach, indywidualnych wynagrodzeń menedżerów w rozbiciu na poszczególne składniki. Ponadto, po jego lekturze, umilkły głosy populistów opowiadających się (jak ówczesny kanclerz skarbu Kenneth Clarke) za poszukiwaniem rozwiązań legislacyjnych. Inna sprawa, że nikt nie wyobrażał sobie, jak takie rozwiązania miałyby wyglądać.

Postęp, chociaż niezaprzeczalny, przecież okazał się niewystarczający. Akcjonariusze patrzą na wynagrodzenie menedżerów przez pryzmat własnych portfeli. Kiedy kurs akcji idzie w górę, kiedy spółka systematycznie płaci sute dywidendy, rośnie przyzwolenie na wzrost płac dyrektorów. Natomiast Oburzeni nie maja akcji. Nie mają nawet pracy. W istocie – uważają (nie tu miejsce dochodzić, czy słusznie), że nie mają szans. Przybywa wypasionych, ale przyrost liczby i determinacji Oburzonych jest znacznie, znacznie szybszy. Nadciąga konflikt społeczny.

W drodze do Kolchidy

„Sednem problemów kapitalizmu są wynagrodzenia menedżerów” – już przed dziesięciu laty diagnozował światły The Economist

Opinia publiczna bywa kapryśna i często zmienia poglądy. Pamiętam czasy, kiedy idealizowała obraz menedżerów. W szefach korporacji widziano współczesnych Argonautów wyprawiających się przez oceany burz hen!, poza horyzont ryzyka, do obfitującej w złote runo Kolchidy … Na Zachodzie szczególnie czczono tzw. generałów, czyli prezesów ogromnych spółek (wiele z nich miało w nazwie słowo „General”, jak General Electric, General Motors, General Dynamics, General Foods, General Telephone & Electronics), u nas – tzw. kapitanów wielkiego przemysłu, brylujących w programach Studia 2. Z czasem mit menedżera zbladł, poszarzał, wyparował. Przestano ich podziwiać, zaczęto darzyć niechęcią. Przyczyną stały się zarobki: kolosalne, nieuzasadnione.

Zaglądając menedżerom do portfeli nie widzi się ogromu stojących przed nimi zadań. O odpowiedzialności także się nie wspomina (nie bez przyczyny, skoro tak niewielu zostało puszczonych bez skarpetek). Dostrzega się natomiast, że zarobki menedżerów nijak się mają do wyników zarządzanych przez nich firm. A zwłaszcza do powszechnego poczucia sprawiedliwości. Kwoty budzą emocje. Zasady ich ustalania budzą wątpliwości. Odprawy budzą oburzenie. Rozpiętość między zarobkami kierownictwa z zarobkami pracowników jest coraz, coraz większa, co może kiedyś owocować buntem.

Mądry brytyjski tygodnik The Economist już przed dziesięciu laty diagnozował: „Sednem problemów kapitalizmu są wynagrodzenia menedżerów”. Od tego czasu wynagrodzenia menedżerów niepomiernie wzrosły, problemy kapitalizmu też.

NIE MA WZORCA PŁACY MENEDŻERA. Mamy w Sèvres wzorzec metra, wzorca płacy menedżera nie ma nigdzie. Trudno go sobie zresztą wyobrazić, ponieważ spółki różnią się od siebie, znajdują się na różnych szczeblach rozwoju, działają w odmiennych warunkach, spełniają różne zadania. Płacą menedżerom nie za pracę, zwłaszcza mierzoną w godzinach, a za efekty, niekiedy już osiągnięte, niekiedy spodziewane. Nic dziwnego, że spółki kształtują własne systemy wynagradzania swojej kadry. Niekiedy proste, niekiedy nadmiernie skomplikowane.

Próby okiełznania śmigających w górę zarobków metodami administracyjnymi są skazane na niepowodzenie. Owszem, można odgórnie zatrzymać wzrost zarobków, ale nie można odgórnie zatrzymać menedżerów, którzy odejdą tam, gdzie więcej im zapłacą. To wymusza tzw. urynkowienie płac nawet w podmiotach znajdujących się w wyłącznej gestii urzędników. W spółkach notowanych na rynkach regulowanych sprawa wydaje się prostsza. Pełna jawność wynagrodzeń piastunów takich spółek: ile, kiedy i za co zarabiają członkowie zarządów i rad nadzorczych – daje rynkowi dwojakie korzyści. Po pierwsze, może pobudzić akcjonariat do udziału w procesie ustalania wynagrodzeń, wszak to on jest, w ostatniej instancji, dysponentem środków spółki. Po drugie, jawne zarobki, premie, nagrody, opcje, odprawy itd., dają rynkowi okazję do porównań, kształtują tzw. benchmark.

WYBOISTA DROGA DO JAWNOŚCI. Zrazu postulaty pełnego ujawniania wynagrodzeń pojawiały się w dobrych praktykach. Uczciwe spółki stosowały zasady dobrych praktyk albo przynajmniej otwarcie deklarowały odmowę ich stosowania. Mniej uczciwe próbowały oszukiwać. Nie starczało im odwagi, by oświadczyć rynkowi „ja nie zastosuję tej zasady”, więc udawały stosowanie jej, ujawniając „łączne zarobki osób zajmujących stanowiska kierownicze”. Ile było tych osób? O jakie stanowiska chodziło? Ile z podanej łącznej kwoty wynagrodzeń poszło na płace, ile na odprawy? Tego nie wiedzieliśmy. Czyli, w istocie rzeczy, udostępnione rynkowi przez spółkę informacje były bezużyteczne.

Dobre praktyki są wskazówkami postępowania, nie mają mocy obowiązującej, bywają stosowane w dobrej wierze. Jeżeli jakaś spółka nie stosuje którejś z dobrych praktyk, jest to sprawa jej akcjonariuszy. Jeżeli wszakże któraś z dobrych praktyk uporczywie nie jest stosowana przez znacz ą liczbę spółek – na arenę wkroczy regulator. Czego spółki nie robiły po dobroci, będą robić pod srogim przymusem, obwarowanym karami. Zatem już wiemy, ile zarabiają menedżerowie spółek notowanych na GPW (chociaż niekiedy nie potrafimy dociec, za co też oni tyle zarabiają…)

WUJEK DOBRA RADA. Jest kilka złotych rad adresowanych do spółek, jak powinny one ustalać wynagrodzenia swoich piastunów. Zdarza się wszakże, że kiedy któryś z heroldów głoszących takie rady przejmuje odpowiedzialność za ustalanie wynagrodzeń, zaraz zapomina o zasadach, jakie podobno wyznaje.

Po pierwsze, zarobki menedżerów powinny odpowiadać wielkości spółki. Jest to oczywista oczywistość, ale w praktyce bywa bardzo różnie.

Po drugie, zarobki menedżerów powinny pozostawać „w rozsądnym stosunku” do jej wyników. Otóż rozsądek milknie, gdy idzie o pieniądze. A kiedy wyniki są ujemne, mielibyż menedżerowie dopłacać do stanowisk?

Po trzecie, zarobki menedżerów powinny korespondować z naturą i zakresem powierzanych im zadań i odpowiedzialnością. To trudna sprawa: nawet akcjonariat często nie zna podziału obowiązków w zarządzie, czyli natury i zakresu zadań poszczególnych piastunów spółki, zaś ich odpowiedzialność bywa iluzoryczna. W każdym razie: różnicowanie wynagrodzeń menedżerów jest nie tylko dopuszczalne, jest nawet zalecane.

Po czwarte, menedżerów lepiej zatrudniać w oparciu o umowę cywilnoprawną, tzw. kontrakt menedżerski, niż na podstawie umowy o pracę.

Istnieje przekonanie, że kiedy napotykamy na problemy nie do rozwiązania, powołujemy komitet, żeby je rozwiązywał. Dlatego w radach nadzorczych powstają komitety wynagrodzeń. Próby wypracowania właściwego dla danej spółki modelu wynagradzania menedżerów są jak poszukiwanie kamienia filozoficznego. Nie odkryto go, ale po drodze wynaleziono mydło. Też dobrze.

Targowisko próżności [2011]

Na krawędzi. Opowieści o kryzysie. Prawdziwe historie z Wall Street z magazynu Vanity Fair. Wybór: Graydon Carter. Przełozyli: Jacek Lang, Agata Małecka, Magdalena Mańko-Kuzaj. Kurhaus, 2011/2012.

William Makepeace Thackeray (1811 – 1863), wybitny brytyjski pisarz, dziennikarz i satyryk ogłosił w 1848 r. najbardziej znany ze swoich licznych utworów, powieść Vanity Fair – Targowisko Próżności. Największą karierę zrobił sam tytuł. Nakręcono pod nim niezliczone filmy i seriale, pod nim wychodzi także znany amerykański magazyn [ma także kilka edycji zagranicznych] o kulturze, polityce, celebrytach i związanych z nimi duperelach, ale także – co tu najważniejsze – o gospodarce i rynku kapitałowym. Ogłoszono w nim m.in. wiele arcyciekawych analiz dotyczących przyczyn i przebiegu współczesnego kryzysu finansowego. Ich autorami są nie tylko związani z redakcją wybitni dziennikarze, także profesor Uniwersytetu Harvarda Niall Ferguson, a nawet noblista prof. Joseph E. Stiglitz.

W Polsce pismo nie jest szerzej znane. Żyjemy fałszywym przekonaniem, że szczyty amerykańskiej publicystyki to pospolite w gruncie pisma jak „Forbes”, „Newsweek” czy „Business Week”. Warto więc odnotować, że nakładem Kurhaus Publishing (butiku wydawniczego specjalizującego się, oby z dalszymi sukcesami, w biznesowej literaturze faktu) wydało wybór znakomitych tekstów z „Vanity Fair”, dokonany przez redaktora naczelnego Graydona Cartera. Istotę przedsięwzięcia wyjaśniają tytuł „Na krawędzi” (w oryginale „The Great Hangover”, wielki kac) i podtytuł „Opowieści o kryzysie. Prawdziwe historie z Wall Street”.

Okazały (blisko 500 stron) tom zasługuje na wnikliwą recenzję. Rzecz w tym, że niełatwo ją napisać. Ileż tu wątków, faktów, intryg! Ileż postaci z pierwszych stron dzienników – oraz nieznanych nam szerzej i bliżej antybohaterów, którzy za sprawą głupoty, chciwości, chciejstwa, hucpy, bezmyślności, strachu, arogancji, sprowadzili na świat niewyobrażalny wcześniej kataklizm finansowy! Poprzestanę więc na luźnych spostrzeżeniach, do jakich skłoniła mnie lektura. Zalecam ją wszystkim ludziom rynku.

Część pierwsza zbioru artykułów dotyczy Wall Street. Dzień po dniu, godzina po godzinie pokazano upadek wielkiego banku inwestycyjnego Bear Stearns. Przyczyny tego upadku znane są w ogólności, pewne szczegóły splotu intryg, które go wywołały, wciąż wymagają wyjaśnień. Zdumiewający jest fakt, że zarządzający nie zdawali sobie sprawy ani z powagi sytuacji, ani z galopującego kataklizmu. Grali w golfa lub w karty, pletli bzdury, ich miliardy topniały jak lody w słońcu. Nie tylko oni, cała Wall Street, dumny symbol amerykańskiej finansjery, nie rozumiała sytuacji. Tłumaczono mi kiedyś na Wall Street, że jest to miejsce, gdzie pieniądze przechodzą z rąk do rąk, z rak do rak, aż przejdą we właściwe ręce. Czyli na koniec dnia (to ich ulubione powiedzonko) wszystko jest w porządku. Otóż nie jest! Pieniądze wyparowały. Wraz z nimi – czytam – 160 tysięcy miejsc pracy. Skończył się wiek pozłacany. Upadek Lehman Bros też nie był przewidziany, ani zrozumiały, dla jego menedżerów.

W szkicu „Wall Street znosi złote jajo” o instrumentach pochodnych i modelach matematycznych czytam sarkastyczne stwierdzenie, że kręcąca się wokół własnej osi pęczniejąca Planeta Finansów stawała się większa od Ziemi. Jednym z przedstawionych tam przypadków jest głośna historia Long-Term Capital Management, funduszu hedgingowego, który zachowywał się jakby zjadł wszystkie rozumy noblistów od modeli matematycznych. Może i zjadł, ale snadno zaszkodziły mu, bo szybko upadł, bęc. W szkicu o „Smętnym świecie hedgingu” czytam uwagę, że menedżerowie funduszy hedgingowych są jak somalijscy piraci. To nawet łagodne określenie.

Temat, który wywołuje szczególne zgorszenie i skłania do gadaniny o moralności publicznej: wynagrodzenia menedżerów, tych tłustych kotów spijających śmietankę i wylegujących się na przypiecku. Dawniej – strąceni, spadali bezpiecznie na cztery łapy, dzisiaj już nie. Traktuje o tym szkic „18,4 miliarda dolarów premii na Wall Street”. Przykładem bohater kolejnego artykułu „O człowieku, który zniszczył świat: Joe Cassano i AIG”. Oczywiście, tkwi w tym skrót myślowy. AIG, której krach drogo pokosztował podatników, wpadła w kłopoty z wielu powodów, z których wcale nie wszystkie zostały już wyjaśnione.

Część druga to Waszyngton, czyli świat władzy politycznej, czyli wspomniane pieniądze podatników, które ruszyły na ratunek świata finansów. Syntezę sprawy daje Joseph E. Stiglitz w rozprawie „Kapitalistyczne głupstwa. Pięć najpoważniejszych błędów, które doprowadziły nas do krachu”. Pierwszy: zwolnienie Paula Volckera, na stanowisku prezesa Rady Rezerwy Federalnej zastąpił go Alan Greenspan, a dalej już wiadomo. Drugi: zburzenie murów między bankowością komercyjna i inwestycyjną” (uchylenie ustawy Glassa i Steagalla). Trzeci: leczenie pijawkami, czyli ulgi podatkowe wprowadzone w życie za prezydentury Busha Starszego. Czwarty: oszukańcze dane, czyli krętactwa księgowych. Piąty: nie tamowano krwotoku, nie powstrzymywano tąpnięcia w gospodarce, administracja mówiła o braku zaufania, a tylko zrobiła szwindel polegający na naciąganiu tych, którzy zaufali.

Lecz czy można oddzielić Wall Street od Waszyngtonu? W okresie słusznie minionym oficjalna propaganda pasła nas hasłami o ścisłych powiązaniach wielkiego biznesu, zwłaszcza finansjery, i będącej na jej usługach polityki, obłudnie określanej mianem demokracji. Wszelako, coś na rzeczy – i to sporo! – jest do dzisiaj, o czym głosi szkic „Najdłuższa noc w życiu Henry’ego Paulsona”, owego księcia Wall Street, który został sekretarzem skarbu.

Część trzecia, „Z pogranicza”, to szkice o kłopotach finansowych Uniwersytetu Harvarda i dziennika „New York Times”. Dla mnie to tematyka szczególnie interesująca. Otóż napisałem kiedyś rozprawkę o tym, że szkolnictwo wyższe i media mają cechę wspólną: przecież ich losem jest komercjalizacja, drugie już przeszły pod władze pieniądza, niektóre z pierwszych krygują się jeszcze.. Wiele wskazuje, że wyjdzie na moje, będziemy handlować na giełdach akcjami wyższych uczelni, nawet powstaną uczone indeksy notowań.

Podsumowaniem jest kolejny artykuł Josepha E. Stiglitza „Toksyczne przesłanie z Wall Street. Globalne konsekwencje krachu”. Jest tu i wzmianka o nas: Kraje postkomunistyczne – po fatalnej porażce, jaka poniósł ich powojenny ustrój – generalnie przeszły na kapitalizm rynkowy, a ich nowym bogiem zamiast Karola Marksa stał się Milton Friedman. Nowa religia nie służy im dobrze.

Część czwarta to „Kroniki Madoffa” – kilka świetnych, doskonale udokumentowanych artykułów o tym arcyoszuście, który pozbawiał bogatych dorobku życia. Ten temat jest u nas lepiej znany i budzi mniej emocji. Prawdopodobnie dlatego, że wprawdzie bogaci nie byliśmy, ale dorobek życia traciliśmy i bez udziału Madoffa. Wystarczyła hiperinflacja.

Jest to książka o pieniądzu i bawiących się nim mężczyznach. To oni sprowadzili katastrofę. Ponieważ modne jest teraz, sam także ulegam tej modzie, promowanie kobiet na stanowiska w zarządach i radach nadzorczych, wypada stwierdzić, ze ich udział w spowodowaniu nieszczęść był znacznie mniejszy. Z wyjątkiem Ruth Madoff, ale to inna historia. Ale z zaciśniętymi ze złości zębami czytam wzmiankę o kobiecie uprawiającej niegdyś terapię detaliczną: chodziła do sklepu Manolo Blahnika, aby kupić buty za 600 czy 700 dolarów. Już nie chodzi. Za to buty Blahnika jedna pani zachwala z pasją w telewizji. W Polsce.

Igor Chalupec pisze w przedmowie do polskiego wydania: Problemem jest to, że cały system światowych finansów został w tym samym czasie zainfekowany mieszaniną nadmiernej deregulacji, obniżeniem poziomu norm ostrożnościowych, życiem na kredyt ponad miarę, bez refleksji nad długofalowymi skutkami nadmiernego zadłużenia dla pożyczkobiorców (prywatnych i rządowych), kredytodawców i ich nadzorców. Gdy zabrakło zakazów, okazuje się, że naturalne hamulce są za słabe, by powstrzymać narastająca lawinę spekulacji i często malwersacji. Przy okazji: to kierowana przez Igora Chalupca grupa ICENTIS zainwestowała w wydawnictwo Kurhaus, a on sam rozesłał egzemplarze ksiązki do wielu ludzi rynku. Spowodowało to u mnie spory przychód, bo tom kosztuje 59,90 zł.

Biją w oczy różnice między anglosaskim i naszym dziennikarstwem. Jedna z nich sprowadza się do tego, że w tamtej kulturze menedżerowie i politycy rozmawiają z publicystami, traktują ich poważnie i darzą zaufaniem. Po czym nie domagają się autoryzacji tekstów, by ingerować w twórczość dziennikarską, wykreślać niewygodne dla nich wypowiedzi, zastępować je innymi, a nawet – jak bywa u nas – zmieniać stawiane im pytania. W naszych warunkach przekleństwem mediów jest instytucja rzecznika prasowego, który przed wywiadem domaga się listy pytań kierowanych do szefa, żąda usunięcia niektórych, a bywa także, że w imieniu mocodawcy autoryzuje wywiad (miałem do czynienia z takimi przypadkami).

Kolejna różnica: szkiców tak wnikliwych, więc z konieczności obszernych, nie ogłosi żadne z naszych pism ekonomicznych (i nie tylko) z braku miejsca. W najlepszym przypadku teksty trafiłyby do pism tak niszowych, że mało kto je czyta. Nie wspominając, że pisma niszowe najczęściej nie płacą autorom, więc nikt nie poświęci miesięcy ciężkiej pracy, by nie zyskać nagrody w postaci honorarium i chwały zawodowej.

Za sprawców poprzedniej fali skandali, zwieńczonych upadkiem Enronu i kilkunastu innych korporacji zwykło się uważać biegłych rewidentów. Tym razem winni są finansiści i agencje ratingowe. Audytorom się upiekło.

Recenzja została ogłoszona 15 listopada 2011 r. w numerze 4/28/2011 kwartalnika Przegląd Corporate Governance

Przypadek Ackermanna [2003]

Osoby nadzorujące odpowiadają za pieniądze spółki, w tym za beztroskie wypłacanie ich członkom zarządu.

Zapraszam na kolejny odcinek niekończącego się serialu o tłustych kotach. Tym razem akcja rozgrywa się w Niemczech. Obsada jest wyborna. Gwiazdą jest sam Josef Ackermann, Szwajcar, szef Deutsche Banku i Instytutu Międzynarodowych Finansów. Wespół z pięcioma innymi oskarżonymi stanie on zapewne w przyszłym roku przed sądem w Dusseldorfie. Chodzi o naruszenie przepisu niemieckiego prawa o spółce akcyjnej określającego zasady wynagradzania członków zarządu. Istotą sprawy jest odpowiedzialność osób nadzorujących za gospodarowanie pieniędzmi spółki, w tym za nieokiełznane wypłaty dla członków zarządu.

Tłem wydarzeń jest przejęcie niemieckiego konglomeratu Mannesmann przez Vodafone, brytyjską firmę telekomunikacyjną. Doszło do tego w lutym 2000 roku. Przejęcie miało charakter wrogi. Była to operacja na wielką skalę, a przy tym pierwszy wypadek wrogiego przejęcia niemieckiej spółki przez podmiot zagraniczny, co Niemców wprawiło w szok, a w świecie zyskało rozgłos. Zarząd Mannesmanna był zrazu przeciwny przejęciu. Oponentom przewodził prezes Klaus Esser. Nadzór był nastawiony zdecydowanie bardziej ugodowo. W celu pozyskania przychylności zarządu dla transakcji, rada nadzorcza przyznała menedżerom 250 milionów DM. Sam Esser zainkasował 61 milionów DM. Połowę z tytułu przewidzianej kontraktem odprawy, resztę za „osiągnięcia w kierowaniu spółką” (kierował nią 11 miesięcy, z widomym skutkiem). Na wieść o czekających ich wypłatach członkowie zarządu zaniechali oporu. Ich postawę odzwierciedla jedno słowo: kaputt!

W skład hojnej rady wchodził Josef Ackermann, zatem to jego nazwisko prasa odmienia przez wszystkie przypadki. W cieniu prezesa banku znaleźli się współwinni, w tym Klaus Zwickel, szef potężnego związku zawodowego IG Metall. Najwięcej traci na aferze bank. Korzystał on do tej pory, jak inne niemieckie banki, z życzliwości opinii publicznej. Teraz zwraca się uwagę na wcześniejsze przypadki przepłacania przez bank menedżerów. Nie za pracę, jaką wykonują, nie za wyniki, jakie osiągają – ale za to, by poszli do diabła. Wtedy przestaną szkodzić, albo zaczną szkodzić konkurencji. W 1999 roku Deutsche Bank (Ackermann jeszcze nie kierował nim) wypłacił 100 milionów USD Frankowi Newmanowi, szefowi przejętej właśnie amerykańskiej firmy Bankers Trust, by tylko więcej nie trudził się pracą. Rok wcześniej za to samo miliony zgarnął Frank Quattrone, bankier inwestycyjny z Kalifornii. Być może odprawienie wspomnianych menedżerów, nawet za sporą cenę, było i tak świetnym interesem, ale opinii publicznej chodzi o co innego. O to, że ci, którzy szczodrze szafują odprawami, nagrodami – nie sięgają do własnych portfeli. Sięgają po środki spółki. Czyli, stawiając rzecz jasno, wydają lekką ręką pieniądze akcjonariuszy.

Ta zła praktyka jest rozpowszechniona przede wszystkim w krajach anglosaskich. Niemcom była ona dotąd obca. Zabrania jej bowiem prawo. Ustawa o spółce akcyjnej stanowi (§ 87 ust. 1), że rada nadzorcza obowiązana jest dbać przy ustalaniu wynagrodzeń członków zarządu, aby pozostawało ono we właściwym stosunku do ich zadań i sytuacji spółki. Na wszelki wypadek omawiany przepis dopowiada, że chodzi o całość wynagrodzenia, a więc uposażenie, udziały w zysku, zwrot wydatków, składki ubezpieczeniowe, prowizje i świadczenia dodatkowe jakiegokolwiek rodzaju. Prokuratura zarzuca, że bonusy dla członków zarządu (nie wszystkie kwoty trafiły do aktu oskarżenia) były nieproporcjonalnie wysokie względem ich obowiązków oraz sytuacji spółki. Zaiste, był to klasyczny przypadek wypłaty na osłodę. Anglosasi mają nawet termin, oddający naturę zjawiska: sweetener.

O winie orzeknie sąd. Nadzorcy Mannesmanna podnoszą na swoją obronę, że sami nie odnieśli korzyści majątkowych, natomiast skłaniając zarząd do zaprzestania oporu, kierowali się interesem akcjonariuszy. Chodzi nie tylko o klasyczny dylemat, jak wynagradzać zarządy, lecz nadto o rozważenie zaniedbywanego dotąd wątku odpowiedzialności rady nadzorczej za jej poczynania w ogólności, a gospodarowanie pieniędzmi akcjonariuszy w szczególności. W tym tkwi sedno corporate governance.

W odróżnieniu od swojego niemieckiego pierwowzoru, polskie prawo spółek ani nie stawia pułapu zarobkom zarządów, ani nie wiąże wynagrodzeń poszczególnych członków zarządu z zadaniami bądź z sytuacją spółki. Wychodzimy bowiem z założenia, że prawo nie zastąpi poczucia przyzwoitości. Rzecz wcale nie w tym, by rada nadzorcza ustalając zarobki zarządu miała ręce skrępowane przepisami, lecz w tym, by na jej ręce czujnie patrzył akcjonariat spółki. A jeszcze lepiej, by członkowie rady sami byli akcjonariuszami. Wtedy nieokiełznane wypłaty dla zarządu uderzą ich po kieszeni. Dlatego zwalczam pogląd, że członkom rad nadzorczych nie przystoi posiadanie akcji. Niestety, jest on w Polsce szeroko rozpowszechniony.

Tekst ogłoszony 13 października 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Czytaj także: 2006.01.30 Odkręcić tabliczkę

Wytykanie i zawstydzanie [2003]

Dawniej inwestorzy traktowali spółki w rękawiczkach. Dzisiaj wkładają je, gdy chcą udusić prezesa.

GlaxoSmithKline to potworek językowy wydestylowany z serii fuzji i przejęć. Pod tą firmą działa wielki koncern farmaceutyczny. O gigantach tej branży rzadko wspomina się dobrze, bo też i rzadko jest powód. W powszechnym przekonaniu postępują one arogancko, monopolizują rynki, zarabiają krocie, rozmijają się z etyką. Niekiedy trudno podeprzeć faktami co poważniejsze zarzuty, a wtedy biada faktom! Leki to sfera emocji, bez których opinia publiczna byłaby skazana na uwiąd.

Ostatnio o GlaxoSmithKline pisze się pozytywnie. Spółka dała światu dobry przykład. Otóż prezes Jean–Pierre Garnier zapragnął zmiany warunków płacowych, a akcjonariusze odmówili. Corporate governance często przegrywa bowiem z biernością akcjonariatu, jego apatią, niezdecydowaniem, niechęcią do współdziałania, lecz kiedy akcjonariat poczuje zapach pieniędzy, potrafi postąpić stanowczo. Chodzi nie o te pieniądze, które może pojawią się kiedyś, w nieodgadnionej przyszłości. Ponoć jeżeli spółka zaprowadzi porządek korporacyjny, cena jej akcji wzrośnie, ale nikt nie wie, kiedy. Strumienie takich odroczonych zysków nie rozpalą wyobraźni inwestorów. Doraźne uderzenie po kieszeni zaboli ich dotkliwie.

Chodzi nie tylko o wysokość płac zarządów, lecz przede wszystkim o wysokość odpraw, wszelkich ubocznych świadczeń, a także opcji na akcje. Szef GlaxoSmithCline oczekiwał (a komisja rady nadzorczej do spraw wynagrodzeń potulnie zalecała spełnienie tych oczekiwań) przyznania mu dwuletniego okresu wypowiedzenia i odprawy kosztującej spółkę 35,7 milionów dolarów. Komisja rady zalecała nadto, by Garniera oraz jego żonę potraktować jakby byli starsi o trzy lata, co wpłynęłoby korzystnie na ich emerytury. Od tego roku brytyjskie prawo wymaga, by walne zgromadzenie zajęło stanowisko wobec propozycji przedkładanych przez komisję do spraw wynagrodzeń. Co nie ma mocy wiążącej, lecz tworzy atmosferę. I walne zgromadzenie GSK odrzuciło rekomendacje komisji.

Od dawna wyrzeka się na wypełnione śmietanką miseczki ‘tłustych kotów’ – menedżerów suto opłacanych, skąpanych w przywilejach, dodatkowo karmionych opcjami. Kończyło się jednak na słowach. Istniała cicha umowa, że póki nie dzieje się w spółce nic gorszącego, wręcz skandalicznego, lepiej ustąpić przed rozbuchanymi żądaniami płacowymi menedżerów, niż ryzykować konflikt. Nie ma przecież narzędzi oceny jakości menedżerów. Opinię akcjonariatu na temat menedżerów z zasady kształtowali… inni menedżerowie. Dzisiaj rynek zaczyna nareszcie przemawiać głosem ludzi, którzy powierzyli funduszom inwestycyjnym i emerytalnym nie tylko swoje środki, ale w rzeczy samej – przyszłość swoją, a także następnych pokoleń. Właśnie dotarła do nich jakże bolesna prawda, że od wyników funduszy zależy jakość ich życia, nawet pomyślność społeczeństw, więc żądają od funduszy coraz więcej. Pod ich naciskiem fundusze wzmagają presję na spółki.

Fundusze zrazu działają dyskretnie. Próbują przeforsować swoje stanowisko po dobroci. Kolejnym krokiem jest przeciek do prasy, że fundusz koso przygląda się spółce, co już zachwieje kursem. Gdy i to nie pomaga, fundusze idą na udry z zarządem. Głos niektórych, jak amerykański Calpers albo brytyjski Hermes, rozchodzi się daleko. Spółki nieskore do należytego zachowywania się zostają poddawane polityce ‘naming & shaming’, wytykania i zawstydzania. Jest co wytykać.

Wspominałem niedawno (28 kwietnia), że Calpers wytyka i zawstydza powszechnie znaną spółkę – Xerox. Zarzut dotyczy złego zarządzania. Amerykańska komisja papierów wartościowych, SEC, zajmuje się tą spółką już od lat. Stwierdzono nieprawidłowości rachunkowe. Sześciu byłych menedżerów producenta kopiarek przystało na kosztowną dla nich ugodę. Zapłacą 22 miliony dolarów. Jeden z nich, Paul Allaire, był członkiem rad nadzorczych – cóż za uroczy zbieg okoliczności! – GlaxoSmithKline (gdzie tak nieudolnie pokierował komisją wynagrodzeń) i Lucent (gdzie przewodniczył komisji audytu i finansów). Uboczną dolegliwością jest dla niego pięcioletni zakaz członkostwa w radach spółek publicznych. Teraz zapłaci 6,8 mln, nareszcie ze swojej kieszeni.

Na rynkach wzbiera gniew akcjonariuszy. Inwestorzy instytucjonalni zręcznie kierują go przeciwko zwyrodniałym systemom opłacania menedżerów. Albowiem często nie liczy się wynik. Prezes dostaje miliony po prostu za to, że jest, a raczej – że raczy być. Wynagrodzenia kadry zarządzającej i nadzorczej stają się probierzem corporate governance. Świat zmierza ku jawności płac menedżerów, co przysłuży się temperowaniu ich nadmiernych apetytów. Akcjonariat pozostanie gniewny, aż znowu zacznie zarabiać, na co się chwilowo nie zanosi. Nastaje stosowna pora, by dobrać się do biegłych rewidentów. Jedna strona medalu to ograniczenie ich wynagrodzeń. Druga to zwiększenie ich odpowiedzialności. Każdy medal ma też trzecią stronę: kant.

Artykuł został ogłoszony 16 czerwca 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.Wytłuszczenia współczesne.

Jawność rodzi ufność [2003]

Co budzi więcej zgorszenia: wysokość wynagrodzeń menedżerów, czy poufny charakter kontraktów? Anglosasi nazwali menedżerów ‘tłustymi kotami’. Podobieństwu nie można zaprzeczyć. Koty spijają śmietankę, leniwie wygrzewają się na piecu, a strącone z wysokości – bezpiecznie lądują na czterech łapach. Menedżerowie czerpią wysokie profity, wylegują się na złotodajnych kontraktach, a z opresji wychodzą korzystnie dzięki wysokim odprawom. Dają oni dwa powody do zgorszenia. Po pierwsze, bardzo dobrze zarabiają, co nie podoba się wielu zarabiającym mniej. Po drugie, nie wiadomo, ile rzeczywiście zarabiają, ponieważ ich kontrakty okryte są tajemnicą.

Jest to materia trudna. Pojęcia „dużo” i „mało” są absolutnie względne. Istnieje wzorzec metra, lecz nie ma wzorca płacy menedżera, jak zresztą nie ma wzorca jego pracy, ani ciążącej na nim odpowiedzialności. Jak inna jest każda spółka, tak inna jest każda posada. Można przystać na sformułowanie, że płace menedżerów powinny mieścić się w granicach przyzwoitości, lecz nie ma już zgody w kwestii, gdzie biegną owe granice i czy w ogóle można wytyczyć je czytelnie. Stąd dyskusje o zarobkach menedżerów bywają podbarwione demagogią.

Przeciwko tłustym kotom i ich pękatym portfelom wytacza się więc zasadę sprawiedliwości społecznej, która – jakkolwiek prawa i bliska mojemu sercu – akurat na tym polu nie ma zastosowania. Łatwo ją zresztą zbić tezą, że utopijny ideał równości najłatwiej spełnić wtedy, kiedy nikt nie ma nic. Niemniej demagogicznie bywa uzasadniana poufność płac menedżerów: wytacza się argument ochrony ich prywatności przed ciekawością gawiedzi, dla której zaglądanie do portfeli jest zajęciem równie frapującym, co zaglądanie pod kołdrę (Anglosasi zaglądają „między prześcieradła”, between the sheets).

Dyskusje o zarobkach menedżerów zostały rozpętane na Zachodzie, skąd do Polski dochodzą ich echa. Namiastką rozwiązania tego trudnego problemu jest u nas osławiona ustawa kominowa. Nie służy ona jednak właściwemu kształtowaniu płac, a jedynie ich ograniczaniu, w dodatku mechanicznemu, co oczywiście zrodziło praktykę mnożenia wyjątków i obchodzenia prawa. Uważam, że obecnie nie warto dyskutować nad kwotami. Najważniejsza jest przejrzystość rynku i jego uczestników, a jej niezbędnym warunkiem jest jawność wynagrodzeń. Dlatego warto skoncentrować się wcale nie na tym, ile zarabiają rodzime tłuste koty, a na tym, czy w spółkach publicznych zarobki członków zarządów i rad nadzorczych są jawne, a mechanizmy kształtowania tych zarobków są racjonalne i zrozumiałe.

Mały krok w tym kierunku czynią przyjęte przez giełdą zasady dobrej praktyki. Mały, ponieważ chodzi w nich jedynie o to, by spółka ujawniała łączną wysokość zarobków członków rady i, odrębnie, członków zarządu; wobec tych drugich – w podziale na poszczególne składniki wynagrodzenia. Jeżeli wysokość wynagrodzenia poszczególnych członków zarządu jest znacząco zróżnicowana, spółka powinna ogłosić stosowne wyjaśnienia. Towarzyszą temu zalecenia, jak spółka powinna kształtować wynagrodzenia zarządu i rady – szlachetne, ale mętne i niekoniecznie przydatne. Szlachetne, bo ich intencją jest zapobieżenie niekontrolowanemu wyciekaniu pieniędzy ze spółki. Mętne, bo cóż to znaczy, że wynagrodzenie powinno być ‘godziwe’? Niekoniecznie przydatne, bowiem czy spółka uwzględni motywacyjną funkcję wynagrodzenia zarządu, albo czy weźmie pod uwagę poziom wynagrodzeń na ‘porównywalnym rynku’, to w gruncie rzeczy sprawy drugorzędne. Im więcej elementów będzie wpływać na wynagrodzenie, tym trudniej będzie wyważyć ich rzeczywiste znaczenie.

Wolałbym, aby spółka konkretnie ujawniała, w rozbiciu na składniki, szczegóły wynagrodzenia każdego z członków zarządu i rady nadzorczej. Nie oburza mnie wysokość wynagrodzeń członków zarządów i rad. Podejrzliwie nastraja mnie jednak poufność tych wynagrodzeń. Łączna wysokość zarobków zarządu to tylko zasłona dymna. Czas podjąć w Polsce dyskusję nad jawnością wynagrodzeń w spółkach publicznych, w tym jawnością odpraw i bonusów.

Świadczą o tym wydarzenia w wielu spółkach amerykańskich, które dopiero w kłopotach bywały zmuszone ujawniać, że płace menedżerów rosły bez względu na sytuację spółki, a w kontraktach przewidziano premie wypłacane nawet w upadłości. Ostatnio wyszedł na jaw taki szwindel w American Airlines. Inaczej postępuje chwalona tu niedawno (17 marca) za przejrzystość ING Groep N.V. W raporcie rocznym za 2002 r. szczegółowo przedstawiono m.in. zasady wynagradzania członków zarządu i rady nadzorczej, charakter poszczególnych składników wynagrodzenia, kwoty pobrane przez każdego z nich, przyznane i zrealizowane opcje, wysokość udzielonych pożyczek i postępy w ich spłacaniu. Taka jawność rodzi ufność. Lecz by Czytelnik nie pomyślał sobie, że lukruję grupę ING – zapytam, czemu polskie odnogi grupy nie są tak przejrzyste, jak centrala? Nie dociekam, ile kto zarabia, natomiast chciałbym wiedzieć, kto rzeczywiście tu rządzi.

 

Tekst ukazał się 5 maja 2003 r. w Gazecie Bankowej pod tytułem „Tłuste koty”. Tytuł zmieniłem, ponieważ oryginalny został już tu użyty.

 

Czytaj także: 2013.04.02 Od przejrzystości do populizmu2002.05.27 Kominy i wiatraki

Tłuste koty [2000]

Czy wkrótce ruszą w teren patrole kontrolujące płace w zarządach spółek Skarbu Państwa?

Może nie jest to powód do chluby, lecz warto odnotować, że pod kolejnym względem dogoniliśmy Zachód. Mamy już rodzime „tłuste koty” – wysoko opłacanych menedżerów, których zarobki budzą kontrowersje. Mamy też, oczywiście, naszą narodową specyfikę. Sięgamy mianowicie po metody administracyjne. Władza wie wszystko lepiej, więc sama ureguluje, ile się komu należy.

Na całym świecie opinia publiczna lubi zaglądać do cudzych portfeli. Puste nikogo nie interesują. Pełne wywołują namiętności. Jednych dręczy pospolita zazdrość, inni przywołują ideały sprawiedliwości społecznej. Świat jednoczy się w powszechnym przekonaniu, że płace menedżerów bywają wygórowane. Z każdego chyba kraju można przytoczyć przykłady szokująco wysokich zarobków prezesów korporacji, a nawet członków zarządów. Brytyjczycy obdarzyli ich obrazowym mianem „tłustych kotów”. Wiadomo: spijają śmietankę, na którą nie zasłużyli ani nakładem pracy, ani wynikami w zarządzaniu, ani ciężarem odpowiedzialności.

Apetyt tłustych kotów próbuje się poskramiać różnymi metodami. Chyba najbardziej skuteczną okazuje się karząca ręka rynku. Akcjonariusze przestają być bierni. W zamian za dobre zarobki – domagają się dobrego zarządzania, które najłatwiej poznać po wynikach. Kiepskie wyniki wróżą, że zarząd rychło znajdzie się w kłopotach. Pod presją akcjonariuszy rady nadzorcze staranniej niż dotąd kształtują składy zarządów i określają ich wynagrodzenie. Jest ono coraz częściej powiązane z wynikami spółek.

Powiązanie to polega na tym, że część wynagrodzenia zarząd pobiera w opcjach, uprawniających do objęcia akcji po określonej cenie. Wzrost wartości akcji owocuje wzrostem wartości opcji. Jak dotąd, ta metoda wynagradzania kadr nie została w Polsce doceniona. Niewiele mamy spółek uczestniczących w obrocie, lub wybierających się na parkiet. Opcja dojrzewa latami, więc wiąże zarząd ze spółką, daje też korzyści podatkowe. Nasi menedżerowie mniej dbają o przyszłe korzyści, niż o doraźne wypłaty w gotówce.

Spółką kręci więc bez reszty rynek, czyli akcjonariusze. Rada nadzorcza, czyli ręka rynku, dobiera spółce zarząd, docenia go i ocenia, a gdyby oceniła go krytycznie – potrafi popędzić mu kota.

Mechanizm rynku nie jest doskonały. Jeszcze gorszy jest jednak brak rynku. Próżnię wypełni władza. Gdzie płac zarządów nie ustala rynek, reguluje je administracja. Jej ręka wcale nie jest protezą ręki rynku, za to jest politycznym narzędziem rozdawnictwa. Rozdaje się stanowiska, bez przypisanej do nich odpowiedzialności. Dla władzy mniej liczy się, za co menedżer zarabia. Bardziej liczy się, ile zarabia, zaś najbardziej, czy jego zarobki spełnią kryteria jakiejś nieokreślonej słuszności.

Wysokość wynagrodzeń tłustych kotów, a w szczególności odpraw kwitujących ich niepowodzenia, to pożywka opinii publicznej. Na tej pożywce chętnie żerują politycy. Niejeden trybun ludu zdobywa głosy wyborców piętnując zawyżone zarobki menedżerów. Lecz tam, gdzie rządzi rynek, polityk nie ma wpływu na poziom wynagrodzeń w prywatnych przecież spółkach. Spółek innych, niż prywatne, jest niewiele, a mechanizmy ustalania płac i obsadzania stanowisk są w nich na tyle przejrzyste, że rugują wpływy polityków.

W polskiej gospodarce w dalszym ciągu mniej rynku, niż polityki. Obsada większości stanowisk jest nadal domeną władzy, czy państwowej, czy samorządowej. Każda partia dysponuje własną pulą. Lecz władza straciła kontrolę nad ustalaniem płac na rozdawanych przez siebie posadach. Można przytaczać rażące przykłady z rozmaitych spółek Skarbu Państwa, lub spółek komunalnych. Najpierw własnymi ludźmi obsadza się rady nadzorcze. Rady potrafią zadbać, by stanowiska w zarządach przypadły komu trzeba. Nie jest to wcale trudne, wystarczy nie zgubić kartki z nazwiskami osób namaszczonych. Wszelako, rady nadzorcze nie są aż tak kompetentne, by powołane przez siebie zarządy właściwie wynagradzać, nie wywołując przy tym zgorszenia powszechnego.

Dlatego rząd, bądź jego ministrowie, pragną sami ustalać zarobki członków zarządów spółek w swojej gestii. Nawet nie dziwię się temu, wszak powołane przez nich z klucza politycznego rady nadzorcze są niekompetentne, więc trzeba je wyręczać. W Polsce panuje wokół tłustych kotów nerwowa atmosfera, przywołująca wspomnienia czasu wojskowych grup operacyjnych i Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej. Może niebawem płacami działaczy samorządowych, dietami radnych, wynagrodzeniami członków zarządów spółek Skarbu Państwa zajmą się bacznie patrole płacowe, wysłane w teren przez władzę, która wsłuchuje się w głos społeczeństwa? Bo w to, że społeczeństwo przemawia jednym głosem, zwątpić nie wolno nikomu.

Artykuł został ogłoszony 6 marca 2000 r. w Magazynie Finansowym, poniedziałkowym wydaniu dziennika Prawo i Gospodarka.

Wytłuszczenia współczesne.